Opinie użytkownika

Filtruj:
Wybierz
Sortuj:
Wybierz

Na półkach: , , ,

Zwykle nie pożyczam książek. Ta jednak została mi niezmiernie polecona i użyczona do czytania. Gdy zaczęłam szukać informacji o „Domu z liści” Marka Z. Danielewskiego, poczułam się naprawdę zaintrygowana. Po lekturze to uczucie nie przemija, a w pewnym stopniu się wyłącznie zaognia – muszę przy tym nadmienić, że ta pozycja naprawdę nie trafi do każdego i warto się dobrze zastanowić przed sięgnięciem po ten tytuł.

Johnny Wagabunda natrafia na notatki pozostawione przez niewidomego starca, który zmarł w nietypowych okolicznościach. Początkowa ciekawość zapisków Zampanò stopniowo przeradza się w obsesję, gdy mężczyzna zaczyna zgłębiać niepokojącą historię relacji Navidsona. Dom inny od wszystkich innych. Wymiary zewnętrzne są mniejsze od wewnętrznych, a pięcioipółminutowy korytarz, który nie powinien istnieć, to wyłącznie przedsionek tajemniczego wnętrza budowli. Wędrówki w serce ciemności, naukowe analizy, mylne tropy i zdarzenia niepotwierdzone żadnymi dowodami. W obliczu niepojmowalnego otwierają się stare rany, zamazane wspomnienia wracają do życia… Wszystko jest prawdą. Nic nie jest prawdą. Koniec bywa początkiem, po którym pozostało wyłącznie głuche echo.

Nie ma wątpliwości, że to jedna z tych książek, które się albo kocha, albo nienawidzi. Warstwa fabularna ma tutaj przynajmniej trzy poziomy, przez co momentami można się pogubić w tej kompozycji szkatułkowej. Z jednej strony mamy historię rodem z dobrego horroru pełną mrocznych wnętrz o zmiennych wymiarach, z drugiej próbę rozkładu naukowego tych wydarzeń z pogłębioną analizą z pogranicza fizyki, chemii czy… literaturoznawstwa? Architektury? Filologii? Oprócz tego mamy ostatnią (czy aby na pewno?) warstwę opakowania, czyli Jonny’ego komentującego znalezisko oraz co rusz przerywającego opowieść, by rzucić kilka słów o swoim życiu i miłosnych podbojach. Każde ze wspomnianych puzderek oferuje coś innego, a niektóre z nich mogą niemalże irytować, gdy pojawiają się w środku napiętej akcji. W moim odczuciu to wszystko ma jednak cel, który można docenić dopiero po dobrnięciu do końca lektury (łącznie z dodatkami). Gdybym miała jakoś krótko podsumować tę opowieść – nazwałabym ją horrorem psychologicznym pozostawiającym szerokie pole na własną interpretację. Ja po skończeniu miałam mnóstwo hipotez względem odsiewania prawdy od kłamstwa (w zasadzie żaden z narratorów nie jest w pełni wiarygodny) i w gruncie rzeczy każda z nich miała swoje niedociągnięcia. Bez wątpienia jeszcze nie raz będę w myślach wracać do tej pozycji, starając się poskładać w całość te porozrzucane puzzle.

Tym, co jednak najbardziej wyróżnia omawiany tytuł, nie jest jednak wcale wielowątkowa opowieść starająca się wewnętrznie wykluczać, lecz sama nietypowa konstrukcja książki. Tutaj przypisy potrafią mieć kilka stron objętości, do których następnie pojawiają się kolejne przypisy. Tekst może być kolorowy, wykreślony, niekompletny, odwrócony do góry nogami i porozrzucany pozornie losowo na stronicach. Szczególnie udany fragment tego typu zabiegów niemalże wizualnie obrazuje nam mroczne zakamarki korytarzy we wnętrzu/zewnętrzu domu. Jednak w niektórych miejscach potrafią one lekko irytować, gdy trzeba wywijać siedemsetstronicową cegłą na wszystkie możliwe sposoby, by znaleźć kontynuację opowieści… Tylko po to by okazało się, że od dłuższego czasu śledzi się wzrokiem pozornie bezsensowny ciąg nazwisk lub wymienionych po przecinku stylów architektonicznych. Na tym nie kończą się jednak niespodzianki! Pod powierzchnią kryje się o wiele więcej tajemnic, nietypowych kodów, zaszyfrowanych wskazówek. Sygnał SOS wyrażony długością linijek? Wiadomość zakodowana pierwszymi literami wyrazów? Wielkimi literami? Cóż, po jednym czytaniu nie wyłapie się większości z tajnych wiadomości. Przy drugim prawdopodobnie też nie. Najpewniej nawet z pomocą Internautów będzie ciężko… Inna sprawa, że niektóre z nich zginęły bezpowrotnie podczas przekładu.

„Dom z liści” jest pozycją unikalną na swój naprawdę pokręcony sposób. Zawiłości i przedziwna konstrukcja mogą zniechęcić do czytania, jednak tych, którzy zostaną bezmiernie wciągnięci do tego zaskakującego świata, czeka naprawdę miła niespodzianka. O tej książce trudno zapomnieć – po dość długich dywagacjach uznałam, że zasługuje na ocenę 9/10. Polecam ją szczególnie fanom wszelkich łamigłówek, zwłaszcza tych najbardziej tajemniczych.

Zwykle nie pożyczam książek. Ta jednak została mi niezmiernie polecona i użyczona do czytania. Gdy zaczęłam szukać informacji o „Domu z liści” Marka Z. Danielewskiego, poczułam się naprawdę zaintrygowana. Po lekturze to uczucie nie przemija, a w pewnym stopniu się wyłącznie zaognia – muszę przy tym nadmienić, że ta pozycja naprawdę nie trafi do każdego i warto się dobrze...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , , ,

Horrory psychologiczne potrafią mnie bezsprzecznie urzec. Nic więc dziwnego, że z olbrzymią ekscytacją sięgnęłam po „Helter Skelter” autorstwa Kyoko Okazaki. Ta krótka opowieść jest nadzwyczaj treściwa, budzi emocje, a przy tym po prostu wciąga.

W całej Japonii nie ma bodaj jednej osoby, która nie słyszałaby jeszcze o Liliko. Modelka, piosenkarka, aktorka. Ikona piękna, ucieleśnienie wszelkich marzeń – mężczyźni pragną być z nią, a kobiety wyglądać jak ona. Popularność jednak przemija, ciało poddaje się upływowi czasu. Liliko coraz częściej potrzebuje kolejnych zabiegów upiększających, leki dają coraz więcej efektów ubocznych. Wszystkiemu towarzyszy coraz większe pragnienie ucieczki podyktowane stresem oraz nieustannym poczuciem beznadziei i bezcelowości życia. Kobieta spada w spiralę deprawacji, tracąc stopniowo kontakt z rzeczywistością.

Prosty motyw wyjściowy, znany tak dobrze z innych dzieł kultury, potrafi tutaj niekiedy przybrać niezwykle transgresywny obrót. Operacje plastyczne, a także ich skutki, wprowadzają elementy body horroru, gdy bohaterki spostrzegają druzgocące powikłania. Centralnym elementem jest tu bez wątpienia przemijanie – dotyczące nie tylko samej młodości czy urody, lecz również sztuki masowej jako takiej. Zjawisko dostrzegalne jeszcze silniej współcześnie, gdy trendy potrafią zmieniać się z tygodnia na tydzień. Bardzo przypadł mi do gustu także wątek władzy w dość nietypowym wydaniu. Liliko jest piękna, więc ludzie gotowi są zrobić wszystko, by wciąż móc obcować z tym pięknem, co modelka potrafi wykorzystać na iście hedonistyczną modłę. Zakończenie wypada spójnie, choć pozostawia pewną fascynującą furtkę dla kontynuacji, która niestety prawdopodobnie nigdy się nie urzeczywistni.

