Reamde

Okładka książki Reamde
Neal Stephenson Wydawnictwo: Mag fantasy, science fiction
1072 str. 17 godz. 52 min.
Kategoria:
fantasy, science fiction
Tytuł oryginału:
Reamde
Wydawnictwo:
Mag
Data wydania:
2012-07-27
Data 1. wyd. pol.:
2012-07-27
Data 1. wydania:
2011-01-01
Liczba stron:
1072
Czas czytania
17 godz. 52 min.
Język:
polski
ISBN:
978-83-7480-257-4
Tłumacz:
Wojciech Szypuła
Tagi:
cyberpunk
Dodaj do pakietu
Dodaj do pakietu

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki

Porównaj ceny

i
Porównywarka z zawsze aktualnymi cenami
W naszej porównywarce znajdziesz książki, audiobooki i e-booki, ze wszystkich najpopularniejszych księgarni internetowych i stacjonarnych, zawsze w najlepszej cenie. Wszystkie pozycje zawierają aktualne ceny sprzedaży. Nasze księgarnie partnerskie oferują wygodne formy dostawy takie jak: dostawę do paczkomatu, przesyłkę kurierską lub odebranie przesyłki w wybranym punkcie odbioru. Darmowa dostawa jest możliwa po przekroczeniu odpowiedniej kwoty za zamówienie lub dla stałych klientów i beneficjentów usług premium zgodnie z regulaminem wybranej księgarni.
Za zamówienie u naszych partnerów zapłacisz w najwygodniejszej dla Ciebie formie:
• online
• przelewem
• kartą płatniczą
• Blikiem
• podczas odbioru
W zależności od wybranej księgarni możliwa jest także wysyłka za granicę. Ceny widoczne na liście uwzględniają rabaty i promocje dotyczące danego tytułu, dzięki czemu zawsze możesz szybko porównać najkorzystniejszą ofertę.
Reklama
Reklama

Książki autora

Podobne książki

Tania Książka
bestsellery TaniaKsiazka.pl

Oficjalne recenzje i

Realno-wirtualna zawierucha



436 63 67

Oceny

Średnia ocen
7,0 / 10
204 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE

Sortuj:
avatar
233
127

Na półkach: , , ,

Uf, chyba pierwszy raz tak bardzo zmęczył mnie audiobook. Ale po kolei.

Neala Stephensona nie znałem wcześniej, a samo "Reamde" dorwałem kiedyśtam w promocji 2 za 1 na Audible. Prawie 40 godzin słuchania za pół creditu to w końcu dobry interes, prawda?

Niby tak, ale jednak nie do końca.

Historia stanowi niezły materiał na film sensacyjny. Mamy tu wielką korporację, gry komputerowe, rosyjską mafię, byłych agentów spec-nazu, chińskich hakerów, jihadystów z Al-Ka'idy, brytyjskich szpiegów, amerykanów mieszkających na odludziu z arsenałem wystarczającym na okupację małego państewka... Nie, nie ściemniam.

Może to jednak bardziej materiał na trylogię niż jeden film?

Wszystkie te grupy są tu też reprezentowane przez dość wyrazistych bohaterów, których wątki to się plączą, to rozplatają, by w końcu zebrać się - całkiem zgrabnie - w wybuchowym zakończeniu. Same postacie są tu zdecydowanie na plus - zwłaszcza te kobiece, które nie są jedynie ozdobą rękawa dla jakiegoś twardego action hero i potrafią same całkiem sporo namieszać. Z resztą sami action hero też są tu napisani całkiem ciekawie.

Więc dlaczego tylko 6/10?

Bo wszystko dłuży się tu niemiłosiernie.

Wprowadzenie każdego z głównych bohaterów (a także kilku pobocznych) okraszone jest długą pogadanką na temat ich życia i przeszłości. Z kilkunastu tak przedstawionych bohaterów, tylko jeden posiada historię, która faktycznie jest istotna dla przedstawionych wydarzeń.

A samych wydarzeń też tu nie brakuje. Mamy raptem kilka dni, rozpisanych na ponad 1000 stron (w wersji papierowej). Co w sumie nie dziwi, kiedy sceny akcji potrafią (w audiobooku) trwać po kilkadziesiąt minut.

W pewnym momencie staje się to po prostu męczące. Mniej więcej po 20h poddałem się i ustawiłem szybkość odtwarzania na 150%, którą utrzymałem już do końca książki.

Uf, chyba pierwszy raz tak bardzo zmęczył mnie audiobook. Ale po kolei.

