-
Artykuły
Czytamy w weekend. 10 kwietnia 2026
LubimyCzytać388 -
Artykuły
Nadciąga Gwiazdozbiór Kryminalny!
LubimyCzytać7 -
Artykuły
Wiosna z książką – kwietniowe premiery, które warto poznać
LubimyCzytać13 -
Artykuły
"Dom bestii" - jak ofiara zamienia się w kata. Akcja recenzencka do nowej książki Katarzyny Bondy!
LubimyCzytać12
Biblioteczka
2026-01-03
2025-12-10
ta ksiązka jest - tego słowa jeszcze nigdy nie użyłam pisząc i mówić o książce!!! - BEZNADZIEJNA.
pełna alkoholu
bylejakości
i nudy
pełna bełkotu o niczym
po co wydawać takie powieści????
po co wciskać czytelnikom takie "coś" do rąk???
po co?
ta ksiązka jest - tego słowa jeszcze nigdy nie użyłam pisząc i mówić o książce!!! - BEZNADZIEJNA.
pełna alkoholu
bylejakości
i nudy
pełna bełkotu o niczym
po co wydawać takie powieści????
po co wciskać czytelnikom takie "coś" do rąk???
po co?
OTAL DRAMAT w literackim wydaniu.
do Masłowskiej miałam zawsze ambiwalentne odczucie (od wojny polsko-ruskiej jej osoba i to, co rzekomo tworzy było w mojej ocenie - dnem, czymś beznadziejnym i czymś, co irytowało, bo jak CZYMŚ TAKIM można stać się wielce sławnym talentem i odkryciem!!!!). Jednak widząc ją w gronie nominowanych do tegorocznych NIKE postanowiłam ową swą anty-Masłowską postawę irytacji i awersji w sobie przełamać i przeczytać "Magiczną Ranę" - bo nominacja i gremium i achy ochy wszystkich nad Masłowską.
i .. masłowskiej nie da się czytać.
dno całkowite, degrengolada, banalność i patologia - o tym pisze prostym językiem, który nawet czasem okazuje się być kłopotliwym do zrozumienia przez starszych. to opowiadania sięgające dna i o literaturze nie ma nawet co w tym kontekście mówić, bo to żadna literatura. - bez obrazy - ja piszę lepsze opowiadania i teksty i nikt mnie nie zna i w NIKE nigdy nie buszowałam jako nominowana - ale MAsłowska????????????????
Dno, szkoda czasu i myśli.
a do mojego wora nielubienia i nietolerowania Masłowskiej dorzuciło się oburzenie - jak ktoś taki, jak ona - bez talentu bez niczego dobrego w tworzenia - zostaje nominowany do NIKE i zasiada obok kogoś, kto ma 3x więcej lat i o wiele bogatszy język i dorobek pracy - coś poniżającego.
Fajne książki czytam
OTAL DRAMAT w literackim wydaniu.
do Masłowskiej miałam zawsze ambiwalentne odczucie (od wojny polsko-ruskiej jej osoba i to, co rzekomo tworzy było w mojej ocenie - dnem, czymś beznadziejnym i czymś, co irytowało, bo jak CZYMŚ TAKIM można stać się wielce sławnym talentem i odkryciem!!!!). Jednak widząc ją w gronie nominowanych do tegorocznych NIKE postanowiłam ową swą...
„Nie zawsze obraz jest jasny i oczywisty, gdyż bywa, że musimy go składać z kawałków rozbitego zwierciadła. Mamy zatem formę rozbitego lustra, które pokazuje doskonały obraz w zupełnie nowym wymiarze. Czasami takie składanie kawałków tworzy inny obraz niż na początku. Zwykle jest to mozaika (…) A może wszystko jest mozaiką – skąd wiadomo, że lustra, w które spoglądamy nie zostały już kiedyś wcześniej zbite?”
Idziesz przez park z psem, choć sam psa nie masz lecz nie zastanawiasz się nad tym. Gdyby był twój byłby inny, z pewnością byłby bardziej do przytulania i głaskania, a ten? Ten jest taki jakiś – szukasz słów, które oddałyby wygląd tego człapiącego obok ciebie czworonoga – ten jest jakiś nieokreślony, jakby wyzbyty psiej osobowości. Ale idziesz. Ty i on. Wy, razem. Ty z nim na smyczy. Zamykasz w tym marszu oczy, dajesz się nieść intuicji. Czujesz swoje ciało, kolana, łokcie, czujesz w sobie życie mocne.
Idziesz po wodzie.
Chyba... Może tak? Tak ci się przynajmniej wydaje... Otwierasz oczy.
Idziesz po wielkim jeziorze, na smyczy widzisz rybę. Płynie tuż pod powierzchnią wody. I nie dziwi cię to. Ani ona, ani to, co pod stopami. Przecież to normalność, szepczesz sobie samemu, nic nadzwyczajnego. Rzeczywistość.
Zerkasz na zegarek, bo chyba czas wracać. Dzieci wrócą do domu, i ona po całym dniu poza nim. Wrócą oni i głosy wraz z nimi i życie i ruch. I będą słowa, wiele słów. Będą odbijać się od ścian, od lodówki, od szklanek z niedopitymi napojami. Będą się mieszać ze sobą, cichnąć czasem, zapominać się przerywane nagłymi innymi myślami. Będą opadać na doniczki stojące na parapecie, a ona otworzy okno i wypuści je. Odda wiatru, by wróciły skąd przyszły.
A ty? Opłuczesz zimną wodą twarz, po czym wyprostujesz się, by spojrzeć w lustro. „(...) Zastanów się nad tym, co naprawdę widzisz” szepcze pies u twojej nogi. „Czy to tylko twoje odbicie? A może to coś więcej? Czy może to okno do nieskończoności?”
I nagle nie ma psa. Nie ma głosów.
Nie ma ryby na smyczy.
Leżysz w piwnicy. Ciemność przenika twoje oczy i ciało. A może to wieczność?, myślisz. Przysnąłeś. Śniła ci się rodzina w kuchni. A może to teraz ci się śni?
Warkocz czasu spleciony ciszą. I szelest liści pod nogami. Skrzekot ptaka, trzask łamanej gałęzi, pisk dziecka. Jesteś gdzieś. Tu i tam jednocześnie. Patrzysz – nie patrzysz. Rozchylasz dłonie, zakrywasz twarz. Płaczesz. To łzy zbawienia, myślisz. To łzy oczyszczenia...
Myśli toczą się, jak bele siana. Jest ich „Dwadzieścia jeden”, a może więcej? Opowieści, mity, dywagacje. Krzysztof Maciejewski pisze o czymś, co jest teraz (w jego głowie), a czy będzie dalej? Czy przetrwa choćby kilka stron? Jednak odpowiedź traci znaczenie, bo tu chodzi o łapanie słów na wędkę, czasem zaś do zarzuconej amatorsko sieci. Te historie dziwne przypominają ożywianie czegoś, co ma w danej chwili dla Maciejewskiego znaczenie, a co dla czytelnika tworzy zlepek dziwadeł.
Autor trzyma w dłoniach różaniec, przesuwa palcami po koralikach, czasem zatrzymuje się przy którymś zawieszony w powieściowej melancholii. Wygląda, jakby się modlił, dociekał ukrytej tajemnicy czegoś nieznanego, nagle objawionego. Wygląda, jakby miał opory do przesunięcia palców na następny, jakikolwiek koralik.
Milczy, czasem gada i pisze nieskładnie. Coś wyrywa z kontekstu oznaczając kolejnym tytułem i dodaje do „Dwadzieścia jeden”. Może widzi tęczę słów jemu przeznaczoną? Może słyszy grzmot, może nic nie widzi oślepiony słońcem nader jasnym?
Czytasz czasem te jego opowieści i szukasz w nich sensu. A tego czasem, mówiąc szczerze, brak. Wieczność pisze ludzkie losy, wytycza ich drogi – ale czy Krzysztof Maciejewski też? Nie, raczej nie. Jemu daleko do tego. Pisze i przegaduje nicość w sobie, bo szuka czegoś, co jest wiadome tylko jemu. A to nie daje pewności, że i nam, czytelnikom.
Trochę szkoda.
#agaKUSIczyta
dziękuję Sztukater
„Nie zawsze obraz jest jasny i oczywisty, gdyż bywa, że musimy go składać z kawałków rozbitego zwierciadła. Mamy zatem formę rozbitego lustra, które pokazuje doskonały obraz w zupełnie nowym wymiarze. Czasami takie składanie kawałków tworzy inny obraz niż na początku. Zwykle jest to mozaika (…) A może wszystko jest mozaiką – skąd wiadomo, że lustra, w które spoglądamy nie...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toczegoś mi tu brakło. Miało być świetnie, wręcz duszno od klimatu, jaki lubię, a okazało się, że jest ale od czasu... do długiego czasu, a pomiędzy przegadanie, przebełkotanie i zagmatwanie. Za dużo niepotrzebnego gadania i tłumaczenia, owijania czegoś wieloma słowami - dla mnie kompletnie niepotrzebnymi. Czytasz i gubisz się w tym chaosie wszystkiego i niczego i zastanawiasz się - po co to jest? po co ta wstawka na 5 stron? po co?
czegoś mi tu brakło. Miało być świetnie, wręcz duszno od klimatu, jaki lubię, a okazało się, że jest ale od czasu... do długiego czasu, a pomiędzy przegadanie, przebełkotanie i zagmatwanie. Za dużo niepotrzebnego gadania i tłumaczenia, owijania czegoś wieloma słowami - dla mnie kompletnie niepotrzebnymi. Czytasz i gubisz się w tym chaosie wszystkiego i niczego i...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2024-11-16
Zacznę bez wstępu, bo tu, z „Kawą i papierosem” od razu wkraczasz do wielkiego powierzchniowo loftu.
