Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

Wyśnione miejsca

Wydawnictwo: Moondrive, Otwarte
6,83 (1221 ocen i 162 opinie) Zobacz oceny
10
97
9
128
8
203
7
297
6
251
5
123
4
59
3
40
2
16
1
7
Edytuj książkę
szczegółowe informacje
tytuł oryginału
Places No One Knows
data wydania
ISBN
9788375154047
liczba stron
360
słowa kluczowe
sen
język
polski
dodała
primrose

Są dwie Waverly. Pierwsza: ma nieskazitelny wygląd, popularnych przyjaciół, najlepsze oceny w szkole i świetne wyniki w sporcie. Druga: to tajemnicza dziewczyna, która zagłusza myśli bieganiem do utraty tchu. W nocy zastanawia się, jak wyglądałoby jej życie, gdyby zrzuciła maskę, którą nosi za dnia. Jest dwóch Marshallów. Pierwszy: bad boy, który nadużywa alkoholu, ryzykując wydalenie ze...

Są dwie Waverly.
Pierwsza: ma nieskazitelny wygląd, popularnych przyjaciół, najlepsze oceny w szkole i świetne wyniki w sporcie.
Druga: to tajemnicza dziewczyna, która zagłusza myśli bieganiem do utraty tchu. W nocy zastanawia się, jak wyglądałoby jej życie, gdyby zrzuciła maskę, którą nosi za dnia.

Jest dwóch Marshallów.
Pierwszy: bad boy, który nadużywa alkoholu, ryzykując wydalenie ze szkoły. Nie ma to dla niego znaczenia – w końcu jest nikim.
Drugi: ten, który czuje więcej, niż przyznaje sam przed sobą. Zmaga się z ciężarem, o którym inni nie wiedzą.

Waverly i Marshall spotykają się… we śnie. Jest to miejsce, gdzie oboje mogą być sobą. I gdzie dotyk wydaje się równie prawdziwy jak na jawie. Czy odważą się swoje wyśnione miejsca zamienić na rzeczywistość?

 

źródło opisu: materiały wydawnictwa

źródło okładki: http://www.znak.com.pl

pokaż więcej

Brak materiałów.
książek: 39

Zaznaczę od razu, prosto i wyraźnie, bo jest to wiadomość, która do co po niektórych uszu szczególnie powinna dotrzeć. Nie lubię młodzieżowych obyczajówek. Nie lubię młodzieżowych romansów. Jasne, Ixina? Czy powtórzyć ci to jeszcze raz?

Skromnie mówiąc, znam dobrze współczesny rynek książek YA i mam wszelkie dane potrzebne do określenia, czy dana pozycja będzie się do czegoś nadawać. Wiem, czego oczekują czytelnicy, jakie historie dobrze się sprzedają - i wiem, że pewne książki nie mają prawa mi się spodobać
Co więc sprawia, że od czasu do czasu myślę z nadzieją o jakimś obyczajówce, czy nawet, o zgrozo, romansie? Ba, mam wielką ochotę ją przeczytać, migdalę się z nowiutkim egzemplarzem w księgarni, podejmuję racjonalną decyzję, by czegoś takiego bynajmniej nie kupować i by ostatecznie polować na nią po wszystkich okolicznych bibliotekach?

W przypadku „Wyśnionych miejsc” niewątpliwie zadziałała magia okładki. Dawno nie widziałam piękniejszej i lepiej nawiązującej do obiecanej treści szaty graficznej, podoba mi się prosta metafora z parą w głowie dziewczyny, podobają mi się chmury płynnie przechodzące w grunt pod nogami, wreszcie podobają mi się i postaci - chłopak i dziewczyna wyglądają naturalnie, nie pozują spod grubej warstwy makijażu, opierając się o siebie w wystudiowanych pozach, tylko normalnie gdzieś idą. „Delirium” miało okładkę zbudowaną na podobnych zasadach. „Delirium” było tym romansem, który przypadł mi do gustu. Może więc nadzieję, jakie wiązałam z „Wyśnionymi miejscami” nie były jedynie przejawem mojej głupoty?

Historia, jaką obiecywała ta książka ma potencjał. Mogę podśmiewać się z schematycznych romansów, mogę wywracać oczami z poczuciem wyższości, ale i ja mam swoje słabości. Moją literacką piętą achillesową jest wszelkie zamieszanie na linii dobro/zło, dość pomachać mi przed nosem takim motywem, bym pobiegła przed siebie na oślep, mogę się skusić nawet i na romans, skoro pojawia się tam takie małe, niewinne słówko, jak „bad”. (Tak, bad boy. To zawsze jest bad boy. Ale może kiedyś doczekamy się i bad girl). Tak samo wątek masek, które zakładamy dla innych, udawania i gry pozorów brzmiał bardzo obiecująco. Akurat to zagadnienie interesuje mnie z psychologicznego punktu widzenia: skłaniam się ku opinii, że ciężko mówić o jednej prawdziwej osobowości i reszcie udawanych, pozy, które przyjmujemy, też są częścią nas, co więcej, jest czymś zupełnie naturalnym, w obecności różnych ludzi, w różnych otoczeniach, zachowujemy się inaczej.