Neala Stephensona nie znałem wcześniej, a samo "Reamde" dorwałem kiedyśtam w promocji 2 za 1 na Audible. Prawie 40 godzin słuchania za pół creditu to w końcu dobry interes, prawda?

Niby tak, ale jednak nie do końca.

Historia stanowi niezły materiał na film sensacyjny. Mamy tu wielką korporację, gry...

więcej Pokaż mimo to

avatar
1022
617

Na półkach:

Znajomość z imponującym dziełem Neala Stephensona chciałem rozpocząć od którejś z jego najsłynniejszych książek, Zamieci lub Cryptonomiconu. Nie było ich jednak w bibliotece, był za to liczący ponad 1000 stron Reamde. Zabrałem się więc za to opasłe tomiszcze, które okazało się zupełnie czymś innym niż się spodziewałem. Właściwie brak tu elementów fantastycznych, można co najwyżej za taki uznać wątek gry komputerowej T'Rain, ale jako całość jest to raczej sensacyjny thriller niż SF. I to nienadzwyczajny. Wprawdzie mamy tu wielowątkową fabułę, w której ruska mafia miesza się z islamskimi dżihadystami i hakerami komputerowymi, ale wszystko to jakieś ciężkie i niezgrabne, pozbawione wdzięku i polotu, który sprawiłby, że czyta się lekko. I nie o to chodzi, że nie lubię grubych książek, lubię, ale ta zdecydowanie jest przerośnięta. Akcja momentami jest dynamiczna, a momentami grzęźnie tak, że chce się porzucić lekturę i przebiec parę stron do przodu. Nie kryję, że czasem tak robiłem. A i tak wlokło mi się to do końca. To tak wychwalane zakończenie też nie zwaliło mnie z nóg. Książkę należałoby odchudzić o co najmniej ¼, nic by na tym nie straciła, a może nawet by zyskała. Bez względu na ten dość średni start zamierzam kontynuować poznawanie następnych powieści NS. Dwie kolejne już czekają.

Znajomość z imponującym dziełem Neala Stephensona chciałem rozpocząć od którejś z jego najsłynniejszych książek, Zamieci lub Cryptonomiconu. Nie było ich jednak w bibliotece, był za to liczący ponad 1000 stron Reamde. Zabrałem się więc za to opasłe tomiszcze, które okazało się zupełnie czymś innym niż się spodziewałem. Właściwie brak tu elementów fantastycznych, można co...

więcej Pokaż mimo to

avatar
19
8

Na półkach:

Świetnie skonstruowana, zajmująca lektura typu "zabili go i uciekł", Superhistoria, dorównująca albo przewyższająca dzieła mistrzów powieści sensacyjnych. Nieco za długa... kilka dni opisanych na tysiącu stron to prawie jak Ulisses Joyce'a... połączony z Ludlumem albo Forsythem. Po przeczytaniu Peanatemy miałem inne oczekiwania, dlatego mimo że nie sposób odmówić autorowi kunsztu jestem nieco rozczarowany. Polecam każdemu miłlośnikowi sensacji.

Świetnie skonstruowana, zajmująca lektura typu "zabili go i uciekł", Superhistoria, dorównująca albo przewyższająca dzieła mistrzów powieści sensacyjnych. Nieco za długa... kilka dni opisanych na tysiącu stron to prawie jak Ulisses Joyce'a... połączony z Ludlumem albo Forsythem. Po przeczytaniu Peanatemy miałem inne oczekiwania, dlatego mimo że nie sposób odmówić autorowi...

więcej Pokaż mimo to

Reklama
avatar
350
113

Na półkach: ,

Nie ma tu ani grama fantastyki. Powieść dzieje się współcześnie, a jedyną "niezwykłością" jest fikcyjna gra MMO o światowej popularności T’Rain, w oczywisty sposób (nawet dla zatwardziałego nie-gracza) nawiązująca do kilku realnych.

Jeśli więc nie fantastyka, to co? Na pierwszy rzut oka – thriller. Ale Stephenson pewnie nie byłby sobą, gdyby czegoś tu nie podkręcił i wykręcił. Moim zdaniem, wyszedł z tego dość szczególny gatunek: "slapstickowy thriller". O "slapstickowej komedii" na pewno słyszeliście. Ale thriller?

Tak to jest, gdy do książki wrzuci się i energicznie zamiesza: miliardera (od T'Rain) z amerykańskiego północnego zachodu, rosyjską mafię i eks-Specnaz, amerykańskich, chińskich i węgierskich hakerów, islamskich terrorystów, filipińskich złodziei, brytyjskich szpiegów… Ich działania i przygody przetoczą się przez USA, Kanadę, Rosję, Chiny, Tajwan, Filipiny. I oczywiście świat gry T’Rain. Oraz ponad tysiąc stron drobnym drukiem.

