Światło i płomień. Odrodzenie i zniszczenie Rzeczypospolitej (1733–1795)
Czy była szansa na uniknięcie 123. lat?
Z upadku można się sporo nauczyć, jeśli chociażby zobaczyć w Stanisławie Auguście Poniatowskim człowieka. Można tę lekcję przejść z Brytyjczykiem, który robił doktorat z Poniatowskiego w Cambridge. Profesor Richard Butterwick momentami ożywczą interpretacją opisuje polsko-litewskie państwo późno-nowożytne akcentując polityczno-społeczne uwarunkowania. „Światło i płomień. Odrodzenie i zniszczenie Rzeczypospolitej (1733-1795)” w dużym stopniu jest oparte o osobowości wpływające na losy milionów. Lekturę akurat tej wersji zdarzeń, które Polacy znają w swoim mniemaniu świetnie, bardzo dobrze uwypukla kontekst najnowszej historii (posłowie do polskiego wydania powstało latem 2022). Wszelkie problemy wewnętrzne, które z ekspansjonistycznej wizji jutra tworzą niepewność, najlepiej eksternalizować. Rzeczpospolita była świetnym poligonem i buforem dla militaryzacji sąsiadów, bo nie potrafiła (i nie mogła) własnej anarchii wyplenić. Książka nie jest w treści nowatorska, poza kilkoma odcieniami interpretacji, przywołanymi relacjami obywateli brytyjskich z epoki i grupą materialnych odkryć z ostatnich lat. Wyszła interesująca alternatywa dla ‘narodowej autobiografii’ i przede wszystkim dla ‘swojskich kolein’, które nam utrudniają grupowanie przyczyn i okoliczności czy proces separacji detali od punktów zwrotnych w dziejach.
Książka podtytułem trochę wprowadza w błąd. Okres panowania Augusta III stanowi jakieś 10% objętości tekstu głównego. Stąd jest skupiona na świetle (oświeceniowych reformach za rządów ostatniego króla) i płomieniu (konfliktach, przemocy zbrojnej i rozbiorach). Historyk z takiej periodyzacji uczciwie i sensownie tłumaczy się w posłowiu. Sama praca ma sporo atutów. Dzięki specyficznemu autorstwu, wprowadza oczywistą świeżość. Rodzime historie okresu upadku (chociażby słynna synteza Rostworowskiego przywołana przez Brytyjczyka wielokrotnie) referują dzieje z perspektywy emocjonalnej, którą uformowała kultura, chociażby romantyzm. Kościuszko, Kiliński, Virtuti Militari, obiady czwartkowe,… - tu wszystko zostało pozbawione bagażu mitotwórczego. W jakimś stopniu nasze kompleksy można podleczyć, gdy chwali ktoś z zewnątrz czy prostuje nieuzasadnioną dumę. Przez całą książkę powraca motyw wpisania polskiego trudu reform w kontekst otoczenia. Niesamodzielność rządów Wettinów, gdy imperialna Rosja pilnowała bez skrupułów interesów, a jeszcze bardziej rola swoistego kondominium epoki rozbiorów, wzmacnia unikatowość zrywu reformatorskiego. Butterwick na tym kontraście utkał główną narrację.
Rozbudowane analizy reakcji różnych koterii i prądów schyłkowej magnaterii na ogólnym poziomie to odtworzenie ‘typowego szkolnego dyskursu’ z areną w postaci Sejmu. W skali bliższej jednostkom, Butterwick bardzo dobrze opisał nastroje reformatorów i magnaterii. Przywołał sporo z ich korespondencji publicznej i prywatnej. Budując napięcie ostatnich dekad istnienia kraju, odtworzył zagubienie, strach i niedowierzanie (chociażby emocje roztrzęsionego Potockiego i innych Targowiczan na wieść o II rozbiorze) upadających rodów. Warto chyba sobie jeszcze raz zrekapitulować postawy, pośród których były takie, gdzie ważniejsze od tego w jakim kraju się budowało klientelę, było to, ile wiosek oddawało hetmanowi/wojewodzie pańszczyznę. Warto jeszcze wspomnieć o kilku nowościach w historiografii europejskiej. Profesor sporo miejsca poświęcił na dyskusje polskiego republikanizmu, w szczególności wpisując go w europejską myśl nowożytną filozofii politycznej. Nie zapomniał również o przywołaniu kilku badań dotyczących percepcji konfederacji targowickiej w kręgach imperialnych, gdy na kilka lat otwarto archiwa rosyjskie.
