Pył z landrynek. Hiszpańskie fiesty

Okładka książki Pył z landrynek. Hiszpańskie fiesty
Katarzyna Kobylarczyk Wydawnictwo: Czarne Seria: Reportaż reportaż
160 str. 2 godz. 40 min.
Kategoria:
reportaż
Seria:
Reportaż
Wydawnictwo:
Czarne
Data wydania:
2013-04-13
Data 1. wyd. pol.:
2013-04-13
Liczba stron:
160
Czas czytania
2 godz. 40 min.
Język:
polski
ISBN:
9788375365122
Tagi:
Hiszpania fiesta
Dodaj do pakietu
Dodaj do pakietu

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki

Porównaj ceny

i
Porównywarka z zawsze aktualnymi cenami
W naszej porównywarce znajdziesz książki, audiobooki i e-booki, ze wszystkich najpopularniejszych księgarni internetowych i stacjonarnych, zawsze w najlepszej cenie. Wszystkie pozycje zawierają aktualne ceny sprzedaży. Nasze księgarnie partnerskie oferują wygodne formy dostawy takie jak: dostawę do paczkomatu, przesyłkę kurierską lub odebranie przesyłki w wybranym punkcie odbioru. Darmowa dostawa jest możliwa po przekroczeniu odpowiedniej kwoty za zamówienie lub dla stałych klientów i beneficjentów usług premium zgodnie z regulaminem wybranej księgarni.
Za zamówienie u naszych partnerów zapłacisz w najwygodniejszej dla Ciebie formie:
• online
• przelewem
• kartą płatniczą
• Blikiem
• podczas odbioru
W zależności od wybranej księgarni możliwa jest także wysyłka za granicę. Ceny widoczne na liście uwzględniają rabaty i promocje dotyczące danego tytułu, dzięki czemu zawsze możesz szybko porównać najkorzystniejszą ofertę.
Poczekaj, szukamy dla Ciebie najlepszych ofert

Pozostałe księgarnie

Informacja

Reklama
Reklama

Książki autora

Podobne książki

Reklama

Oceny

Średnia ocen
5,7 / 10
227 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE

Sortuj:
avatar
497
364

Na półkach:

Mam bardzo mieszane uczucia co do tej pozycji, stąd niższa ocena, mimo ciekawego tematu. Mase ciekawostek, zanurzonych w filozoficznym wodolejstwie> Nie mam pojęcia, czy to prawda, ale wyglądało mi to jakby ktoś zebrał wpisy z bloga podróżniczego. Gdyby nie kilka rzeczy które ze mną zostały (m.in.ludzie mchy, rzucanie landrynkami czy bieg z krzyżem) dałabym oczko niższą ocenę, za ten przedziwny styl narracji.

Mam bardzo mieszane uczucia co do tej pozycji, stąd niższa ocena, mimo ciekawego tematu. Mase ciekawostek, zanurzonych w filozoficznym wodolejstwie> Nie mam pojęcia, czy to prawda, ale wyglądało mi to jakby ktoś zebrał wpisy z bloga podróżniczego. Gdyby nie kilka rzeczy które ze mną zostały (m.in.ludzie mchy, rzucanie landrynkami czy bieg z krzyżem) dałabym oczko niższą...

więcej Pokaż mimo to

8
avatar
2812
591

Na półkach: , ,

Bardzo ciekawe wrażenia autorki z opisu świąt hiszpańskich, również nieznanych.

Bardzo ciekawe wrażenia autorki z opisu świąt hiszpańskich, również nieznanych.

Pokaż mimo to

3
avatar
609
361

Na półkach:

Dla mnie zupełnie nowe i niezwykłe spojrzenie na Hiszpanię. Owszem, świadomość organizowania fiesty w tym kraju jest powszechna, ale że jest ich tyle, że każda z fiest ma swoją przyczynę, często szczególnego patrona, specyficzne zwyczaje to już informacja rzadka.
Świetnie mi się czytało te reportaże, bo są napisane lekkim przyjemnym językiem. Mnóstwo w nich historii, obyczajów, kolorów każdego rodzaju.

