Kwantowy złodziej

Okładka książki Kwantowy złodziej
Hannu Rajaniemi Wydawnictwo: Mag Cykl: Jean le Flambeur (tom 1) fantasy, science fiction
336 str. 5 godz. 36 min.
Kategoria:
fantasy, science fiction
Cykl:
Jean le Flambeur (tom 1)
Tytuł oryginału:
The Quantum Thief
Wydawnictwo:
Mag
Data wydania:
2018-03-23
Data 1. wyd. pol.:
2011-02-11
Liczba stron:
336
Czas czytania
5 godz. 36 min.
Język:
polski
ISBN:
9788374808781
Tłumacz:
Wojciech Szypuła
Inne
Dodaj do pakietu
Dodaj do pakietu

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki

Porównaj ceny

i
Porównywarka z zawsze aktualnymi cenami
W naszej porównywarce znajdziesz książki, audiobooki i e-booki, ze wszystkich najpopularniejszych księgarni internetowych i stacjonarnych, zawsze w najlepszej cenie. Wszystkie pozycje zawierają aktualne ceny sprzedaży. Nasze księgarnie partnerskie oferują wygodne formy dostawy takie jak: dostawę do paczkomatu, przesyłkę kurierską lub odebranie przesyłki w wybranym punkcie odbioru. Darmowa dostawa jest możliwa po przekroczeniu odpowiedniej kwoty za zamówienie lub dla stałych klientów i beneficjentów usług premium zgodnie z regulaminem wybranej księgarni.
Za zamówienie u naszych partnerów zapłacisz w najwygodniejszej dla Ciebie formie:
• online
• przelewem
• kartą płatniczą
• Blikiem
• podczas odbioru
W zależności od wybranej księgarni możliwa jest także wysyłka za granicę. Ceny widoczne na liście uwzględniają rabaty i promocje dotyczące danego tytułu, dzięki czemu zawsze możesz szybko porównać najkorzystniejszą ofertę.
Reklama
Reklama

Książki autora

Okładka książki Clarkesworld Magazine, Issue 104, May 2015 Kim Bo-Young, Neil Clarke, Matthew Kressel, Andrew Liptak, Ian Muneshwar, Andrea M. Pawley, A Que, Hannu Rajaniemi, James Van Pelt
Ocena 0,0
Clarkesworld M... Kim Bo-Young, Neil ...
Okładka książki Interzone, #218 October 2008 Daniel Akselrod, Chris Beckett, David Langford, Tim Lees, Hannu Rajaniemi, Lenny Royter
Ocena 4,0
Interzone, #21... Daniel Akselrod, Ch...

Podobne książki

Tania Książka
bestsellery TaniaKsiazka.pl

Oceny

Średnia ocen
6,1 / 10
153 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE

Sortuj:
avatar
92
92

Na półkach:

Bardzo uważnie przeczytałem tę książkę usiłując rozgryźć funkcjonowanie przedstawianego świata. Cytat: „W prawej ręce trzyma karabin kwantopunktowy - liniowy akcelerator wystrzeliwujący semiautonomiczne ładunki koherentne; w lewej ma duchostrzał wyposażony w nanopociski przenoszące gogole, które mają zaatakować system przeciwnika i zalać go kopiami samych siebie.” – pokazuje, że nie jest to proste. Chwała tłumaczowi, że się nie targnął w trakcie swojej pracy. I czytelnikom, że dotrwali do ostatniego zdania tekstu. Przeczytałem, i wielu rzeczy nadal nie rozumiem. Wiem jedno – solidnie się zastanowię zanim sięgnę po tom drugi. Rzecz jest ciekawa ale jednak, jeżeli treść jest w całości zrozumiała tylko dla autora to chyba jest to jakiś mankament…

Bardzo uważnie przeczytałem tę książkę usiłując rozgryźć funkcjonowanie przedstawianego świata. Cytat: „W prawej ręce trzyma karabin kwantopunktowy - liniowy akcelerator wystrzeliwujący semiautonomiczne ładunki koherentne; w lewej ma duchostrzał wyposażony w nanopociski przenoszące gogole, które mają zaatakować system przeciwnika i zalać go kopiami samych siebie.” –...

więcej Pokaż mimo to

avatar
951
271

Na półkach:

Nie wiem co myśleć o tej książce, niby przeczytałem ją z dwie godziny temu ale nie potrafię powiedzieć o ciągu skutkowo-przyczynowym fabuły i co właściwie się wydarzyło.