Interesujące spostrzeżenia czy dobrze dobrane zestawienia politycznych zjawisk nie zastąpią jednak kilku poziomów istnienia I RP, których jest zbyt mało. Obyczajowość jest nieco zdawkowa, nawet jeśli pojawia się nieco zdań o życiu biedoty na warszawskiej Pradze. Perełki w postaci opisu zaczątków policji państwowej czy pierwsze pra-partie typu nowoczesnego – to raczej wyjątki. Istotne różnice historyczne między Koroną i Litwą nie doczekały się wzmiankowania. Historyk książkę napisał jakby była kontynuacją wcześniejszej historii szlacheckiej. Jeśli tekst miał trafić na rynek brytyjski jako zamknięte dzieło, to pozostawia sporo zagadek. Ponieważ dużo miejsca zajmują opisy reform i kolejne etapy ustawodawstwa Rzeczypospolitej, to przemilczenia o wielu mechanizmach mogą dezorientować. Sejmiki, ich relacje z sejmem, rodzaje konfederacji, typy sejmów i proces elekcji – to wszystko jest nieusystematyzowane i pojawia się wprost, jeśli akurat jest potrzebne w wywodzie. W przypadku gospodarki, również wprowadzanej tylko wtedy, gdy stanowiła element próby konkretnych reform, jest tylko nieco lepiej. Na szczęście przy odrobinie wyobraźni, można sobie dopowiedzieć niewolnicze konsekwencje stwierdzenia:
„Gospodarczy wpływ reform na majątki szlacheckie średniej wielkości, z których wiele nie mogłoby funkcjonować bez darmowej pracy, mógł okazać się zabójczy.”
Wciąż jednak brakowało mi danych liczbowych, które urealniałyby opisy. System walutowy kraju i dodatkowo trzech państw zaborców komplikują ocenę wartości kroplówek uzyskiwanych przez Skarb w wyniku reform i zawieszają w próżni imperialistyczne wydatki Prus, Rosji czy ich poziomu pasożytowania na I RP. Nieco zawiodłem się na wątku mieszczańskim. W książce ‘czarna procesja’ formalnie się nie pojawia, a postulaty najmłodszej warstwy społecznej rozpłynęły się w uniwersałach, napomnieniach czy kolejnych artykułach Konstytucji. Być może Brytyjczyk obiektywnie ocenił ‘mizerię’ tego zrywu Dekerta i innych i jako detale po prostu zignorował?
„Światło i płomień” nie jest przełomem. To raczej ‘powtórka z historii’. W kilku jednak punktach bardzo przydatna naszej martyrologii, być może słusznym poglądom wielu Polaków, które w wielości alternatyw sami w sobie czasem deprecjonujemy. Butterwick nie słodzi historii, nie jest też ‘po angielsku zdystansowany’. Szeroką wiedzą o epoce, sumiennie relacjonuje fakty. Sam Poniatowski w ostatecznej ocenie pozostaje nowoczesnym władcą, pracowitym monarchą świadomie korzystającym z prerogatyw. Warsztat pisarski profesora zaowocował ciekawym dynamizmem opowieści, więc lektura nie jest monotonna. Okres 1772-1795 jest w zasadzie jednorodnie (bez wyczuwalnych momentów szczególnie wyróżnionych, poza Sejmem Wielkim) prowadzonym dyskursem nad polską polityką wewnętrzną i zagraniczną. Z elementów technicznych, zabrakło indeksów i być może słowniczka kluczowych pojęć (głównie w związku z mechanizmami parlamentaryzmu szlacheckiego, o czym wspomniałem wyżej).
W zasadzie to dobry podręcznik licealny, jako lektura przed maturą. Może nieco karmić nasze ego piękne wpisanie historii XVIII-wiecznej Rzeczypospolitej Obojga Narodów w poetykę greckiego dramatu w podsumowaniu:
„Publiczne spory między reformatorami a tradycjonalistami stały się katalizatorem ożywienia kulturalnego, ale też rozbudziły naiwny optymizm co do przyszłych perspektyw Rzeczypospolitej, nieznajdujący bynajmniej uzasadnienia w sytuacji międzynarodowej. Wszystko to zostało osiągnięte dzięki wyborowi umiarkowanego kursu między Scyllą absolutnej monarchii a Charybdą rewolucyjnego terroru. W 1792 roku Rzeczpospolita budziła obawy sąsiadów, gdyż była statkiem dobrze przygotowanym do wypłynięcia na globalne wody XIX wieku. Statek ten został więc wielokrotnie ostrzelany z dział i zatopiony.”
Zapewne z kolejnymi wiekami ta epoka będzie zyskiwać nowe warstwy nieuchronnego odrealnienia. Wciąż jednak musimy przepracowywać te kilka dekad upadku, jako lekcję dla zbiorowości; przynajmniej w czasie, gdy dane nam żyć akurat w środkowoeuropejskich nizinach z dość krótkimi i labilnymi tradycjami demokratycznymi.