Dla mnie zupełnie nowe i niezwykłe spojrzenie na Hiszpanię. Owszem, świadomość organizowania fiesty w tym kraju jest powszechna, ale że jest ich tyle, że każda z fiest ma swoją przyczynę, często szczególnego patrona, specyficzne zwyczaje to już informacja rzadka.
Świetnie mi się czytało te reportaże, bo są napisane lekkim przyjemnym językiem. Mnóstwo w nich historii,...

więcej Pokaż mimo to

5
Reklama
avatar
547
95

Na półkach:

„Pył z landrynek” to wyjątkowa kulturowa uczta; podróż po dalekich krańcach Europy i odległych zwyczajach świątecznych, tak odmiennych od znanych w Polsce. Katarzyna Kobylarczyk przemierzyła całą Hiszpanię, wyszukując w każdej odwiedzonej prowincji miast, miasteczek i wsi, w których mogła zobaczyć wyjątkowe zabawy, magiczne fiesty i poznać iberyjski mistycyzm chrześcijański. Efektem tej podróży jest skromna, lecz szalenie interesująca książka.

Oprócz walenckiego Las Fallas, podczas którego płoną figury, których nie powstydziliby się hiszpańscy surrealiści, oprócz pokutnych marszy czy otępiającego, hipnotyzującego bębnienia, Kobylarczyk przedstawia wiele innych wydarzeń, czasem szokujących, a czasem zaskakująco znanych. Opowiada o tradycyjnej bitwie na cukierki, odbywającej się co roku w Vilanovie i la Geltrú, po której pozostaje na ubraniach, ulicach, placach i fasadach budynków słodki, lepiący, landrynkowy pył. Przedstawia tradycyjne przepędzanie młodych, bojowych byków przez ulicę miasta, z najsłynniejszą gonitwą byków w Pampelunie, w prowincji Nawarra, wraz z następującą później korridą, w której czasem zdarzy się, że zginie człowiek, za to zawsze giną byki. Informuje czytelników o tradycji przywodzącej na myśl kaszubskie tańce z fetetronem, lecz w znacznie gorszej wersji – o sewillskiej procesji i dźwiganej podczas niej wielkiej platformie z Chrystusem tak ciężkim, że nieść go musi kilkudziesięciu mężczyzn.

Interesującym dodatkiem do książki jest niewielki słowniczek, objaśniającym występujące w treści słowa. Niektóre z nich weszły do polszczyzny i pod własną nazwą znane są u nas, jak choćby słynne korridy, uczestniczący w nich toreadorzy czy występujące w barach tancerki flamenco. Żeby jednak nie psuć gorącego ducha Hiszpanii zbędnymi, a czasem trudnymi do skrótowego opisania tłumaczeniami, autorka zdecydowała się pozostawić wiele słów w oryginale, do samodzielnego wzbogacenia swojego słownika i wiedzy.

Po lekturze „Pyłu z landrynek” uświadomić sobie można jak wiele nieznanych tradycji i zwyczajów kryje się w tak popularnym turystycznie kraju. Chociaż, jak sama autorka przyznaje, często nie dało się zobaczyć wszystkiego, czy to ze względu na ogromną ilość zwiedzających, czy też z innego, bardzo prozaicznego powodu. Szacuje się, że liczba organizowanych w Hiszpanii fiest sięga trzynastu tysięcy. Uczestnictwo we wszystkich jest najzwyczajniej niemożliwe, nawet przy pomocy popychającej nas z północy tramontany.

Po bardziej szczegółową recenzję zapraszam do siebie - https://kulturalnynihilista.pl/pyl-z-landrynek-hiszpanskie-fiesty-katarzyna-kobylarczyk-hiszpania-cz-2/

„Pył z landrynek” to wyjątkowa kulturowa uczta; podróż po dalekich krańcach Europy i odległych zwyczajach świątecznych, tak odmiennych od znanych w Polsce. Katarzyna Kobylarczyk przemierzyła całą Hiszpanię, wyszukując w każdej odwiedzonej prowincji miast, miasteczek i wsi, w których mogła zobaczyć wyjątkowe zabawy, magiczne fiesty i poznać iberyjski mistycyzm...