To miejsce, jak i ta powieść, to konglomerat różnych ludzi, ich marzeń, dążeń i nawyków. To zlepek kompletnie różnych osobowości, które – czasem same siebie zadziwiając – do siebie pasują i które lgną do siebie, jak koty (acz, nie miauczą). Loft to ich miejsce nie tylko zamieszkania, ale to też azyl i kryjówka, gdy świat na zewnątrz przytłacza sobą, a problemów nie da się z siebie strząsnąć.
Loft to ich gniazdo.
I ten loft mają stracić.
Bo ktoś ma pieniądze, plany i zakusy na budowę czegoś lepszego i nowego. A ludzi trzeba eksmitować – niech sobie coś poszukają, są przecież dorośli. Ofert mieszkań do wynajęcia jest, jak zabawek w sklepie dziecięcym – do wyboru do koloru. Wachlarz możliwości...
I o tym jest „Kawa i papieros” - wedle zamierzeń autora, Damiana Łukowiaka. I tu od razu przerwę mu pisarski słowotok i powiem co ja w niej dostrzegam. Nie fabułę o walce o mieszkanie, ani strachu przed brukiem. „Kawa i papieros” to książka o ludziach, o ludziach, którzy chcą żyć i być samodzielnymi. To losy ludzi, których w dziwny sposób połączył ze sobą los. To zlepek wynajmujących pokoje, którzy nagle wskoczyli na wspólny poziom porozumienia.
I w lofcie wszystko się toczy. Tu zwlekasz się rano na kacu (co poniektórzy), tu starasz się doprowadzić własny chaos myślowy do jakiegokolwiek balansu, tu nikt cię nie ocenia (każdy każdemu opieką i wsparciem – taką Matką Teresą od serca). Bo oni ciągle gadają – o wszystkim, a jak milczą, to mruczą lub tkwią z nosami w smartfonach, które też dźwięczą na milion sposobów. Niczego nie owijają w bawełnę, krytykują tych, którzy są „winni całemu złu tego ich świata”, rzucają obelgami i przekleństwami, jak żongler na arenie cyrkowej. Tu jedzą, piją, wyrzucają frustracje i rozmawiają. Tu każdy zna problemy drugiego i (prawie) stan konta bankowego.
Szczerość to podstawa.
Jednak – dobra rada – zwróć uwagę na tło, na te mgliste obrazy ich przeszłości. Wyniuchasz tu problemy z rodzicami, ucieczki, zmarnowane szanse i porażki wszelakie. Przeszłość burymi kolorami się snuje po tym napiętym na blejtramie płótnie.
I wszystko było w tej powieści dobre, gdyby nie... zawsze jest jakieś ale, które nic dobrego nie wróży.
A mówiąc prosto (z jakiegokolwiek) mostu - „Kawa i papieros” byłaby całkiem inna (z pewnością lepsza – mówiąc szczerze, jak przed sądem ostatecznym), gdyby autor usunął z niej wszystkie przekleństwa, bo jest ich więcej niż zboża w komórce po zbiorach. Po co te wszystkie – zbyteczne – wulgaryzmy? Czy w ich towarzystwie lepiej smakuje drink, czy poranna kawa?
A kwestia bohaterów – irytuje ich podejście do dorosłych, rodziców czy przełożonych – czują się lepsi od nich, co podkreślają tupetem. Ich poczucie wyjątkowości sięga niemalże do samego sufitu, nie kryją braku pokory, nie udają grzeczności. „Wszystko mają wywalone” mówiąc brzydko wedle podejścia autora. Coś na podobieństwo: „Napijmy się whisky, bo ten świat nie wie, kim gardzi”.
To ludzie, którzy żyją teraz i z tego teraz korzystają.
To ludzie, którzy nie dorośli, albo o dorośnięciu zapomnieli.
„Kawę i papierosa” czyta się szybko. To dobrze rozpisany scenariusz filmowy z podziałem na role, co ułatwia wniknięcie w treść. Nie jest to nic aspirującego do klasyki literatury (do Dostojewskiego jeszcze bardzo długa droga), ale to chyba dobrze. Czasem trzeba czytać cokolwiek, co śmieszy, nie wiadomo dlaczego wciąga i przywodzi na myśl serial sprzed lat „Przyjaciele”.
No i autor z pewnością (jak w banku szwajcarskim) świetnie się bawił podczas pisania przerzucając się słowotokiem i bawiąc wyobraźnią.
#agakusiczyta
Zacznę bez wstępu, bo tu, z „Kawą i papierosem” od razu wkraczasz do wielkiego powierzchniowo loftu.
To miejsce, jak i ta powieść, to konglomerat różnych ludzi, ich marzeń, dążeń i nawyków. To zlepek kompletnie różnych osobowości, które – czasem same siebie zadziwiając – do siebie pasują i które lgną do siebie, jak koty (acz, nie miauczą). Loft to ich miejsce nie tylko...
2024-10-04
Są książki, które są i widzisz je, ale coś w tobie sprawia, że je ciągle odsuwasz. Jakby instynkt czytelniczy podszeptywał ci, że to nie ten czas, że nie zrozumiesz ich właściwie, że twoja interpretacja będzie nieco wymuszona lub mylna. Czasem po prostu szukasz czegoś innego. W końcu instynkt ma w sobie coś i warto mu zaufać. Podobnie dzieje się z „Jednodniowym spacerem po dwudziestu kilku głowach” Andrzeja Wasilewskiego. Aż przychodzi moment, że otwierasz tę „odsuwajkę” i zaczynasz czytać.
I co się okazuje?
Wedle opisu na obwolucie jest to powieść, czyli „Jeden dzień, jedno miasto i dwadzieścia kilka osób, które zderzają się ze sobą niczym kule bilardowe. Rozmawiają przez chwilę, poświęcają kilka sekund uwagi, po czym zaraz wracają do własnych myśli, prywatnych światów. Bardzo różnych – tak jak oni...”
Od razu wchodzisz w myśli pierwszej ludzkiej głowy. On, student, siedzi na wykładzie na uczelni i słuchając wykładu na temat filozofii zaczyna snuć rozważania o seksualności i erotycznych potrzebach. Rozważa męską chuć, która od zawsze kierowała mężczyznami i częstokroć zwodziła ich na skazanie. Przerywa mu kolega, który siedzi obok, a który bojąc się czekającej go wizyty u dentysty, nie potrafi myśleć o niczym innym, jak o bólu i o ucieczce z fotela. Marzy o cudzie. Wykładowca zaś po skończonych zajęciach zastanawia się nad własnym kieratem, nad uczeniem studentów niedorzecznych bzdur filozoficznych ojców. Spotyka dziewczynę, mijają się i ot, wskakujesz w jej myśli. Ta idzie na przystanek, a w głowie kotłuje jej się od krytyki męskich seksistowskich spojrzeń i obleśnych potrzeb. I podchodzi do niej ten, którego ta nie potrafi się pozbyć, próbuje zagadać, aż zostaje sam z własnymi myślami... i tak od postaci do postaci, od starca, przez dziecko, samotną matkę wychowującą jedno dziecko, przez biedaka i tego, który nic już nie potrzebuje i wyzbywa się pieniędzy, jakie ma przy sobie.
Ludzie spotykają się wszędzie, wszędzie też zabierają swoje myśli – ba – przemyślenia długie, jak różańce i dywagacje na wzór i podobieństwo filozoficznych myślicieli. W ich głowach monologi nie mają końca. I to jest właśnie w tej książce minusem. I to znacznym.
Powiem wprost - te myśli ludzkie przelewają się z łepetyny do łepetyny, jak wezbrana woda, która na swej drodze tamy nie spotka. Te ich myśli przeradzają się w wykłady całe, w dysputy o ogóle. To jak mowy polityków o wszystkich co jest bez rozdzielania na dane osoby. To wrzucanie wszystkiego w jeden myślowy wór. Przecież człowiek, który chodzi i siedzi nie myśli w ten sposób. Myśli o sobie, o zdrowiu, o tym, co ma zrobić, co go czeka. Nie snuje tasiemców o tym, jak OGÓLNIE w państwie jest, czy jak większość ludzi się zachowuje, czy co ów ogół robi. Człowiek najpierw patrzy na siebie, jak w lustrze, a potem na resztę, acz tą lepiej komentować podczas oglądania wiadomości telewizyjnych. Nikt o państwie i społeczności nie myśli godzinami.
Nie wszyscy boją się wizyty u stomatologa! Nie każda dama ubiera się wyzywająco podstawiając wypięty półnagi biust i nie podtyka go pod męski nos! Nie każda pyskuje do starszych – zwłaszcza w autobusie, przy innych! Nie każdy jest biedakiem czy żebrakiem, acz kowalem swego losu już tak.
Wiele tu dywagacji, wiele tematów. Wiadomo – im więcej ludzi, tym więcej mózgów, im więcej mózgów, tym więcej myśli, a te plączą się, przenikają wzajemnie, czy kreują się od nowa.