Tak więc pomysł pani Yovanoff oceniam całkiem wysoko; co więcej, zapowiadał spore skupienie się na postaciach i wnikliwe podejście do ich charakterystyki, a to też bardzo sobie w książkach cenię.
Niestety, ten potencjał nie został wykorzystany. Najprościej mówiąc - postaci są słabe. Widać wyraźnie, że inny pomysł na nie miała autorka, inaczej zaś przekazała je czytelnikowi. Po prostu nie umiała ich opisać. Niewykluczone, że winna jest szczątkowa, fragmentaryczna fabuła. W książce po prostu mało się dzieje, bohaterowie nie mają kiedy wykazać się swoimi cechami charakteru. Tylko nieustannie myślą, co jest dość irytujące, bo odnosiłam wrażenie, jakby klepali w kółko to co autorka im kazała.

W zasadzie ciężko mówić tu o jakiekolwiek fabule - a to w wypadku tego typu książek poważna wada. Ja rozumiem, że to obyczajówka, nie mogę więc spodziewać się wielkich spisków i polityki. Mimo wszystko jakieś minimum wydarzeń w utworze fabularnym byłoby mile widziane. Tymczasem po stronie Waverly dzieję się w zasadzie tylko organizacja balu - nawet to bieganie, tak akcentowane na okładce, w ogóle nie zajmuje jej myśli, nie było czuć, by było jej pasją. Może znam jakąś osobliwą definicję pasji, ale zawsze mi się wydawało, że powinna ona pasjonata jakoś obchodzić. Waverly powinna myśleć o kolejnych zawodach, martwić się kontuzją, planować treningi, ćwiczyć w międzyczasie. To groteskowe, ale teraz nie mogę sobie przypomnieć, czy ona choć raz wyszła w nocy pobiegać, o czym tak krzyczała okładka. Nie widać też było po niej jej pozycji społecznej. Autorka napisała, że jest samicą betą, stoi za sukcesem towarzyskim swojej najlepszej przyjaciółki - i tego nie pokazała. Skupiła się na wygadywaniu, jaka to nie jest prawda, i jaki świat jest obłudny, jak to Waverly musi udawać, nie pokazała natomiast, jak funkcjonowała w społeczeństwie, c o właściwie udawała. Napisała - tak, ale nie pokazała.

Z Marshallem jest nie lepiej. Przede wszystkim, żaden tam z niego zły chłopiec, od razu kreowany jest na zagubioną duszyczkę, chłopczyka, który stracił kontrolę nad własnym życiem, ale serduszko ma tak wspaniałe, wzrusza się na smutnych filmach i tylko autorka siłą go powstrzymuje przed przeprowadzaniem staruszek przez jezdnię, co ten bohater koniecznie pragnie robić. Skoro dobra czynić nie może, bo dostał etykietkę tego złego i mhrocnego, dzielnie i posłusznie usiłuje złego udwać. Tu się upije, tu pójdzie do pedagoga, tu do brata, tu do kolegi, tu do szkoły - i tak to się toczy, wydarzenie za wydarzeniem, nic nie sprawia wrażenie, jakby miało jakiś sens.

A przecież ja nie oczekuję dynamicznej sekwencji z filmu akcji, ani kolejnych epizodów, następujących po sobie idealnie logicznie, jak w pięknym matematycznym dowodzie. Można w książce pokusić się o dygresje, można lać wodę - ale to wszystko powinno czemuś służyć. Jeśli nie chodzi o akcję, powinno chodzić o postaci. Wydarzenia powinny wpływać na emocjonalność bohaterów, można więc statycznymi i podobnymi do siebie epizodami zbudować fascynującą akcję na poziomie emocjonalnym. A w książce pani Yovanoff brak jest przede wszystkim sprzężenia zwrotnego pomiędzy wydarzeniami i umysłami postaci.

Czytając „Wyśnione miejsca” miałam wrażenie, że poruszam się po scenografii - misternie przygotowanej, starannie przemyślanej i ciekawej, tworzącej dobrą scenerię dla jakichś wydarzeń. Ale film się jeszcze nie zaczął a nas przedwcześnie wpuszczono za kulisy. Poszłam do kina, a trafiłam na wystawę zdjęć.

