Życie po fantastyce

Marcin Zwierzchowski
22.09.2016

Co łączy Szczepana Twardocha, Jakuba Małeckiego i Aleksandrę Zielińską? Każde z nich zaczynało z łatką pisarza/pisarki-fantasty, teraz zaś odchodzą od SF, fantasy i horroru i zdobywają uznanie krytyków oraz czytelników głównonurtowych. Nie oni jedyni zresztą.

W powszechnym mniemaniu fantastyka pozostaje literaturą gorszego sortu, pulpą dla mas.

W powszechnym mniemaniu fantastyka pozostaje literaturą gorszego sortu, pulpą dla mas, i z wyjątkiem Lema, Dukaja czy Sapkowskiego, ma problemy z byciem w ogóle zauważaną poza środowiskiem fantastów. Wiele w tym prawdy – w sensie, w zauważaniu, nie w pulpie, bo akurat polska fantastyka ma to szczęście, że nie trudno wśród jej autorów i autorek znaleźć wyjątkowe talenty literackie. Paweł Paliński, Anna Kańtoch, Radek Rak – może nie znacie, ale pewnie usłyszycie, jak tylko przebiją się poza nasze grono (Kańtoch próbuje, ostatnio kryminałem Łaska).

Tak jak wcześniej przebili się inni. Najgłośniejszym przykładem chyba Szczepan Twardoch, obecnie jedno z najbardziej ekscytujących nazwisk polskiej prozy, którego zapowiadany Król walczy o miano najbardziej wyczekiwanej książki jesieni. Zanim zachwycił krytyków i czytelników Morfiną, a potem Drachem, wyrobił sobie nazwisko wśród miłośników fantastyki, którzy doceniali zarówno jego opowiadania, jak i powieści, w tym fenomenalny Wieczny Grunwald, powieść zza końca czasów, który jest jednym ze szczytowych osiągnięć współczesnej literatury fantastycznej.

Nie jest jednak Twardoch wyjątkiem. Od posttolkienowskiego fantasy zaczynał Wit Szostak, który za Chochoły, pierwszym tom tak zwanej „Trylogii krakowskiej”, zdobył jeszcze fantastyczną Nagrodę Literacką im. Jerzego Żuławskiego, a już za trzecią w cyklu Fugę nominowany był do Nagrody Nike. Podobnie Łukasz Orbitowski najpierw rozkochał fantastów w swoich świetnych horrorach, by w tym roku za Inną duszę zgarnąć Paszport „Polityki” i trafić do grona szerokich nominacji do Nike. Również niedawno główny nurt poznał się na Jakubie Małeckim, doceniając powieść Dygot i czyniąc z niej bestseller, tymczasem fantaści już od czasów W odbiciu (2011) i przede wszystkim wybitnego Odwrotniaka (2013) wiedzieli, że sukces ogólnopolski to tylko kwestia czasu.

Do panów lada dzień dołączy przedstawicielka płci pięknej, Aleksandra Zielińska, która podobnie jak Orbitowski zaczynała od grozy w krótkiej formie, by jednak już szybciej niż on odejść od fantastyki i pokazać się jako unikatowy talent – co potwierdzają jej powieści Przypadek Alicji, a zwłaszcza niedawno wydana Bura i szał.

Do owego wyjścia z cienia fantastyki wymagane było jednak albo fantastyki w tekstach porzucenie, albo przynajmniej zredukowanie. Bo ani „Morfina” nie jest szczególnie lepsza od „Wiecznego Grunwaldu”, ani „Dygot” od „Odwrotniaka”, ani „Fuga” od „Chochołów”; jedynie o Orbitowskim można powiedzieć, że nie-fantastyczne powieści są lepsze of fantastycznych, ale też akurat ten twórca lepszy jest z książki na książkę, a już Widma zasługiwały na szerokie uznanie. Generalnie jednak w przypadku tych autorów nie-fantastyczność czy mało-fantastyczność była istotna, podobnie jak w większości przypadków zmiana wydawcy – bo zapewne gdyby już „Wieczny Grunwald” ukazał się w Wydawnictwie Literackim, od tej książki, nie od „Morfiny”, zacząłby się nowy rozdział w karierze Twardocha.

Do pełnego uznania często trzeba łatki fantasty się pozbyć.