Kiedy wszyscy ci kompetentni w swoim fachu ludzie, mający precyzyjne plany i sprawdzone metody działania, zaczną nieuchronnie wchodzić sobie w drogę, zapanuje czysty, nieogarniony chaos. Zamiast realizować przemyślane, misterne scenariusze, biedni profesjonaliści będą nieustannie zmuszani do rozpaczliwego reagowania na nieprzewidziane, absurdalne sytuacje i ciągłego ratowania (lub sprzedawania drogo) własnej skóry. Próby zapanowania przez kogokolwiek nad czymkolwiek zderzą się z oporem rzeczywistości. Trochę jak w GoT – każdy sprytny plan rozbije się o kilka kontr-planów. Lub pechowy dzień. Ty_dzień...

W tym natłoku nie ma jednego, głównego bohatera. Cliffhangerowa akcja przeskakuje po kolejnych i z kontynentu na kontynent.

Wybijają się za to ciekawie zarysowane postacie kobiece. Choć drobne dziewczyny nie mają szans w bezpośredniej fizycznej konfrontacji z uzbrojonymi po zęby bysiorami, swoją determinacją, inteligencją i odwagą sprawią, że pogrywanie z nimi na dłuższą metę nie okaże się tak dobrym pomysłem, jak komuś mogłoby się początkowo wydawać.

Poza naburmuszonymi facetami obwieszonymi bronią, w książce nielicho dostaje się pisarzom produkującym dzieła fantasy w bezbrzeżnych ilościach. Bo jak samemu pisze się tysiąc plus stron (akurat) nie-fantastyki, to jest się w prawie dowalić tym łobuzom...

Fantastyka czy nie – gdy jednak kilka obiektywnych sekund błyskawicznej akcji w ogniu wybuchów zaczyna zajmować kilka stron subiektywnego opisu, mózg czytelnika może ulec niebezpiecznemu przegrzaniu. Natłok absurdalnych, ani na chwilę nie zwalniających wydarzeń sprawia, że po kilku, kilkunastu stronach lektury przepełniały mi się bufory sensacji i musiałem książkę odkładać dla wytchnienia. Przez to czytałem ją dość długo – ale nie bez sporej dozy satysfakcji.

Bez niej – na przykład – nie dowiedziałbym się, jak mogłaby wyglądać kultowa konfrontacja Brudnego Harrego z "punkiem", gdyby (mutatis mutandis) zamiast panów Smitha, Wessona i Callahana, kluczowe role grali panowie Colt, Makarow i Jones...

Nie ma tu ani grama fantastyki. Powieść dzieje się współcześnie, a jedyną "niezwykłością" jest fikcyjna gra MMO o światowej popularności T’Rain, w oczywisty sposób (nawet dla zatwardziałego nie-gracza) nawiązująca do kilku realnych.

Jeśli więc nie fantastyka, to co? Na pierwszy rzut oka – thriller. Ale Stephenson pewnie nie byłby sobą, gdyby czegoś tu nie podkręcił i...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
48
48

Na półkach: ,

Mam z 'Reamde' spory i dość zaskakujący problem. Pierwszy raz zdarzyło mi się, żebym nie był w stanie streścić oceny książki w jednym numerku; upchać do skali 1-10, przynajmniej przystępując do pisania opinii. Stąd liczba gwiazdek widoczna u góry podarowana została dopiero po ostatnich słowach tej minirecenzji, co wcześniej mi się nie zdarzało. Może jest to pewien paradoks, ale akurat w wypadku 'Reamde' nie jest to nic dziwnego - cała powieść jest dla mnie swego rodzaju paradoksem.