Tak samo mizernie prezentuje się tło powieści. Schemat goni schemat. Przede wszystkim, całość cierpi na ubogo zarysowanym tle. W szkole napisanej przez panią Yovanoff nie ma miejsca na nic ciekawego, nie ma żadnego zróżnicowania społecznego, żadnych klasowych ofiar, żadnych geeków w okularach. Tak, sytuacja jest aż tak beznadziejna, szkoła pełna bohaterów typu F001 - american girl i M001 - american sportsman, że powiew oryginalności wniosłoby do niej wprowadzenie postaci typu M003 - ofiara klasowa lub F004 - kujonka. Nawet typowi, standardowi, odbici od kliszy, ale zróżnicowani między sobą bohaterowie poprawiliby sytuację.
Podobnie dookoła Marshalla egzystuje pustka totalna. Nie widać tych ćpunów i młodocianych alkoholików, nie mamy pojęcia, w jakim środowisku on się tak naprawdę obraca. Być może nie jestem tu ekspertką, ale to przecież nie jest tak, że wszystkie pijackie imprezy nastolatków są takie same, a ja chciałabym chociaż wiedzieć, czy to bawią się weseli, popularni licealiści, czy może tylko ludzie z podejrzanej, biednej dzielnicy, czy się dobrze znają, ilu z nich jest na bakier z prawem, ile jest tam dziewczyn, jak często wkracza policja. Poczuć atmosferę takiej sytuacji, a nie otrzymać informację, że się ona odbyła. Ot, pijańka impreza. Nie wnikaj, czytelniku, nie jesteś tu od tego, by poznać historię, poczuć atmosferę, zrozumieć. Mas teraz, zaraz, natychmiast, usłyszeć i przyswoić, co do ciebie krzyczę drukowanymi literami: ach, jaki ten Marshall pogubiony!

Z tej książki można wynieść okropne wrażenie o amerykańskiej szkole. Pisałam już zdaje się, jak bardzo nie lubię stereotypu amerykańskich cheerleaderek i sportowców, bali na koniec roku, bukiecików i limuzyn - bynajmniej nie chcę też pokpiwać sobie z Amerykanów, do tej nacji żywię więcej pozytywnych niż negatywnych uczuć - czemu tylko oni sami powielają w nieskończoność te głupie stereotypy? Bo kiedy czytam o nastolatkach, które zajmują się głównie organizacją balu i wyborem serpentyn, aż coś się we mnie skręca. Nagle polska szkoła wydaje mi się rajem.
Nie mogłabym nie wspomnieć tu o niedoszłym chłopaku Waverly - jakżeby inaczej, głupim, popularnym sportowcu. Oraz przyjaciółce głównej bohaterki, która oczywiście jest tą bardziej przebojową. I przyjacielu głównego bohatera, który jest takim drobnym, prostym przyjacielem, co to nie komplikuje za bardzo fabuły, nie wprowadza własnych wątków i grzecznie gra w chórkach. Jedna, jedyna Autumn rokowała nadzieję, wybijała się z tłumu, wnosiła trochę życia - ale straciłam do niej szacunek, gdy zobaczyłam, jak dość naturalnie wsiąka w towarzystwo dziewcząt od balu.

Miłą odmianą są rodziny postaci. Rodzice Waverly jedynie mignęli, ale widać było, że mają jakieś charaktery, dość karykaturalne, ale autorka pozwoliła im je zachować, nie wmawiała na siłę czytelnikowi czegoś, czego nie widział - i dzięki temu przyjemnie się o nich czyta. A już sytuacja w domu Marshalla to majstersztyk - kłótnie, ryzyko rozwodu, choroba i związana z nią próba rodzinnego zjednoczenia, udawanie, że jest w porządku. Jest to wiarygodne, pogłębione, nie czarno-białe i gdyby tylko dostało więcej czasu antenowego, rozwinęłoby się w świetny wątek.

Skoro już o zaletach mowa, warto wspomnieć o najważniejszym atucie powieści Yovanoff, atucie tak wielkim, że częstokroć to właśnie on ratował mnie przed ciepnięciem książki w kąt. Mówię mianowicie o języku. Yovanoff operuję słowami z dużą wprawą, przez jej opisy wręcz się płynie, czytelnik nawet nie zauważy, o zmęczeniu nie wspominając, a przyswoi wszystkie informacje, także wszelkiego rodzaju opisy trawi się bezboleśnie. Co tu dużo mówić - to jest dojrzały, inteligentny język. Metafory są błyskotliwe, nie wyświechtane, ale i nie nadmiernie ekstrawaganckie lub poetyckie, z niektórych sformułowań bije inteligencja, której nie widać w zachowaniu bohaterów. Naprawdę szkoda, że w taką oprawę nie ujęto lepszej treści.