O tym jest „Spacer...”. Nieco przegadany – niepotrzebnie. Czasem nużący – a szkoda.
Choć może ze spacerem tak jest? Że człowiek wychodzi z domu, zamyka drzwi i leje w sobie tę kaskadę słów i idzie i tak bezmyślnie dłuży mu się każda droga i czas spowalnia?
dziękuję Sztukater za egzemplarz książki
#agaKUSIczyta
Są książki, które są i widzisz je, ale coś w tobie sprawia, że je ciągle odsuwasz. Jakby instynkt czytelniczy podszeptywał ci, że to nie ten czas, że nie zrozumiesz ich właściwie, że twoja interpretacja będzie nieco wymuszona lub mylna. Czasem po prostu szukasz czegoś innego. W końcu instynkt ma w sobie coś i warto mu zaufać. Podobnie dzieje się z „Jednodniowym spacerem po...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2024-09-13
Zacznę od końca. Wypluta przez książkę Bjorna Rasmussena, albo raczej wyrzucona z niego, choć autor z odwagą powiedziałby „wyrzygana”. Siedzę i przetrawiam myśli, jakie „Skóra...” we mnie wybudziła z czarnej czeluści duszy, choć określenie „nagryzmoliła zniesmaczenie” byłoby odpowiedniejsze. Układam w sobie ten literacki chaos, zlepek wszystkiego jednocześnie i niczego po. Niektóre fragmenty tej historii mają sens, niektóre lewitują gdzieś ponad powierzchnią tekstu, niektóre układają się w jakiś sens, ale wszystko jest nieskładną kulą interpretacji.
Ktoś powie, że „Skóra...” jest obleśna.
Tak, jest. Nie zaprzeczę, wprost przeciwnie – przytaknę zgodnie z prawdą.
Ktoś inny stwierdzi, że „Skóra...” jest na wskroś przesiąknięta psychologią.
Pewnie tak, jest, acz psychologią kogoś, kto jest chory, kto kumuluje urojenia, miesza sen z jawą i radość z depresją.
Ktoś inny powie, że „Skóra...” jest wstrętna i że nie powinna nigdy ukazać się drukiem. Że obrazą jest publikacja takiej treści i zachwalanie jej na obwolucie – choć ta nie ma zbyt wiele wspólnego z treścią sensu stricte. Nie sposób odseparować szpetności treści od własnych emocji, choć po skończeniu czytania, po kilku długich dniach, zaczynają ci się kształtować nikłe spostrzeżenia. Coś zlepiasz, coś zestawiasz, coś plastycznie przekształcasz, jak plastelinę słów.
Bjorn Rasmussen pisze o sobie.
Wkłada sukienkę mamy, spraną, prawie przeźroczystą.
Nikogo nie ma w domu, ma go tylko dla siebie. Dom jest pusty z nim w środku.
Chodzi w sukience z piętra na piętro i podziwia dom, jakby go pierwszy raz widział. Przesuwa opuszkami palców po zimnym granicie kuchni, po słoikach z dżemem w spiżarni, po argentyńskiej porcelanie w witrynce w jadalni. Porusza się powoli, kontempluje otoczenie, nasłuchuje. Bose stopy piszą drewnianą podłogę, krok po kroku. Potem perskie dywany w pokoju kominkowym. Przechadza się rozkoszując prawdą o sobie. To homoseksualista, to ktoś inny, dziwny, coś na wskroś depresyjnego ekshibicjonisty, który nie kontroluje swojej seksualności.
Ale sam, w życiu, jest przepełniony lękiem. Ślizga się po nieprzeniknionej, przerażającej membranie życia. Szuka miejsca dla siebie. Tnie się, choć „... Interesuje mnie śmierć przez utonięcie. Interesuje mnie każdy możliwy sposób, w jaki można umrzeć, ale w utonięciu jest coś, co wydaje mi się szczególnie wyszukane; powolność, ciche wnikanie wody”
Bjorn jest człowiekiem w poczwarce, z której nie umie się wydostać, czy wyfrunąć. Miesza sny z jawą, miesza zapachy, dni, ludzi. Jednocześnie manipuluje i histeryzuje, by zwrócić na siebie uwagę. Jest workiem bakterii, który pokrywa skóra.
„Wmawianie sobie, że jest się kimś, to dla człowieka dość wyczerpujące, nieprawdopodobnie morderczy projekt, próbować wyrzucić z siebie wszystko, czym się nie jest”.
O tym jest w delikatnym zarysie ta książka. Wiele w niej dziwactw, bełkotu, chaotycznych wpisów, które się ze sobą nie łączą i w żaden sposób nie współbrzmią. Jest o matce, o nim samym, o majakach, wyuzdanych snach, o cięciu siebie i seksie bliskim zwyrodnialcowi. Jest smród odbytów, wynaturzenie, zezwierzęcone pragnienia orgii, czy miłości, która akurat z miłością ma mało wspólnego.
Jednak „Skóra jest elastyczną powłoką, która otacza całe ciało” to też pamiętnik o samotności, o pragnieniu bliskości i ciepła. To próba zapełnienia życia, by stało się ono kompletne, spójne niemalże. To historia pragnienia bycia komuś potrzebnym, bez przymusu i bez obowiązku. To tęsknota za drugą osobą. Za kimś, kto rano nie ucieknie z ciepłej po nocy pościeli i nie zostawi po sobie jedynie spermy na prześcieradle.
Rasmussen odważnie nakreślił siebie, jako kogoś, kto ma zagracone wnętrze. „Skóra...” to konglomerat wszystkich gatunków literackich i odczuć. Niby współczujesz bohaterowi, niby go przekreślasz i odsuwasz, czasem odwracasz się od niego z obrzydzeniem. Jednak Bjorn z powieści to bezradny człowiek, któremu się w życiu nie układa. Tkwi na dnie czegoś, czego nie potrafi nazwać i nie widzi dla siebie ratunku. Jest, bo jest on, ktoś obok, obcy w którym od razu pokłada miłość i oddanie. Wedel zasady ja cały dla ciebie, od razu.
Bjorn Rasmussen balansuje na cienkiej strunie, jaka odgradza miłość od dewiacji, miłość od samotności, czy choćby od tego, co tu, a kiedyś. To książka, która jest niesmaczna, trudna, obleśna.
Oceń sam.
egzemplarz od Sztukatera.
#agaKusiczyta
Zacznę od końca. Wypluta przez książkę Bjorna Rasmussena, albo raczej wyrzucona z niego, choć autor z odwagą powiedziałby „wyrzygana”. Siedzę i przetrawiam myśli, jakie „Skóra...” we mnie wybudziła z czarnej czeluści duszy, choć określenie „nagryzmoliła zniesmaczenie” byłoby odpowiedniejsze. Układam w sobie ten literacki chaos, zlepek wszystkiego jednocześnie i niczego po....
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2023-10-25
Tę książkę trudno zakwalifikować, czy wsunąć do jednej tylko szafki z działem typowo literackim. Wymyka się dramatowi, nie pasuje do erotyki, nijak ma się do obyczajowości. To hybryda wszystkiego po trochu przerobiona na nowo. Jest tu miłość i żałoba, jest ból i śmiech często podlany słonymi łzami. Jest cienka linia między jawą, a snem. „Od demonów nie uciekniesz” jest właśnie takim trwaniem pomiędzy, pomiędzy tym, co tu zwiesz życiem, a tym, co egzystuje równolegle, co jest ulotne, piękne acz niedostępne. Nie wiesz co wybrać i co jest prawdą. Wszystko straciło sens.
Lorenzo Molletti to ktoś, kto zasmakował i doświadczył wszystkiego. Kochał i był kochany, ale miłość odeszła. Została depresja i wieczne pytania biegające po głowie, dlaczego? Lorenzo to artysta malarz. Po stracie rodziców opuszcza rodzinne strony i osiada w Rzymie, gdzie zaczyna studia. Wspomnienia nadal go atakują, ogarnia go smutek i samotność, z której wyrywają go znajomi. Trafia do „Klubu Bez Nazwy” i od tej pory nic już nie jest takie, jak było wcześniej. Pojawiają się alkohol, przypadkowe kobiety i wyuzdany seks w obskurnych często miejscach. Pojawiają się niewytłumaczalne zwidy po środkach odurzających. Wkracza w inne przestrzenie, osaczają go demony, wchodzi do nieznanych miejsc. I z każdym dniem jest tego więcej i więcej. Lorenzo wnika w inny wymiar osobowości.
Przez życie popada w depresję.
O swoich przeżyciach i traumach zwierza się psychoterapeutce. Skrupulatnie melduje się w gabinecie lekarskim i mówi i mówi. Jak jeszcze nigdy nikomu. Pomiędzy opowieściami, a raczej epizodami z przeszłości padają pytania, na które odpowiada i jednocześnie wątpi w to, co słyszy z własnych ust. Nagle bowiem otrzymuje obraz samego siebie.
Historia kojarzy się z rozpiętym płótnem na blejtramie i artystą stojącym przed nim z pędzlem w ręku, który zastanawia się nad rozmieszczeniem własnych wizji. Tych jeszcze nie ma, ale nadejdą. Muza artyzmu nigdy nie zawodzi.
