Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

Pani Ferrinu

Cykl: Kroniki Ferrinu (tom 5)
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
5,93 (98 ocen i 14 opinii) Zobacz oceny
10
11
9
5
8
11
7
13
6
21
5
14
4
6
3
4
2
2
1
11
szczegółowe informacje
data wydania
ISBN
9788308054871
język
polski

Inne wydania

Ferrin. Liczy się tylko Ferrin. A Ferrin to Miłość „Dookoła trwało piekło, jakby wszystkie działa, muszkiety i pistolety Lanorów skierowane były przeciwko tej jednej drobnej kobiecie. I tak rzeczywiście było. Gdyby widziała wściekłość Lanorów, pewnie cofnęłaby się sekundę szybciej, ale ona zważała tylko na to, by zamknąć jak największą część Ferrinu, póki nie dotrze do kresu swych...

Ferrin. Liczy się tylko Ferrin. A Ferrin to Miłość

„Dookoła trwało piekło, jakby wszystkie działa, muszkiety i pistolety Lanorów skierowane były przeciwko tej jednej drobnej kobiecie. I tak rzeczywiście było. Gdyby widziała wściekłość Lanorów, pewnie cofnęłaby się sekundę szybciej, ale ona zważała tylko na to, by zamknąć jak największą część Ferrinu, póki nie dotrze do kresu swych możliwości.
Przerwała jej jedna kula. Anaela krzyknęła i padła”.

Pani Ferrinu to piąta, ostatnia część cyklu o bogatej i żywej fabule, zaskakujących zwrotach akcji, której bohaterowie są intrygującymi i niepokojącymi postaciami. Targają nimi wielkie namiętności: żądza władzy, miłość i nienawiść. Fantazja i magia opowieści nie pozwalają ani na chwilę oderwać się od lektury.

 

źródło opisu: http://www.wydawnictwoliterackie.pl/

źródło okładki: http://www.wydawnictwoliterackie.pl/

pokaż więcej

Brak materiałów.
książek: 791
Dziejba | 2015-03-06

Stwierdzenie „Nieważne, jak zaczynasz, ważne, jak kończysz” brzmi całkiem dobrze. Daje nadzieję, że być może – w przypadku literatury – autor, który zaczął niefortunnie (żeby nie powiedzieć, iż ruszał z poziomu grafomanii, wszak nie wypada być tak niemiłym) jakoś się wybroni. Jednak w temacie tej powieści powyższe zdanie się nie sprawdza. Ba, z którejkolwiek strony spojrzeć na sagę fantasy Katarzyny Michalak, trudno znaleźć element, który można określić dobrym.

Tom pierwszy, tom ostatni – poziom ten sam, schemat fabularny ten sam. W sumie to fascynujące, w jaki sposób można mielić cały czas jeden zestaw klisz oraz układ zdarzeń i samemu się nie znudzić. „Pani Ferrinu” wygląda więc jak jej poprzedniczki – jest jakaś wojna, ale nie do końca wszyscy wiedzą, o co właściwie. No, potem się dowiadują – ktoś jak zwykle ma wieczny wzwód, ale teraz, skoro mamy tom finałowy, nie jest to problem jednego Sellinarisa, tylko całej wrogiej Ferrinowi Lanorii. Okazuje się również, że ten główny zły (w „Pani…” już ostateczne zło całego świata, Luciferrin), chce standardowo spłodzić z główną bohaterką dziecko, które miałoby zaprowadzić porządek w krainie ogólnonarodowego wzwodu. Tylko przepowiedni brak. Czemu jednak wszechpotężny bóg Lanorów nie posprząta kraju sam – też nie wiadomo, więc być może zależy mu jeszcze na becikowym od jakiejś wyższej instancji boskiej. Albo pragnie, o zgrozo, urlopu tacierzyńskiego od bycia „tym złym”, wszak to pasuje idealnie i tylko pogłębia jego nikczemność – przecież w powieściach pani Michalak facet, który wyłamuje się z tradycyjnych ról, jest złem straszliwym. Tak, to ma sens.