Styl rysunków świetnie dopełnia treść. Proporcjonalność poszczególnych bohaterów koresponduje z postrzeganym przez szerokie masy poziomem atrakcyjności. Ci piękni są zgrabni, szczegółowi, przyjemni dla oka; ci niepasujący do kanonów zarysowani zostali „niezgrabną” kreską, która pozornie wydaje się niechlujna. Bardzo ciekawie autorka zobrazowała elementy grozy przebijające szczególnie z końcowych rozdziałów. Rysunki naprawdę potrafią spowodować dyskomfort u odbiorcy, zabierając do pokrętnego entourage’u odciętego od uniwersalnych wartości.

Powiedziałabym, że „Helter Skelter” skierowane jest szczególnie do młodych dorosłych, którzy dopiero przestępują próg „prawdziwego świata”. Wnioski płynące z tytułu są ponadczasowe, a refleksja towarzysząca lekturze bywa potrzebna szczególnie w erze konsumpcjonizmu. Ciekawy, dojmujący tytuł – 8/10.

Horrory psychologiczne potrafią mnie bezsprzecznie urzec. Nic więc dziwnego, że z olbrzymią ekscytacją sięgnęłam po „Helter Skelter” autorstwa Kyoko Okazaki. Ta krótka opowieść jest nadzwyczaj treściwa, budzi emocje, a przy tym po prostu wciąga.

W całej Japonii nie ma bodaj jednej osoby, która nie słyszałaby jeszcze o Liliko. Modelka, piosenkarka, aktorka. Ikona piękna,...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

Znów wróciłam do serii z Lincolnem Rhymem – tym razem na łamach thrillera „Mag”. Piąta część cyklu stworzonego przez Jeffery’ego Deavera zabiera czytelników w świat magii, czarów oraz najlepszych iluzji. Szkoda tylko, że służą one popełnianiu brutalnych morderstw.

W szkole muzycznej znaleziona zostaje uduszona uczennica. Na miejscu zastany jest także morderca – natychmiast jednak znika w oparach dymu, jakby go tam nigdy nie było. Od początku sprawa śmierdzi. W księdze wpisów użyto znikającego atramentu, pozostawione przez sprawcę tropy wskazują na mnóstwo innych trików kojarzonych głównie z sympatycznymi przedstawieniami dla dzieci i dorosłych. Lincoln Rhyme znów angażuje się w nietypową sprawę, usiłując przechytrzyć tego, którego zawód słynie z chytrych sztuczek. Nie obędzie się bez pomocy Amelii Sachs, a także zupełnie nowej konsultantki parającej się magią sceniczną. Pościg pełen uników, zmyłek oraz nieprzewidywalnego staje się walką z czasem o życie każdej kolejnej potencjalnej ofiary.

Początkowo bardzo zafascynowała mnie ta historia. Była wartka, miała dość spójny motyw przewodni, bez ograniczeń wykorzystywała triki cyrkowe i prestidigitatorskie. Dostarczało to naprawdę świetnych wrażeń, oferując przekrojowy wgląd w świat iście magiczny. Spodziewaj się niespodziewanego, każda pozorna wpadka może być zmyłką, każdy unik może ukryć solidnie porozstawiane strzelby Czechowa, by czytelnik zapomniał o nich, nim ostatecznie wypalą. Jednak w pewnym momencie odniosłam wrażenie, że było już tego nieco za dużo, opowieść łapała zadyszkę, starając się upchać maksymalnie wiele zwrotów akcji w minimalnej objętości, a mnie już wręcz mdliło od zapachu kolejnych „czerwonych śledzi”. Przez to zbliżając się do końca, stopniowo przestawała mnie intrygować cała konwencja – co by tu dużo mówić, wprowadzony wątek stowarzyszenia patriotycznego wydawał się nieco na siłę i moim zdaniem bez niego ta opowieść mogłaby prezentować się lepiej. Nie kupiło mnie także kilka ostatnich sztuczek repertuaru, które, szczerze mówiąc, przypominały mi niektóre narracyjne szlagiery z bajek o Scoobym-Doo.

Od strony nieco bardziej technicznej to wciąż po prostu przyzwoicie napisana książka. Język jest prosty, przystępny, a tempo narracji zostało dobrze zgrane z zaplanowanymi wydarzeniami. Jednocześnie można sporo się dowiedzieć o sztuczkach magicznych, trikach scenicznych, szybkich przemianach i całej reszcie zupełnie prozaicznych czynności ukrytych pod hasłem "Magia". To w moim odczuciu jeden z głównych atutów pozycji, bo świadczy po prostu o dogłebnej, przemyślanej kwerendzie. Z minusów konstrukcyjnych – szybko zaczyna męczyć „podsumowanie dotychczasowych znalezisk” przewijające się przez niektóre rozdziały. Za każdym razem przybiera ono formę jeszcze dłuższej listy. Rozumiem zamysł, ale przeciętny czytelnik przy trzeciej powtórce po prostu ominie cały ustęp.

Myślałam, że „Mag” mnie oczaruje. Do pewnego momentu tak było, potem zdominowała proza życia zwana zmęczeniem materiału. To wciąż dobra książka, taka zasługująca na przynajmniej 7/10. Niemniej naprawdę szkoda, bo jako thriller jest wyłącznie dobra, a nie zachwycająca.

Znów wróciłam do serii z Lincolnem Rhymem – tym razem na łamach thrillera „Mag”. Piąta część cyklu stworzonego przez Jeffery’ego Deavera zabiera czytelników w świat magii, czarów oraz najlepszych iluzji. Szkoda tylko, że służą one popełnianiu brutalnych morderstw.

W szkole muzycznej znaleziona zostaje uduszona uczennica. Na miejscu zastany jest także morderca – natychmiast...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Okładka książki Sin City: Do piekła i z powrotem Frank Miller, Lynn Varley
Ocena 7,5
Sin City: Do piekła i z powrotem Frank Miller, Lynn Varley

Na półkach: , , ,

Wreszcie nadszedł i ten moment – pożegnanie z Miastem Grzechu. „Sin City: Do piekła i z powrotem” jest siódmą, a zarazem ostatnią odsłoną kultowej serii komiksów. To dzieło Franka Millera jednocześnie okazuje się największym objętościowo tomem. W dodatku dość nietypowym.

Artysta i weteran wojenny, Wallace, ratuje nieznajomą kobietę przed śmiercią. Miły wspólny wieczór przy drinku zmienia się jednak w koszmar, gdy Esther zostaje brutalnie uprowadzona. Mężczyzna rozpoczyna osobistą wendettę, usiłując odnaleźć bratnią duszę w tym przepojonym złem mieście. Jednak każdy spisek czy szemrany biznes sięga głębiej, niż można by przypuszczać. Nigdy nie wiesz, komu wypowiadasz wojnę, upominając się o sprawiedliwość…

Ta opowieść może budzić różne emocje. Nie wszystkie będą pozytywne. Klimat jest gęsty, zemsta słodka, a przeciwności losu wymagają nie lada sprytu, odwagi oraz niekiedy odpowiednio wykorzystanej siły. W pewnym momencie robi się już naprawdę poważnie, rzeczywistość okazuje się dobrze zakamuflowanym piekłem, budząc zgrozę i obrzydzenie. Gorszym nawet od psychodelicznych wizji spowodowanych nieznanym narkotykiem. Jednak mimo tak hiperbolizowanego obrazu deprawacji, przedstawiona historia znacząco różni się od pozostałych odsłon, co przynajmniej w moim odczuciu nie stanowiło atutu. Zakończenie nie podąża typową drogą, w związku z czym czułam delikatne rozczarowanie – jednak to kwestia już kompletnie indywidualna, czy akurat to rozwiązanie przypadnie komuś do gustu.