Niestety, tak to już jest, że, mimo iż w wielu ogólnopolskich tytułach prasowych o fantastyce się pisze, do pełnego uznania często trzeba łatki fantasty się pozbyć. Bo ciekawi mnie na przykład, czy Weronika Murek odniosłaby taki krytyczny sukces, gdyby niektóre z opowiadań ze zbioru Uprawa roślin południowych metodą Miczurina wpierw ukazały się w „Nowej Fantastyce” – przecież takie „W tył, w dół, w lewo” by mogło, pewnie fantaści by docenili. Czy to książce by zaszkodziło? Obawiam się, że jest taka możliwość. W końcu choćby w Stanach wydawcy nie raz, nie dwa wycofywali teksty swoich autorów z list nagród fantastycznych, byle tylko do dobrze zapowiadającego się twórcy nie przyklejono łatki.

Łatka to zaś obecnie piętno.

Łatka to zaś obecnie piętno. Ile znacie osób, które czytają Kinga czy Pratchetta, ale zapytane o fantastykę będą się krzywić? Podobnie z Grą o tron. Ileż to jest przypadków poczytnych, uznanych autorów, którzy tworzą powieści fantastyczne pełną gębą, i wtedy są oceniani przez tych samych krytyków, którzy na co dzień fantastyki nie tykają? Świeże przykłady: Pogrzebany olbrzym Kazuo Ishiguro i Dwa lata, osiem miesięcy i dwadzieścia osiem nocy Salmana Rushdiego – pierwsze to (niezbyt udane) fantasy z rycerzami, magiczną mgłą i smokiem, a drugie to w zasadzie komiks pisany prozą, pełen dżinów i ludzi z supermocami. Podobnie gdy Michel Faber napisał Księgę Dziwnych Nowych Rzeczy o Obcych mógł liczyć na uwagę tych samych recenzentów, którzy kilka lat wcześniej co najwyżej przelecieli wzrokiem po okładkach Ślepowidzenia czy Echopraksji Petera Wattsa, czyli jednych z najlepszych opowieści SF ostatnich dziesięcioleci.

Żeby nie szukać daleko: daję sobie rękę uciąć, że gdyby powieść Wodny nóż, opisującą niedaleką przyszłość i wojny o wodę, napisał nie Paolo Bacigalupi, ale jakiś autor z Nazwiskiem, byłaby to jedna z szerzej dyskutowanych książek dekady. Bo, mimo iż to fantastyka, dotyczy palącego problemu i ostrzega przed niedaleką katastrofą.

Autorzy fantastyki pokutują za fantastyki pisanie.

Mimo iż – co podkreślam – sytuacja zmienia się na lepsze, wciąż autorzy fantastyki pokutują za fantastyki pisanie. Te same historie, te same scenografie, te same problemy, poruszane przez fantastę zostaną przemilczane, podczas gdy podnoszone przez autora głównonurtowego, który z narzędzi fantastyki postanowił skorzystać, wybrzmią głośnym echem.

Dlatego Twardoch, Szostak, Orbitowski czy Małecki na swój moment w świetle reflektorów musieli poczekać. I odpowiadając na niezadane pytanie: Nie, wątpliwe, by od fantastyki odeszli właśnie z chęci bycia zauważonymi, bo też oni już wcześniej na granicach fantastyki balansowali, bo już wcześniej nie elementy fantastyczne stanowiły o sile ich historii. Po prostu tak się złożyło, że kolejne książki wyszły im bardziej głównonurtowe, a wtedy główny nurt ich przyjął i wreszcie docenił.

Czy więc miłośnicy fantastyki powinni się martwić, że oto tracą największe talenty? Nie. Raz, że talentów ci u nas dostatek, aż czasu brakuje, by to wszystko czytać. Dwa: my ich nie tracimy, bo oni wciąż piszą, często lepiej, niż gdy wplatali w swe historie smoki, kosmitów czy duchy. Fantaści powinni być z takich autorów i autorek dumni. I z tego, że my się na nich poznaliśmy przed wszystkimi innymi.

Reklama

komentarze [13]

Sortuj:
Aby napisać wiadomość zaloguj się
asymon 26.09.2016 12:08
Bibliotekarz

O, to tu zapytam, może ktoś z redakcji LC odpowie. Dlaczego książka "Wróżąc z wnętrzności" wyleciała w pewnym momencie z plebiscytu na najlepszą książkę fantastyczną 2015?

Czy autor miał z tym coś wspólnego, nie chcąc być kojarzony z tym gorszym gatunkiem literatury?

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post
LubimyCzytać 28.09.2016 12:21
Administrator

Książka została usunięta z Plebiscytu na prośbę autora.

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post
Aby napisać wiadomość zaloguj się
Bosy_Antek 25.09.2016 08:17
Autor

Najpierw myślałem, że taka decyzja porzucenia fantastyki to błąd. Teraz widzę, że to szansa. Szansa na co? Na wolność. Fantastyka to getto, w którym obowiązują określone przez czytelników i wydawnictwa warunki. W Polsce, gdy ktoś odrobinę ambitniej poleci w fantastyce, skupi się na atmosferze, na języku, na grze "w literaturę", wtedy zainteresowanie wydawców i czytelników...