Jak dla mnie brakuje słownika pojęć bo część tych nazw to tylko nazwa (dla mnie) bez znaczenia a tak dałby jakikolwiek wgłąb w świat.

Opis (przykładowo hiperbolizuję) mówi, że bohater użył wihajstra do nastawienia dynksa i według autora mam czuć zaskoczenie, zmieszanie z pytaniami 'Jak?, 'Dlaczego?' a czuje tylko puste słowa.

Jest też inna możliwość czyli książka przerosła moje zdolności poznawcze.

Nie wiem co myśleć o tej książce, niby przeczytałem ją z dwie godziny temu ale nie potrafię powiedzieć o ciągu skutkowo-przyczynowym fabuły i co właściwie się wydarzyło.

Jak dla mnie brakuje słownika pojęć bo część tych nazw to tylko nazwa (dla mnie) bez znaczenia a tak dałby jakikolwiek wgłąb w świat.

Opis (przykładowo hiperbolizuję) mówi, że bohater użył wihajstra do...

więcej Pokaż mimo to

avatar
875
647

Na półkach: , , , ,

Więzienie przyszłości to wcale nie przelewki i Jean le Flambeur został sobą tylko dlatego, że udaje mu się z niego uciec. Wybitny złodziej, niezrównany w swoim fachu, ma do spłacenia dług. Dopiero gdy to zrobi, będzie mógł być prawdziwie wolny.

Nim sięgnęłam po „Kwantowego złodzieja” byłam wielokrotnie ostrzegana, że to „NAPRAWDĘ hard SF”. Że kolejne tomy są lepsze i że po prostu mam przez pierwszy przebrnąć. Przyjmując te informacje do wiadomości zabrałam się za lekturę, dość prędko orientując się, o co w tym wszystkim chodzi i skąd ta cała trudność w przyswojeniu tej książki.
Warto jednak zaznaczyć, że Hannu Rajaniemi jest fińskim pisarzem dla którego ta wydana po raz pierwszy w 2010 roku powieść była debiutem. Mamy tu więc doczynienia z quasi-amatorem, który pisania się tak naprawdę dopiero uczy. I mam wrażenie, że problemy tej książki (a one jak najbardziej są… w sporej ilości) wynikają w dużej mierze właśnie z tego.
Przeyjdźmy więc może do tej najważniejszej kwestii, czyli tej mitycznej twardości „Kwantowego złodzieja”. Opis wydawcy wyraźnie bowiem sugeruje fantastykę rozrywkową, a nie problemową i fabuła jako taka też to potwierdza. Debiut Rajaniemi NIE JEST książką, która próbuje analizować trudne społecznie tematy, która zajmuje się filozofią czy nauką. Jednocześnie jednak autor zdecydował się dość irytujący zabieg językowy, polegający na wciskaniu takiej ilości dziwnych, futurystycznych słów do tekstu, ile mu tylko wpadnie do głowy. Część z nich wyjaśnia, część nie, ale koniec końców dostajemy powieść napisaną językiem raczej prostym i rozrywkowym… pod warunkiem, że usuniemy te wszystkie „scenografie umysłowe”, „panoptikumy”, plastomaterie” czy „gevuloty”.
Specyficzne słownictwo jest bowiem dobre, ale wtedy, gdy nie ma go nadmiernie i gdy dodane jest dla klimatu lub ekspozycji, a nie po to, by czytelnika zadziwić i zgubić, a mam wrażenie, że właśnie to się tu autorowi wkradło. Przedobrzył – po prostu.
Przez całą tą otoczkę właściwie trudno czasem skupić się na linii fabularnej. Ta jest pozornie prosta, ale czasem po prostu trudno zrozumieć, o co pisarzowi chodzi. Gdy bohater robi [dziwne słowo] i autor nie wyjaśnia nam, czym to jest, możemy się czasem domyślać jedynie z kontekstu. Ja, jako czytelnik fantastyki, byłam w stanie przez to przebrnąć, ale jestem jednak w mniejszości. Przeciętny czytelnik pewnie po prostu by się zirytował i odstawił „Kwantowego złodzieja” na półkę. Nie dziwię się, że ta powieść w ostatnim czasie nie sprzedawała się najlepiej.
To wszystko właściwie psuje efekt, jaki miałaby ta powieść, gdyby była pisana zwyczajnym, niezbyt udziwnionym stylem. Gdyby tylko Jean oraz towarzysząca mu Mieli dostali nieco więcej charyzmy, mogliby stanowić naprawdę ciekawy duet, a sama historia mogłaby dobrze płynąć i świetnie działać. W takiej sytuacji działa jedynie przeciętnie, zwyczajnie. Nie wpada w pamięć na dłużej.
I w takiej chwili warto sobie przypomnieć, że to naprawdę jest… debiut. Mam wrażenie, że pod tą warstwą „hard SF” skrywa się po prostu jeszcze niezbyt doświadczony pisarz, o czym łatwo zapomnieć, gdy regularnie dostajemy zlepkiem trudnych słów, które zdają się brzmieć profesjonalnie. Niestety, to „hard” jest tu właściwie „mową-watą”, która nie wnosi wiele ani do fabuły ani do klimatu. Przeciwnie, wręcz jej przeszkadza.
Nie mogę się też powstrzymać i nie porównać „Kwantowego złodzieja” do „Modyfikowanego węgla” Morgana. W obydwu tych historiach mamy motyw ludzi, których ciało nie zawsze należy do nich, choć w inny sposób. Ponadto całość trochę kojarzyła mi się stylem i takim „męskim” podejściem do tematu, choć tu muszę zaznaczyć, że Rajaniemi przynajmniej na razie wypada lepiej. Nie mamy tutaj dokładnie rozpisanych scen erotycznych (panie Morgan, to było naprawdę kiepskie!), a całość, mimo wszystko, wypada sympatyczniej niż drugi i trzeci tom cyklu o Takeshim Kovacs.
Jako, że kolejne tomy czekają na mojej półce i że podobno mają być lepsze na pewno będę je sprawdzać. Na ten moment wolę się jednak wstrzymać od konkretnego sądu. Mam jedynie nadzieję, że ta przeprawa była tego warta i w kolejnym tomie Rajaniemi pokaże, o co mu z tym całym futuryzmem chodziło.