7.0 - DOBRE z mini plusem
OPINIE i DYSKUSJE o książce Wiara i ojczyzna. Katolicyzm, nowoczesność i Polska
Analiza powiązań pomiędzy polskim katolicyzmem, a sprawami narodowymi jest o wiele bardziej szczegółowa, niż "Całkiem zwyczajny kraj" tego autora. Od głoszenia przez Kościół posłuszeństwa władzom przez powolne i w bólach włączanie kościelnych reform, po zmianę narracji z tradycyjnej, że sami sobie jesteśmy winni i że musimy pogodzić się z cierpieniem w życiu doczesnym (wina za rozbiory w XIXw. przypisywana była grzesznym Polakom, a Mickiewicz uważany był za heretyka z racji tego, że nadawał Polsce mesjanistyczne znaczenie) na narrację o tym, że toczy się walka dobra ze złem i Polsce zagrażają jakieś zewnętrzne wraże siły, które chcą zniszczyć i naród i naszą religię. Lub raczej wszystkie zakusy na religię i Kościół są równoznaczne z zamachem na naród, skoro ten naród tak bardzo związano z katolicyzmem, mitem Polak-katolik. Mitem, który powstał na początku XX wieku i nie brał pod uwagę tego, że Polska jednak była (jeszcze wtedy) państwem wielokulturowym i wieloreligijnym. Ten specyficzny narodowy katolicyzm piętnował już bardziej współcześnie arcybiskup Życiński: "Albo [Kościół] jest Kościołem katolickim jako Kościół Chrystusowy, albo też jest Kościołem polsko-narodowym i wtedy nie można go już nazywać katolickim". Bo przecież Kościół katolicki jest powszechny, nie rozróżnia czy ktoś jest Polakiem, Irlandczykiem czy Hiszpanem - tymczasem Polacy (i inne narody pewnie też) uzurpują sobie prawo do miana "specjalnie umiłowanych", nieomal skłonni uwierzyć, że Bóg jest Polakiem... Te wszystkie przemiany stosunku Kościoła do państwa i narodu zaszły już w XX wieku. Głosy "rozsądku" były, ale należały one do ludzi wykształconych, czyli do tzw. elit, więc nie miały szans się rozpowszechnić. I tak, jak pisze Porter-Szucs, "na początku XX wieku polski Kościół wyruszył na wojnę i jak dotąd z niej nie wrócił." Wrogowie jednak się zmieniali, byli to Żydzi, masoni, komunizm, ateizm oraz oczywiście wszelkie nowoczesne pomysły, pociągające za sobą rozluźnienie obyczajów. Od 20-lecia międzywojennego:
"Katolicy coraz częściej postrzegali świat jako pole bitwy Boga z szatanem, zacierając linie podziału między kategoriami religijnymi a kulturowymi, politycznymi i społecznymi. Opisane tu myślenie spiskowe miało to do siebie, że pozwalało w łatwy sposób powiązać problem występujący w jednej sferze z wrogiem z innej sfery, na koniec zaś ogłosić, ze tak naprawdę za wszystkim kryją się posłannicy diabła".
Zachodzące przemiany społeczne zatem także są ukazywane jako walka z Bogiem i religią - i tu nic się nie zmieniło, wszyscy to dobrze znamy, jak również syndrom oblężonej twierdzy, na jaki cierpi polski Kościół (choć aktualnie faktycznie może mieć on obawy, gdyż widmo sekularyzacji zagląda w oczy także Polakom i ławy kościelne zaczynają świecić pustkami). Znamienny jest rozdział o polskim antysemityzmie, jako że autor doskonale zdaje sobie sprawę, że jest to temat wyjątkowo w Polsce drażliwy. Co najbardziej zdumiewa to, że gdy nazizm hulał w najlepsze, przez drugą wojną światową, Polacy bardziej bali się Żydów, niż zagrożenia ze strony Niemców. Za komunizm też zresztą obwiniono Żydów (żydokomuna). Na tym tle można przyjrzeć się fikołkom logicznym, jakich dokonywał Kościół, zbliżając się do nacjonalizmu (który wcześniej był nieakceptowany jako że Kościół),a nawet głosząc, że nazizm był kolejnym narzędziem wykorzystywanym przez Żydów do niszczenia chrześcijaństwa i że to katolicy są tu ofiarami! (Nawiasem mówiąc w kontekście nauczania Kościoła, zwracania uwagi na to, że przemoc jest niedopuszczalna, a wszyscy katolicy równi, niezależnie od narodu, ciekawi mnie jak tłumaczyli sobie swój nacjonalizm - czyli nazizm - katolicy w Niemczech). Demitologizuje autor też rolę Kościoła w walce z ustrojem komunistycznym w PRL-u (Kościół był antypartyjny, gdyż partia była za mało katolicka, a nie dlatego, że była antydemokratyczna). To, że Kościół wcale tak chętnie nie popierał antykomunistów jest dziś zupełnie zapomniane, bo górę wzięła narracja, że to m.in. dzięki Kościołowi komunizm został obalony - i dlatego też powinniśmy być za to wdzięczni, co odzwierciedlane jest w szerokich prerogatywach, jakie dostał Kościół od władz III RP.