Dominujący styl nie różni się od tego w poprzednich tomach, oferując dokładnie ten sam znakomity poziom. Czarno-białe kontrasty, subtelność, a także przebijający się gdzieniegdzie kolor przewodni… Z wyjątkiem jednej nieco dłuższej sceny, która jest w pełni barwna i kompletnie odjechana. Zmiany z kadru na kadr, psychodelia, narkotyczna podróż przez stany świadomości. Wszystko zupełnie niespodziewane, w dodatku zabarwione humorem (choć w dużej mierze dość niskich lotów).

„Sin City: Do piekła i z powrotem” domyka kultową serię w dość nieoczywisty sposób, nie stroniąc od chłodnego optymizmu. Może się to podobać, można się tym zachwycić, mnie nie do końca to kupiło. Wciąż uważam tę część za dobrą, ale nie umywającą się do najlepszych. Ot takie proste 7/10.

Wreszcie nadszedł i ten moment – pożegnanie z Miastem Grzechu. „Sin City: Do piekła i z powrotem” jest siódmą, a zarazem ostatnią odsłoną kultowej serii komiksów. To dzieło Franka Millera jednocześnie okazuje się największym objętościowo tomem. W dodatku dość nietypowym.

Artysta i weteran wojenny, Wallace, ratuje nieznajomą kobietę przed śmiercią. Miły wspólny wieczór przy...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , , ,

Zmierzyłam się z czwartym tomem „Mrocznej Wieży”, nieomal przy tym nie polegając. Było ciężko, było męcząco, jednak ostatecznie zwycięsko przebrnęłam przez tę niebotyczną cegłę. O czym jest „Czarnoksiężnik i Kryształ” i dlaczego najsłynniejszy cykl autorstwa Stephena Kinga wcale nie jest dla wszystkich?

Blaine Mono ostatecznie zostaje pokonany przez sprytnych członków ka-tet. Czwórka podróżników oraz Ej wysiadają w Topece, przez którą przeszła nieznana supergrypa pozostawiając po sobie wyłącznie śmierć. Prędko orientują się, że nie są już wcale w Kansas i zbliżają się do Oz... Podczas postoju ich umysły przenika odgłos Błony, co przypomina Rolandowi wydarzenia sprzed lat. Rewolwerowiec snuje opowieść o dawnych czasach, ucieczce przed Martenem, Susan Delgado, złej czarownicy oraz Tęczy Czarnoksiężnika, które ostatecznie zniszczyła wszystko, co kochał.

Ledwo rozpoczęła się przygoda, a tu tuż za rogiem pojawia się retrospekcja na kilkaset stron. Jak najbardziej rozumiem, czemu niektórzy wysiadają z tego pociągu właśnie na tym etapie. Jednocześnie odsłona ta do cna przesiąkła westernową estetyką, prezentując się naprawdę fascynująco. Co zaskakujące, naprawdę porwała mnie ta historia. Wszystko się tutaj broni jako powieść nawet w oderwaniu od całego cyklu. Niebezpieczeństwo, intrygi, zgrana drużyna młodych rewolwerowców oraz przepełnione emocjami wzloty i upadki. Całe miasteczko żyje swoim życiem, a na tej nieomal wiejskiej kanwie rozgrywają się wydarzenia mogące zaważyć na losach świata (oraz wszystkich innych niż ten). „Czarnoksiężnik i Kryształ” sprawnie operuje tym, co Kingowi wychodzi najlepiej – zamkniętą społecznością o często rozbieżnych interesach. Może właśnie dzięki temu da się uwierzyć w przedstawioną opowieść oraz emocjonalnie zaangażować się w losy bohaterów. Postacie nie są wycięte z kartonu, a do tego obserwujemy je w początkowo dość zwyczajnych warunkach, co zdecydowanie przybliża te kreacje w sposób jakkolwiek godny uwagi.

Niemniej, by ochów i achów nie było za dużo – to wciąż typowy King, więc tam, gdzie zachwycają pomysły, przyjęte konwencje oraz sama narracja, tam styl rzuca tej misternej konstrukcji kłody pod nogi. Momentami się ciągnie, miejscami niedomaga, a objętość tej cegły naprawdę po prostu czuć. Niemniej nim ktokolwiek dotrze do tej kobyły, to zdąży się albo przyzwyczaić do tej toporności językowej, albo podda się w trakcie. Ewentualnie nauczy szybko wyłapywać fragmenty, które można bez bólu pominąć.

„Mroczna Wieża IV: Czarnoksiężnik i Kryształ” wydaje się naprawdę solidną lekturą i jak na razie w całej serii bawiłam się przy niej najlepiej. Westernowy klimat, dramatyczna narracja – można się w tym zagubić, zatracić oraz odnaleźć. Z mojej strony 8/10: ciężka książka, ale mimo wszystko było warto.

Zmierzyłam się z czwartym tomem „Mrocznej Wieży”, nieomal przy tym nie polegając. Było ciężko, było męcząco, jednak ostatecznie zwycięsko przebrnęłam przez tę niebotyczną cegłę. O czym jest „Czarnoksiężnik i Kryształ” i dlaczego najsłynniejszy cykl autorstwa Stephena Kinga wcale nie jest dla wszystkich?

Blaine Mono ostatecznie zostaje pokonany przez sprytnych członków...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Okładka książki 100 rzeczy do zrobienia, zanim zostanę zombie #6 Haro Asou, Koutarou Takata
Ocena 6,8
100 rzeczy do zrobienia, zanim zostanę zombie #6 Haro Asou, Koutarou Takata

Na półkach: , , ,

Ocena zbiorcza dla tomów #5-#6

Znów sięgnęłam po coś odrobinę lżejszego. Kolejne dwa tomy „100 rzeczy do zrobienia, zanim zostanę zombie” połknęłam dość prędko. Wciąż bawię się nieźle, choć przyznam, że akurat ten wątek wypadł lepiej na ekranie niż w mandze.

Podróż Akiry wciąż trwa – tym razem na nieco dłużej zatrzymała się w jego rodzinnych stronach. Gdy banda zdeprawowanych ludzi pragnących się zabawić cudzym kosztem odblokowuje tunel prowadzący do wioski, zaczynają się prawdziwe problemy. Zombie nadciągają ze wszystkich stron, a drogi ucieczki są odcięte. Jedynie Akira i jego przyjaciele są w stanie powstrzymać tę katastrofę, nim będzie za późno! Dwóch marzycieli kierujących się odmiennym wartościami zrobi wszystko, by ukończyć wszystkie punkty listy rzeczy do zrobienia…

Bawiłam się przy tej opowieści dość dobrze, choć pod pewnymi względami mnie nudziła. Nie było tu tylu szalonych pomysłów, niespodziewanych zwrotów akcji, czy zwyczajnie głupkowatych idei, co w poprzednich częściach. Również sama motywacja Akiry się odrobinę zmieniła, przez co fabuła jawiła się jako nieco bardziej poważna. To niewątpliwie dość istotny punkt zwrotny dla przedstawianej historii, choć w związku z tym wypada ona w pewnym sensie nudniej tudzież bardziej przewidywalnie. Jednocześnie pojawia się kilka zwyczajnie obrzydliwych scen, w dodatku wcale niezwiązanych z zombie – ot po prostu przejawy czysto kloacznego humoru. W dodatku raczej żenującego niż faktycznie śmiesznego.