Więzienie przyszłości to wcale nie przelewki i Jean le Flambeur został sobą tylko dlatego, że udaje mu się z niego uciec. Wybitny złodziej, niezrównany w swoim fachu, ma do spłacenia dług. Dopiero gdy to zrobi, będzie mógł być prawdziwie wolny.

Nim sięgnęłam po „Kwantowego złodzieja” byłam wielokrotnie ostrzegana, że to „NAPRAWDĘ hard SF”. Że kolejne tomy są lepsze i że...

więcej Pokaż mimo to

Reklama
avatar
1265
837

Na półkach: ,

w fińskim wydaniu. ;)
Gdy zobaczyłam cykl Jean le Flambeur Hannu Rajaniemi, fińskiego autora fantastyki, który założył komercyjną organizację ThinkTank Mathematicspomyślałam, że czas przekonać się, jak zapatrują się na science fiction, w tym nieco chłodniejszym zakątku naszego globu. ;) Dlatego też wielkim zaciekawieniem sięgnęłam po pierwszą odsłonę cyklu pod tytułem Kwantowy złodziej.

Złodziej…
"Jean le Flambeur siedzi w więzieniu. I powinien w nim zostać. Oszust, łgarz, niezrównany złodziej, o którego wyczynach krążą legendy. Jego pochodzenie owiewa mgła tajemnicy, za to o jego niesławnych dokonaniach – takich jak wykradnięcie ziemskich antyków z Marsa czy włamanie do rozległego zeusmózgu i kradzież jego myśli – słyszeli wszyscy. Popełnił tylko jeden, jedyny błąd; nie udał mu się jeden skok. I teraz, jeśli chce odzyskać wolność, będzie musiał spróbować ponownie…"

Chyba trochę „nie ogarnęłam kuwety”. ;)
Przemęczyłam. Nie jestem w stanie znaleźć innego lepszego określenia, które oddałoby mój stan po „odstawieniu” książki.

Nie mogę powiedzieć, że nie lubię być wrzucana na głęboką wodę, ale sposób, w jaki zrobił to Hannu Rajaniemi, po prostu zwalił mnie z nóg. Po pierwszych, topornych stronach książki czułam się „przeczołgana” i gdzieś podświadomie czułam, że ciągle „nie ogarnęłam kuwety”.