Bardzo to pouczająca lektura, analiza drobiazgowa, podparta wieloma źródłami, język tylko mógłby być przystępniejszy. Tyle tylko że autor rozpatruje głównie przemiany historyczne - omawia XIX wiek, początki XX wieku, lekko tylko zahaczając o czasy powojenne (a i to głównie dość już odległe, jak lata 50-te, 60-te); wydarzeń współczesnych, analizy III RP jest tu bardzo mało - a na to głównie liczyłam. Nie jest to wszak pozycja "stara", została ona wydana w 2022roku. Druga rzecz- cała ta optyka pokazana jest od strony Kościoła, reprezentujących go duchownych, ewentualnie przywódców/polityków, a nie wiadomo, co o tym wszystkim sądziły "owieczki".
Analiza powiązań pomiędzy polskim katolicyzmem, a sprawami narodowymi jest o wiele bardziej szczegółowa, niż "Całkiem zwyczajny kraj" tego autora. Od głoszenia przez Kościół posłuszeństwa władzom przez powolne i w bólach włączanie kościelnych reform, po zmianę narracji z tradycyjnej, że sami sobie jesteśmy winni i że musimy pogodzić się z cierpieniem w życiu doczesnym (wina...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toKompleksowe wyjaśnienie, dlaczego katolicyzm wygląda w naszym kraju tak jak wygląda. Autor podjął się tytanicznej pracy przekopania się przez kształtowanie w czasie każdego aspektu wiary, merytorycznie top i nie ma się naprawdę do czego przyczepić. Mnóstwo cytatów, przypisów, książka wypakowana wiedzą po brzegi bez zbędnego lania wody, ale też pełna suchego akademickiego tonu. Niestety lektura nie należy do łatwych - pojawia się dużo terminów nieznanych osobom bez zetknięcia z tematem etyki czy religii, sam miałem problem z niektórymi definicjami. Nie zaszkodziłoby też podzielić rozdziały na pomniejsze zagadnienia.
Polecam, ale tylko dla osób naprawdę zainteresowanych tematem. Dla reszty zaproponowałbym coś lżejszego i bardziej przystępnego.
Kompleksowe wyjaśnienie, dlaczego katolicyzm wygląda w naszym kraju tak jak wygląda. Autor podjął się tytanicznej pracy przekopania się przez kształtowanie w czasie każdego aspektu wiary, merytorycznie top i nie ma się naprawdę do czego przyczepić. Mnóstwo cytatów, przypisów, książka wypakowana wiedzą po brzegi bez zbędnego lania wody, ale też pełna suchego akademickiego...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toNiestety, smutna prawda o polskim katolicyzmie.
Niestety, smutna prawda o polskim katolicyzmie.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toTu nie chodzi o Kościół. Autorowi chodziło o krytykę Polski i jak zwykle udało mu się to znakomicie. Ciekawe czemu nie pisze o swoim kraju.
Tu nie chodzi o Kościół. Autorowi chodziło o krytykę Polski i jak zwykle udało mu się to znakomicie. Ciekawe czemu nie pisze o swoim kraju.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toAnaliza zjawiska, które w polskim kontekście wydaje się szczególnie istotne – związku katolickiej religii z narodową tożsamością i politycznymi przemianami. Autor podejmuje próbę zrozumienia, jak katolicka wiara, w swej polskiej odmianie, wpłynęła na kształtowanie się współczesnej Polski.
Książka jest próbę odpowiedzi na pytanie, jak katolickie idee z jednej strony wspierały ideologię narodową, a z drugiej – mogły stanowić przeszkodę dla postępu społecznego i politycznego, zwłaszcza w trudnych momentach historii, takich jak XIX-wieczna walka o niepodległość, zmagania z zaborcami, a później – z reżimem komunistycznym.
"Wiara i ojczyzna" jest dla każdego, kto interesuje się współczesną tożsamością Polski i rolą religii w kształtowaniu jej kultury i polityki. Szucs z jednej strony przybliża złożoność relacji między religią a polityką, z drugiej zaś nie unika ukazania ich zawiłości w kontekście różnych historycznych okoliczności.