Myślę, że problem z jednoznaczną oceną dzieła Stephensona wynika z faktu, że oczekiwałem po nim czegoś całkowicie innego. Nie miałem wcześniej przyjemności zadawać się z innymi dziełami autora, tym niemniej co nieco o uszy mi się obiło i choćby tytuł 'Cryptonomicon' nie jest mi zupełnie obcy, stąd spodziewałem się czegoś w klimatach science fiction, umiejscowionego w bliskiej przyszłości. Do tego dołóżmy profil wydawniczy MAGa, utrzymaną w futurystycznych klimatach obwolutę i wreszcie obecnych na niej kilka słów streszczenia... I przed rozpoczęciem wyłoniła mi się w głowie wizja czegoś a la 'Linia oporu' Dukaja - akcja faktycznie rozgrywana dwutorowo, z bardzo istotną rolą wydarzeń świata wirtualnego... I, krótko mówiąc, mocno się zawiodłem. Może nie chodzi nawet o to, że nie jest to sf nie tylko w stopniu minimalnym, a w ogóle (mamy do czynienia z czystej krwi thrillerem), co raczej o wyjątkowo niedbałe potraktowanie stworzonego, choćby tylko na potrzeby powieści, świata wirtualnego. Z jednej strony Stephenson każe nam wierzyć, że T'Rain jest najbardziej dopracowanym produktem wszech czasów, z drugiej przedstawia tylko jego wycinki, do tego nie dość że wskazujące, iż prawdopodobnie byłaby to gra infantylna, to jeszcze po góra dwustu stronach całkowicie zamyka nam bramy do tego świata, gdzie zaglądamy jeszcze raz, pod koniec, na nie więcej niż kilkanaście stron. Spory zgrzyt jak na powieść, w której miał być to jeden z najważniejszych gwoździ programu.

Załóżmy jednak, że nie ma to wielkiego znaczenia - ot, po prostu moja skromna osoba nieco przeliczyła się z oczekiwaniami co do 'Reamde' i spodziewała się, że dostanie coś, czym jednak powieść nie jest. To w końcu czym to 'Reamde' jest? Jak wyżej wspomniałem - thrillerem i powieścią sensacyjną, doskonale przemyślaną, zaplanowaną, poprowadzoną i napisaną. Za ogrom researchu, jakiego podjął się Stephenson należą mu się duże brawa; podobnie na oklaski zasługuje cały szkielet fabuły. Nic nie dzieje się bez powodu, nie ma żadnego przypadku, każdy z bohaterów ma swoje motywacje do podejmowanych działań (choć w jednym czy w dwóch przypadkach nie do końca kupiłem proponowane wyjaśnienia), a sprowadzenie wszystkich bohaterów z całego świata na finał w jedno miejsce... Fantastyczna robota.

Jest jednak jedno 'ale'. Nie zarzucam książce w żadnym wypadku przewidywalności, gdyż byłoby to nonsensem - zakończenie jest oczywiste i klarowne co najmniej od połowy, jedynym pytaniem pozostaje tylko gdzie będzie miało miejsce i w jaki sposób dojdzie do rozwiązania (przy czym pierwsza część pytania również bardzo szybko znajduje odpowiedź); niczego innego jednak (jak już zrozumiałem, z jaką powieścią naprawdę mam do czynienia) się nie spodziewałem. To 'ale' wynika z tego, iż 'Reamde' nie udało się przykuć mnie do siebie. Wiele razy zdarzało się - i to niekoniecznie tylko przy największych dziełach, często również przy okazji mniejszych lub większych grafomanii - że powieść wciągała niczym lotne piaski i kazała zarywać noc, by ją dokończyć i poznać los bohaterów. W 'Reamde' czegoś takiego mi zabrakło. Zdarzało mi się odłożyć książkę na tydzień w wydawałoby się jednym z kluczowych momentów i nie miałem odczucia, że muszę jak najszybciej do niej wrócić, podążyć za bohaterami, dowiedzieć się, jak skończą i gdzie ich autor doprowadzi. A to w mojej opinii spora wada - w końcu czy nie o to w gruncie rzeczy chodzi w powieściach, by czytelnika angażowały i wciągały? A w 'Reamde' mi tego zabrakło.

Dlatego też, podsumowując, sześć wydaje mi się być chyba najcelniejszą oceną. Że pomyliłem się w oczekiwaniach i dostałem coś innego od zakładanego to w końcu nie grzech autora (może bardziej wydawnictwa stawiającego na takie obwoluty czy streszczenie), a fabuła i bohaterowie poprowadzeni zostali niemal perfekcyjnie. Tylko co z tego, skoro aż tak bardzo podążać się za nimi nie chce...

Mam z 'Reamde' spory i dość zaskakujący problem. Pierwszy raz zdarzyło mi się, żebym nie był w stanie streścić oceny książki w jednym numerku; upchać do skali 1-10, przynajmniej przystępując do pisania opinii. Stąd liczba gwiazdek widoczna u góry podarowana została dopiero po ostatnich słowach tej minirecenzji, co wcześniej mi się nie zdarzało. Może jest to pewien paradoks,...

więcej Pokaż mimo to

avatar
53
20

Na półkach: ,

Opowieść niestety rozczarowała mnie. Akcja jest zbyt rozciągnięta, postacie słabo rozbudowane. Nie potrafiłam wciągnąć się w świat przedstawiony przez autora.