Piąty i szósty tom „100 rzeczy do zrobienia, zanim zostanę zombie” wciąż mnie bawił, choć odrobinę mniej. Akcji tu sporo, może nie być miejsca na złapanie oddechu, ale zabrakło mi nieco tej cudaczności z kilku pierwszych części. Mimo wszystko wciąż 7/10.

Ocena zbiorcza dla tomów #5-#6

Znów sięgnęłam po coś odrobinę lżejszego. Kolejne dwa tomy „100 rzeczy do zrobienia, zanim zostanę zombie” połknęłam dość prędko. Wciąż bawię się nieźle, choć przyznam, że akurat ten wątek wypadł lepiej na ekranie niż w mandze.

Podróż Akiry wciąż trwa – tym razem na nieco dłużej zatrzymała się w jego rodzinnych stronach. Gdy banda...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Okładka książki 100 rzeczy do zrobienia, zanim zostanę zombie #5 Haro Asou, Koutarou Takata
Ocena 7,0
100 rzeczy do zrobienia, zanim zostanę zombie #5 Haro Asou, Koutarou Takata

Na półkach: , , ,

Ocena zbiorcza dla tomów #5-#6

Znów sięgnęłam po coś odrobinę lżejszego. Kolejne dwa tomy „100 rzeczy do zrobienia, zanim zostanę zombie” połknęłam dość prędko. Wciąż bawię się nieźle, choć przyznam, że akurat ten wątek wypadł lepiej na ekranie niż w mandze.

Podróż Akiry wciąż trwa – tym razem na nieco dłużej zatrzymała się w jego rodzinnych stronach. Gdy banda zdeprawowanych ludzi pragnących się zabawić cudzym kosztem odblokowuje tunel prowadzący do wioski, zaczynają się prawdziwe problemy. Zombie nadciągają ze wszystkich stron, a drogi ucieczki są odcięte. Jedynie Akira i jego przyjaciele są w stanie powstrzymać tę katastrofę, nim będzie za późno! Dwóch marzycieli kierujących się odmiennym wartościami zrobi wszystko, by ukończyć wszystkie punkty listy rzeczy do zrobienia…

Bawiłam się przy tej opowieści dość dobrze, choć pod pewnymi względami mnie nudziła. Nie było tu tylu szalonych pomysłów, niespodziewanych zwrotów akcji, czy zwyczajnie głupkowatych idei, co w poprzednich częściach. Również sama motywacja Akiry się odrobinę zmieniła, przez co fabuła jawiła się jako nieco bardziej poważna. To niewątpliwie dość istotny punkt zwrotny dla przedstawianej historii, choć w związku z tym wypada ona w pewnym sensie nudniej tudzież bardziej przewidywalnie. Jednocześnie pojawia się kilka zwyczajnie obrzydliwych scen, w dodatku wcale niezwiązanych z zombie – ot po prostu przejawy czysto kloacznego humoru. W dodatku raczej żenującego niż faktycznie śmiesznego.

Piąty i szósty tom „100 rzeczy do zrobienia, zanim zostanę zombie” wciąż mnie bawił, choć odrobinę mniej. Akcji tu sporo, może nie być miejsca na złapanie oddechu, ale zabrakło mi nieco tej cudaczności z kilku pierwszych części. Mimo wszystko wciąż 7/10.

Ocena zbiorcza dla tomów #5-#6

Znów sięgnęłam po coś odrobinę lżejszego. Kolejne dwa tomy „100 rzeczy do zrobienia, zanim zostanę zombie” połknęłam dość prędko. Wciąż bawię się nieźle, choć przyznam, że akurat ten wątek wypadł lepiej na ekranie niż w mandze.

Podróż Akiry wciąż trwa – tym razem na nieco dłużej zatrzymała się w jego rodzinnych stronach. Gdy banda...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

Wywód o rodowodzie tytanów, bogów i bóstw pomniejszych z elementami znanych mitów oraz wojnie między tytanami i bogami.

Nie czyta się tego zbyt dobrze, choć to wciąż istotne źródło wiedzy mitologicznej.

Wywód o rodowodzie tytanów, bogów i bóstw pomniejszych z elementami znanych mitów oraz wojnie między tytanami i bogami.

Nie czyta się tego zbyt dobrze, choć to wciąż istotne źródło wiedzy mitologicznej.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

Dość ogólnie przybliża losy Marka Antoniusza, Oktawiana Augusta oraz Kleopatry. Czyta się sprawnie, momentami opowieść okraszona jest humorem, choć nie da się ukryć, że rozpiętość czasowa wydarzeń nie służy samemu dramatowi. Jednocześnie zadziwiająco spójnie przedstawiono główny wątek.

Dość ogólnie przybliża losy Marka Antoniusza, Oktawiana Augusta oraz Kleopatry. Czyta się sprawnie, momentami opowieść okraszona jest humorem, choć nie da się ukryć, że rozpiętość czasowa wydarzeń nie służy samemu dramatowi. Jednocześnie zadziwiająco spójnie przedstawiono główny wątek.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , , ,

Przyjemny początek opowieści, choć przepełniony zadziwiającą liczbą dygresji i wątków krążących wokół zupełnie losowych duchów oraz ich niedokończonych spraw.

Przyjemny początek opowieści, choć przepełniony zadziwiającą liczbą dygresji i wątków krążących wokół zupełnie losowych duchów oraz ich niedokończonych spraw.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

Ledwie człowiek pomyśli, że po kilkunastu odsłonach cyklu nic już nie może zaskoczyć, i wtedy kolejny raz trafia się na powieść, która wywraca wszystko do góry nogami. „Samotny Dom” potrafi sporo namieszać w głowie, wyróżniając się spośród innych pozycji z Herculesem Poirot. Podczas takiej lektury zupełnie nie dziwi popularność książek stworzonych przez Agathę Christie.

Zasłużona emerytura i wypoczynek w promieniach słońca. Hercules Poirot oraz jego oddany przyjaciel Hastings zażywają nieco relaksu, gdy niespodziewanie zostają uwikłani w niezwykłą sprawę. Stają się świadkiem zamachu na życie pewnej kobiety. Nieudana próba okazuje się już czwartym dziwnym wypadkiem, jaki przydarzył jej się w ostatnich dniach. Wielki detektyw postanawia powstrzymać zbrodnię, nim ta dojdzie do skutku. W cieniu Samotnego Domu rozgrywa się przedstawienie, w którym każdy z aktorów jest podejrzanym. Tylko wysiłek szarych komórek może pomóc odnaleźć prawdziwego sprawcę.

Cała powieść została naprawdę świetnie rozplanowana. Mnóstwo wskazówek, sporo zmyłek i wielowątkowość śledztwa. Można się w tym zatracić, a próba powiązania ze sobą pozornych drobiazgów dostarcza tony rozrywki. Zwroty akcji potrafią zaskoczyć, z kolei sama początkowa formuła dochodzenia w sprawie morderstwa, które nie miało miejsca, oferuje ciekawą, nietypową perspektywę. Autorka zgrabnie bawi się znanymi tropami, przekształca je, jednocześnie nie popadając w przesadę. Wszystko ostatecznie jest do bólu logiczne, sensowne, zrozumiałe – nie ma miejsca na przypadki czy zbiegi okoliczności.

