Lubimyczytać.pl Sp. z o.o
http://lubimyczytac.pl/aktualnosci/10603/klamstwo-zrodzone

Kłamstwo zrodzone

Autor: 
3 wartościowy tekst

Jakub Ćwiek powraca do swoich literackich korzeni. Sprawdźcie jak autor wspomina tworzenie pierwszych części cyklu i dlaczego zdecydował się na wydanie kolejnej części. 

Trzeba to przyznać otwarcie, miałem mnóstwo szczęścia.

Kiedy w 2004 roku moja przyjaciółka Ania Kańtoch wydawała swoją debiutancką powieść Miasto w zieleni i błękicie, ja dysponowałem kilkunastoma opowiadaniami o nordyckim bóstwie kłamstwa Lokim na usługach chrześcijańskich aniołów. Nie myślałem o nich jeszcze w kategorii książki, choć opowieści łączyły się w jakąś całość, dokądś mi w głowie zmierzały. Pisałem je raczej ot tak, dla przyjaciół na prezenty, na jakieś konkursy, a z czasem, po tym, jak trafiłem do klubu, by pokazać je właśnie Ani czy ówczesnej prezes Eli Gepfert.

To właśnie Ania namówiła mnie, by opowiadania o Kłamcy usystematyzować i zrobić z nich książkę. Wybrać te najlepsze, albo po prostu niezbędne dla rozwoju fabuły, jeszcze raz je przeczytać, poprawić i puścić dalej. Zachęcony jej sukcesem, stwierdziłem, a co mi tam! Wybrałem spośród opowiadań te, które najbardziej podobały się zarówno Ani, Eli, jak i dwójce autorów, którzy te moje teksty kiedyś, przy okazji, przeczytali (to jest Ani Brzezińskiej i Andrzejowi Pilipiukowi), i wysłałem do wydawnictwa Fabryka Słów.

Trzeba Wam wiedzieć, to był dobry czas na debiut. Właściwie to chyba nawet najlepszy. Początek nowego stulecia był dla polskiej fantastyki nowym otwarciem, pojawiły się wydawnictwa Runa i właśnie Fabryka i ruszyła ofensywa polskiej fantastyki. Niemal wszyscy autorzy, o których można było usłyszeć w latach dziewięćdziesiątych, a którzy u poprzedniego wydawcy byli w zasadzie tylko przygrywkami przed Andrzejem Sapkowskim, wtedy uzyskali status gwiazd. Kossakowska, Grzędowicz, Komuda, Pilipiuk, Ziemiański, Piekara - wszyscy znani jednemu pokoleniu fanów, w nowych seriach, w nowych okładkach, z nowymi tytułami ruszyli po swoje.

I zażarło! Ludzie zaczęli czytać polską fantastykę pasjami, a fakt, że mnożące się w całym kraju konwenty zaczęły się reklamować zaproszonymi autorami - wcześniej autor zwykle po prostu przyjeżdżał, bo był fanem, jak wszyscy - jeszcze ten hype podbijał. Szło na tyle świetnie, że z jednej strony pojawiał się rosnący czytelniczy niedosyt - „starzy” autorzy, może z wyjątkiem Pilipiuka, nie byli w stanie dostarczyć czytelnikom tyle, ile ci chcieli - a z drugiej rozczytani odbiorcy zapragnęli być również autorami i wyglądało na to, że się da. Tu i tam w ofercie wydawców książkowych zamajaczył debiutant (jak Iwona Surmik, Tomasz Pacyński), pojawiło się nowe nazwisko w zajdlowej puli, a złożone z wyłącznie polskich tekstów pismo „Science Fiction” Roberta Szmidta - stosujące notabene obrzydliwą i nieuczciwą praktykę niepłacenia za teksty debiutantom - było w stanie podjąć walkę z nieco wtedy przygasłą legendą Nowej Fantastyki i wypełnić lukę po znikającym z rynku „Feniksie”.