Opowieść niestety rozczarowała mnie. Akcja jest zbyt rozciągnięta, postacie słabo rozbudowane. Nie potrafiłam wciągnąć się w świat przedstawiony przez autora.

Pokaż mimo to

avatar
167
165

Na półkach: ,

(recenzja pierwotnie ukazała się na Szortal.com)

CLANG?

Hubert Przybylski

Neal Stephenson, to chyba jeden z najlepszych przykładów autora o niesamowicie szerokich horyzontach myślowych i rozmaitości zainteresowań. Wychowany w rodzinie o tradycjach wybitnie „twardo” naukowych (dziadkowie to profesorowie biochemii i fizyki, ojciec to profesor elektrotechnik, matka naukowiec biochemik) sam również poszedł w ich ślady i studiował fizykę. Oprócz tego, ma licencjat z geografii. Poza tym, interesuje się też psychologią, filozofią i historią. Do tego dochodzi także szermierka bronią białą (średniowieczną i renesansową). A jakiś czas temu, zabrał się także za tworzenie gry komputerowej z gatunku MMO. I chyba właśnie to ostatnie wpłynęło na napisanie „Reamde”. Thrillera, którego akcja krąży wokół gry MMO.

Richard Forthrast, jeden z licznej grupy głównych bohaterów powieści, były przemytnik marihuany, hotelarz i namiętny gracz komputerowy, zakłada firmę, która tworzy grę T’Rain. Dzięki zaangażowaniu w proces twórczy sztabu specjalistów z różnych dziedzin nauki oraz dwóch znanych pisarzy, gra jest niesamowicie rozbudowana i szybko staje się największym konkurentem World of Warcraft. Roczne przepływy gotówki do i z gry osiąga poziom 10 miliardów dolarów i wtedy na scenie pojawiają się hakerzy, chcący uszczknąć choć część tej sumy. Jeden z nich tworzy wirusa, Reamde, który na zainfekowanych komputerach graczy szyfruje wszelkie zapisane dane. Hasło do archiwum można uzyskać jedynie wtedy, gdy w pewnym odludnym miejscu w świecie T’Rainu zostawi się okup o równowartości 73 dolarów. Niestety, część graczy używała zainfekowanych komputerów także do innych celów. W tej grupie poszkodowanych jest też współpracownik rosyjskiej mafii i pech chciał, że atak wirusa przeszkodził w sfinalizowaniu transakcji kupna danych z kart kredytowych skradzionych przez Petera, hakera i chłopaka bratanicy Richarda – Zuli. Rosjanie, obwiniając o to fiasko Petera i Zulę, porywają ich i zmuszają, by przy pomocy węgierskiego hackera, dowodzonej przez Sokołowa grupy rosyjskich „konsultantów od bezpieczeństwa” i przypadkowo napotkanej Chinki znaleźli twórcę wirusa. Tyle, że oprócz chińskich hackerów, nasi bohaterowie znajdują też poszukiwanych przez wywiady USA i Wielkiej Brytanii islamskich terrorystów. A tymczasem Richard ma kolejny problem z grą – ktoś, i to raczej nie twórca Reamde, wywołał w niej wojnę totalną…

Tych, którzy są przekonani, że totalnie zepsułem im przyjemność z czytania spojlerując praktycznie całą książkę, muszę uspokoić, że tylko po łebkach streściłem mniej niż ćwierć powieści. Przy czym, w porównaniu do reszty książki, w tej streszczonej części nie dzieje się prawie nic ciekawego. I to jest mój pierwszy zarzut względem Stephensona. Początkowe ~200 stron książki wlecze się jak kulawy ślimak po hałdzie żużlu. I podobnie jak początek Cyklu Barokowego, z pewnością odstraszy to niemałą liczbę potencjalnych czytelników. Dodatkowym elementem odstraszającym może być to, że większa część tekstu w „części potencjalnie dla ewentualnego czytelnika nudnej” dotyczy głównie dziejów rodziny Forthrastów oraz gry T’Rain – tego jak powstała, jak się rozwijała, kto nad nią pracuje obecnie i dlaczego zastąpił kogoś, kto pracował wcześniej, itd. ... Troszkę ułatwia czytanie tych opisów fakt, że Stephenson, poprzez usta Richarda i innych osób zaangażowanych w dzieło tworzenia gry, wszystkie związane z tym procesy starał się wyjaśnić za pomocą dość przystępnie przytoczonych prawideł psychologii (tak, miłośnicy prozy Marcina Przybyłka mogą śmiało zacząć zacierać ręce), ekonomii, filozofii i kilku innych dziedzin nauki. Szkoda tylko, że czasami czytelnik napotyka się na słownictwo, przez które fakt posiadania przez Autora w rodzinie rozbudowanej kadry profesorskiej staje się niezaprzeczalny. Nie jest może tego dużo, ale użycie takich słów w książce, której targetem wyraźnie miał być gracz komputerowy, może być złym pomysłem.