Analiza zjawiska, które w polskim kontekście wydaje się szczególnie istotne – związku katolickiej religii z narodową tożsamością i politycznymi przemianami. Autor podejmuje próbę zrozumienia, jak katolicka wiara, w swej polskiej odmianie, wpłynęła na kształtowanie się współczesnej Polski.
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toKsiążka jest próbę odpowiedzi na pytanie, jak katolickie idee z jednej strony...
Kakapo – polski katolicyzm (*)
Czasem dobrze jest spojrzeć na zjawisko własnej codzienności z oddali, a do tego zachowane, jakby w formalinie, w konkretnym typie przekazu, który da się prześledzić spójnie w skali stuleci. Katolicyzm w Polsce stanowi utrwalony element zmienności państwowości, narodu, społeczno-etnicznych uwarunkowań. Amerykański historyk z polskimi korzeniami Brian Porter-Szűcs postanowił prześledzić kazania, listy do wiernych, publiczne wystąpienia, prasę katolicką od końca XVIII wieku, by sformułować kilka wniosków odkłamujących mity czy uproszczenia, które deformują fakty. „Wiara i ojczyzna. Katolicyzm, nowoczesność i Polska” powstała z wewnętrznego przekonania autora, że polski katolicyzm nie jest tak monolityczny, tak spójny z modelem narodowej tożsamości, jak wynika z dominującego przekazu. Chociażby literatura, poczynając od romantyzmu, nakarmiła nas w edukacyjnym reżimie sformatowanym rozumieniem związku katolicyzmu z obowiązkami jednostki, historycznymi potrzebami, polityką i narodowo-etnicznymi napięciami.
To, że w Polsce hierarchiczny Kościół watykańskie standardy ‘formował na lokalny rynek’ nie jest przesadnie odkrywcze. Wręcz przyświecać mogła biskupom zasada, że ‘bardzo dużo należy zmienić, by najważniejsze pozostało niezmienione’. Porter- Szűcsowi nie warto zarzucać wybiórczości, bo wielokrotnie pokazał (gdy na przykład podsumował setki listów wiernych do redakcji pewnego pisma religijnego),że szukał wielogłosu. No i on był w próbach liberalizacji w konsekwencji ukazania się encykliki „Rerum Novarum”, w głosie próbującym wyciszać antysemityzm międzywojenny, w niszowych i intelektualnych tekstach „Tygodnika Powszechnego”, w ruchach oddolnych posoborowego otwarcia i społecznych aktywnościach świeckich. Choć to była ważna aktywność, ale jednak mniejszościowa. Do początku XXI wieku, aksjomat ‘Polak-katolik’ spójnie determinował dominujący obraz publicznych postaw, język tekstów religijnych, kierunki poszukiwań wroga, kulturowy namysł, odpowiedzialność dziejową. Jeśli w dobie rozbiorów i powstań narodowych księża zachowywali wstrzemięźliwość (to łagodne podsumowanie dla wyznawanej wtedy gremialnie zasady, że ‘każda władza pochodzi od Boga’, nawet w osobie carskiego namiestnika),to już koniec XIX wieku stanowił konserwatywny zwrot w kierunku pedagogiki strachu – śmierci i potępienia (str. 86) – jako zbioru narzędzi blokujących dostęp w głowach wiernych dla treści bardzo niebezpiecznych. Tymi ‘wywrotowymi nowinkami’ był Zachodni liberalizm, sekularyzacja, kapitalizm, socjalizm i Wschodni komunizm. Jeszcze w pocz. XX wieku endecja odbierana była przez księży jako zagrożenie i nieakceptowana ideologia mogącą rozbić jedność cztero-elementowej konstrukcji: naród-patriota-Polak-katolik. Obustronne kompromisy pozwoliły jednak na solidny sojusz kilka dekad później, gdy Dmowski zredefiniował cele polityczne (str. 332-333). Historyk stara się wydobyć sedno omawianych zagadnień, bez płytkiego (i z reguły nieprawdziwego) odczytania mechanizmów. Stąd ‘łatka antyklerykalna’ nie da się obronić, chociażby po takiej analizie sytuacji pod koniec XIX wieku (str. 168):
„W zaborach rosyjskim i pruskim Kościół stracił niemal cały majątek i władzę, w Galicji było niewiele lepiej. Gdy więc księża zalecali bierność w obliczu nierówności społecznych, wcale nie mieli zbyt dużo do zyskania – przynajmniej w kategoriach doczesnych. Sprzeciw wobec reform wynikał raczej z teologii i ideologii niż z interesu materialnego. Ówczesnym Kościołem rządziło kilka wzmacniających się wzajemnie idei: autorytarna eklezjologia, rygoryzm moralny, który oznaczał przywiązanie większej wago do życia wiekuistego niż do spraw ziemskich (…).”