Choć piąta część Ferrinu jest najkrótsza, brnie się przez nią jeszcze gorzej niż przez poprzednie. Nagromadzenie absurdu, tandetnej brutalności, słabego porno czy gwałtów (zarówno na bohaterach, jak i na logice) sięga zenitu, a mimo to przez całą lekturę można mieć wrażenie, że i tak pani Michalak leje wodę. Pomysły fabularne autorki zdziwiłyby nawet tego, który po dobrych grzybkach widział rzeczy, o których nie śniło się naszym filozofom. Ale wystarczyłoby tylko zakrzyknąć „Po co logika, toż to fantasy!”, aby pieczarkowy mistyk odparł „No ok, spoko” i wrócił do swoich spraw, a następczyni Sapkowskiego mogła dalej próbować wspinać się na fantastyczny parnas.
Z tego powodu fabuła niby jakaś jest, no ale właśnie – „jakaś”. Nudna? Żenująca? Ciągłe niespodziewane zwroty akcji są tak niespodziewane, że można tylko ziewnąć, ewentualnie czasem się skrzywić przy gorzej napisanej scenie – albo przy braku logiki, gdy z bohaterki, która spędziła kilkanaście lat w ciężkiej niewoli, autorka robi pustą laleczkę o umyśle dziesięciolatki, która tylko chichocze i w ogóle nie rozumie powagi wojny (a bohaterka ma już ponad czterdzieści lat).
I skoro to powtórka z poprzednich tomów, gdzie tylko zmienia się poziom trudności przed główną heroiną, wiadomo, że na koniec Anaela wzniesie się na najwyższy poziom mocy. W dodatku pani Michalak korzysta wciąż z tego samego zestawu schematów, łatwo więc również zgadnąć, jak ogólnie potoczą się losy bohaterów. Zakończenie jest naprawdę przewidywalne.

Cóż dalej? Może świat… jaki świat? Ano też go nie ma. Parafrazując klasyka: w Ferrinie „było trzy karczmy, bram cztery ułomki, zameczków dziewięć i gdzieniegdzie domki”. Wszystko wyglądało jakoś. No i most był. Gdzieś.
Akcja przenosi się również na Ziemię, więc wydawałoby się, że nie trzeba będzie się aż tak wysilać, by najpierw coś wymyślić, a później opisać, ale niestety – gdziekolwiek się znajdziesz, wszystko takie same, pełno mężczyzn z wiecznym wzwodem i kobiet z sutkowym radarem na testosteron (Jak w Ferrinie, tak i na Ziemi. Mimo że fantasybohaterowie, którzy się do naszego świata przenoszą, twierdzą, że u nich lepiej i ten zwykły ludzki świat jakiś gorszy). Tak jakby postawić tabliczkę z nazwą miejsca, a ty sobie, czytelniku, resztę dopowiedz. Tylko pamiętaj, że wszystkim ludziom jedynie seks w głowie. To najważniejsze. Wyższy poziom tworzenia literackich światów.

Językowo dalej mizernie. Wystarczy po prostu napisać, że autorka, tak jak w poprzednich tomach, wciąż próbuje być z jednej strony poetycka, czym wkracza w ciężkostrawny patos, z drugiej sięga po język niby ostrzejszy, choć blisko temu do rozmówek dorastającej młodzieży za murkiem rejonowego gimnazjum. Wychodzi kiepska mieszanka, która tylko obnaża braki warsztatowe i zerowy poziom wyczucia językowego.
Powtarzalność metafor (typu: jak coś piękne, to „utkane z mgły”. Nieustannie od samego początku) – bez zmian. Dobieranie losowych nazw z różnych mitologii, kultur czy języków – zrealizowane wzorcowo (bo cóż, przykro mi, nazwanie złego miejsca Arkadią wcale nie jest głębokim czy ironicznym nawiązaniem. Chyba że autorka ma na myśli warszawskie centrum handlowe).
Klimat zerowy, bo autorka wciąż tylko podaje informację, że teraz ma być strasznie, ale na to, aby również pokazać tę ciężką atmosferę i wciągnąć w nią czytelnika – brakuje warsztatu. Układ tekstu – jaki był, taki jest. Opisów i jakiegoś „dziania się” nie ma. Dialog, dialog, dialog.