Czas mojego debiutu to więc moment całkowitego otwarcia się na nowe twarze, era wielkiego połowu, szukania nowych gwiazd. Dziesiątki debiutantów, spośród których ostatecznie ostała się garstka, która zyskała na popularności na tyle, by słusznie lub nie równać ją na konwentach z prawdziwie starą gwardią. By wymienić tylko kilkoro, byli to Magda Kozak, Ania Kańtoch, Szczepan Twardoch, Łukasz Orbitowski, Krzysiek Piskorski, Jakub Małecki czy właśnie ja.

Sukces „Kłamcy” mnie zaskoczył. Zwłaszcza po wysiłku fizycznym i psychicznym, jaki włożyłem w tę książkę z Marcinem Wrońskim w trwającym wieczność procesie redakcyjnym, który sprawił, że już sprzedaną książkę napisałem właściwie od nowa. Nie miałem pojęcia, czego się spodziewać, w ogóle nie wiedziałem, jak działa rynek, a za sobą miałem tylko grupkę przyjaciół ze Śląskiego Klubu Fantastyki, gotowych pewnie wykupić pierwszy nakład, byle bym się nie załamał.

Nie było jednak potrzeby, bo jak napisałem, miałem szczęście. Najpierw genialna okładka, przejaw niebywałego talentu Piotra Cieślińskiego (Dark Crayon) z jego najlepszych czasów, kiedy jeszcze nie miał takiego obłożenia, by musieć każdy swój dobry pomysł kopiować później na pięciu, sześciu kolejnych. Potem dobry moment, akurat przed świętami. Wreszcie fakt, że na poruszane przeze mnie tematy, a i żartobliwą formę ich podawania, budziła się na nowo moda. Wszystko grało na mnie!

Więc poszedłem za ciosem. Rok później kolejna część, do której w zasadzie musiałem dopisać tylko jedno opowiadanie, bo resztę miałem. Potem odskok i próba zmierzenia się z wielowątkową powieścią w świecie, w dodatku zaplanowaną na dwa tomy. Wymyśliłem sobie, że zrobię wielką zadymę, że zamknę z hukiem ten świat i zajmę się innymi pomysłami, by pokazać sobie, że potrafię.

Trudno powiedzieć, czy mi się to udało. Z części rzeczy jestem zadowolony, z innych mniej. Brakowało mi jeszcze pewności i obycia w prowadzeniu wątków, co doprowadziło do tego, że pojawiła się duża grupa czytelników niezadowolonych czy wręcz zawiedzionych. Wyrażali owo niezadowolenie w różnych formach, a ja czasem po prostu słuchałem, czasem coś odpyskowałem, ale generalnie powtarzałem: to już za mną. Temat jest zamknięty.

Tyle że nie był. Bo gdy już sprawdziłem się na innych polach, gdy poeksperymentowałem z horrorem, kryminałem czy historią alternatywną i gdy dwoma kolejnymi popularnymi cyklami udowodniłem sobie i światu, że „Kłamca” nie był wyłącznie kwestią szczęścia, zacząłem szukać pretekstów do powrotu do tego mojego pierwszego uniwersum, z którego, powiedzmy sobie szczerze, uszczknąłem ledwie odrobinę jego potencjału.

Pierwszym pretekstem była gra karciana zwana przez jej twórców - grupę Lans Macabre - Kłamcianką. Miałem napisać opowiadanie do instrukcji, ale mnie poniosło i powstał zbiorek. Potem przyszło dziesięciolecie mojego debiutu i fajnie było napisać coś okolicznościowego. Tak powstał zwariowany, poniekąd multimedialny Papież Sztuk.

To wciąż było jednak takie chciałem i boję się. I wreszcie, gdy dotarły do mnie pierwsze słuchy, że Kuba Małecki myśli o poprawieniu swojej powieści Dżozef, doszedłem do wniosku: może czas to samo zrobić z „Kłamcą”? Może fajnie by było, gdyby stary Ćwiek zredagował młodego tak, jak kiedyś to zrobił Marcin Wroński? No, może nie aż tak, brak mi do tego Marcinowego talentu i cierpliwości, ale choć trochę, by wyeliminować część rzeczy, które po latach gryzą?