więcej Pokaż mimo to

2
avatar
9
4

Na półkach:

Zupełnie nie zgadzam się z niskimi ocenami tej książki. Zupełnie inna niż Strup. Napisana innym stylem. Autorka w lekki, niewymuszony sposób zaprasza nas do rzucenia okiem na dziwaczne, dla Polaków nie znane fiesty- małe i duże. Opisuje je a potem komentuje w bardzo celny, humorystyczny, trochę cyniczny sposób. Obraz Hiszpanii dla wnikliwych, ze świetnym poczuciem humoru. Polecam dla zainteresowanych tematem Hiszpanii! Nie zawiedziecie się!

Zupełnie nie zgadzam się z niskimi ocenami tej książki. Zupełnie inna niż Strup. Napisana innym stylem. Autorka w lekki, niewymuszony sposób zaprasza nas do rzucenia okiem na dziwaczne, dla Polaków nie znane fiesty- małe i duże. Opisuje je a potem komentuje w bardzo celny, humorystyczny, trochę cyniczny sposób. Obraz Hiszpanii dla wnikliwych, ze świetnym poczuciem humoru....

więcej Pokaż mimo to

3
avatar
1484
582

Na półkach: , , , ,

Nie jest to reportaż jak "Strup” tej samej autorki, o wojnie domowej w Hiszpanii. Tym razem nie ma tu zbyt wielu dat i faktów – byłoby dobrze, gdyby znalazły się w przypisach. Autorka – wzorem impresjonistów – maluje przed naszymi oczyma obrazy pełne słońca, barw i zapachów. Czułam się, jak bym sama odwiedzała jako turystka te fiesty. Jedyna zbrodnia – całkowity brak zdjęć! Brakowało mi też mapki miejscowości, które autorka odwiedziła. Niektóre były bardzo małe i nie do znalezienia bez googlowania. Stąd jedna gwiazdka mniej. Ale za atmosferę- zasłużone 9 *. Polecam wszystkim ciekawym Hiszpanii.

Nie jest to reportaż jak "Strup” tej samej autorki, o wojnie domowej w Hiszpanii. Tym razem nie ma tu zbyt wielu dat i faktów – byłoby dobrze, gdyby znalazły się w przypisach. Autorka – wzorem impresjonistów – maluje przed naszymi oczyma obrazy pełne słońca, barw i zapachów. Czułam się, jak bym sama odwiedzała jako turystka te fiesty. Jedyna zbrodnia – całkowity brak zdjęć!...

więcej Pokaż mimo to

38
avatar
447
117

Na półkach: , ,

Dużo inspiracji do zagłębienia się w temat hiszpańskich fiest. Zgadzam się z przedmówca mi, że wiele z nich było w zasadzie tylko wspomnianych, a gdy człowiek się rozkręcał, to rozdział się kończył. Bardzo lubię cyniczny styl narracji autorki.

Dużo inspiracji do zagłębienia się w temat hiszpańskich fiest. Zgadzam się z przedmówca mi, że wiele z nich było w zasadzie tylko wspomnianych, a gdy człowiek się rozkręcał, to rozdział się kończył. Bardzo lubię cyniczny styl narracji autorki.

Pokaż mimo to

2
avatar
24
24

Na półkach:

Hiszpańskie fiesty i lokalne obyczaje są chyba jednymi z najbardziej zaskakujących w Europie, procesje "ocalonych" niesionych w trumnach, defekujące figurki polityków, tomatina czy tak bardzo kontrowersyjna korrida poruszają swoją odmiennością, pozostają często niezrozumiałe dla osób z innych kręgów kulturowych. Czytałam książkę jako uzupełnienie przewodników przed podróżą przez Hiszpanie - pozwala spojrzeć nieco inaczej na lokalną rzeczywistość wsi i miasteczek jeśli chce się zobaczyć coś więcej niż główne atrakcje turystyczne i komercyjne szlaki.