Postrzegając powieść nieco przewrotnie wyznam, że „Od demonów...” jest książką o nijakich, młodych ludziach na krawędzi życia. O ludziach zagubionych, którzy wstydzą się przyznać do samotności i do ciszy, jaka się często wokół nich rozsiada. Wręcz się jej boją. Mogę nawet powiedzieć, że z braku pomysłów na siebie sięgają po to, co zakazane, bo kuszące. Nie boją się nadużywać wszystkiego. Używki pozwalają im nie widzieć własnego rozsypującego się życia. Nie potrafią znieść codzienności.
Ciekawa, czasem zaskakująca. Taka jest powieść Bellini, która wodzi czytelnika za nos. Jest tu wiele fantastyki i wizji niemających nic wspólnego z trzeźwością, ale to triki pisarskie zastosowane dla złapania czytającego w sieć. Jesteś artystą, który owe wizje maluje w sobie od nowa. I choć to powieść, która szybko zniknie z pamięci, to warto wsadzić w nią nos, by oderwać się choć na chwilę od swojej – poważnej – rzeczywistości.
#agaKUSIczyta
Tę książkę trudno zakwalifikować, czy wsunąć do jednej tylko szafki z działem typowo literackim. Wymyka się dramatowi, nie pasuje do erotyki, nijak ma się do obyczajowości. To hybryda wszystkiego po trochu przerobiona na nowo. Jest tu miłość i żałoba, jest ból i śmiech często podlany słonymi łzami. Jest cienka linia między jawą, a snem. „Od demonów nie uciekniesz” jest...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2022-10-31
Moje pierwsze skojarzenie – Tęcza, choć akurat na tęczy kolory nie toczą ze sobą bojów, nie walczą o prym. Tęcza to harmonia i porządek, stąd jej piękno. Wszystko ma swoje miejsce i panuje ład, zgoda. Lecz tego typu skojarzenia nie mają nic wspólnego z tym, o co faktycznie chodzi w treści „Wojny kolorów”. Oto powieść Aleksandry Wilk o barwach, a dokładnie mówiąc o czterech kolorach. Mamy zielony, żółty, niebieski i czarny. I wszystko było dobrze, niemalże na wzór tęczy, gdyby nie to, że zaczęła się między owymi barwnymi bohaterami walka, walka o dominację.
Czas. Czas leczy, zmienia, czas płynie...
Dlaczego nagle czas, gdy mowa o kolorach? - zapytasz. Czas bowiem przypisany jest do poszczególnego koloru. Mamy przeszłość, przyszłość, mamy teraźniejszość, a mieszanka tego wszystkiego budzi w czytelniku serię pytań, gdybań i przypuszczeń. To poniekąd wypadkowa tego czterokolorowego zbioru.
Autorka bawiąc się fikcją, metafizyką i realizmem nakreśliła historię Emily, kompozytorki, która nagle traci wenę i polot do zawodu. Doświadcza w tym czasie dziwnych snów i widzeń. Nic do siebie nie pasuje, a co gorsze wywołuje konsternację. Autorka żonglując kolorami maluje powieściowych bohaterów „Wojny kolorów”. Do tego dodaje czasy, które integrują się z sobą i wywołują znaki zapytania.
Kto i co ma znaczenie?
Dlaczego padło na nią, na Emily? I po co to wszystko?
Pytania są, ale pojawia się i pytanie zasadnicze – czy chcesz na te wszystkie swoje wątpliwości znać odpowiedzi? Czy ci na tym zależy? Bo w konsekwencji, po całej lekturze, może okazać się, że nie chcesz dociekać do myśli i zamierzeń autorki. Ta powieść to miszmasz nie tylko kolorów, rozmytych padającym deszczem, ile scen i słów, które nie znajdują w tobie zrozumienia. Treść „Wojny kolorów” szybko z ciebie uleci.
Książka w zamierzeniu autorki ma być projektem, mającym na celu pomoc ludziom z pewnymi problemami o podłożu psychicznym. Jednak, taki rodzaj tekstu nie pomaga. Zamierzenie bardzo pociągające, angażujące, lecz efekty nie współmierne. Tacy ludzie szukają ratunku, nie zagmatwania. Potrzebują ładu i spokoju. Wyciszenia rozbieganych dla organizmu i nerwów. Szukają miejsca, w którym będą mogli się zatrzymać i pooddychać pełną piersią. Zwyczajnie odpocząć. Dlatego taka powieść powinna być skrojona wedle takiego kroju.
Autorka miała świetny cel owej publikacji, lecz według mnie należałoby nad „Wojną kolorów” jeszcze trochę popracować i zmienić styl. Szczytny zamysł nie scalił się w efektem.
Wielka szkoda.
#agaKUSIczyta
Moje pierwsze skojarzenie – Tęcza, choć akurat na tęczy kolory nie toczą ze sobą bojów, nie walczą o prym. Tęcza to harmonia i porządek, stąd jej piękno. Wszystko ma swoje miejsce i panuje ład, zgoda. Lecz tego typu skojarzenia nie mają nic wspólnego z tym, o co faktycznie chodzi w treści „Wojny kolorów”. Oto powieść Aleksandry Wilk o barwach, a dokładnie mówiąc o czterech...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2022-10-31
Co ma wspólnego fantasy z ekologią? Czy coś może łączyć „ufoludków” z tzw. Eko-„Zielonymi”? Ktoś powie, że to pytania rodem z kosmosu, lecz od razu wejdę w słowo – że te dwie grupy mają ze sobą wiele wspólnego. Jest silne lepiszcze, które je spaja, niemalże scala tworząc jedność. Wystarczy przeczytać „Gwiezdne Dzieci”, by się o tym przekonać, by zdać sobie sprawę jak ludzkość niszczy i niebo i ziemię.
„Ziemscy ludzie prowadzą swój świat i cały system słoneczny niebezpiecznie blisko zniszczenia. Nie zdając sobie sprawy, jak wielki wpływ mają nie tylko na to, co dzieje się na Ziemi, ale i w całej galaktyce”.
Każdy ma prawo do życia.
Każdy ma wolny wybór – dopóki nie rani drugiego, dopóki nie zabija innych.
„Gwiezdne Dzieci. Przebudzenie” - a może Cisza Czasu? Po przeczytaniu drugiego tomu „Gwiezdnych Dzieci”, trylogii Anny Głowacz, stwierdzam, że to część właśnie z takim podtytułem. Cisza, przygotowania do tego, co nieuchronne, co będzie miało kluczowy moment w trzeciej części. CISZA, która jak most, scala pierwszy i ostatni tom „Gwiezdnych Dzieci”. Smaisi przygotowuje się zarówno mentalnie, jak i fizycznie do zadania, jakie ma do wykonania. Abstrahując, ludzie sprzedali swoje dusze księżycowi, który rządzi nocą. Noc skrywa demony zła, złodziei, malwersantów. Zło rodzi potwory, krwawe bestie, upiory i egoistyczne krwiopijce. Owymi demonami w ludzkiej skórze są rządzący społeczeństwem. To oni narzucają ograniczenia, stawiają bariery, ustalają kodeksy, regulaminy i prawa... Wedle zasady – potężniejszy stoi ponad motłochem, ponad zlepkiem darmozjadów. Ludzie poddają się temu, tak im wygodniej. Od lat ufają mocarzom. Następne pokolenia idą w ślad za tymi, które odchodzą.
Koło codzienności się toczy.
Dlatego Smaisi musi ich uświadomić , wskazać prawdę, piękno i źródło dobrego życia. Wbrew pozorom nie jest to łatwe zadanie. Stąd też jej długa nauka i przygotowania. Ciało i umysł dziewczyny muszą się zjednoczyć w zgodzie. Umysł trzeba kontrolować i jednocześnie zachować jego świadomość. Z ciałem musi być podobnie. Smaisi poznaje tajniki transu, reinkarnacji duszy oraz doświadcza ponownie innych wcieleń. Uczy się wchodzenia w trans, w ducha samej siebie oraz zagadek medytacji. Czy to nie przypomina ówczesne zainteresowania? Praktyki jogi, medytacje czy ćwiczenia taj-chi polegające na zaganianiu dobrej energii ku ciału. Czyż teraz nie szukamy ukojenia powracając do owych praktyk? Stoimy w punkcie, z którego trzeba się ruszyć jednak, by tego dokonać, potrzebna jest iskra – iskra w ns.
Szukamy odpoczynku dla umysłu ucząc się żyć tu i teraz, wyłapywać dźwięki, prawdę i jasność. Smaisi to robi – właśnie to. Jednak jej nauka polega na bardzo głębokim przenikaniu we własne pokłady świadomości. Musi poznać źródło prawdy, sekret życia każdej istoty. To sztuka, kunszt wymagający nauki i długotrwałych lekcji.
I choć zapytasz zapytasz, po co inny świat i ludzie inaczej myślący, skoro to, co jest nie jest złe?
Świat się zmieni, gdy ludzie zostaną oświeceni. Gdy zaufają. Zostają uwolnieni, tylko prawda jest w stanie pomóc ludziom. Tylko dzięki prawdzie zrzucą kajdany fałszu narzucone przez rządzących. Trzeba to zrobić świadomie, ale o to zadbają już Gwiezdne Dzieci wraz z Kalem i Smaisi.
Warto.