Dopiero gdzieś tak w połowie, trybiki w mojej głowie przeskoczyły i zaczęłam doceniać wartości tej historii. Rozgryzałam nowe układy polityczne, związki i organizacje. Napawałam się smaczkami technologicznymi — statkiem obdarzonym własną osobowością — zmyślnie stworzoną wizją przyszłości i z przyjemnością poruszałam się po mieście Kazamaty, gdzie wraz z mieszkańcami odliczałam czas do wyciszenia.

Doceniłam też kreację tajemniczego i lekko bezczelnego złodziejaszka, który po uwolnieniu z więzienia próbuje spłacić swój dług, a jednocześnie za wszelką cenę chce odzyskać swoje wspomnienia. No i bawiłam się całkiem nieźle w towarzystwie genialnego, prywatnego detektywa Isidore, który ma dość niezwykłe umiejętności.

To docenienie pewnych wartości w książce nie zmienia jednak faktu, że autor stworzył toporny twór z trochę oklepanym motywem (ktoś uwalnia najlepszego złodzieja i daje mu propozycję nie do odrzucenia) i dla podkreślenia, iż jest to książka z gatunku science fiction, naszpikował ją wrzucanymi, to tu to tam mądrymi słowami.

Podsumowując. Kwantowy złodziej Hannu Rajaniemi nie zachwycił mnie, ale ma pewne walory, które jestem w stanie docenić. Czy przeczytam drugą odsłonę cyklu? Zapewne tak. Jak już się „obwąchałam” ze światem i przebrnęłam przez początkową sieczkę słowną, to teraz już będzie mi już łatwiej poruszać się po tym świecie i odkrywać jego tajemnice. Co się tyczy polecenia książki, to w tym punkcie pozwolę sobie zamilknąć. Decyzję będziecie musieli podjąć sami. ;)

http://unserious.pl/2020/05/kwantowy-zlodziej/

w fińskim wydaniu. ;)
Gdy zobaczyłam cykl Jean le Flambeur Hannu Rajaniemi, fińskiego autora fantastyki, który założył komercyjną organizację ThinkTank Mathematicspomyślałam, że czas przekonać się, jak zapatrują się na science fiction, w tym nieco chłodniejszym zakątku naszego globu. ;) Dlatego też wielkim zaciekawieniem sięgnęłam po pierwszą odsłonę cyklu pod tytułem...

więcej Pokaż mimo to

avatar
72
11

Na półkach: ,

Niepotrzebnie zagmatwane i toporne wprowadzenie, które z czasem ustępuje tradycyjnej narracji, która pozwala ogarnąć i polubić opowieść. Tu i ówdzie bezmyślny futurystyczny język, który potrafi lekko zirytować. Ogólnie książka całkiem dobra i ostatecznie przykuła mnie wystarczająco mocno, aby zaplanować zakup pozostałych dwóch tomów.

Niepotrzebnie zagmatwane i toporne wprowadzenie, które z czasem ustępuje tradycyjnej narracji, która pozwala ogarnąć i polubić opowieść. Tu i ówdzie bezmyślny futurystyczny język, który potrafi lekko zirytować. Ogólnie książka całkiem dobra i ostatecznie przykuła mnie wystarczająco mocno, aby zaplanować zakup pozostałych dwóch tomów.

Pokaż mimo to

avatar
727
359

Na półkach: , ,

Science finction niezbyt często u mnie gości, chociaż wcale nie dlatego, że nie przepadam za tym gatunkiem. Zdecydowanie bardziej przyzwyczajony jestem do fantastyki w odmianach high, low czy też heroic. Ciężko jednak przejść obok pozycji wydawanych przez Wydawnictwo MAG, zwłaszcza że dobra fantastyka naukowa potrafi zapewnić o wiele więcej rozrywki i pokarmu dla umysłu, niż wiele innych książek. Jednak oszukałbym wszystkich, gdybym napisał, że kupiłem trylogię „Jean le Flambeur” jedynie ze względu na gatunek i opis – Wydawictwo MAG miało akurat mega promocję na te książki. A skoro MAG mi się zawsze kojarzył z wysoką jakością, to się skusiłem. Mam trochę wątpliwości, czy ta jakość rzeczywiście jest na wysokim poziomie, ale dam szansę kolejnym tomom.