Hiszpańskie fiesty i lokalne obyczaje są chyba jednymi z najbardziej zaskakujących w Europie, procesje "ocalonych" niesionych w trumnach, defekujące figurki polityków, tomatina czy tak bardzo kontrowersyjna korrida poruszają swoją odmiennością, pozostają często niezrozumiałe dla osób z innych kręgów kulturowych. Czytałam książkę jako uzupełnienie przewodników ...

więcej Pokaż mimo to

3
avatar
679
139

Na półkach: , , ,

To jeden z gorszych reportaży jakie miałam okazję czytać, jeśli nie najgorszy. A potencjał był ogromny - Hiszpania plus fiesty, co mogło pójść nie tak? W tym przypadku to właściwie wszystko. Krótkie rozdziały ledwie sygnalizują daną tematykę - czytelnik wiele się z nich nie dowie (jeśli w ogóle czegokolwiek). Na każdej stronie widać negatywny stosunek autorki o wszystkiego co obserwuje - bardzo łatwo i chętnie ocenia otaczającą ją rzeczywistość, pomimo że w mojej opinii nie bardzo próbuje ją poznać czy zrozumieć. W ogóle odniosłam wrażenie, że reportażystka gardzi osobami, o których pisze, traktując ich jako dziwolągi kultywujące bezsensowne, jarmarczne obyczaje i tradycje. Wieczny pościg za fiestami ma odbicie w chaotycznej strukturze reportażu, gdzie rozdziały "ułożone" są bez ładu i składu, ot krótkie scenki rodzajowe okraszone niezbyt pochlebnym komentarzem autorki. Pomimo dość niewielkiej objętości, bardzo długo zajęło mi przeczytanie tej książki - najzwyczajniej nie bardzo miałam ochotę po nią sięgać. Do końca liczyłam jednak, że coś się zmieni, poprawi, chciałam dać jej szansę. Okazało się, że niepotrzebnie i niezasłużenie. Dla mnie ogromne rozczarowanie i zmarnowanie potencjału. Choć słyszałam, że kolejny reportaż o Hiszpanii tej autorki jest dużo lepszy - może kiedyś sięgnę i po niego. Nie wykluczam, ale póki co mi się do niego nie spieszy. A szkoda.

To jeden z gorszych reportaży jakie miałam okazję czytać, jeśli nie najgorszy. A potencjał był ogromny - Hiszpania plus fiesty, co mogło pójść nie tak? W tym przypadku to właściwie wszystko. Krótkie rozdziały ledwie sygnalizują daną tematykę - czytelnik wiele się z nich nie dowie (jeśli w ogóle czegokolwiek). Na każdej stronie widać negatywny stosunek autorki o...

więcej Pokaż mimo to

7
avatar
3073
321

Na półkach:

Intrygująca książka, niezwykle wciągająca, choć niewątpliwie pozostawia także uczucie niedosytu. Autorka-reporterka przyjęła bowiem niezwykle ciekawy sposób snucia opowieści: na pograniczu reportażu, naiwnych wspomnień "travelblogerki", uczestniczki turystycznego spędu usiłującej (od czasu do czasu) przyjąć stanowisko niezaangażowanego obserwatora. Raz pisze o swoich odczuciach i rozczarowaniach (nie udało się czegoś zobaczyć, doświadczyć, odnaleźć) po to, żeby kilka wierszy lub opowieści dalej dystansować się od "tłumu turystów", "Niemców i Amerykanów" z zachowaniem jednak świadomości, że sama jest intruzem w świecie fiest, obrzędów i tradycji, obcych jej kulturowo i nie zawsze zrozumiałych.

Kobylarczyk potrafi jednak krytycznie ocenić przyjezdnych przyjmując okazjonalnie, lecz bardzo trafnie, perspektywę gospodarzy: Cudzoziemcy są szaleni z natury, mają wiecznie rozregulowane zegarki, boży głupcy, nigdy nie widzą, kiedy jeść, kiedy spać, kiedy podróżować. Popełniają zatem absurdalne pomyłki: Spójrz na zegarek, jest święta pora sjesty, wszyscy śpią, przypatrz się dobrze wskazówkom, jesteś o jakieś tysiąc sto lat spóźniony, znów pomyliłeś daty i miejsca, niczego tu nie znajdziesz, zabłądziłeś wśród bladożółtych kamieni. Rozczulająca w tym kontekście wydaje się tabliczka wypatrzona przez autorkę w jakiejś kawiarni: "To jest lokal dla ludzi na wakacjach. Pracują tylko dwie osoby. Nie spiesz się sam i nie poganiaj innych". Świadoma jest także tego, że zniknięcia najeźdźców-barbarzyńców nikt nie zauważa: Nie byli stąd, a to całkiem, jakby wcale ich nie było.