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post więcej
PoProstuAnia 23.09.2016 03:13
Czytelniczka

Myślę, że fantastyka powoli wychodzi z niszy, do której wepchnęły ją sztampowe powieści z brzydkimi okładkami, od parodii których zaczynał Terry Pratchett. Zaczyna wędrować pod strzechy, a to za sprawą Fantastycznej Kolekcji Wydawnictwa Literackiego, a to kolekcji Świata Dysku, popularności Gry o Tron, nurtu fantastyki Young Adult czy wspomnianych eksperymentów autorów...

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post więcej
asymon 26.09.2016 12:17
Bibliotekarz

Tyle że np. Olga Tokarczuk, Jose Saramago czy Margaret Atwood nieraz pisali coś co wlatuje do szufladki "fantastyka" i to nawet bez dopisku "szeroko pojęta". Wspomniany Rushdie chyba jeszcze bardziej.

I dlaczego nie są oni uznawani za twórców fantastyki? Bo co, piwa na konwentach nie piją?

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post
Aby napisać wiadomość zaloguj się
alex 22.09.2016 22:09
Czytelnik

Ale w sumie to smutne, że autor fantastyki, żeby zdobyć uznanie, musi napisać coś z innego gatunku. (Oczywiście nie uważam, że pisanie książek w różnych gatunkach to coś złego, ale mimo wszystko...)

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post
Bogdan 22.09.2016 19:31
Czytelnik

Chyba jeszcze ciekawszy jest przypadek Kurta Vonneguta, który zaistniał (i to jak!) w literaturze głównego nurtu - wcale nie porzucając fantastyki. W jego przypadku najważniejsza była wyjątkowa oryginalność. Brak jakichkolwiek schematów, które, bardziej czy mniej słusznie, kojarzone są z literaturą gatunkową, w tym s-f.

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post
BlueSugar 22.09.2016 16:15
Czytelniczka

Jeszcze jest Rafał A. Ziemkiewicz, który również zaczynał od fantastyki, a teraz bawi się w skrajną publicystykę. Nie śledzę, co prawda, losów jego twórczości, ani publicystycznej kariery, jednak liczyłam na to, że zostanie wspomniany w artykule. Zdziwił mnie także fakt, że Anna Brzezińska, autorka cyklu o zbóju Twardokęsku i książek o Babuni Jagódce, pisze felietony dla...

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post więcej
Janusz Szewczyk 25.09.2016 14:00
Bibliotekarz

O RAFciu i Wolskim lepiej zapomnieć, bo im polityka wypaliła mózgi. A kto chciałby się babrać w naszej polityce.

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post
Aby napisać wiadomość zaloguj się
michal3 22.09.2016 15:03
Czytelnik

Ajwenhoł to zdecydowanie pójdzie drogą Twardocha, Orbitowskiego czy Szostaka. I szkoda wielka, że fantastyka to tak pogardzany wręcz gatunek. Znam mnóstwo osób, które fantastyki nie czytają, bo tam tylko rycerze i smoki, a SF to już w ogóle roboty i niezrozumiałe słownictwo. Więc po co tracić czas? A po to, że nie na wszystko można sobie pozwolić w tzw. literaturze pięknej.

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post
dymitrop 22.09.2016 20:32
Czytelnik

smutne, ale prawdziwe... to tak jakby wrzucano "Zbrodnie i karę" do kryminału i z tego powodu jej nie czytać

Ale z drugiej strony (ja np.) jeszcze nie czytałem sf, gdzie autor przyłożył się do kwestii językowej tzn. no niby Lem dał popis w np. Cyberiadzie, ale jeszcze nigdy nie czytałem takiego "poety kosmosu". Są poruszane ważne kwestie, są pomysły, no ale tego powyższego...

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post więcej
Piotrek 23.09.2016 09:50
Czytelnik

@michal3 zgadzam się w 100%. Uwielbiam SF które z motywów kosmosu i obcych korzysta po to, żeby nauczyć nas czegoś o nas samych (Strugaccy) oraz, jak napisałeś, dlatego że "nie na wszystko można sobie pozwolic w tzw. literaturze pięknej".
@dymitrop wydaje mi się, że ze względu na łatkę przyczepioną fantasy i sf, że to gorszy gatunek, literatura dla ludzi niewymagających,...

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post więcej
Aby napisać wiadomość zaloguj się
Marcin Zwierzchowski 22.09.2016 12:24
Bibliotekarz

Zapraszam do dyskusji.

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post
zgłoś błąd