Czy jeden człowiek jest w stanie ukraść tyle rzeczy, że zaczynają pojawiać się legendy o jego skokach. Jean le Flambeur potrafi, i to właśnie ze względu na jego słodziejski, mistrzowski wręcz fach, siedzi w więzieniu. Powinien w nim zostać, jednak ktoś ma wobec niego zupełnie inne plany. Mistrzostwo w jego rzemiośle – bo tym niemalże stało się dla Jeana złodziejstwo – ma mu przynieść nie tylko wolność, ale również życie. Lub coś, co można nazwać jego namiastką. Choć złodziejowi się to może nie podobać, to jednak nie ma zbyt dużo go powiedzenia – zwłaszcza kiedy w pewnym sensie sam musi sobie torować drogę na wolność.

Trudno mi było przebrnąć przez początek książki – przypominała coś w rodzaju grafomańskiego bełkotu złożonego z mnóstwa neologizmów udających mądre słowa opisujące nowe technologie. To był jeden wielki chaos lingwistyczny, który nie tylko nie pomagał dowiedzieć się o co w ogóle autorowi chodzi, ale utrudniał to zadanie skutecznie. Zagęszczenie trudnych, nic nie znaczących słów było tak ogromne, że kompletnie pozbawiało sensu wszystkie zdania, jakie zostały sklecone. Czytanie tego nie było zbyt przyjemne. Zwłaszcza, że opisywane wydarzenia również nie do końca miały sens i były raczej kiepskim wprowadzeniem do historii. Sama koncepcja, którą próbował przekazać autor była dość zrozumiała, ale niezbyt spójna.

O niebo lepiej było, gdy Hannu Rajaniemi wystrzelał się ze swojej neologicznej amunicji. Po opróżnieniu wszystkich magazynków pozwolił wreszcie czytelnikowi wylądować bezpiecznie na Marsie i nacieszyć się już właściwą historią. Tym razem na całe szczęście wszelkiego rodzaju opisy i nawiązania do tamtejszej technologii były o wiele bardziej zjadliwe – można było nie tylko zrozumieć w jaki sposób działa mniej więcej świat stworzony przez autora, ale również czym są niektóre z tych magicznych słów, które najczęściej niestety niewiele mówiły. Można odnieść wrażenie, że Hannu Rajaniemi bardzo lubi wszelkiego rodzaju wariacje na temat słowa „kwantowe”. ponieważ niemalże wszystko jest kwantowe. Do tego wszystko jest inteligentne, ale w sposób… spolszczony. Znaczy wszystko jest „inteli–”. Smart, ale po polsku.

Autor dość zgrabnie w dalszej części książki przeprowadza czytelnika przez stworzoną przez siebie fabułę. Kiedy akurat postanawia skupić się na historii, to całe technologiczne tło jest dokładnie takie, jakie być powinno – czuć w nim ciężką rękę, ale nie przytłacza swoją obecnością. Wszelkiego rodzaju nowinki, narzędzia, technologie jasno informują, że praktycznie nie istnieje już w tamtejszej rzeczywistości nic „naturalnego”, ale jest to jedynie tło. Można się skupić na powieści i śledzić losy bohaterów, przyglądać się ich poczynaniom oraz czasem nawet z zapartym tchem czekać na rozwój wydarzeń. Czasem jeszcze autorowi się udaje przekształcić tło w pierszy plan, co jest naprawdę bolączką w tej książce. Hard science fiction, a i owszem, ale wypadałoby złapać jakikolwiek sens, chyba że autor stworzył z neologizmów specjalny kod, którego zwyczajnie nie rozumiem i stąd wynika tak ogromne zagęszczenie nowych słów w zdaniach.

Ciekawym zabiegiem jest pomieszanie dwóch typów narracji – fragmenty dotyczące Jeana pisane są z jego perspektywy, opisywane w narracji pierwszoosobowej, natomiast cała reszta opowiada wydarzenia z perspektywy narratora wszechwiedzącego. Nie spotyka się go zbyt często, a umiejętnie wykorztywany potrafi zdynamizować całą powieść. Z jednej strony widzimy bowiem tylko konkretny zakres wiedzy, należący do samego Jeana (który swoją drogą tej wiedzy w pewnym sensie nie ma zbyt wiele), a z drugiej całą resztę prawy lub fałszu, którym karmieni są czytelnicy, jak i wszystkie postacie występujące w książce. „Kwantowy złodziej” jest więc jak widać powieścią, która może wywoływać ambiwalentne uczucia. Można trochę ponarzekać, ale i znaleźć jakieś jasne strony, które zachęcają.