O bohaterach można by cały podręcznik napisać, w dodatku kilkutomowy, na temat: „Jak stworzyć najbardziej odpychające postaci w literaturze”. Jeśli nie wiedziałabym, że autorka tak na serio, pomyślałabym już dawno, że to miał być portret skrajnej patologii i głupoty. Ale cóż, nie ma tak dobrze, nad Anaelą wciąż świeci wielki napis „Mary Sue i alter ego”. Główna bohaterka jest może mniej odpychająca niż w poprzedniej części, lecz nadal tak niesamowicie głupia, że chyba dlatego kilka razy w ciągu całej sagi zmartwychwstaje, bo liczy na nagrodę Darwina. Cóż, trzeba mieć jakieś priorytety w życiu. Może to właśnie za ten upór w dążeniu do zdobycia zacnego odznaczenia wszyscy wokoło ją uwielbiają? Bo chyba nie za podwójne standardy w relacjach seksualno-romansowych i bycie najgorszą przywódczynią, jaką można sobie wyobrazić? Chociaż nie zdziwiłabym się, gdyby za to drugie – taki poziom tej książki.
Inni bohaterowie wyglądają tak samo jak w poprzednich częściach, kukiełki porozstawianie dookoła Anaeli. A i tak nikt nie potrafi ze sobą współpracować, bo niby mają jakiś plan, ale tak naprawdę każdy chce działać po swojemu, więc wszyscy zaczynają się prać po pyskach. Z główną heroiną włącznie, bo ona standardowo wymyśla, jak będą prowadzić wojnę, ale nie uważa, aby trzeba było kogoś o tych planach informować. Cóż, Lanoria ma problem z wiecznym wzwodem, Ferrin z ogólnonarodową tępotą. Chyba tylko to tłumaczy fakt, że nie zauważyli, w jak beznadziejnym kraju żyją. I że przez dwadzieścia lat trzymali w lochach bardzo ważnego więźnia, o którym zapomnieli powiedzieć Anaeli. I ogólnie największy wróg może im zrobić wjazd na siedzibę, porwać przywódcę a potem odlecieć, a oni rozejrzą się po sobie z minami „alejakto?”
Jeśli chodzi o postaci dalekiego planu, to są jak domki ze wsi potiomkinowskiej. Taka pusta dekoracja, aby coś gdzieś było. Ten świat nie jest nawet martwy, w nim po prostu niczego nie ma.

O Sellinarisie, któremu niezmiennie od pierwszego tomu stoi na widok wszystkiego, co się rusza i jest kobietą, również można napisać cały tom poradnika. Ten bohater miał być chyba ideałem faceta, co ma dużą kasę, dużego penisa i wszystko takie duże, na co wskazuje ten w pewien sposób uroczo-naiwny (przywodzący na myśl opowiadania nastolatek o cudownym życiu u boku idola) cytat:

„No tak. Nie muszę dodawać, że byliśmy nieprzyzwoicie bogaci jak na ziemskie standardy. Wielkiej Władczyni Ferrinu wystarczyła jedna wizyta w skarbcu Feri’any, by wracała ze sztabką złota.
Oprócz tego obydwoje nieźle zarabialiśmy: ja byłam przecież pisarką, a Sellinaris, by nie zanudzić się na śmierć, otworzył szkołę kaskaderów. Jego niezwykła uroda i to, co wyczyniał z mieczem czy łukiem na grzbiecie Sarisa albo Shine’a, przeszły do legendy. Nie zliczę, w ilu filmach brał udział.
Gdyby nie fakt, że nikt nie znał miejsca jego zamieszkania, miałabym rzesze fanek na głowie i powody do zazdrości. Nie, tych ostatnich nie. Sellinaris, gdy raz go zapytałam o piękną aktorkę, z którą grał na planie, aż się wzdrygnął, a ja jak na dłoni zobaczyłam to, o czym pomyślał: czerwoną wampirzycę w chłostanej wodą łazience.
Im bliżej było dwudziestych piątych urodzin naszej córki, tym bardziej widziałam, że mego ukochanego „nosi”. Pewnego dnia zamienił skromnego opla, który do tej pory z powodzeniem nam służył, na złote porsche cabrio i rozbijał się nim teraz po polskich drogach, z elfim refleksem mijając się ze śmiercią. Gdybym powiedziała, że trochę mnie to niepokoi, byłoby to spore niedomówienie: nie wiem, czy przeżyłabym śmierć Sellinarisa, a jestem pewna, że gdyby umarł na Ziemi, ferrińscy bogowie nie przywróciliby go życiu. Pozwalałam mu jednak na te szaleństwa, bo ja też czułam narastające napięcie.” (s. 21-22)