Przykładów poszukiwania obiektywnego stanu faktycznego religii i wiary Polaków w książce Porter- Szűcsa jest sporo. Dobrze wywiązał się z zadania metodologicznego, które w podsumowaniu przedstawił jako oczywistość dla historyka, a które w jego przypadku stanowiło odtworzenie „dyskursywnej przestrzeni zwanej katolicyzmem” (str. 540-541). „Wiarę i ojczyznę” można potraktować jako monografię bazującą na jednym typie źródeł, w której skomentował autor stosunek katolicyzmu do polityki, modernizmu, społecznej roli kościoła, do Żydów czy status kultu maryjnego. Celowe zawężenie do określonej klasy materiału badawczego, pozwoliło skupić się na zmienności treści, przy zachowaniu daleko posuniętych technik porównawczych. Z całości wyłania się dość spójny obraz ewolucji głównego nurtu myśli katolickiej Polaków, czasem z równolegle rozwijaną klasą dysydenckich postaw i przesileń ideowych.
Wyraźne poukładanie zjawisk w przegródki: ‘główny nurt’, ‘zmiana zasadnicza’, ’detal tymczasowy’, ‘wariacja na temat’, ‘listek figowy’, ‘istota niezmienna’, ‘nowy priorytet’, … stanowi jedną z najmocniejszych centralnych narracji książki. Porter-Szűcs okresowo redefiniował ideologiczny ‘mainstream’ kształtowany w ostatnich 250-ciu latach historii polskiego Kościoła. Chociażby taka obserwacja (str. 220):
„(…) w Polsce narodziła się nowa, znacznie bardziej wojownicza forma katolickiego zaangażowania politycznego. Wielu katolikom trudno pogodzić się z tym, że w liberalnej demokracji nie uznaje się istnienia immanentnej podstawy aksjologicznej, a przy tym nie dopuszczali myśli, że wiarę należy traktować jako sprawę czysto prywatną.”
Odmawianie prawa do nazywania się Polakiem (czyli wtedy, gdy w jakimś zakresie krytykuje się nauczanie Kościoła, wyznaje się określone poglądy polityczne, buduje niespójne z doktryną przekonania obyczajowe,…) stanowi powracające w monografii zjawisko, czasem sprowadzające się do ‘intelektualnej połajanki’, a czasem przeradzające się w zwykłą przemoc i ekskomuniki. Historyk bardzo cierpliwie rekonstruuje falowanie napięć narodowo-etnicznych, które zbyt często były po prostu banalnie niedopuszczalnym ostracyzmem, jeśli akurat brakło formalnych argumentów, a przeciwnika nie dało się ‘zneutralizować erystycznie’. Dwa dość smutne w konsekwencjach cytaty:
„U podstaw mitu Polaka-katolika kryła się zatem tautologia: Polak musi być katolikiem, bo bez katolicyzmu nie może być Polakiem.” (456)
„W wielu cytowanych tu wypowiedziach nie jest jasne, czy jednostka zostaje zbawiona dzięki przyjęciu chrztu i wstąpieniu do Kościoła, czy też dzięki temu, że miała szczęście urodzić się członkiem ochrzczono narodu.” (480)
Petryfikacji wygodnego polityczno-religijnego status quo w XX wieku stało się udziałem wielu uczestników życia publicznego. Hlond, Wyszyński, Dmowski, Piłsudski (socjalista, który uprawiał politykę po części wbrew klerowi pozostając przy tym bezkarnym z racji długoletniej znajomości z przyszłym papieżem kardynałem Rattim). Wszystkim zależało na realizacji własnej nadrzędnej wizji budowy przestrzeni publicznej, w której jednostkę pozostającą niesterowalnym obiektem najlepiej ‘obezwładnić’ narzuconą jej ideologią natury ontologicznej. Polski Kościół w takiej labilności interakcji z polityką doczekał się w analizach historyka ciekawego podsumowani swojej postawy okresu PRL-u (str. 359):
„Skądinąd komunistyczne reżimy Europy Wschodniej słynęły z pruderyjności, a jeśli chodzi o podejście do zasad moralnych, wartości rodzinnych i gustów kulturowych, przywódcom partyjnym bliżej było do kleru niż do młodszych pokoleń Polaków. Dlatego też co najmniej od lat sześćdziesiątych wielu przedstawicieli Kościoła wcale nie uznawało za oczywiste, że PZPR znajduje się w awangardzie wojny przeciwko cywilizacji chrześcijańskiej. Partia uczestniczyła w owej wojnie – to nie ulega wątpliwości – ale raczej nie stanowiła największego zagrożenia.”