Na pewno z tych ostatnich przykładów, zachęcających, mogę podać zakończenie. Bardzo ładny plot twist, zaskakujący i obiecujący jeszcze większą intrygę w następnym tomie. Co prawda wydarzenia poprzedzające bezpośrednio ostatnie sceny nie należą do zbyt udanych (wszystko potoczyło się zbyt szybko, w ogromnym chaosie i niejako naciągnięte mocno na potrzeby fabuły), ale Hannu Rajaniemi na samym końcu wyszedł z twarzą. Zresztą w sumie nie tylko na końcu, bo historia, którą stworzył, jest intrygująca. Tylko trochę… zbyt chaotycznie podana. Mnie ona kupuje – nie należy do samej czołówki, ale należy pamiętać o tym, że jest to debiut. Debiutom warto wybaczyć sporo, bo nigdy nie wiadomo co przyniosą kolejne książki. Patrząc po opiniach o kolejnych dwóch tomach jest spora nadzieja na poprawę.

Cóż mogę więcej napisać – ciężko jakieś sensowne podsumowanie napisać, które nie byłoby jedynie przepisaniem kolejny raz tych samych słów. Za dużo neologizmów, pchanych wręcz na siłę w niektórych miejscach i będących pierwszym planem, a nie tłem. Ciekawie zapowiadająca się historia. Świat, który wydaje się być bardzo rozbudowany, z konkretną historią wzlotów i upadków, który powoli otwiera się przed czytelnikiem. Dobra stylistyka, lekkie pióro widoczne we fragmentach zawierających więcej fabuły niż samego słowotwórstwa. Ogólnie nie jest dobrze, nie jest też źle i widać potencjał. Myśląc o „Kwantowym złodzieju” mam ambiwalentne uczucia, chociaż ich amplituda nie jest też ogromna. Debiut zawsze staram się oceniać w swojej głowie nieco łagodniej i nie zwracam uwagi na drobne niedopatrzenia, niedociągnięcia czy mniejsze wpadki. Liczę na kolejne tomy i na pewno po nie sięgnę.

Science finction niezbyt często u mnie gości, chociaż wcale nie dlatego, że nie przepadam za tym gatunkiem. Zdecydowanie bardziej przyzwyczajony jestem do fantastyki w odmianach high, low czy też heroic. Ciężko jednak przejść obok pozycji wydawanych przez Wydawnictwo MAG, zwłaszcza że dobra fantastyka naukowa potrafi zapewnić o wiele więcej rozrywki i pokarmu dla umysłu,...

więcej Pokaż mimo to

avatar
2173
628

Na półkach: , ,

Fantastyczna opowieść, wielowątkowa i wcale nie taka prosta. Świat przyszłości, gdzie śmierć jest opcją, a w bitwach kosmicznych strzela się supernowymi. Mnóstwo neologizmów, do których dopiero trzeba dodać znaczenie, aby zrozumieć sens opisywanych zdarzeń. William Gibson i Greg Egan w jednym.
W pierwszym tomie trylogii autor zabiera nas na Marsa, do jednego z ruchomych miast. Kazamaty to połączenie cyfrowej rzeczywistości i XVIII-wiecznej Francji - połączenie z pozoru niewyobrażalne. Główny bohater próbuje tam odnaleźć samego siebie, mamy też zagadkę kryminalną i tajemnicę, która wstrząśnie podstawami egzystencji mieszkańców marsjańskiego miasta.

Fantastyczna opowieść, wielowątkowa i wcale nie taka prosta. Świat przyszłości, gdzie śmierć jest opcją, a w bitwach kosmicznych strzela się supernowymi. Mnóstwo neologizmów, do których dopiero trzeba dodać znaczenie, aby zrozumieć sens opisywanych zdarzeń. William Gibson i Greg Egan w jednym.
W pierwszym tomie trylogii autor zabiera nas na Marsa, do jednego z ruchomych...

więcej Pokaż mimo to

avatar
259
78

Na półkach: , ,

Książka była reklamowana jako hard science-fiction i kupiłam całą trylogię, ponieważ ostatnio zasmakowałam w tym gatunku. Niestety, czekało mnie ogromne rozczarowanie, ponieważ w moim odczuciu ta książka nie jest „hard”. Przekonanie autora, że będziemy bogami, kiedy już rozgryziemy wszystkie te najmniejsze cząsteczki i nauczymy się nimi manipulować, to za mało. Od twardej fantastyki oczekuję, że się czegoś nowego nauczę. Nie przeszkadza mi nawet, że co rusz muszę biegać do wujcia Gugla, żeby zapytać, co znaczy to czy tamto. Pod warunkiem, że wiem, o co pytać.