Dlaczego napisałem „miał być’, zamiast „jest”? Mam bardzo silne wrażenie, że Autor w trakcie pisania zmienił założenia powieści. Przede wszystkim świadczy o tym fakt, że im bardziej rozwija się akcja książki, tym bardziej wątki związane z T’Rainem są traktowane po macoszemu. Ktoś mógłby powiedzieć, że może to i dobrze, ale wśród tych wątków było kilka naprawdę bardzo ciekawych, które sporo wniosłyby do książki. A najbardziej żal mi zmarnowanego potencjału (uwaga – kolejny spoiler) marszu Edgoda, który dla T’Rainu mógł mieć o wiele większe znaczenie, niż cała reo-wojna. Drugim argumentem przeciwko takiemu traktowaniu T’Rainu przez Autora jest fakt, że kiedy już skończył przynudzać o tworzeniu gry, a przeszedł do rozwoju sytuacji wewnątrz gry – sytuacji, którą stworzyli sami gracze, a na którą musieli nagle zareagować twórcy gry – zrobiło się naprawdę ciekawie. I na dodatek mądrze. Bo kwestie, które porusza Stephenson są, może nie do końca odkrywcze, ale na pewno po raz pierwszy głośno publicznie wypowiedziane. A poza tym, mają one także zastosowanie do literatury – na przykład: czy jest choć jedna naprawdę dobra powieść, w której podział na dobro i zło jest wręcz skrajny, jasna strona mocy jest od ciemnej oddzielona grubą krechą, a bohaterowie nawet się do tej krechy nie zbliżają? Nie, „Lemoniadowy Joe” Brdečki się nie liczy, bo tam na koniec wszyscy stają się alkoholikami.

W każdym bądź razie, po przeraźliwie długim (200 stron, to u niektórych autorów cała powieść) i dość stonowanym, żeby nie powiedzieć nudnym wprowadzeniu, akcja przyśpiesza (także w watkach T’Rainu) do tego stopnia, że nawet tak dobrzy i zasłużeni twórcy powieści sensacyjno-szpiegowskich jak Ludlum czy Follett nie zawsze mogliby za Stephensonem nadążyć. A już na pewno nie udałoby im się tak popędzać fabuły na „dystansie” prawie ośmiuset stron! W moim przypadku czytanie wyglądało tak: cztery dni „męczarni” po 30 – 50 stron dziennie, potem był cały wieczór i następująca po nim noc czytania do 6:00 rano, a następnego dnia byłoby pewnie tak samo, gdyby nie to, że nieco po 5:00 nad ranem skończyło mi się „Reamde”. Tak świetnie napisanym thrillerem staje się powieść. Stephenson wymyślił iście szatański plan z wprowadzeniem takiej ilości bohaterów – kiedy u jednego akcja zaczyna się uspokajać, natychmiast przeskakuje do drugiego, u którego właśnie zaczyna się coś dziać, a potem do następnego i do następnego. A w momentach, w których akcja u wszystkich głównych postaci pędzi, bez opamiętania stosuje „cliffhangery”. Przez to wszystko nie można się oderwać od czytania. A w ostatniej ćwiartce powieści, te nieliczne fragmenty, w których akcja siłą rzeczy toczy się wolniej, przelatują jak słupy trakcji za oknami TGV. Troszkę podobny zabieg zastosowano w serialu „24 godziny”, ale tam bohater był jeden i siłą rzeczy uspokojeń akcji było więcej.