Sam XX-wieczny wielogłos, otwarcie na diagnozę społeczną wynikającą z konstytucji soborowej „Gaudium et spes”, oazowe ruchy, akcentowanie godności jednostki, Życiński, Tischner, … , nie wydały się Porter- Szűcsowi czymś wystarczająco żywym i trwałym, czymś co w pełnym wymiarze przygotowywałoby polskich katolików do wyzwań ostatnich dekad. Nie chodzi o to, że akcentowanie przez prymasa Wyszyńskiego ludowego charakteru polskiego katolicyzmu to zło obiektywne. Chodzi o konkretne postawy i ich skutki. Zgadzając się w zasadzie z hasłem biskupa Pelczara, który „przeciwstawiał się wykorzystywaniu Kościoła do promowania tożsamości narodowej lub, co gorsza, powstań zbrojnych” (str. 316),jednocześnie wypadało zanotować jego odrzucenie konstytucji z 1921, która nie wyartykułowała szczególnego statusu katolicyzmu stawiając go na równi z judaizmem i innymi „chrześcijańskimi sektami” (str. 236). Hierarchowie polscy nigdy nie byli przesadnie postępowi w promowaniu wartości, które stanowiły ważne zdobycze ‘nauk pozateologicznych’ i powinny być skrupulatnie dodawane do kanonu moralnych imperatywów. Taki brak elastyczności w wychodzeniu poza sztywnie interpretowany dogmat, to jeden z grzechów głównych księży. Ich ‘pobudka’ w XXI wieku musi wyglądać nieciekawie, skoro permanentnie tkwili w samozadowoleniu. W zasadzie chodziło im o to, że człowiek w ramach wizji wyższego dobra, którym Kościół go obdarowuje, nie może wątpić, musi tę obiektywną wartość przyjąć na wiarę, bez szemrania (str. 541):
„Przez cały ten długi czas zasadniczym punktem odniesienia dla decyzji podejmowanych przez katolików była wiara w transcendentna naturę Kościoła, w eklezjologię, zgodnie z którą Kościół odgrywał w zbawieniu człowieka wyjątkową rolę, jakiej nie mogła odegrać żadna doczesna organizacja. Po soborze watykańskim II, odwołującym się raczej do ‘ludu Bożego’ niż do Ecclesia Militans, z początku wydawało się, że powstanie nowy Kościół, mniej hierarchiczny i klerykalny, bardziej otwarty na uczestnictwo wiernych, lecz ideologia walki okazała się zbyt silna. Zgodnie z ową ideologią katolikom zagrażali liczni, skoordynowani wrogowie, niezbędne zatem stawały się jedność, posłuszeństwo i silne przywództwo.”
Nieco polemicznie. Z jednej strony historyk pokazał nieodmienne dążenie do jedności wokół patriotyzmu religijnego, z drugiej nie był w stanie do końca zwerbalizować racjonalnie rzeczywistości katolickiego antysemityzmu (oraz innych ‘izmów’: ‘antyprotestantyzmu’, ‘antysekularyzmu’, ‘antysocjalizmu’ czy ‘antyliberalizmu’) w dobie wielokulturowości państwa w II RP. Skupiając się na endecji i ‘reakcji homilijnej’ księży na nowe zjawiska, nieco zaniedbał czysto historyczny status geopolityki środkowoeuropejskiej doby upadku cesarstw. W efekcie ‘walec światowych przemian’ (włącznie z migracjami ludności) ‘stał za mgłą i zaledwie majaczył’ jako sformatowany odpowiednio wsad do przesłania budującego uniwersalizm narracji kleru. To taki mój niedosyt jako namysł nad wyborem tematyk i rozkładem akcentów. Dodatkowo mam kilka uwag krytycznych.
W książce zabrakło mi kilku rzeczy, które mogłyby zapewne stanowić jej drugi tom. Po pierwsze ludzie. Świeccy katolicy (i też inny Polacy) są przywołani ‘dość niemrawo’. Praca skupia się na treści kazań i publicznych wystąpieniach kleru, niewiele jest samego społecznego oddźwięki. Trochę więcej jest o polityce (jako zbiorowości decydentów),którzy reagowali na ten przekaz, bądź zmuszali księży do pewnych postaw. Nie ma prawie problemu kobiet, jako zjawiska solidnie ciążącego na całym Kościele. Jest rozdział o fenomenie Maryi i zupełnie ‘zakręcona’ wizja roli kobiet, o którym nawet nie wypada wspominać. Profesor krytycznie przywołuje mizoginię, ale raczej jako dopełnienie kultu Dziewicy. Zabrakło mi również odwołania się do ‘pozakościelnych’ źródeł, które istotnie uczestniczyły w procesie tworzenia i obrony konkretnych idei relacji ‘państwo-naród-religia’. Są świeckie środowiska publicystyczne z całego przekroju (od „Znaku” i „Tygodnika Powszechnego” po „Nasz Dziennik” i „Rycerza Niepokalanej”),jednak niewiele tu niezależnych od ‘katolickości’ publikacji. Uchował się za to Mickiewicz, bardzo zgrabnie uznany za ‘swojego’ po kilku dekadach ‘banicji kulturowej’.