Językowo jest to historia prosta, zwięzła, trafiająca w punkt. Niemniej to wciąż opowieść żywa, pełna wyrazistych bohaterów z własną osobowością. Fenomenalnie czyta się przyjacielskie docinki między Poirot i Hastingsem, które funkcjonują tu jako drobny przerywnik humorystyczny. Świetnie prowadzone są dialogi, z których można wycisnąć bardzo wiele poszlak, gdy zeznania powoli przestają się ze sobą zgadzać. Co jednak najważniejsze, przez tę książkę po prostu się płynie. Nieustannie coś się dzieje, nie ma większych dygresji czy odwracania uwagi od tematu przewodniego, dzięki czemu książkę można pochłonąć w błyskawicznym tempie.

„Samotny dom” ma do zaoferowania wszystko to, czego potrzebuje dobry kryminał. Intrygująca zagadka, logiczna dedukcja oraz zakończenie umiejące ostatecznie przechytrzyć czytelnika. Naprawdę warto sięgnąć po ten tytuł – ode mnie otrzymuje on aż 9/10.

Ledwie człowiek pomyśli, że po kilkunastu odsłonach cyklu nic już nie może zaskoczyć, i wtedy kolejny raz trafia się na powieść, która wywraca wszystko do góry nogami. „Samotny Dom” potrafi sporo namieszać w głowie, wyróżniając się spośród innych pozycji z Herculesem Poirot. Podczas takiej lektury zupełnie nie dziwi popularność książek stworzonych przez Agathę...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , , ,

Horror w wydaniu mangowym od razu przywodzi na myśl Junjiego Ito – jednego z najważniejszych twórców komiksowej grozy. Musiałam więc w końcu sięgnąć po coś jego autorstwa, by zobaczyć, co uznaje się powszechnie za swego rodzaju wirtuozerię. „Uzumaki” przyniosło mi sporo radości, a pewne niedociągnięcia w żadnym stopniu nie umniejszają dusznej atmosferze grozy.

Małe miasteczka miewają swoje tajemnice. Kurouzu wiedzie w tym jednak niewątpliwy prym. Nastoletnia Kirie oraz jej chłopak, Shuichi, trafiają w epicentrum niepokojących zdarzeń. Niezdrowa fascynacja spiralami u jednego z mieszkańców jest wyłącznie przedsmakiem klątwy ciążącej nad całym miastem. Spirala jest wszędzie, Spirala infekuje wszystko w swym pobliżu. Dziwne zjawiska pogodowe, ciała skręcające się w niewyobrażalne sposoby, przeklęte miejsca sprowadzające wyłącznie cierpienie… Każdy dzień przynosi zupełnie nowy koszmar nieustannie przybierający kształt Spirali. Wszystko zmierza ku Ważkowemu Stawowi, który od lat niezmiennie tkwi pośrodku Kurouzu, skrywając niezwykły, przerażający sekret.

Mam pewien problem z „Uzumaki”. Początkowe rozdziały jawią się jako osobne opowiadania okraszone wspólnym motywem przewodnim, choć pozbawione są przesadnej spójności. Ot po prostu nie pchają fabuły do przodu i można je przetasować w dowolnej kolejności, bez szkody dla ich ostatecznego sensu. Dopiero jakoś od momentu pojawienia się tajfunu akcja faktycznie się zawiązuje w jakiś bardziej zwięzły, logiczny sposób. Wówczas fascynuje już nie tylko oryginalność pomysłów na wykorzystanie przeklętych spiral, lecz także kierunek, w jakim zmierza opowieść. Paraliżujący strachem klimat towarzyszy tej historii od samego początku i nie mija aż do końcowych stron, a wręcz wyłącznie potęguje się na szalonej drodze do wstrząsającego finału. Nie popadając przy tym w nadmierne zachwyty, dostrzegam drobne wady tej mangi. Bohaterowie są skonstruowani dość mało wiarygodnie (naprawdę aż dziw, że wszyscy się nie ulotnili po kilku pierwszych koszmarnych wydarzeniach). Autor dodatkowo namiętnie wykorzystuje plot armor i rozwiązania z gatunku deus ex machina, co lekko psuje ogólne wrażenia.

Do pewnego stopnia te niedociągnięcia wynagradza fenomenalny styl rysunków. Junji Ito zasiewanie ziaren grozy opanował faktycznie do perfekcji. Elementy body horroru, na które decyduje się w tej pozycji, przyprawiają o dreszcze, budzą podskórny niepokój, przerażają. Jednocześnie rysunki są niesamowicie przejrzyste, pełne szczegółów w najbardziej odrażających momentach. Dzięki temu wszystkiemu tytuł ten czyta się, a na pewno przynajmniej ogląda, wręcz wspaniale. Forma zdecydowanie wyprzedza jakością samą treść, choć przy okazji ją dopełnia, uzupełniając klimat tam, gdzie słowa nie wystarczają do oddania strachu bohaterów.

Po „Uzumaki” bez wątpienia warto sięgnąć. Ta zakręcona opowieść wspaniale sprawdza się również współcześnie, wzbudzając silne emocje. Naprawdę świetny horror, choć drobne braki powstrzymują mnie przed wystawieniem oceny wyższej niż 8/10. Niemniej jeśli z twórczością Junjiego Ito ktoś nie miał jeszcze do czynienia – może to być świetny punkt startowy wspaniałej, zatrważającej przygody.

Horror w wydaniu mangowym od razu przywodzi na myśl Junjiego Ito – jednego z najważniejszych twórców komiksowej grozy. Musiałam więc w końcu sięgnąć po coś jego autorstwa, by zobaczyć, co uznaje się powszechnie za swego rodzaju wirtuozerię. „Uzumaki” przyniosło mi sporo radości, a pewne niedociągnięcia w żadnym stopniu nie umniejszają dusznej atmosferze grozy.

Małe...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , , ,

Za sprawą wybitnego filmu Polańskiego niemal każdy słyszał o „Dziecku Rosemary”. Nie zmienia to tego, że z książkowym pierwowzorem zapoznał się raczej mało kto. Czy powieść Iry Levina ma do zaoferowania historię równie fascynującą, co głośna ekranizacja?

Gdy Rosemary otrzymuje telefon o zwolnionym mieszkaniu w Bramford, czuję się jak w siódmym niebie. Wymarzona okolica, przytulne mieszkanie, które może urządzić po swojemu oraz kącik mający stać się kiedyś pokojem dziecięcym. Przeprowadzka przebiega w najlepsze, choć ponura renoma budynku kładzie długi cień na szczęście małżeństwa. W dodatku ta okropna piwnica, która musiała być świadkiem okropnych zdarzeń! Prawdziwy koszmar zaczyna się jednak dopiero po tragicznej śmierci jednej z sąsiadek oraz zapoznaniu starszego małżeństwa mieszkającego tuż obok. Nad wyraz uprzejmi Castevetowie wręcz osaczają swą życzliwością i wścibstwem. Relacja wyłącznie się zacieśnia, kiedy kobieta zachodzi w ciążę. Wokół niej miejsce mają niepokojące wydarzenia, a lęk o losy nienarodzonego dziecka wyłącznie narasta… Komu można zaufać w równie patowej sytuacji?