#agaKUSIczyta
Co ma wspólnego fantasy z ekologią? Czy coś może łączyć „ufoludków” z tzw. Eko-„Zielonymi”? Ktoś powie, że to pytania rodem z kosmosu, lecz od razu wejdę w słowo – że te dwie grupy mają ze sobą wiele wspólnego. Jest silne lepiszcze, które je spaja, niemalże scala tworząc jedność. Wystarczy przeczytać „Gwiezdne Dzieci”, by się o tym przekonać, by zdać sobie sprawę jak...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2022-09-26
Rozsiądź się wygodnie, bo historia nie będzie krótka. Będzie... długa i tajemnicza. Oto bowiem stoisz w ciemnym korytarzu, a wokół tylko drzwi, dziesiątki, setki, dosłownie tysiące drzwi, które wyrastają z ciemności po obu stronach. Lecz ty wiesz, już na początku, że nie zajrzysz do wszystkich pomieszczeń, które owe drzwi skrywają lecz... Złapiesz za dziewięć klamek i do dziewięciu tylko pokoi wejdziesz. Przewodnik-albinos ci je otworzy, by je potem za tobą zamknąć zostawiając cię samą w środku. Będziesz zdany tylko i wyłącznie na siebie. Ach – i co ważne, na palcu masz pierścionek ze znienawidzoną różą, amulet, który będzie cię chronił podczas wizyt i rozmów. Brzmi dziwnie? Groźnie? Pewnie tak, ale skoro już tu jesteś, skoro przekroczyłeś próg nieznanego, usłyszałeś za sobą zgrzyt przekręcanego w zamku klucza, to dlaczego nie podążać dalej?
To wszystko, ta sceneria, ciemne tajemnice i albinos z kluczem – nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Wszystko w tym miejscu jest niezrozumiałe, jak i te osoby w pokojach, z którymi się spotykasz. „Siła żaru” Antoniego Kędzierskiego (powieść skryta w pięknej okładce) to dar dla duszy, ukojenie wnętrza czytającego. Fabuła kroczy po linie rozciągniętej wysoko ponad ziemią, a każdy nieuważny krok grozi upadkiem tragicznym w skutkach. Idziesz przed siebie. Godzisz się z losem. Jednak po przejściu całej trasy nie będziesz już tym samym człowiekiem, jakim byłeś przed postawieniem pierwszego kroku na owej linie. Ta przeprawa zmienia i twoje myślenie i ciebie, jak osobę.
Otworzysz oczy!
Autor mówi do ciebie „Tylko ślepcy widzą w pełni wnętrze człowieka. Tylko ślepcy widzą rzeczywistości...” ty jednak ujrzysz je w jasności. Autor wrzuca cię w rozmowy z tajemniczymi osobami, słuchasz ich słów, czasem niedorzecznych bełkotów i górnolotnych objawień metafizycznych. Często odnosisz wrażenie, że to dom wariatów, ale... daj sobie czas. Jako czytelnik idź dalej, do końca. Bądź cierpliwy, wytrwały i rozważny, bo tylko ów zlepek zapewni ci wyciągnięcie właściwych wniosków. Spacer ciemnym korytarzem to nic innego, jak droga w jasności, droga do prawdy.
„Siły żaru” nie sposób objąć jednym zdaniem.
O czym jest?
O człowieku, o poszukiwaniu, o odkrywaniu, ale i o słabości, ludzkiej niemocy, bezsilności wobec potęgi. To powieść o duszy i jej marności. Według mnie to też powieść o wrażliwości, która drga w nas tuż pod skórą.
„Siła żaru” jest o potrzebie, potrzebie zatrzymania, poczucia siebie i o uzmysłowieniu sobie, jak wielką moc ma istota ludzka. „Siła żaru” to książka, w której autor bawi się psychologią, beletrystyką, katechizmem, przewodnikiem ale i wyrafinowaną kuchnią literacką. To smakowita podróż po tysiącach smaków, które skrywają tajemnicze drzwi.
Antoni Kędzierski otwiera przed nami swoją wyobraźnię, daje nam świetnie skrojoną fabułę i prowadzi dobrym, lekkim piórem. To dobra powieść. Nie dla każdego – dla wybranych, którzy znajdą dla niej czas, powoli w nią wejdą i balansując na pograniczu metafizyki i realności dadzą się zaprosić na spacer. Z przewodnikiem-albinosem i jednym kluczem do wszystkich drzwi.
„Bać się śmierci to trochę tak, jak bać się życia (...)”. spróbuj zrozumieć, mówi autor. Sam w sobie jesteś cudem. Cudem każdego dnia. Chodzisz, czujesz, słyszysz, oddychasz, płaczesz, śmiejesz się, marzysz – czyż to nie cud? „(...) Chodzę, oglądam drzewa. Lubię oglądać drzewa – mówi Katarzyna, główna bohaterka powieści – szczególnie w taki czerwcowy wieczór (…). Śmieję się płacząc, bo przenika przeze mnie udręka i ekstaza, bo żar kłuje mój umysł (…). Wiem, że wszystko, co się stało, stało się naprawdę”.
„Siła żaru” to metafizyczna droga ku zmianie. Jednak zaznaczam – tylko dla otwartych umysłów o gotowych na spacer nogach. To powieść tylko dla mądrych odbiorców. Trudna, magiczna, czasem nudna i odstręczająca.
Mocna literatura dla koneserów.
#agaKUSIczyta
Rozsiądź się wygodnie, bo historia nie będzie krótka. Będzie... długa i tajemnicza. Oto bowiem stoisz w ciemnym korytarzu, a wokół tylko drzwi, dziesiątki, setki, dosłownie tysiące drzwi, które wyrastają z ciemności po obu stronach. Lecz ty wiesz, już na początku, że nie zajrzysz do wszystkich pomieszczeń, które owe drzwi skrywają lecz... Złapiesz za dziewięć klamek i do...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2022-07-25
Autora, pana Tomasza Jastruna znam od lat. Zaczytywałam się w jego felietonach w „Twoim Stylu”, w których pisał o wszystkim. O tym, co go zaintrygowało, co mu akurat siedziało w myślach, czy ot po prostu, dywagował wokół jakiegoś zagadnienia. Tutaj Tomasz Jastrun daje się poznać jako prozaik, a to już całkiem inny styl pisania i myślenia równocześnie. Jest i długa forma i fabuła i bohaterowie...
Ale po kolei.
„Zakręceni” są i dobrą i złą powieścią jednocześnie, co widać w opiniach na jej temat. Co recenzja, to inna ocena, co czytelnik to inne zdanie. I niby o to chodzi, o dyskusje i rozmowy o tym, o czym się przeczytało i jakie to zrobiło na nas wrażenie. Po to są książki, dlatego prócz uczty dla wyobraźni i oderwania od trosk codzienności warto zawsze mieć na temat przeczytanej powieści jakąś opinię – i ją wyrażać.
„Zakręceni” to dwustu-stronicowa książka podzielona na dwa działy. Na Niego i na Nią. On to szesnastoletni młodzik z wieloma problemami. A to widzi bezsens życia, a to planuje samobójstwo, a to czuje wstręt do rodziców. Wszystko stanowi dla mnie ciężar. Jednak jest ONA - jedna i jedyna, platoniczna miłość pracująca w sklepie spożywczym. Ona to dziewiętnastoletnia dziewczyna, która ma swojego chłopaka, o zachwytach innego nie ma pojęcia. To dwie kompletnie obce sobie osoby. Jednak...
Autor świadomie zagląda do środka dwóch nastoletnich umysłów. Różnią się trzema latami i płcią, co ma znaczenie, lecz – co sam szybko zauważysz – oboje to „kalecy” duchowi. Autor prowadzi nas przez pokręcony i niezrozumiały wręcz świat młodego pokolenia. Ich emocje, które targają wnętrza, myśli, które uwielbiają pesymizm i zero perspektyw na przyszłość. To pokolenie tymczasowe. Nie ma ani pragnień, ani wykształcenia ani ambicji. Wszystko „ma gdzieś”. I w pewnym momencie cię to irytuje. W tej książce brak magnesu, który budziłby w czytelniku pasję czytania. I nawet zabiegi autora, dialogi i splatanie ze sobą poszczególnych wątków nie są w stanie sprawić cudu. Ta książka jest o trudnej młodzieży i jej zagubieniu, co akurat w przypadku tak skonstruowanych bohaterów wydaje się normalne. Patologiczne rodziny, czy rodzice, którzy na rodziców się w ogóle nie nadają, tworzą dziecko na swój wzór i podobieństwo. I ten aspekt akurat stanowi plus tej powieści. Trudna młodzież, rodziny bez miłości, krzyki, awantury i jałowość. Ale...
powiem szczerze - musisz zmuszać się do czytania. Ja musiałam. To książka, po której stronach zasuwasz jak na hulajnodze i nie przykładasz wagi do mijanych obiektów. Dlaczego? Bo są nudne i nie mają w sobie kolorów. Wszystko przewidujesz, przeczuwasz i tracisz stopniowo zainteresowanie. Bełkoty i myśli młodych są denne. Plusem jest to, że można ją odbierać na dwóch płaszczyznach. Młodzież znajdzie w niej coś dla siebie, rodzice dla siebie. Dwie strony pojmą błędy życia, jakie sami popełniają. I to jest cenne, ale sama fabuła i historia to nie mój świat.
Z założenia miała to być mądra i zabawna powieść. No, czasem jest lekka i o niczym, ale czy jest śmieszna? Jeśli głupota młodzieży bawi, to jest naiwnie zabawna. Wymuszona. Ta książka mnie zawiodła w negatywnym tego słowa znaczeniu. Znając poziom pisania pana Jastruna liczyłam w duchu na dobrą lekturę, ale – od nadziei do faktu długa droga, co nie jeden raz miałam okazję przerabiać. Tu mnie to spotkało. Szkoda.