Muszę przyznać jednak, że niejednorodność postawy bywa równie intrygująca, jak irytująca - szczególnie kiedy tchnie specyficznym poczuciem wyższości: czy to wobec owego tłumu turystów (który osobiście powiększała), czy też wobec ludowo-parafialnych obrzędów, na pół egzotycznych, na pół znajomych (katolicka Polska wypadłaby zapewne całkiem wysoko w potencjalnym rankingu obrzędowych ciekawostek). Nie sposób jednak odmówić wdzięku tej surrealistycznej, onirycznej podróży po kraju, który wydaje się być tak dobrze znamy, a który wciąż jest dla nas nieodkrytą tajemnicą.

Czyta się ów zbiór reportaży jednym tchem, smakując barwny język i udane próby słowotwórstwa (rykoświstąkanie świstunów mnie rozwaliło!). Kobylarczyk przepięknie pisze o starym bębniarzu, który kiwał się ze wzrokiem utkwionym gdzieś daleko i prawdopodobnie kiedy indziej. Niektóre skojarzenia i opisy są magnetycznie baśniowe, inne lekko cyniczne lub powalająco rzeczowe, co interesująco kontrastuje z atmosferą hiszpańskich obrzędów, będących nie tylko zaprzeczeniem wszelkiego racjonalizmu, ale nawet gospodarności (tu na czele wypada wymienić sewilski Wielki Tydzień i palenie fallas w Walencji). Reporterka czasem naiwnie dziwi się niektórym zwyczajom i wcale swojego zaskoczenia nie kryje - jak typowa turystka, którą udało się zaskoczyć, choć przecież oczekiwała i szukała zaskoczenia. No bo jakże nie dziwić się takiemu oto obrzędowi:

W dniu Bożego Ciała głównymi ulicami tego miasteczka [Béjar] kroczyła procesja: dzieci w komunijnych sukienkach, ksiądz w odświętnym ornacie z Najświętszym Sakramentem pod haftowanym baldachimem, a zaraz za nim – mchy. Było ich zaledwie kilku: starsi mężczyźni, od stóp do czuba głowy owinięci w płaty świeżego mchu, ludzie pałuby, bezkształtne zielone niedźwiedzie. Kołysali się na boki, bo mech krępował im ruchy, i kroczyli z poważnymi i uroczystymi minami. Nikt się z nich nie śmiał. Wszystko było tak, jak miało być. Sacrum.

Oczywiście autorka oddaje należny hołd Hemingwayowi opisując także dwie najbardziej znane fiesty: korridę i gonitwę byków w Pampelunie. (Przy okazji zaznacza, że korrida komentowana jest w prasie tak, jakby to było coś między meczem a spektaklem teatralnym). Niewątpliwie jednak znacznie ciekawsze poznawczo okazują się fiesty, w trakcie których ludzie obrzucają się rzepą lub zwłokami szczurów, próbują urwać głowę gęsi zawieszonej na elastycznej linie, podpalają styropianowe figury większe od domów albo odbywają rytualną kąpiel z kozami. W San Vincente de la Sonsierra praktykuje się wielkopiątkową pokutną chłostę. W tym samym dniu w Calandzie rozbrzmiewają przez wiele godzin głośne bębny: bez chwili przerwy, aż do ogłuchnięcia i omdlenia rąk. Działają na wyobraźnię opisy koni wbiegających po prawie pionowym zboczu z młodzieńcami uczepionymi ich siodeł (i tabliczka ostrzegająca: Ryzyko stratowania. Dalej idziesz na własną odpowiedzialność.).