Jeszcze o bohaterach, to wszak mój ulubiony temat, a jeśli dodamy do tego błędy logiczne, będę już w pełni usatysfakcjonowana i równie mocno rozgadana. Zamierzam bowiem udowodnić, że bohaterowie „Wyśnionych miejsc” nie tylko nie przypadli mi do gustu, byli po prostu nielogiczni.
Każde z tej dwójki jest kreowane na osobę inteligentną, i to się chwali. Dla Waverly ma znaczenie, czy esemes jest zakończony odpowiednim znakiem interpunkcji, i to jest mile widziany akcent. (Żeby nie było tak różowo, nie potrafi narysować wykresu, obrazującego zależność odwrotnej proporcjonalności pomiędzy dwoma parametrami, są to według niej dwie rozbieżne proste! Ludzie! Autorzy! Błagam! Oczepcie się od matematyki, jeśli jej nie umiecie! A jeśli nie wy, to chociaż korekta, cokolwiek, ktokolwiek, na pomoc!) No dobrze, taka bardziej osobista wstawka. O czym to ja mówiłam? Zostawię matematykę. Waverly nie myśli w codziennych sytuacjach. Wypaliła się świeczka, dzięki której w śnie przenosiła się do Marshalla? Nie, nie poszuka nowej, tylko będzie rozpaczać, bo tak akurat autorce wygodnie.

W ogóle sam motyw fantastyczny okazał się wyjątkowo nietrafionym zabiegiem. Uważam, że fantastyka służy twórczemu uzupełnianiu rzeczywistości, kreowaniu nowych literackich możliwości, szans na ciekawe wątki, a nie ułatwianiu sobie drogi w rzeczywistym świecie. Wrogowie tego gatunku twierdzą „a jaki to ma sens, pisać w świecie, gdzie ktoś może sobie machnąć różdżką i załatwić problem”; obawiam się, że książka Yovanoff stanie się podpałką pod stos, na którym chcą spalić fantastów. Jest to bowiem przykład tego, jak fantastyka ogranicza kreatywność, jest pójściem na łatwiznę, podczas gdy powinno być dokładnie na odwrót. Nie mam pojęcia, czemu Waverly i Marshall mieliby spotykać się akurat we śnie. Może jedynie po to, by nie było a ż tak sztampowo i by nie musieli robić razem projektu szkolnego.

Uważam, ze autorka - skoro taki miała pomysł na historię: spotkać dwóch bohaterów z różnych środowisk, stworzyć pomiędzy nimi bliską relację wbrew logice - powinna doprowadzić do tego, korzystając ze środków, jakich dostarcza rzeczywistość, a nie idąc na skróty. Jej książka powinna pozostać wyłącznie obyczajówką. Jako miłośniczka fantastyki nie zgadzam się, by traktowano ją tak po macoszemu. Bo wątek fantastyczny jest bardzo niewiarygodny - i to bynajmniej nie ze względu na prawa fizyki, do naginania tych czytelnicy są przyzwyczajeni, nie, ze względu na tak uroczy czynnik, jak prawdopodobieństwo psychologiczne.
Jak to możliwe, że Waverly i Marshall - rzekomo tacy inteligentni - nie interesują się sennymi podróżami? Przecież każdy normalny człowiek próbowałby zaprzeczać, szukałby jakiegoś potwierdzenia, tego co się wydarzyło, chociaż przez chwilę uważałby to za sen. Czułby się, do, jasnej, ciasnej i plamiastej, zażenowany na widok, przypomnę o b c e g o, człowieka, którego obściskiwał w bardzo realnej wizji nocnej. Bałby się, że zwariował. Łamałby sobie głowę nad tym, jak to możliwe
Ale nie, ona udaje, on udaje, w dzień muszą grać, tylko w nocy są sobą, bla, bla, bla…
Tymczasem prawda jest inna - oni udają cały czas, w nocy najbardziej. Albo raczej autorka udaje cały czas - że jej bohaterowie są.

Pokaż wszystkie opinie o tej książce
Już teraz nowa funkcja: pakiety. Dowiedz się więcej jak kupić kilka książek w najlepszej cenie >>>
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading

Opinie czytelników


O książce:
Ciemna strona

www.ksiazkomaniacyrecenzje.blogspot.com Senna Richards nigdy nie miała łatwo. Porzucona przez matkę, przez większość swego życia, żyła w jej cieniu...

zgłoś błąd zgłoś błąd