Podsumowanie. Nie bez kozery kilka razy nawiązałem do Cyklu Barokowego. Stephenson w swoich książkach daje świadectwo niezwykle szerokich zainteresowań i ogromnej wiedzy, którą dzięki nim zdobył. I gdyby nie to, że napisał wspomniany właśnie Cykl Barokowy, śmiało można by go było nazwać człowiekiem Renesansu… Druga sprawa – identycznie jak w „Żywym srebrze”, pierwszej części Cyklu Barokowego, krytyczne dla czytelnika jest przebrnięcie przez nieludzko rozwleczony początek powieści. Za to potem, czytanie to czysta przyjemność. Po prostu cud, miód i orzeszki. Znaczy, w przypadku „Reamde” to będą pościgi, eksplozje i strzelaniny. Stąd też moja ocena powieści to 8/10. Jeden punkt zabrałem ze przynudzający początek, a drugi, za odwrót od kontynuacji części wątków T’Rainu, co dla osoby, która ma prawie trzydziestoletni staż grania w gry komputerowe i która z kulisami przemysłu „grzanego” (wybaczcie mój słowny „karamból”) stara się być na bieżąco, ucięcie tych wątków jest niedopuszczalne. Tym bardziej, że, jak już wspomniałem na początku - Stephenson od jakiegoś czasu pracuje nad grą MMO, której rdzeniem, podobnie jak w powieściowym T’Rainie ma być „symulator walki bronią białą”. Grą, w której – tak jak w T’Rainie -założenia świata są opracowywane od kilku lat przez wspomaganego przez specjalistów z różnych dziedzin życia sławnego i nagradzanego pisarza (myślę, że Stephenson zasłużył sobie na taki opis, a nagrody Hugo nie dostał za przysłowiowe masło). I mam nadzieję, że dzięki udanej akcji zbiórki funduszy na Kickstarterze, wspartej (znowu mam nadzieję) całkiem niezłą sprzedażą „Reamde” na Zachodzie, wkrótce będzie można zauważyć też i inne podobieństwa pomiędzy T’Rainem a … No właśnie. Jeśli ktoś się jeszcze nie domyślił, tytułowy CLANG, to nazwa gry tworzonej przez Stephensona „w realu”.

W każdym bądź razie, szczerze polecam lekturę „Readme” jeszcze z jednego powodu. Autor lubi się bawić słówkami. I naprawdę dużą frajdę sprawiało mi znajdowanie takich perełek. Zwłaszcza, że w przeciwieństwie do Pratchetta, Stephenson nie robi tego tak często i tak ostentacyjnie.

A gdyby ktoś „psioczył”, że zamiast fantastyki dostaje thriller sensacyjny, pozwolę sobie przytoczyć słowa samego Autora (w oryginale, a co!): „The science fiction approach doesn't mean it's always about the future; it's an awareness that this is different.”

(recenzja pierwotnie ukazała się na Szortal.com)

CLANG?

Hubert Przybylski

Neal Stephenson, to chyba jeden z najlepszych przykładów autora o niesamowicie szerokich horyzontach myślowych i rozmaitości zainteresowań. Wychowany w rodzinie o tradycjach wybitnie „twardo” naukowych (dziadkowie to profesorowie biochemii i fizyki, ojciec to profesor elektrotechnik, matka...

więcej Pokaż mimo to

avatar
1038
21

Na półkach: , , ,

Lubie czytać cegły. Dlaczego cegły? Bo książki takie jak REamde to prawdziwe cegły. Gdy człowiek weźmie coś takiego do ręki to może ona posłużyć za broń. :-D
Reamde to trzecia cegła Neala Stephensona która miałem PRZYJEMNOŚĆ przeczytać. Cryptonomicon, Peanatema były różne od siebie, ale obie swoim bogatym wnętrzem rzuciły mnie na kolana i długo nie mogłem się podnieść. Z tym większą chęcią wziąłem się za REamde. Opis na okładce mnie zainteresował. Onlinowa gra TRain i wirus Reamde wyłudzający kase od ofiar któe dały się złapać. Coś całkowicie na czasie. Spodziewałem się olbrzymiej części dziejącej się w świecie wirtualnym. Dużo nie było, ale to co było jest całkowicie wystarczające. Co dostałem w zamian. Świetny thriller z Dżihadystami, rosyjską mafią, i siłami specjalnymi w tle. Dziejący się w USA, Kanadzie, Chinach i na Filipinach. Neal Stephenson pokazał po raz kolejny, że jest prawdziwym wirtuozem literatury. A wykreowany świat wirtualny jest tak logiczny i spójny, że jak nic powinien być wykorzystany do czegoś więcej niż książka. Powiem szczerze, że w takiego TRaina to bym szczerze pograł ;-D Z niecierpliwością czekam na kolejny wytwór Stephensonowej wyobraźni bo warsztat ma niesamowity. Każdy fan Neala może spokojnie sięgnąć i przy okazji czytanie poćwiczyć ręce :-D

Lubie czytać cegły. Dlaczego cegły? Bo książki takie jak REamde to prawdziwe cegły. Gdy człowiek weźmie coś takiego do ręki to może ona posłużyć za broń. :-D
Reamde to trzecia cegła Neala Stephensona która miałem PRZYJEMNOŚĆ przeczytać. Cryptonomicon, Peanatema były różne od siebie, ale obie swoim bogatym wnętrzem rzuciły mnie na kolana i długo nie mogłem się podnieść. Z...