Nie brakuje świąt „cepeliowskich” w swoim charakterze, obchodzonych współcześnie głównie z myślą o turystach. Ciągle jednak przeważają fiesty organizowane na pamiątkę minionych wydarzeń, stanowiące rodzaj łączności z dawnymi tradycjami, nawet jeśli niosą ze sobą dawkę niebezpieczeństwa dla ludzkiego życia (na fiesty jeździ się trochę jak na wojnę), co zresztą jest nieodłącznym elementem hiszpańskich fiest, inaczej nie byłyby tym, czym są.

Trzeba być gotowym na tłum, na wielki ścisk, na rozpasane pijane miasto, na kłęby duszącego dymu, na wybuchy, na jęzory ognia, na potop wody i wina, na wrzask i ogłuszający hałas, na niebezpieczne zwierzęta, na widok krwi. Na niebezpieczeństwo. Na chaos. Tak chaos - przynajmniej pozorny - jest jakąś cechą tego wszystkiego. Chaos i tłum.

Nic zatem dziwnego, że - jak pisze Kobylarczyk - zakazywanie fiest ma w Hiszpanii długa tradycję. Już trzeci synod w Toledo w 589 r. (ten sam, który wprowadził do wyznania wiary formułę filioque i na którym władca wizygockiej Hiszpanii Rekkared porzucił arianizm na rzecz katolicyzmu) kategorycznie zabronił niereligijnych pieśni i tańców, które lud praktykował podczas świąt kościelnych. W średniowieczu anarchię fiest próbowali wziąć pod kontrolę zarówno chrzescijański król Alfons X Mądry, jak i emir Granady Jusuf I (nomen omen także zwany Mądrym). Alfonsowi nie podobały się zwłaszcza przebieranki i prześmiewcze teatrzyki. Jusuf uważał, że bandy kobiet i mężczyzn, które oblewają się na ulicach Granady perfumami i obrzucają słodkimi cytrynami, pomarańczami i naręczami kwiatów, sieją zgorszenie, a tancerki i muzycy zakłócają porządnym ludziom odpoczynek.

Tratowane landrynki, służące jako pociski w całkowicie świeckim obrzędzie bitwy na słodycze, dały tytuł owemu zbiorowi reportaży i są dowodem na to, jak wiele jesteśmy w stanie wymyślić, żeby się wyszaleć. Robią też wrażenie kwoty, jakie na te fiesty łoży państwo (lub lokalne samorządy), podobnie zresztą, jak informacja o samodzielnych wydatkach niektórych uczestników (w Walencji podczas fiesty ku czci św. Józefa 19 marca, kobiety paradują w ciężkich, haftowanych złotem sukniach za dwanaście tysięcy euro). Przybijają skutki środowiskowe organizacji niektórych imprez - autorka podaje, że w Walencji, w czasie jednej imprezy stopiono dziesięć ton gwoździ, spalono tysiąc ton kartonu, tyle samo past i klejów, dziewięćset ton drewna, trzysta ton farb i jakieś trzysta milionów euro...

Hiszpańskiemu świętowaniu daleko jest do normalności, przewidywalności i typowości, wpisującej się w obowiązujące kanony religijne i obyczajowe. Hiszpanie, nawiązując do tradycji sprzed kilkuset lat, odprawiają przedziwne ceremonie, które niepokojąco przypominają to, co znaleźć można na obrazach surrealistów, m.in. Salvadora Dali. Bycie z boku z pewnością pozwala autorce wiarygodnie oddać obcość i specyfikę kultury, którą opisuje, choć zarazem brak zaangażowania większego niż ciekawość zwiedzającego zbliża refleksje reporterki do "obrazków z podróży". Jednocześnie forma krótkich migawek z różnych regionów Hiszpanii (zapomniane iberyjskie miasteczka Katalonii, Andaluzji, Kastylii-La Manchy czy Estremadury), mieszanie regionów i tematów, wprowadzenie drobnych obserwacji (stara tancerka flamenco), śladów czarownic, mszy odprawianych w rycie mozarabskim, czy madryckich barów - tworzą szalony kalejdoskop, który z pozornego chaosu pozwala wykreować archetypiczny obraz hiszpańskiej fiesty.