Na wstępie warto zaznaczyć, że książka została naprawdę dobrze zekranizowana, więc treść w gruncie rzeczy jest dokładnie taka sama. Klimat przesiąknięty niepewnością, kompletne zagubienie głównej bohaterki, problemy, z którymi nie potrafi sobie poradzić. Jasne, mnóstwo wykorzystanych tutaj motywów działa tylko za pierwszym razem i znajomość dalszych losów bohaterki nieco utrudnia wczucie się w opowieść. Jeśli jednak już się to uda, można się zatracić w tym sennym świecie pełnym niewiadomych. Naprawdę wiele daje również obrazowanie tego, co dzieje się w umyśle Rosemary, dzięki czemu jej obawy stają się niemal namacalne, w pełni zrozumiałe, a jednocześnie to, czego nie zauważa wyłącznie bardziej niepokoi. Człowiek niby wie, że w końcu cała ta fasada runie z hukiem, lecz kiedy oraz w jaki sposób – nie sposób przewidzieć. Gorzki finał wyłącznie potęguje te odczucia.

Choć warstwa fabularna dostarcza sporo satysfakcji, tak nie czuję się zadowolona ze stylistyki powieści. Autor bardzo sucho nakreśla wiele faktów. Mnóstwo tu opisów wnętrz, mebli, kolorów: bez wątpienia można świetnie wyobrazić sobie budynek, a zwłaszcza apartamenty 7E oraz 7A, w których miejsce ma większa część akcji. Nie wiem, czy ta szczegółowość była niezbędna, mnie nieco momentami nużyła. Gdy jednak już coś się dzieje, ta prostota i pozbawiona ozdobników obrazowość stylu autora silnie kontrastuje z przerażającymi wydarzeniami. Na pochwałę zasługują za to dialogi: fenomenalnie żywe, istotnie nakreślające charakter poszczególnych bohaterów. Właśnie w nich czai się najwięcej gęstej atmosfery, która nieustannie kąsa Rosemary.

Wydaje mi się, że to jeden z rzadkich przypadków, gdy ekranizacja wypada lepiej od samej powieści. Książkowe „Dziecko Rosemary” wciąż jest naprawdę dobrym tytułem – jednak Polański wniósł tę historię o poziom wyżej, nie opuszczając tak naprawdę żadnej istotnej treści. Warto przeczytać, szczególnie jeśli jakimś cudem nie widziało się adaptacji: 8/10.

Za sprawą wybitnego filmu Polańskiego niemal każdy słyszał o „Dziecku Rosemary”. Nie zmienia to tego, że z książkowym pierwowzorem zapoznał się raczej mało kto. Czy powieść Iry Levina ma do zaoferowania historię równie fascynującą, co głośna ekranizacja?

Gdy Rosemary otrzymuje telefon o zwolnionym mieszkaniu w Bramford, czuję się jak w siódmym niebie. Wymarzona okolica,...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , , , ,

„Jeśli skupisz się tylko na tym, co zepsute lub zniszczone, nawet nie zauważysz, jak na twoim ramieniu zasiądzie kostucha”

To już dziewiąty tom „Berserka”… Drobnym kroczkami zbliżam się ku finałowi Złotego Wieku i szczerze mówiąc, nie do końca wiem, co o tym myśleć. Co jednak ta odsłona dzieła Kentarō Miury ma do zaoferowania?

Po odejściu Gutsa Griffith się załamał, a przynajmniej takie sprawia wrażenie. Kilka pochopnych decyzji sprowadza na niego natychmiastową klęskę i całkowity upadek. Obrywa się przy okazji całej Drużynie Sokoła, którą pociąga razem z sobą na dno. W tym samym czasie Czarny Szermierz szkoli się w samotności, angażując się w coraz to nowsze potyczki. Jak ten niespodziewany rozłam wpłynie na losy bohaterów?

Czymś, co szczególnie rzuciło mi się w oczy, jest mnożenie się wydarzeń, których nie można było doświadczyć w wersji animowanej. Dzięki temu jest tu o wiele mroczniej, poważniej, ale także ciekawiej. Wojownik ze wschodu jako pomniejszy antagonista jest intrygującą odskocznią od dotychczasowych starć z przeciwnikami – stosuje zupełnie inne techniki, a arsenał sztuczek ma naprawdę wyjątkowy. Wątek Griffitha dopiero zwiastuje możliwe tragiczne skutki jego dotychczasowych działań, niemniej jego wpływ na władcę Midland wypada przerażająco. Rozwijają się także relacje pomiędzy innymi bohaterami, choć akurat ja nie jestem fanem poświęcania całych rozdziałów na budowanie przyjaźnić czy miłostek.

Dziewiąty tom „Berserka” to zdecydowany punkt zwrotny, za którym już nic nigdy nie będzie dobrze. Akcja się zagęszcza i z niepokojem czekam na to, aż zapoznam się z dalszymi losami Gutsa i jego towarzyszy. Tę odsłonę oceniam na 7/10.

„Jeśli skupisz się tylko na tym, co zepsute lub zniszczone, nawet nie zauważysz, jak na twoim ramieniu zasiądzie kostucha”

To już dziewiąty tom „Berserka”… Drobnym kroczkami zbliżam się ku finałowi Złotego Wieku i szczerze mówiąc, nie do końca wiem, co o tym myśleć. Co jednak ta odsłona dzieła Kentarō Miury ma do zaoferowania?

Po odejściu Gutsa Griffith się załamał, a...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

Moim skromnym spostrzeżeniem jest, że Stephen King najlepiej sprawdza się w tych historiach, które są krótkie. Jednym z przykładów tej perfekcji krótkich narracji wydaje mi się „Wielki Marsz” wydany pod pseudonimem jako Richard Bachman. Antyutopijna opowieść o koszmarnym teleturnieju potrafi zafascynować, wciągnąć, a nawet przyprawić o ból stóp.

Setka nastoletnich uczestników na linii startu. Przemówienie majora, sygnał dla rozpoczęcia marszu. Rozpoczyna się walka o przeżycie mogąca mieć wyłącznie jednego zwycięzcę. Tego, który będzie szedł najdłużej i nie zwolni poniżej ściśle narzuconego tempa. Na pozostałych czeka wyłącznie kula w łeb oraz worek na zwłoki. Garraty, syn stanu Maine, prze naprzód. Istnieje tylko droga, krok za krokiem w niekończącym się piekle marszu. Czy w rywalizacji o takiej stawce można znaleźć jakiekolwiek miejsce na człowieczeństwo, przyzwoitość lub po prostu bezinteresowną przyjaźń?

Mogłoby się wydawać, że opowieść sprowadzająca się do dużej grupy idącej nieustannie przed siebie będzie nudna. Nic bardziej mylnego – ta nietypowa ekspozycja pozwala w niecałych trzystu stronach dostarczyć tony wrażeń. Przekrój przez tajemniczy świat, w którym miejsce ma „Wielki Marsz”, intryguje, aż chciałoby się dowiedzieć o nim więcej. Jednak nawet to ostrożne uchylenie rąbka tajemnicy mówi bardzo wiele, a każda kolejna informacja wyłącznie rozbudowuje i tak przerażający już obraz. Bardzo ciekawie obserwuje się również samych bohaterów; ich przyjaźnie, wspomnienia, rozterki oraz potworną niesprawiedliwość spadającą na kolejnych uczestników ”rozgrywki”. Te migawki z przeszłości nie mówią wiele, a jednocześnie wszystko, co najważniejsze – fakt, że żaden z nich nie powinien był się tam znaleźć. Emocje towarzyszą tej podróży od początku aż do niezwykle wstrząsającego końca. Jednocześnie, co niezwykłe: szkoda, iż zakończenie urywa się tak szybko. W dwóch końcowych rozdziałach dzieje się nieco za dużo na raz, przez co nie grają one na uczuciach tak, jak byłyby w stanie.