Może jestem niesprawiedliwa wobec autora, może ktoś z doktoratem z fizyki (najlepiej kwantowej) zrozumie, co też Hannu Rajaniemi miał na myśli, jednak ja nie jestem tak uczona i momentami miałam wrażenie, że czytam nie science-fiction, ale science-bełkot. Słowa kwant, kwantowy, kwantowo pojawiają się na co drugiej stronie, ale w jaki sposób te najmniejsze cząsteczki umożliwiają to, co umożliwiają, autor już niestety nie tłumaczy.

W ogóle Rajaniemi ma problem z wyjaśnianiem czegokolwiek. Zabiera czytelnika w odległą przyszłość, w której ludzie zamieszkują już chyba cały układ słoneczny, powstały nowe twory polityczne, gospodarcze, organizycyjne. Zostajemy wrzuceni do tego świata, którego nie rozumiemy, między ludzi, a raczej postludzi, z którymi nie mamy nic wspólnego i powinniśmy się sami zorientować, o co w tym uniwersum chodzi. Mnie się to nie udało. Nadal nie znam wszystkich graczy, nie wiem kto z kim, a kto przeciw komu gra i nie mam pojęcia o jaką stawkę. Nie czuję się w tym świecie „u siebie”, a powinnam. Mam raczej wrażenie, jakbym odbyła podróż po jakimś egzotycznym kraju, podziwiając go jedynie zza szyby autokaru i na dodatek była to wycieczka bez przewodnika.

Sama fabuła jest banalna, a pomysł nienowy. Ot, ktoś chce coś ukraść, uwalnia więc z więzienia najlepszego złodzieja i daje mu propozycję nie do odrzucenia. Aby dokonać owego skoku, złodziej potrzebuje kilku rzeczy, które wcześniej ukrył w trudno dostępnych miejscach. Rusza więc, aby je odzyskać, rzecz jasna pod nadzorem zleceniodawcy. Oczywiście, ponieważ cała historia rozgrywa się na poziomie kwantowym, nie chodzi o zwykłe, materialne przedmioty.

I żeby już ostatecznie dobić autora i jego dzieło... W trakcie lektury narastało we mnie głębokie przekonanie, że neurobiolog do spółki z informatykiem poradziliby sobie z tym tematem lepiej niż fizyk matematyczny. A przynajmniej wyszłoby im coś bardziej zrozumiałego.

Nie wrzucam na czarną listę chyba tylko dlatego, że jestem masochistką i zamierzam kiedyś doczytać trylogię Rajaniemiego do końca.

Książka była reklamowana jako hard science-fiction i kupiłam całą trylogię, ponieważ ostatnio zasmakowałam w tym gatunku. Niestety, czekało mnie ogromne rozczarowanie, ponieważ w moim odczuciu ta książka nie jest „hard”. Przekonanie autora, że będziemy bogami, kiedy już rozgryziemy wszystkie te najmniejsze cząsteczki i nauczymy się nimi manipulować, to za mało. Od twardej...

więcej Pokaż mimo to

avatar
540
271

Na półkach: ,

Pierwsze kilkanaście stron ciężej mi podchodziło, ale ogólnie takie rzucanie na głęboką wodę lubię. Historia jest dobrze napisana, a bohaterowie pełnokrwiści. Zobaczymy jednak, do czego będzie to wszystko dążyć.

Pierwsze kilkanaście stron ciężej mi podchodziło, ale ogólnie takie rzucanie na głęboką wodę lubię. Historia jest dobrze napisana, a bohaterowie pełnokrwiści. Zobaczymy jednak, do czego będzie to wszystko dążyć.

Pokaż mimo to

avatar
1036
1022

Na półkach: , , ,

6,5/10

6,5/10

Pokaż mimo to


Cytaty

Więcej
Hannu Rajaniemi Kwantowy złodziej Zobacz więcej
Hannu Rajaniemi Kwantowy złodziej Zobacz więcej
Hannu Rajaniemi Kwantowy złodziej Zobacz więcej
Więcej
zgłoś błąd