Na tym tle urzekający okazuje się wyciszony rozdział Między Kartageną a Mazarrón. Stara tancerka flamenco - nie reportaż, nawet nie opowiadanie, ale przypowieść filozoficzna...
Autorka wskazuje, że nie zawsze można dotrzeć do genezy opisywanych świąt. Ani mieszkańcy, ani zapewne kulturoznawcy nie zgłębią już przyczyn, dla których w ostatnią niedzielę stycznia w miasteczku El Puig na linach przeciągniętych przez plac zawiesza się pudła, a młodzi mężczyźni próbują rozbić je kijami. Z niektórych pudeł wylatują słodycze, z innych - zdechłe szczury. Zwłokami rzuca się w zgromadzony tłum, tłum piszczy umiarkowanie, rozsuwa się na boki, czyjeś ręce podnoszą miękkie truchło, podtykają je pod nos dziewczynom i ciskają dalej, gdzieś w zaułki albo ku balkonom… Tak czci się kanonizowanego w siedemnastym wieku Piotra Nolasco, pamięć wypędzenia Saracenów z miasta, jakiejś niesprecyzowanej zarazy i być może coś jeszcze, trudno powiedzieć. Czasem naprawdę ciężko zgadnąć, o czym są niektóre hiszpańskie fiesty. Ta ze szczurami była jedną z najbardziej absurdalnych, jakie udało nam się znaleźć. Kobylarczyk próbuje tam gdzie to możliwe dopowiedzieć "skąd" i "dlaczego": W Calandzie mówi się, że romper la hora ma przypominac o chwili, kiedy skonał Chrystus, a w Jerozolimie zatrzęsła się ziemia.
Obserwacje dotyczące Hiszpanii są traktowane w książce marginalnie (już sobie ostrzę zęby na kolejną książkę Kobylarczyk poświęconą temu państwu), ale trafiają się np. informacje o statusie Katalonii i języka katalońskiego czy też o laicyzacji kraju (podobno w 2005 r. tylko 57% dzieci było ochrzczonych i ta liczba wciąż spada). O ileż więcej uroku mają jednak wplecione w tekst reportażu miniwywody filozoficzne, jak choćby ten, który autorka przytacza (za Miguelem de Unamuno) opisując czar małych hiszpańskich miasteczek: Na pytanie, jak ów filozof znajduje czas, by robić tyle rzeczy, odpowiada on:

- To dlatego, że moje godziny są kwadratowe, a czasem sześcienne… Jak to możliwe?

[...] metr bieżący ma 10 decymetrów, podczas gdy metr kwadratowy ma ich 100, a metr sześcienny 1000 decymetrów sześciennych. Podobnie moja godzina kwadratowa ma 3600 minut kwadratowych, zaś moja godzina sześcienna 216 000 minut sześciennych. Trzeba szukać czasu o dwóch lub trzech wymiarach, równie szerokiego i głębokiego, jak długiego. A to najłatwiej osiągnąć zamykając się w maleńkich miasteczkach, które, jak się wydaje, nie poruszają się i nie idą z postępem.

Dla takich wyciszających fragmentów warto czasem przetrwać chaos hiszpańskiej fiesty ;-)

Intrygująca książka, niezwykle wciągająca, choć niewątpliwie pozostawia także uczucie niedosytu. Autorka-reporterka przyjęła bowiem niezwykle ciekawy sposób snucia opowieści: na pograniczu reportażu, naiwnych wspomnień "travelblogerki", uczestniczki turystycznego spędu usiłującej (od czasu do czasu) przyjąć stanowisko niezaangażowanego obserwatora. Raz pisze o swoich...

więcej Pokaż mimo to

2

Cytaty

Więcej
Katarzyna Kobylarczyk Pył z landrynek. Hiszpańskie fiesty Zobacz więcej
Katarzyna Kobylarczyk Pył z landrynek. Hiszpańskie fiesty Zobacz więcej
Katarzyna Kobylarczyk Pył z landrynek. Hiszpańskie fiesty Zobacz więcej
Więcej
Reklama
zgłoś błąd