Tekst powieści jest niezwykle spójny, prosty, nie rozwleka się bez powodu. Wprawdzie to opowieść bazująca na dygresjach, w których King naprawdę się lubuje, ale tutaj zabieg ten zwyczajnie pasuje do konwencji i nie wydaje się na siłę. Motorem napędowym są tu jednak przede wszystkim dialogi, a te trzymają wysoki poziom, potrafiąc oddać narrację w ręce samych bohaterów. Jednocześnie poszczególne postaci mogą się pochwalić kompletnie różnymi osobowościami, co świetnie wybrzmiewa w ich wypowiedziach.

„Wielki Marsz”, choć należy do nieco krótszych form spod ręki mistrza grozy, może bez przeszkód znaleźć się pośród najlepszych jego autorstwa. Opowieść ma drobne niedociągnięcia, a niektóre fragmenty zasługiwały na rozbudowę. Niemniej w moim odczuciu nawet pomimo tego tytuł ten zasługuje na 8/10.

Moim skromnym spostrzeżeniem jest, że Stephen King najlepiej sprawdza się w tych historiach, które są krótkie. Jednym z przykładów tej perfekcji krótkich narracji wydaje mi się „Wielki Marsz” wydany pod pseudonimem jako Richard Bachman. Antyutopijna opowieść o koszmarnym teleturnieju potrafi zafascynować, wciągnąć, a nawet przyprawić o ból stóp.

Setka nastoletnich...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , , ,

Dość ciekawy, choć stosunkowo długi dialog. Faktycznie godny uwagi dopiero w trzecim akcie, gdyż dwie pierwsze rozmowy są dość powierzchowne i sprowadzają się do wpędzania rozmówców w błahe sprzeczności.
Konflikt pomiędzy prawem naturalnym (prawem silniejszego) i prawem bazującym na cnotach, w tym sprawiedliwości, godny uwagi i wiecznie żywy. Oprócz tego typowo platońska krytyka hedonizmu oraz egoizmu. Finał nie w pełni satysfakcjonujący, odwołuje się do niskich moralnie pobudek.

Dość ciekawy, choć stosunkowo długi dialog. Faktycznie godny uwagi dopiero w trzecim akcie, gdyż dwie pierwsze rozmowy są dość powierzchowne i sprowadzają się do wpędzania rozmówców w błahe sprzeczności.
Konflikt pomiędzy prawem naturalnym (prawem silniejszego) i prawem bazującym na cnotach, w tym sprawiedliwości, godny uwagi i wiecznie żywy. Oprócz tego typowo platońska...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

Krytyka niektórych tytułów przypomina niekiedy wkładanie kija w mrowisko. Tym bardziej, im więcej fanów posiada określona pozycja. „Miasteczko Salem” bez wątpienia należy do tych popularniejszych dzieł Stephena Kinga. W moim odczuciu stanowi świetny przykład zagęszczenia tego, co najlepsze oraz co najgorsze w twórczości autora.

Miasteczko Jerusalem to jedno z miejsc zapomnianych przez świat, w którym czas biegnie swoim tempem. Nad całą okolicą góruje przerażający Dom Marstenów słynący z mrocznych legend i wstrząsających wydarzeń sprzed lat. Symboliczne zło staje się niezwykle namacalne, gdy budowla zostaje kupiona przez dwóch podejrzanych biznesmenów planujących otworzyć sklep z antykami. Prędko w mieście zaczynają dziać się dziwne rzeczy, ktoś patroszy lokalnego psa, znika dziecko, a inne umiera na niewytłumaczalną anemię. Wracający w rodzinne strony pisarz oraz grupa mieszkańców Salem stają do nierównej walki z siłami ciemności.

„Miasteczko Salem” to taki trochę „Dracula” po amerykańsku w bardzo typowym dla Kinga wydaniu. Autor bawi się znanymi motywami, przepuszczając je przez pryzmat małomiasteczkowości, wypływając momentami na przesadnie szczegółowe wody. Choć perypetie walczących ze złem bohaterów napędzają fabułę w dość ciekawy sposób, nie sposób nie zauważyć, że główną rolę w opowieści odgrywa mimo wszystko samo Salem. W dużej mierze to właśnie historia o stopniowo rozpadającym się od środka mieście, a ludzie stanowią tu wyłącznie rekwizyty kolejnej wielkiej walki między siłami światła i ciemności, nie mając realnie zbyt wiele podmiotowości czy sprawczości. Ta stosunkowo typowa dla Kinga kanwa narracyjna pojawiała się szeroko również w kilku kolejnych dziełach autora (dość wspomnieć tytuły takie jak „Sklepik z marzeniami” czy „Pod kopułą”), a jej elementy dostrzec można w niemal każdej jego powieści.

Charakterystyczna, gawędziarska nuta wydaje się mieczem obosiecznym. Można uwielbiać ten przekrój rozmaitych charakterów, nietypową perspektywę (budowanie klimatu poprzez między innymi plotki rozchodzące się liniami telefonicznymi), ale można również do bólu nie cierpieć – z dokładnie tych samych powodów. Przesadna szczegółowość, wchodzenie buciorami do życia postaci epizodycznych egzystujących wyłącznie poza głównym wątkiem opowieści… Bez wątpienia da się w tym zatracić, problem jednak nie znika: to przede wszystkim często po prostu koszmarnie nudne i przy tym zupełnie zbędne. Buduje realizm, lecz jednocześnie trwoni dziesiątki stron na postacie niemające absolutnie żadnego wpływu na historię, gdy większość tych wątków nie łączy się ze sobą inaczej niż „a potem umarł przez wampiry”. Może to nieco frustrować.

W żadnym razie nie powiedziałabym, że „Miasteczka Salem” jest słabą powieścią. Niemniej nie budzi szczególnych zachwytów, do pewnego stopnia nuży, jednocześnie pozostawiając niedosyt, gdy wątki urywają się szybciej, niż tworzona była ich podbudowa. W mojej ocenie tytuł ten zasługuje na jakieś 6/10 – raczej już więcej do niego nie wrócę.

Krytyka niektórych tytułów przypomina niekiedy wkładanie kija w mrowisko. Tym bardziej, im więcej fanów posiada określona pozycja. „Miasteczko Salem” bez wątpienia należy do tych popularniejszych dzieł Stephena Kinga. W moim odczuciu stanowi świetny przykład zagęszczenia tego, co najlepsze oraz co najgorsze w twórczości autora.

Miasteczko Jerusalem to jedno z miejsc...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , , ,

Zbiór opowiadań ze świata „Sin City” wzbudził we mnie dość mieszane uczucia. „Girlsy, Gorzała i Giwery” prezentują naprawdę różny poziom, a przez to trudno w ogóle ocenić, czy warto sobie zawracać głowę tymi opowiadaniami. Co jednak mają do zaoferowania oraz w czym zawodzą?

Przestępcy robią to, co potrafią najlepiej. Samozwańczy obrońcy społeczności dają z siebie wszystko w starciu z niesprawiedliwością. Ci, którzy komuś podpadli, usiłują uciec przed zemstą. Zupełnie normalne dni oraz noce w mieście grzechu. Ktoś zginie, ktoś się ocali – czy kolejna osoba uwikłana w porachunki tego padołu łez i cierpienia stanie się wybawcą, czy też może kolejnym zabójcą do wynajęcia?