@sztukater
Autora, pana Tomasza Jastruna znam od lat. Zaczytywałam się w jego felietonach w „Twoim Stylu”, w których pisał o wszystkim. O tym, co go zaintrygowało, co mu akurat siedziało w myślach, czy ot po prostu, dywagował wokół jakiegoś zagadnienia. Tutaj Tomasz Jastrun daje się poznać jako prozaik, a to już całkiem inny styl pisania i myślenia równocześnie. Jest i długa forma i...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Wyobraź sobie, że leżysz na samym środku łąki z czystą kartką nad głową i chęcią napisania na niej czegoś fajnego, czegoś – w końcu, dlaczego nie próbować – czegoś nader oderwanego od rzeczywistości, bo przecież codzienność nie musi wpychać się na strony twojej książki. Najlepiej by było nieco zabawnie i nowatorsko jednocześnie. Masz ochotę na coś innowatorskiego, bo nie dość, że sam siebie lubisz zaskakiwać, to lubisz wkraczać na nieznane dotychczas tereny, zwłaszcza literackie. I zastanawiasz się od razu,. Czy literatury nie połączyć z obrazem filmowym. To z pewnością pociągnie i ciebie i czytelników. Pisanie i jednocześnie bieganie z kamerą we własnej głowie – już sam początek ci się podoba, a co będzie dalej?
Jest upalnie. Wyciągasz jedną rękę ku słońcu szukając olśniewającego natchnienia, w głowie już piszesz linie tekstu, które potem przerzucisz na kartki papieru. Już piszesz coś na miarę scenariusza z podziałem na role, sceny i ujęcia. Jednak owo zaskoczenie sobą samym w pewnym momencie zwodzi na ciemne manowce, aż okazuje się, że pleciesz banialuki. Zszedłeś z obranej drogi na manowce – i myślowe i literackie i filmowe też. Nie dość, że sam się gubisz, to i wątki poszły w ślepe uliczki. Rozlazły się wszędzie i nigdzie jednocześnie. Ale brniesz z mozołem dalej... Włazisz w byle co, dosłownie, bo udajesz tyrana.
Tak wygląda „Kinofrenia” Marii Cecylii Rajchel. Takie „ecie plecie” o niczym i o czymś. Banialuki dla niewiadomego czytelnika. „Kinofrenia” jest właśnie czymś takim. Takim nieskładnym zbiorem zdań zaczerpniętych z filmów. Z wielu, wielu filmów. To jakby rozmowa z kimś (z kim? Tego nie wiem), która z czasem zaczyna zmierzać w sobie tylko znanym kierunku prowadząc nas pod rękę (jeśli chcemy z nią iść) albo zostawia nas z konsternacją. Czytałam „Kinofrenię” i przyznam szczerze, że chyba tylko jedno spostrzeżenie autorki jakoś zaciekawiło, ale to było na początku, gdy treść dopiero odsłaniały kotary. Mowa o łabędziach pływających po jeziorze skuwanym mrozem i przymrozkami, o tworzących się na ich nogach coraz to nowszych warstw lodu. To mi się podobało, ale trwało ledwie 1/3 strony. Reszta tekstu to już bełkot o niczym i o wszystkim jednocześnie. Autorka próbując być jedyną w swoim stylu hybrydą liter i obrazu, staje się wręcz autorką na kształt banalnej karykatury jakiejś wizji, której odbiorca – czyli czytelnik – pojąć nie może. To jak nadawanie na dwóch różnych poziomach, Tarantino z Mickiewiczem swoje, a czytelnik – mimo usilnych starań i skupienia – swoje. Autorka, Maria Cecylia Rajchel stwarza własny świat i ubiera go w słowa. To taki dialog z sobą i swoim umysłem.
Żyjemy w dobie filmów kręconych techniką 3D, może przydałoby się też stworzyć przestrzenny model języka? Można już stracić wiarę w rzeczywistość, stąd pewnie ucieczka w fikcję, a konkretniej w filmową fabułę czegokolwiek, nawet rojenia. Bo w niej wszystko jest prawdą, nawet jeśli nią nie jest. Autorka, Maria Rajchel ogląda w swej wyobraźni kolejno następujące po sobie klatki filmowe, które uznaje za rzeczywistą prawdę. Tworzy ułudę na wzór sztucznego tworu, który stanowi fundament gry aktorów, reżyserów, czy scenarzystów. To jak sen na jawie o zatraconej granicy między jednym, a drugim. Wchodzi w motyw gry uczestnicząc w różnych elementach sztuki, które są kompletnie niejasne dla czytelnika. Stąd i mój krytyczny osąd.
I zdając sobie sprawę z narażania siebie, powiem, że „Kinofrenia” to gniot, nawet nie literacki, ile grafomański. To jak pisanie pod wpływem środków odurzających. Odnoszę nawet wrażenie, że autorka – bez urazy – musiała być po zażyciu własnoręcznie zrobionego antidotum na realność. To zlepek słów, chaotycznych myśli filmowych i książkowych, które nijak nie łączą się w spójność fabuły. Abstrahując, do owej treści pisanej autorka dorzuciła treść filmową bawiąc się długopisem, jak kamerą. Żałuję przy okazji, że w owym długopisie już na samym początku nie wyczerpał się wkład, bo tak nielogicznej, nieskładnej i nudnej fabuły zamkniętej między okładkami jeszcze nie czytałam – a czytam bez umiaru w ilości nieograniczonej. Nawet najgorszy wiersz jest lepszy niż „Kinoteka” - smutne, ale prawdziwe.
dziękuję sztukater
Wyobraź sobie, że leżysz na samym środku łąki z czystą kartką nad głową i chęcią napisania na niej czegoś fajnego, czegoś – w końcu, dlaczego nie próbować – czegoś nader oderwanego od rzeczywistości, bo przecież codzienność nie musi wpychać się na strony twojej książki. Najlepiej by było nieco zabawnie i nowatorsko jednocześnie. Masz ochotę na coś innowatorskiego, bo nie...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2022-01-19
Lem... Lem....
Z jego książką mam pierwszy raz styczność i przyznam szczerze, że nie czuję się porwana. Porwana pewnie tak, z ziemi, bo fabuła osadzona jest na jakiejś planecie, ale żeby mnie to porwało duchowo, to raczej nie. Na poczatku bardzo mi się "Eden" podobał. Do setnej strony mniej więcej. Opisy, plastyczność obrazów, pustyni, kwiatów-drzew, które zadziwiały reakcjami i niewiarygodne miejsca oderwane od rzeczywistości. Do tego trzeba było mieć niesamowicie wręcz wybujałą wyobraźnię. To jakby mini wersja "Diuny" z 1956 roku jednak nazwana "Eden"..
Jednak po setnej stronie mój entuzjazm znacznie opadł, do tego stopnia, że czytałam fragmentami (które i tak męczyły i nużyły), by dawkować sobie ową tyradę fantastyki.
Wiele tu przerysowań, niemożliwości i absurdów. Powietrzem na zewnątrz można normalnie oddychać, wyprawa poznawcza planety sprzyja znalezieniu wody zdatnej do picia, można przeżyć o własnym wikcie... A do wyżywienia i napojenia jest sześciu bezimiennych (z wyjątkiem Inżyniera Henryka) astronautów z Ziemi. Wylądowali, zaryli w ziemię, zniszczyli swoją rakietę. Zaczynają więc organizować wyprawy poza bezpieczne blachy pojazdu, czasem dzielą się na grupy i osobno eksplorują teren, by potem rozmawiać o swych odkryciach i planach na przyszłość. I owe rozmowy oraz opisy świata planetarnego są tak rozciągnięte i tak rozwleczone, że zdajesz sobie sprawę, że osiemdziesiąt stron nic się nie dzieje, tylko dialogi i analizy i nic nie idzie do przodu. Brak akcji. Tracisz zainteresowanie i ksiązką i światem kosmicznym i już jest ci nawet obojętne jak wyglądają owe "ludziki" z ufo.
Potwierdza się jednak powiedzenie, że nie każde miejsce człowiek zagarnie dla siebie. I basta. I niech tak zostanie.
Lem... Lem....
Z jego książką mam pierwszy raz styczność i przyznam szczerze, że nie czuję się porwana. Porwana pewnie tak, z ziemi, bo fabuła osadzona jest na jakiejś planecie, ale żeby mnie to porwało duchowo, to raczej nie. Na poczatku bardzo mi się "Eden" podobał. Do setnej strony mniej więcej. Opisy, plastyczność obrazów, pustyni, kwiatów-drzew, które zadziwiały...
2021-12-31
Głównym bohaterem jest młodzieniec o imieniu Norgal, który mieszkał i pobierał nauki u swojego wuja oraz mistrza nekromancji, Rothgara. Był to czas poznawania prawdy o świecie, odkrywania w sobie pokory i świadomego oddzielania wewnętrznego gniewu od tego, co należało robić i mówić. Była to także nauka doskonalenia się w niełatwej sztuce kontaktu ze zmarłymi, często groźnymi awatarami oraz przywracania umarłych do życia. Była też nauka w prosektorium, którą to lubił szczególnie. Lecz nieubłagany czas sprawia, że tych dwoje będzie zmuszonych do wyjścia poza mury Szkoły, a ich losy połączą się z miastem Syllon, w którym szerzy się zło, plugastwo i przemoc. Nie na darmo mówi się, że to miasto zapomniane przez bogów. Lecz oto nadchodzi czas, gdy sobie o nim przypomną...