więcej Pokaż mimo to

avatar
175
156

Na półkach: ,

"OMG, wreszcie, wreszcie, wreszcie jestem wolny!" Czyli krótka rzecz o kosmicznie długich książkach (niepodzielonych na tomy). Warto w tym momencie zaznaczyć, że książka ta ma jedyne lekko ponad 1050 stron, taki drobiazg. Biorąc pod uwagę format, czcionkę i wydanie powieści odpowiada to objętości trzech 300-400 stronnicowych, "standardowych" powieści.

No i to w sumie dostałem. Kilka osobnych opowieści, które od początku się ze sobą na przemian zazębiają aby na końcu połączyć się w jedną wielką imprezę fabularną.

Tak rozległe dzieło wymaga dużo czasu na przyswojenie (czyli długie i rzetelne czytanie). Lecąc przez kartki po łebkach traci się dużo z poznawania kunsztu Stephensona. Tak też uczyniłem, czyli ślimaczo przebrnąłem przez gąszcz papieru i pewne aspekty mnie zachwyciły inne zawiodły.

Minusem, dużym minusem dla mnie była mała objętość tekstu poświęcona samej grze "T'Rain". Właśnie dlatego sięgnąłem po tę powieść a tu taki klops. Liczyłem na troszkę więcej fantastyki w wydarzeniach fabularnych a otrzymałem bolesną rzeczywistość.

No, to tyle narzekania. Te minusy zostały zatarte przez ogromne pozytywy tej powieści.
Duża złożoność akcji i fabuły angażuje czytelnika w główkowanie. Nie jest on prowadzony za rączkę jakby autor bał się rozwinąć skrzydeł. Neal nie potraktował odbiorcy jak potencjalnego "Janusza" i kazał mu nadążać za fabułą albo się nie dziwić, koniec i kropka.

Rzadko zwracam uwagę na postaci, częściej interesuje mnie kreacja świata i universum jako rzecz dla mnie kluczowa. Tutaj jest inaczej. Świata nie trzeba było kreować, bo on istnieje wokół nas. To postaci swym życiorysem i profilem psychologicznym napędzają całą akcję i same tworzą swoje własne universum. Budują swój mikro i makro świat przez samo swoje współistnienie w tej literackiej, zwariowanej zawierusze.

Polecam tę długą, dosyć skomplikowaną awanturę. Jeżeli nie należymy do tych, co czytają w tempie wyścigowym pozycję za pozycją to przebrniemy przez tę ciężką cegłę bez bólu i z satysfakcją.

Tutaj wyjaśnił się ten mój wstęp. Ulga, że można brnąć dalej przez inne powieści jest nieoceniona. Po takiej ilości stron, człowiek dla samej higieny umysłowej chciałby zmienić otoczenie. Co nie zmienia faktu, że jakiś czas po tej pierwszej refleksji przyszła inna. Przeciwna. Mianowicie "Kurdę, szkoda, że nie było tego więcej...".

"OMG, wreszcie, wreszcie, wreszcie jestem wolny!" Czyli krótka rzecz o kosmicznie długich książkach (niepodzielonych na tomy). Warto w tym momencie zaznaczyć, że książka ta ma jedyne lekko ponad 1050 stron, taki drobiazg. Biorąc pod uwagę format, czcionkę i wydanie powieści odpowiada to objętości trzech 300-400 stronnicowych, "standardowych" powieści.

No i to w sumie...

więcej Pokaż mimo to

avatar
147
44

Na półkach: ,

Zajefajna książka, bardzo mocno osadzona w świecie internetu. Nie wiem jak odbierają ją osoby nie związane ze światem IT ale dla mnie to re-we-la-cja!
Świat idzie mocno do przodu więc już trochę trąci myszką ale i tak czułem się jak ryba w wodzie. Oczywiście wartka akcja nie przeszkadza;) ale za klimat cenię tą pozycję najbardziej.

Zajefajna książka, bardzo mocno osadzona w świecie internetu. Nie wiem jak odbierają ją osoby nie związane ze światem IT ale dla mnie to re-we-la-cja!
Świat idzie mocno do przodu więc już trochę trąci myszką ale i tak czułem się jak ryba w wodzie. Oczywiście wartka akcja nie przeszkadza;) ale za klimat cenię tą pozycję najbardziej.

Pokaż mimo to


Cytaty

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Reamde


zgłoś błąd