„Wiara i ojczyzna” to pogłębione studium myślenia księży o roli Kościoła w Polsce ostatnich stuleci. Jej lektura nie jest lekka, w związku z licznymi analizami setek wypowiedzi. Nie jest to też jednak tekst filozoficznie zawiły, który zgłębiałby się w ontologię i metafizykę. To raczej ‘wyciąg’ z dominujących katolickich odczytań sensu i celu egzystencji, napomnień i gróźb pod adresem grup ludności, konkretnych postaw, obserwacji przemian społecznych i codzienności świeckich. Dostajemy zatem ciekawy przegląd istotnych kwestii, które przed dekadami zajmowały księży, stanowiły miernik ich horyzontów myślowych, powinowactw i czysto ludzkich subiektywizmów. Lektura bardzo wartościowa, udana i zgodna z deklaracjami wynikającymi z podtytułu. Jeśli ktoś lubi wiedzieć na podstawie czego autor zbudował jakieś przekonanie o poglądach innych, w tej akurat książce dostanie satysfakcjonujące treści.
Przyswajając autorskie podsumowanie zmian i trwałości elementów katolickiej doktryny w tak odczytanej narracji księży, szczególnie tej z XX wieku, dochodzę do wniosku, że dominująca religia w Polsce zakonserwowała (z pewnymi wyłomami w postaci istniejących kontrprzykładów) sporo umów społecznych, które nowoczesność ‘gdzieś indziej’ sumiennie przepracowała. Nieodmienne, spójne, wytrwałe i jednoznaczne dążenie pokoleń hierarchów do zniwelowania różnic między narodem a wiarą, nie mogło pozostać obojętne na progresywny sposób opisu świata, taki w wydaniu ‘naszo-polskim’. Stąd doświadczyłem swoistego déjà vu, czytając w podsumowaniu (str. 537) o rozmowie A. Michnika z D. Wielowiejską z wiosny 2021 o Janie Pawle II, i do tego z ciętym językiem w komentarzu J. Hartmana. Widać, że i w 2023 roku trzeba przepracować ponownie to samo, bo coś się ‘nieredukowalnie kotłuje pod powierzchnią’ 90-ciu % ‘katolickiej deklaratywności’. Ostatecznie sam autor, skupiony na kościelnym deliberowaniu przez dekady o heterodoksji, nie przewidział kilku wyjątkowo czytelnych dziś zjawiskach, które tak bardzo nabrały rozpędu, że wymagały komentarza po 11-tu latach od oryginalnego wydania angielskiego (str. 536):
„Nie przewidziałem jednego, że nowe pokolenie opuści Kościół, zamiast go reformować.”
Sam nie wiem co jest bezpieczniejsze – dewocja czy życie przeniesione do portali społecznościowych. Bo przecież w dalszym ciągu myślenie oparte na racjonalności i nauce nie jest przesadnie modne, co jest z kolei modą odwieczną.
BARDZO DOBRE – 8/10
=======
* Początkowo chciałem umieścić w tytule przemyśleń zwrot o ‘niskich lotach’ polskiego katolicyzmu. Ale papugi nieloty z ich bezradnością ruchową i jednoczesnym przekonaniem o posiadaniu ponadprzeciętnego sprytu (przynajmniej tak je sobie sformatowałem) spowodowało pojawienie się kakapo, skądinąd bardzo ciekawych zwierząt.
Kakapo – polski katolicyzm (*)
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toCzasem dobrze jest spojrzeć na zjawisko własnej codzienności z oddali, a do tego zachowane, jakby w formalinie, w konkretnym typie przekazu, który da się prześledzić spójnie w skali stuleci. Katolicyzm w Polsce stanowi utrwalony element zmienności państwowości, narodu, społeczno-etnicznych uwarunkowań. Amerykański historyk z polskimi...
Rzetelna, wyważona, świetnie napisana i udokumentowana pozycja. Odtrutka na pseudohistoryczne farmazony wygłaszane przez cynicznych polityków, zideologizowanych publicystów i zblatowanych z władzą hierarchów kościelnych. Bardzo wartościowa i potrzebna praca. Zwłaszcza dzisiaj.
Rzetelna, wyważona, świetnie napisana i udokumentowana pozycja. Odtrutka na pseudohistoryczne farmazony wygłaszane przez cynicznych polityków, zideologizowanych publicystów i zblatowanych z władzą hierarchów kościelnych. Bardzo wartościowa i potrzebna praca. Zwłaszcza dzisiaj.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to