Tymczasem wyszedł kozak spod blokowiska, który do każdego podejdzie z pytaniem „masz jakiś problem?” a resztę dnia spędzi na rozważaniu, którą laskę by dziś wieczorem zabrać na balety. No, tylko elfie szmatki nosi, aby się kamuflować. Gdyby przyznawano nagrodę Darwina postaciom literackim, zdobyłby ją od razu. W dodatku – jeden wątek nagle zaczął w „Pani Ferrinu” znikać, można więc go przypomnieć: w trzecim tomie Sellinaris zgwałcił córkę Anaeli, ale główna heroina wciąż go kocha, bo „liczy się tylko miłość”. Z czego ta „miłość” wygląda w ten sposób, że jedno zastanawia się, jakby tu u drugiego wywołać zazdrość (i na odwrót), a Anaela w sumie nie wie, czy on ja tak serio kocha, czy ona sama się gniewa, za co się na Sellinarisa gniewa… aż można po Morsztynowsku zapytać: „Czy-ć żal, że cię obłapiano, czy że tylko raz i że poprzestano?”, bo tylko do takich kwestii sprowadzają się relacje głównej pary Kronik Ferrinu. W zasadzie przez całą sagę nie rozmawiają o niczym innym, tylko czasem, dla niepoznaki, ktoś wspomni, że wypadałoby się zacząć ogarniać do wojny. Reszta jest milczeniem, wszak nie można być tak niemiłym.

Innych mądrości życiowych bez liku. Tylko z tej najkrótszej części sagi dowiemy się, że:
– Niemki to prostytutki. W zasadzie wszystkie kobiety na Ziemi to prostytutki, tylko jedna Anaela jest inna.
– Zdrada według idealnego mężczyzny to „niewinna zabawa, aby upewnić się, że nadal mnie [kobieto] kochasz, nadal pragniesz i nadal jesteś zazdrosna”.
– Bardziej normalnie jest w świecie, gdzie kobiety traktuje się jak towar, można gwałcić do woli i sprzedawać, gdzie muszą nosić wielkie chusty, aby nie było widać ich ciał, bo jeszcze jakiemuś facetowi zachce się seksu, niż w świecie, gdzie… dwóch mężczyzn konsensualnie pójdzie ze sobą do łóżka.
– Ogólnie o wizjach kobiet i mężczyzn, relacjach damsko-męskich, seksie, gwałcie (tak jak w poprzednich częściach, gwałty na głównych bohaterach to wciąż taki rekwizyt, który tylko w danej scenie ma się pojawić, potem trzeba ten wątek szybko usunąć), itp. można napisać kolejną część poradnika. Tylko chyba nikt nie ma tak mocnych nerwów, aby się tego podjąć.
To tylko kilka rzeczy, bo autorka potrafiła w tym tomie na raptem czterech stronach zmieścić niechęć do siedmiu-ośmiu różnych grup ludzi. I pozostaje jedynie pytanie – to jest pisane na serio, ze szczerą wiarą w słuszność tych pomysłów oraz poglądów? W dodatku z jednej strony mamy niechęć do całego społeczeństwa, wylewającą się z kart powieści, z drugiej – słaby, wręcz koszmarny sposób, w jaki to jest podane. Owszem, każdy tekst jest w jakimś stopniu zideologizowany, ale subtelność i sugestia są lepsze niż wtłaczanie poglądów łopatą, ale do tego trzeba mieć dobry warsztat.
Cóż, chyba w tym przypadku długo jeszcze pozostanie się przy łopacie.