Akcja w tym tomie zaczyna się po wydarzeniach z końca Plagi i kończy niecałe dwa lata później. Na początku mamy skrzętnie wplecioną retrospekcję do tomu pierwszego, co ułatwia przypomnienie sobie postaci i ich motywów postępowania. Nuen leży w śpiączce, czuwa przy nim Ulivia, przyszła żona. Norgal w katakumbach znajdujących się głęboko pod pałacem, w położonej poza tajnym przejściem komnacie, przy katafalku i szklanej trumnie z awatarem jego babki w środku, zostaje zraniony przez krnąbrnego ojca. Zapada na półtoraroczną śpiączkę, z której teraz się budzi. Odwiedzający go donoszą mu o wydarzeniach minionych miesięcy. Jednak, co najistotniejsze, doszło w tym czasie do współistnienia miejsc kultu Syna Światłości oraz Mor`tyra, Syna Ciemności. A przecież Król zniszczył wyznawców Ciemności, gdyś panowała wiara w Światłość – co tu jest grane? Jak to możliwe?
Tom II „Ucznia Nekromanty” jest bardzo zawiły, wręcz skomplikowany. Pojawiają się nowe nazwy, czasem ciężko jest skojarzyć logicznie kolejne fakty. Wszystko bowiem oparte jest na fantastyce autorki, a nadmienię, że nie jest to łatwy orzech do zgryzienia. Ba, do czytania. Warto nastawić się na solidną porcję nowych informacji. Podczas półtorarocznego wyrwania Norgala z życia nastąpiła transformacja znaczenia magii. Teraz jest używana w inny sposób. Pojawiają się także tajemnicze, głodne sukhusy i smoki, których nie było w „Pladze”.
Warto zwrócić uwagę na nazewnictwo, którym autorka się tu posługuje, a które, według mojej oceny, potwierdza jej potęgę wyobraźni. Przedstawiciele wszystkich ras noszą bowiem charakterystyczne dla nich imiona, czyli koboldy, orkowie, gobliny, elfy, smoki, druidzi, czy sporadycznie pojawiające się istoty. Jednak owo nazewnictwo zmusza do skrupulatnego czytania i śledzenia tekstu. Trzeba w niego, dosłownie, wejść i się z nim zaznajomić, co łatwe nie jest. Trudności spotkają amatorów tego typu gatunku literackiego, co nie będzie zaskakujące. Ciężko jest ten świat objąć umysłem.
Dochodzi do tego rozrzucenie czasowe poszczególnych rozdziałów. Trzeba nie dość, że czytać ze zrozumieniem, to i z nader wielkim skupieniem. „Uczeń Nekromanty” nie jest łatwą lekturą, stąd moje przypuszczenie, że zjedna sobie mało czytelników. Że wokół tych tomów będą skupieni JEDYNIE prawdziwi fani fantastyki, reszta tej książki nie polubi.
Nie polecam adeptom tej serii. Trudno pisać takie słowa, zwłaszcza mi, osobie, która uwielbia zachwalać i podrzucać innym wspaniałe książki. Stąd i moja szczerość recenzencka - „Uczeń Nekromanty. Fascynacja” E.Raj (w pewnym stopniu pierwszy tom również) nie jest dobrą powieścią. Jeśli kolejny tom będzie podobny w fabule, to pewnie się poddam. Ciężkie opisy, zawiłe losy z przeszłości bohaterów, nazwy miejsc, które ciężko nam logicznie pojąć. I tak, jak lubię popuścić wodze własnej wyobraźni, tak tu się kompletnie zawiodłam, bo i ona się poddała.
Nadmiar przytłacza. A szkoda.
Szkoda talentu, szkoda pomysłu.
Głównym bohaterem jest młodzieniec o imieniu Norgal, który mieszkał i pobierał nauki u swojego wuja oraz mistrza nekromancji, Rothgara. Był to czas poznawania prawdy o świecie, odkrywania w sobie pokory i świadomego oddzielania wewnętrznego gniewu od tego, co należało robić i mówić. Była to także nauka doskonalenia się w niełatwej sztuce kontaktu ze zmarłymi, często...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2021-12-27
Zawsze podziwiam tych, którzy piszą fantastykę. Z wielu względów. Jednym z podstawowych jest wcześniejsze skrupulatne rozpisanie i przemyślenie fabuły, by każda część łączyła się ze sobą w jakiś – w miarę spójny – sposób. Do tego obowiązkiem staje się stworzenie, wykreowanie wielu bohaterów, bo fantastyka, jako gatunek literacki, wymusza taki obrót pisania. Dodam - barwnych bohaterów, którzy nie dość, że coś zasadniczego wniosą w treść książki, to jednocześnie porwą czytelników. A po trzecie, co znamienite – wyobraźnia autora i nieograniczona niczym fantazja, które są kluczowe w tego typu powieściach. Dlatego te wszystkie części „składowe” muszą ze sobą współgrać, by złożyć się na dobrą, książkową całość. Trudne? Tak. Ale to wszystko dostajemy podczas lektury „Uczta Nekromanty. Plagi” i pierwszego tomu serii.
Zwiastunem Zmiany nazwany zostaje moment narodzin wyjątkowego chłopca o imieniu Norgal. Chłopca-Nekromanty, który posiada więcej zdolności, aniżeli można przypuszczać. Nawet jego Mistrz Rothgar, który uczy go "fachu", nie ma tego świadomości. Aż pewnego razu krnąbrny uczeń znajduje na barce pogrzebowej ciało niezwykle pięknej kobiety.
Ta powieść ciągle zdobywa sobie czytelników. Obecnie doczekała się drugiego wydania w nowym wydawnictwie HM i w nowej szacie graficznej, co ma skłonić do sięgnięcia po nią. Co ważne, przyciąga uwagę każdego. Moją też. Lecz, jak zauważyłam, niewiele osób ocenia ją w formie dłuższych opinii. Próżno szukać wyczerpujących recenzji po jej lekturze. Nie chciałabym tym samym wydłużać mojej zdradzając szczegółowo o fabule. Niech zostanie tajemnicą, tajemnicą, którą zechcecie poznać.
„Uczeń Nekromanty” to powieść na styku literackiego fantasy, science fiction i horroru. Powieści, która fascynuje swoim klimatem, złożonością fabuły, wymową, jak i autentycznie mroczną naturą. W końcu – co muszę nadmienić – powstawała przez osiem długich lat. Monument wymaga czasu, ale... W nasze ręce trafia powieść dopracowana w każdym szczególe z rozbudowanym na wiele pobocznych wątków tekstem. Jet to bowiem obszerna opowieść o ludziach - nekromantach, cenie, którą muszą ponieść za swoje niezwykłe umiejętności oraz o świecie, w którym dominują zło, przemoc i podłość. I choć próżno szukać tu piękna, to jednak historia ma w sobie coś niezwykłego i wyjątkowego. Tą wyjątkowość zauważam choćby w fakcie, że wszystkie strony wypełnione są akcją, intrygami, emocjami oraz przemocą wobec niewinnych, gwałtami oraz zabijaniem. Do tego wszystko jest tu ze sobą w pewien literacki sposób połączone, sensowne. Jest mroczny i ciekawie zarysowany klimatu. Są dobrze nakreśleni bohaterowie, jak choćby Norgal, czy Rothgar, którzy – mimo to – nie zachęcają do identyfikacji, czy personalizacji. Tu bowiem próżno szukać niewinnych i prawych, nie ma nikogo z kim można by się utożsamić, co nie zmienia faktu, że powieść trzymasz w dłoniach do końca. Wykreowany tu świat rodem z baśni fantasy oraz realistycznej opowieści historycznej gdzie mamy chorą religię, politykę i magię oraz rozmaite nacje, jak choćby elfy, krasnale, orki, czy ludzi, to wszystko magnetyzuje. Tym samym szybko nadmienię, że ta książka nie jest dla każdego. Jest pełna brutalności i braku poszanowania dla drugiego. Jest odrażająca w niektórych momentach, wielu odrzuci ją z niesmakiem i oburzeniem. Jednak przy wiernym i wytrwałym odbiorcy znajdzie swoje uznanie. Tego jestem pewna.
Ów mrok powieściowy mnie, jako mola książkowego, bardzo pochłonął. Weszłam w inny klimat, zły – niemniej jednak pociągający. A do tego ciekawość ciągle była i jest, bo w końcu drugi tom czeka. Ale sięgnę po niego wówczas, gdy emocje zaserwowane przez „Plagę” nieco osłabną.
Zawsze podziwiam tych, którzy piszą fantastykę. Z wielu względów. Jednym z podstawowych jest wcześniejsze skrupulatne rozpisanie i przemyślenie fabuły, by każda część łączyła się ze sobą w jakiś – w miarę spójny – sposób. Do tego obowiązkiem staje się stworzenie, wykreowanie wielu bohaterów, bo fantastyka, jako gatunek literacki, wymusza taki obrót pisania. Dodam - barwnych...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Będzie długo - ostrzegam;) Jednak dłużej i mądrzej aniżeli w TRZECH Anity Szczepuły...