Ten zbiór ma swoje lepsze momenty, choć trudno mówić o nich jakoś obszerniej, gdy większość historii zajmuje raptem kilka stron. Są tutaj pozycje intrygujące, przy których człowiek zastanawia się, jaka przeszłość doprowadziła bohaterów do takiej sytuacji. Inne sprowadzają się do nawalanki lub przykładowo kolejnego gagu z duetem Klumpa i Shlubba. Nieszczęśliwie żaden z bohaterów nie ma dostatecznie czasu, by zaintrygować na dłużej – choćby na tyle, by czytelnika mogły w ogóle obchodzić jego losy. Nie podołała temu nawet Delia, której postać przewijała się w największej liczbie opowiadań. W związku z tym mam naprawdę dwojakie podejście do zbioru. Niby nie był zły, ale nie czułam niemal żadnej satysfakcji podczas lektury.

Czy warto przeczytać „Girlsy, Gorzała i Giwery”? Moim zdaniem niekoniecznie, bo nie ma w nich nic, co zwalałoby z nóg. Pozycja ta skierowana jest zdecydowanie do fanów „Sin City”, jednak nawet oni mogą czuć się rozczarowani równie krótką, bezsensowną podróżą. Ode mnie wyłącznie 5/10.

Zbiór opowiadań ze świata „Sin City” wzbudził we mnie dość mieszane uczucia. „Girlsy, Gorzała i Giwery” prezentują naprawdę różny poziom, a przez to trudno w ogóle ocenić, czy warto sobie zawracać głowę tymi opowiadaniami. Co jednak mają do zaoferowania oraz w czym zawodzą?

Przestępcy robią to, co potrafią najlepiej. Samozwańczy obrońcy społeczności dają z siebie wszystko...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , , ,

„Pies Baskerville’ów” był jednym z pierwszych kryminałów, jakie przeczytałam. Wciąż bardzo sobie cenię tę powieść spod ręki Arthura Conana Doyle’a i przypuszczalnie to jedna z moich ulubionych przygód Sherlocka Holmesa. Co aż tak wyróżnia ten tytuł na tle innych?

Do domu przy Baker Street trafia klient z niespotykaną historią. Dawna legenda u psim upiorze grasującym na wrzosowiskach brzmi niedorzecznie, jednak w oparach tej wiekowej tajemnicy miejsce miał podejrzany zgon. Czy jednak śmierć ta była zjawiskiem naturalnym, czy też raczej starannie zaplanowanym morderstwem? Choć, czy ślady psich łap przy zwłokach dziedzica rodu Baskerville’ów nie stanowią może dowodu na to, że opowieść o klątwie jest mimo wszystko prawdziwa? Gdy do dworu przybyć ma nowy spadkobierca, wraz z nim wysłany zostaje Watson, by mieć oko na wszystko, co wydaje się podejrzane. Wkrótce na mokradłach znów rozlega się wycie bestii…

Pierwsza lektura tej książki ma niesamowity urok. Zgrabna opowieść detektywistyczna, jednak jej klimat jest po prostu niepodrabialny! Ponura posiadłość, mgła zalegająca na wrzosowiskach, przerażające bagna pochłaniające wszystko, co przypadkiem zboczy ze szlaku. Miejscami ta historia naprawdę przypomina gotycką powieść grozy, a autor tak zgrabnie igra z czytelnikiem, że można być skłonnym uwierzyć w nadnaturalny charakter całej sprawy. Wiele wskazówek, mnóstwo zbiegów okoliczności oraz kilka skrajnie różnych dramatów rozgrywających się jednocześnie. Choć ostatecznie to Holmes trzyma wszystkie asy w rękawie, również Watson ma do zaoferowania kilka zdroworozsądkowych spostrzeżeń, podłapując dryg detektywistyczny swojego współlokatora. Prawda jest tylko jedna, a nic nie uchroni się przed czujnym okiem i uchem mistrza dedukcji.

Jeśli ktoś nie jest pewny, czy zafascynują go przygody Sherlocka – ten konkretny tytuł z pewnością stanowi jeden z najlepszych możliwych punktów rozpoczęcia przygody z tym słynnym detektywem. Historia ta ma w sobie to coś, po prostu niesamowicie intryguje. Ode mnie otrzymuje 8/10 – może nie najwięcej, ale jak na klasyczny kryminał, to i tak naprawdę dużo.

„Pies Baskerville’ów” był jednym z pierwszych kryminałów, jakie przeczytałam. Wciąż bardzo sobie cenię tę powieść spod ręki Arthura Conana Doyle’a i przypuszczalnie to jedna z moich ulubionych przygód Sherlocka Holmesa. Co aż tak wyróżnia ten tytuł na tle innych?

Do domu przy Baker Street trafia klient z niespotykaną historią. Dawna legenda u psim upiorze grasującym na...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , , ,

Recenzja zbiorcza tomów #6-#8

Im bardziej zagłębiam się w „Krew na szlaku”, tym bardziej przerażona jestem. Choć to tylko taka pozornie prosta opowieść psychologiczna – niemal ciężko określić czy na tej płaszczyźnie jest horrorem, czy też raczej thrillerem. Jedno jest pewne: Shūzō Oshimi wciąga czytelnika w świat budzący wyłącznie silne emocje.

Po powrocie od Fukiishi wszystko wydaje się sypać. Matka jest jeszcze dziwniejsza niż zawsze, wmawiając Seiichiemu coraz gorsze rzeczy na jego temat, a także samej tragedii w górach. Nastolatek jest wyłącznie bardziej przygniatany koszmarnym sekretem, co zdecydowanie pogarsza stan jego zdrowia psychicznego. Kłopoty zdają się nie kończyć. Pozornie dobre wieści ze szpitala stawiają Seiko oraz jej syna w naprawdę trudnej sytuacji, w której każdy krok może przynieść wyłącznie więcej cierpienia każdej ze stron…

Niemal niemożliwe jest opowiadanie o tej historii, nie spojlerując wydarzeń. W poszczególnych tomach dzieje się mało, a przynajmniej tak się wydaje, choć to raczej powierzchowne spostrzeżenie. Pod tym całym przerażającym pudrem czai się głębia, w której rolą czytelnika jest domyślanie się. Kontemplacja. Wpadanie na lepsze i gorsze rozwiązania. Bardziej lub mniej prawdopodobne przyczyny całego koszmaru. Poprzez zupełnie nowe problemy, które stają przed Seiichim, można zacząć kierować swoje myśli w kierunku rozważań natury czysto psychiatrycznej, choć jeszcze nie w pełni zdefiniowanej. Zdecydowanie jest to pozycja, o której myśli się długo, a momentami proces powolnego rozczłonkowywania opowieści na części pierwsze jest jeszcze bardziej satysfakcjonujący niż samo czytanie.

Tomy 6-8 wzbudziły we mnie wiele, głównie negatywnych emocji – co w przypadku tego typu tytułu jest wręcz pożądanym efektem. „Krew na szlaku” nie należy do łatwych lektur, wymaga cierpliwości oraz nerwów na wodzy, by nie zgubić się w tej bezdennej otchłani rozpaczy. W moim odczuciu te trzy części zasługują na ocenę 8/10.

Recenzja zbiorcza tomów #6-#8

Im bardziej zagłębiam się w „Krew na szlaku”, tym bardziej przerażona jestem. Choć to tylko taka pozornie prosta opowieść psychologiczna – niemal ciężko określić czy na tej płaszczyźnie jest horrorem, czy też raczej thrillerem. Jedno jest pewne: Shūzō Oshimi wciąga czytelnika w świat budzący wyłącznie silne emocje.

Po powrocie od Fukiishi...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to