Na specjalny akapit zasługuje wątek włamywania się do Muzeum Rodina w Paryżu. Cóż to za brawurowa akcja, istny geniusz, akcja dynamiczna jak stóg siana! Zasada pierwsza: włamuj się w środku dnia (wprawdzie do końca nie wiadomo, czy mamy noc, czy dzień, bo prawdziwy pisarz nie skupia się na takich rzeczach, ale można wnioskować po tym, że jacyś ludzie po ulicy krążyli). Zasada druga: pokłóć się ze swoim wspólnikiem tuż pod drzwiami i wyciągnij broń. Niech któryś z was strzeli do drugiego. Zasada trzecia: jeśli jesteś pracownikiem muzeum na stanowisku innym niż ochroniarz, po prostu wyparuj. Jeśli pracujesz jako ten ochroniarz, też możesz wyparować, żeby zostało tylko kliku twoich kolegów, którzy wybiegną na zewnątrz i zostawią otwarte drzwi, aby arcygroźny terrorysta Sellinaris dell’Soll (allbo ’o innym’m przyddomku bbąd’ź nazzw’iskku) wszedł do środka (kwestię tego, ilu ludzi pracuje w muzeach, pomijam. Nie bądźmy tacy niemili). Zasada czwarta: jeśli jesteś antyterrorystą, którego wezwano do akcji, w dodatku snajperem – strzelaj, gdy tylko coś się poruszy, potem sprawdzisz, w co trafiłeś. Zasada piąta: jeśli jesteś autorem, który opisuje akcję włamania do muzeum, zrób wszystko, aby czytelnik mógł sobie ziewnąć. I zasnąć.

Cóż więc napisać? Z tej części nie da się nawet cytować tych bardziej obrzydliwych, żenujących czy słabych fragmentów – jest ich tyle, że trzeba by przytoczyć prawie całą powieść. Jako finał sagi książka również się nie sprawdza – autorka rozwiązuje tylko wątek swojej heroiny, inne postaci są nieważne. To nie jest otwarte zakończenie, tylko rozgrzebane zakończenie, po prostu. W sumie do ostatniej strony pozostaje pytanie: po co to wszystko było?
Niby może się wydawać, że fabuła została zamknięta, ale jak zastanowić się sekundę dłużej, widać mnóstwo potężnych luk w konstrukcji całej sagi (oraz samego ostatniego tomu). Dziury fabularne są wielkości leju po bombie. Na przykład – po co pani Michalak wrzuca w ostatnich scenach jakieś ciężkie wspomnienia Anaeli z młodości, które nie mają wpływu na dalszy rozwój akcji, a podane są w ten sposób, że powinny jakiś mieć? (chyba tylko po to, aby bohaterka wydawała się jeszcze bardziej dzielna, ale nie wyszło) Co się stało z makietą całego świata (bo światem tego nazwać nie można) – po co mnożyć postaci, urwać ich wątki, jak i tak jest to powieść o samej głównej heroinie? No i po co wprowadzać w pierwszym tomie sagi bohatera – który oświadcza się Anaeli, a ona woła „miałeś być mi bratem” i to zdarzenie ostatecznie nakłania ją, aby przenieść się do Ferrinu, bo facet przyniósł jej również jakąś księgę przejścia – aby zaraz wyparował? Gdzie jest ten Łukasz?

Książka nie broni się więc w żaden sposób. Dawno nie miałam w rękach takiego gniota. Z całej sagi o Ferrinie ta część była najbardziej żałosną lekturą, przy której pozostaje tylko płakać nad losem biednych drzew, które zmieniono w… to coś.
Nie warto po ostatni Ferrin sięgać. Tu nie ma nic godnego uwagi. I argument, że "dobrze się czytało" jest najsłabszym, jakim można by bronić tej serii (i też najgorszym, jaki może się pojawić w ocenie tekstu literackiego). Bo cóż – tak, tę książkę da się szybko przeczytać, ale nóż tak samo łatwo wbić sobie w dłoń, więc skoro drugie zbyt dobre nie jest, to czemu pierwsze już być musi?

Pokaż wszystkie opinie o tej książce
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading

Opinie czytelników


O książce:
Monolog i inne zapiski

To już drugi zbiór opowiadań Jana Himilsbacha który czytałem. Utwory cechuje charakterystyczny bachiczny i peerelowski klimat, jednakże wielu w moim o...

zgłoś błąd zgłoś błąd