Wyobrażam sobie swoje serce jako kieliszek (raczej kielich) – pisze w jednej swej myśli autorka, Anita Szczepuła – który całe życie czekał na wypełnienie odpowiednim winem (z najwyższej półki, najdroższym, z najlepszych szczepów, od najlepszego producenta). A kiedy już został napełniony, to wprost i obficie. Z pustego stał się całkowicie pełen (wypełniony bukietem smaków i zapachów – w końcu odkorkowana została jedyna z butelek tego rocznika, która posiada tak unikalną barwę smaków). To ja, mówi autorka Anita Szczepuła w „Trzy”, zbiorze przemyśleń ugrupowanych w trzy zbiory – WIARA, MIŁOŚĆ, WOLNOŚĆ. Ja owo serce, o którym ciągle mowa, porównałabym do pustego kieliszka, który Anita Szczepuła wypełnia tymi właśnie trzema zagadnieniami. Musi być wiara (w cokolwiek, w kogokolwiek), miłość (zwłaszcza do siebie samego, do dzieł swoich rąk, do świata i do życia) oraz wolność (stan spokoju duszy, wyciszenia wnętrza, zatrzymania w biegu). A kiedy owo niemożliwe staje się możliwe, po prostu będziesz wiedział.
Autorka rzucając odrębne zdania, czasem myśli wyrwane z kontekstu głębszych i dłużej przeżywanych emocji, bądź wzruszeń, spisuje je na poszczególnych stronach zostawiając – według mnie – dużo wolnego miejsca na własne dopiski. „Trzy” uważam za notatnik, za dziennik, który służy do wpisów własnych myśli, jakie przenikają nasz umysł każdego dnia. To taki łapacz impulsów, które spisujemy w momencie pojawienia, dla utrwalenia. Autorka wpisała swoje ujmując je w skrzętne zdania, a poniżej zostawiła miejsce dla mnie – dla czytelnika. Mogę dopisać swoje myśli do tych Szczepuły, mogę napisać wiersz, mogę nie pisać nic, mogę narysować coś, co akurat we mnie zakiełkowało. Ten notatnik ma być skrytką moich skrywanych dotąd słów. Odnoszę wrażenie, że moje osobiste zapisy dodane do tych istniejących już wpisów sprawią, że „Trzy” będzie kompletne, będzie pełne. Użyję nawet sformułowania – nasycone. Owe zapiski mogą mnie samą zaskoczyć gdyż okazać się może, że mam wiarę (bardzo głęboką), że miłość mam w sobie (i że mnie ona otacza), a do tego czuję się wolna (i szczęśliwa). Te uczucia budują pokorę wobec losu, nie inaczej. Pozwalasz przeznaczeniu ponieść się gdziekolwiek. Doznajesz bezinteresowności, prawdy i dobroci. To tak, jakby wiara otwierała oczy, miłość serce, a wolność duszę. Wyzbyty uprzedzeń otwiera się cały człowiek, jaśniejąc czystością najjaśniejszą. Bo, jak pisze Anita Szczepuła, trzeba zapomnieć o komforcie i gnać na przód w wolności serca. Gnać i żyć. Wolna natura pobudza wiarę w to, co teraz, w to kim się jest i w to, co będzie. Stajesz się wówczas najlżejszą materią unoszoną przez wiatr i prowadzoną przez niego poprzez świat. Trzeba tylko zaufać. Owa ufność – czego doszukałam się pomiędzy swoimi myślami – musi być osadzona w wierze, w miłości i w wolności.
Skaczę na trampolinę z bardzo dużej wysokości. Jeden mały błąd może kosztować życie, lecz... Lecz nie ma we mnie obaw. Po lekturze „Trzy” w moich myślach dochodzi do różnych spostrzeżeń i konkluzji, które się wzajemnie negują. A dlaczego?
Owe myśli rzucone przez Anitę Szczepułę są dla mnie niczym odkrywczym. Tak, każą zatrzymać się, zastanowić, jednak takie przemyślenia na niemalże każdy temat ma każdy z nas. Gdyby owe słowa ubrać w jakiś rodzaj poezji miałyby zdecydowanie więcej głębi i znaczenia. Można by mnożyć dywagacje na ich temat, toczyć niekończące się dysputy, analizy i wyciągać własny wachlarz znaczeń.
Słowa, jakie pisałam wcześniej to moje własne przemyślenia, nie pochodzą z „Trzech”. To słowa ze mnie, z mojego wnętrza, aczkolwiek Szczepuła ich nie sformułowała, nie napisała. To ja jestem autorką dopisanych słów, które są bardziej wartościowsze od tych nadrukowanych – nie ujmując nic autorce. Proste choćby „Believe. Truly believe. And miracles will happen” - niczym przecież nie zaskakuje. Dziecko to wie. Trzeba wierzyć w cuda.
„Trzy” podzielone jest na dwa działy. Jeden pisany po polsku, drugi pisany wa języku angielskim. I, jak czytałam, tak powiem szczerze, że ten drugi jest znacznie lepszy, inny w odbiorze aniżeli rozdział w naszym rodzimym języku. Te same myśli ujęte w obcym języku brzmią, jak muzyka... Destination, intuition, love, heart czy secret. Polskie słowa są sztywne, surowe, jakby kanciaste. A szkoda. Zresztą, moja druga uwaga – lepsze teksty piszę sama. Są chwile, gdy mój wzrok pada na krzew, na pąki łaknące promieni słonecznych i budzi się we mnie uczucie wiary w sens. W sens tego wszystkiego, co jest. I wierzę, że to jest dobre, a ciepło wypełnia mnie jak ten kielich wino. Nie potrzebuję „Trzech” by tego świadczyć, by o tym czytać, bo sama jestem księgą takich myśli.
Będzie długo - ostrzegam;) Jednak dłużej i mądrzej aniżeli w TRZECH Anity Szczepuły...
Wyobrażam sobie swoje serce jako kieliszek (raczej kielich) – pisze w jednej swej myśli autorka, Anita Szczepuła – który całe życie czekał na wypełnienie odpowiednim winem (z najwyższej półki, najdroższym, z najlepszych szczepów, od najlepszego producenta). A kiedy już został napełniony,...
#agaKUSIczyta
Zaczyna się od kurzu, który jest wszędzie. Najpierw tańczy majestatycznie w powietrzu, by potem opaść na wszystko wkoło. Będzie zawsze, gdy nas już nie będzie. Będzie tańczył, osiadał, trwał. Będzie...
Adam ma 50 lat i żyje z Kacprem. Są małżeństwem, które się kłóci, godzi się, jest ze sobą... i które próbuje doszukać się miłości w głosie. Bo ta miłość zagubiła się chyba, zwłaszcza w Adamie. Zastanawia się nad nią, gdy odbiera telefon od Sebastiana, dawnego partnera, który chyba chce się pożegnać. Ten ostatni raz być z Adamem, bo to życie jakieś miałkie jest i nijakie i czas z nim coś zrobić.
i Adam rusza, na przekór Kacprowi, bo chce, bo musi, bo coś mu karze. Bo czuje, że musi się z nim widzieć tą chwilę, by mieć czyste sumienie i spokój i chyba też tego potrzebuje.
i wchodzi do Seby i rozmawiają, a potem Adam chce "Tylko wrócić, wrócić do domu. (...) Chciałem tylko wejść do mieszkania i wyjść. Cofnąć się o jeden dzień i poprzedni, chciałem przewinąć do tyłu taśmę z filmem, w którym zagrałem kiepską rolę (...). Odwrócić uwagę od sedna sprawy, (...) zacząć wszystko od nowa". I nie być "pierwszym, który widzi go po śmierci, nieruchomego w wannie, zanurzonego po piersi w cienkim barszczu ugotowanym na pożegnanie".
Nie ma Sebastiana, nie ma czasu, nie ma nic. Nicość jakaś panuje wokół Adama...
i Piękna byłaby to historia, historia o samotności, o tęsknocie i o drodze, którą zmierzasz w poszukiwaniu siebie samego. To mogła być szansa na poszukiwanie dobra w sobie i w ludziach. To mogła być, acz nie jest. "Bezruch" stał się przegadanym czasem i zapisanym "czymś" wspomnieniem. To "przebablana, przememlana" książka, w której jest wiele, bardzo wiele wątków kompletnie nieistotnych, acz pewnie niezbędnych dla autora. Czytasz i czasem to czytanie staje się mozołem. Ulatuje radość i ciekawość, bo jedyne co jest to Seba i jego koniec. Zapowiadało się świetnie, to przyznaję ze szczerością ogromną, ale zapowiedź nijak znajduje swoje odwzorowanie na dalszych stronach. Powieść się wije zakosami, przegadaniem, przemilczeniem i dywagacjami wspomnieniowymi o tym, co było i z kim i jak bardzo podniecającym. Często ważniejszy jest seks, papieros i kac nad ranem. A takie smaki chyba nie każdemu czytelnikowi podejdą.
A szkoda.
dziękuję za egzemplarz nakanapie.pl
#agaKUSIczyta
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toZaczyna się od kurzu, który jest wszędzie. Najpierw tańczy majestatycznie w powietrzu, by potem opaść na wszystko wkoło. Będzie zawsze, gdy nas już nie będzie. Będzie tańczył, osiadał, trwał. Będzie...
Adam ma 50 lat i żyje z Kacprem. Są małżeństwem, które się kłóci, godzi się, jest ze sobą... i które próbuje doszukać się miłości w głosie. Bo ta miłość...