No i tak się z tym nosiłem, myśląc, że to rozwiąże mój problem z tym światem. Z tym, że mnie ciągnie. Ale nie rozwiązał. Szykując skrypt do filmu o Kłamcy (projektu, który póki co umarł, ale może się wskrzesi), doszliśmy wraz z koleżanką scenarzystką Agatą Rudniewską do wniosku, że po co adaptować gotową historię, skoro można stworzyć nową historyjkę ze świata opartą tylko na niektórych motywach. Gdy wpadł mi do głowy pomysł na internetowy serial ze świata Lokiego, też była to zupełnie osobna historia, kolejny klocuszek do tego zestawu puzzli.

I wreszcie powiedziałem: dość! Nie mogę więcej kisić tych wszystkich pomysłów, bo w końcu eksploduję. I wróciłem Stróżami.

Cieszy mnie ta książka, bo według pierwszych opinii spełnia wszystkie założenia, jakie sobie postawiłem: fajnie się czyta, pokazuje niektóre sprawy w świecie (w tym Lokiego) z nieco innej perspektywy, a nade wszystko pozwala wprowadzić do świata nowych czytelników, a starym dać wyczekiwane nowe otwarcie. No i przynajmniej u niektórych spośród tych, którzy mieli mi za złe finał Kłamcy 4 częściowo zacząłem się rehabilitować.

Przy pierwszym „Kłamcy” miałem mnóstwo szczęścia. Teraz w sumie też mam - przede wszystkim wciąż jest przy mnie wielu czytelników, wiernych, czego bym nie zrobił, a to dla pisarza szczęście największe - ale bardziej niż szczęście liczy się coś innego. Jest szansa, że tym razem... wiem, co robię.


Pokaż wszystkie aktualności
Komentarze
Autor:  LubimyCzytać |  wypowiedzi: 3  [pokaż ostatnią] Odpowiedź
książek: 1871
LubimyCzytać
11-07-2018 12:10
Zapraszamy do dyskusji.
książek: 517
Meszuge
11-07-2018 14:39
"Jest szansa, że tym razem... wiem, co robię" - zobaczymy... :-)
książek: 272
raug
12-07-2018 22:04
1) Stróże mi się podobają, niezależnie od Kłamcy, ale brakło mi trochę redakcji - jakieś drobne błędy czy strasznie zakręcone zdania, na które większość może nie zwróci uwagi, ale mnie niestety w tekście drukowanym razi nawet podwójna spacja :D
2) Zakończenie Kłamcy... Za pierwszym czytaniem byłam nim mocno zirytowana, może nawet wkurzona. Ale potem przeczytałam całość jeszcze raz i...
1) Stróże mi się podobają, niezależnie od Kłamcy, ale brakło mi trochę redakcji - jakieś drobne błędy czy strasznie zakręcone zdania, na które większość może nie zwróci uwagi, ale mnie niestety w tekście drukowanym razi nawet podwójna spacja :D
2) Zakończenie Kłamcy... Za pierwszym czytaniem byłam nim mocno zirytowana, może nawet wkurzona. Ale potem przeczytałam całość jeszcze raz i stwierdziłam - pasuje. Tak zwyczajnie musiało być, rozumiem i szanuję zamysł. Ale do takiego podejścia musiałam dojrzeć, zmienić trochę perspektywę - przyznaję, na trochę filologiczną ;) Anyway, zakończenie Kłamcy jest dobre, nie ma co go tłumaczyć ani zmieniać.
Pozdrowienia Kuba!
pokaż więcej
Aby napisać wypowiedź musisz być zalogowany. Logowanie

Opinie czytelników


O książce:
Bajki robotów

Bajki robotów obrazują ponure historie mogące stać się prawdą w przyszłości, mają one zwrócić uwagę na to co nam może grozić ze strony komputerów. Pol...

zgłoś błąd zgłoś błąd