Tomasz Wojewoda 
melanz-literacki.blogspot.com
30 lat, mężczyzna, Rzeszów, status: Oficjalny recenzent, dodał: 50 książek i 18 cytatów, ostatnio widziany 52 minuty temu

Oficjalne recenzje

12-12-2018
Oficjalna recenzja

Piotr Milewski zafascynowany lekturą dzieła Daniela Vettera postanowił udać się w podróż śladami Czecha. Od tej pory siedemnastowieczne źródło stanie się azymutem tej podróży. Ale nie była to jedyna przyczyna wyjazdu Milewskiego na Islandię. Autor ma bowiem szczególne zamiłowanie do wysp. Można tu nawet mówić o filozofii, którą najprościej dałoby się streścić jako „konieczność wyspy”.

20-11-2018
Oficjalna recenzja

Nie jest łatwo napisać w kilku zdaniach, kim był Leonard Cohen – tak by nie otrzeć się o banał. Jego wielokierunkowa, silnie autobiograficzna twórczość i myśl sprawiają wrażenie precyzyjnie skonstruowanego i przemyślanego programu, który twórca realizował przez całe swoje życie.

Teraz czytam
  • Miłość to piekielny pies. Wiersze z lat 1974-1977
    Miłość to piekielny pies. Wiersze z lat 1974-1977
    Autor:
    Bukowski zaczął pisać wiersze w wieku lat trzydziestu pięciu, a więc gdy miał już dawno za sobą swój debiut prozatorski. Najbardziej płodnym poetycko okresem były lata sześćdziesiąte - opublikował w t...
    czytelników: 925 | opinie: 12 | ocena: 7,69 (195 głosów) | inne wydania: 2
  • Prom przez Kanał la Manche
    Prom przez Kanał la Manche
    Autor:
    Poezja Arłou'a to zapis przeżyć, wrażeń z lektur i podróży oraz refleksji człowieka współczesnego. Biały wiersz narzuca prywatny ton wypowiedzi, którą paradoksalny humor i z lekka ironiczny dystans ch...
    czytelników: 6 | opinie: 1 | ocena: 7 (2 głosy)

Pokaż biblioteczkę
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2019-01-15 21:20:16
Ma nowego znajomego: czytacz
 
2018-12-30 21:29:22
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Literatura rosyjska, Posiadam

KROKODYLIADA I POMADOWSZCZYZNA

Połączenie tytułu i okładki wskazywało na powieść, dziejącą się w redakcji słynnego radzieckiego, propagandowego czasopisma o tym tytule – skoro Dymitr Szostakowicz potrafił w latach sześćdziesiątych skomponować „Pięć romansów do tekstów z tygodnika „Krokodił” na bas z fortepianem”, to dlaczego by ktoś nie miał napisać o tej gazecie powieści? Trop okazał się...
KROKODYLIADA I POMADOWSZCZYZNA

Połączenie tytułu i okładki wskazywało na powieść, dziejącą się w redakcji słynnego radzieckiego, propagandowego czasopisma o tym tytule – skoro Dymitr Szostakowicz potrafił w latach sześćdziesiątych skomponować „Pięć romansów do tekstów z tygodnika „Krokodił” na bas z fortepianem”, to dlaczego by ktoś nie miał napisać o tej gazecie powieści? Trop okazał się błędny – czasopismo „Krokodił” występuje co prawda w powieści Kantora, ale w zupełnie epizodycznej roli. Głównym bohaterem (choć bliżej mu do antybohatera) jest niejaki Lowa Pomadow – zbliżający się do pięćdziesiątki, wyłysiały, otłuszczony i skośnooki pracownik redakcji czasopisma filozoficznego. Nieudany naukowiec, który przez swój alkoholizm nie zrobił kariery. Akcja rozgrywa się pod koniec lat siedemdziesiątych w Moskwie, stąd też i całe historyczne tło powieści – schyłek epoki Breżniewa, zmagania z cenzurą, którą u Kantora symbolizuje redaktor naczelny, donosicielstwo, strach przed podsłuchami, słowem – totalitaryzm w pełnej krasie.

Pomadow, nie chcąc uchodzić za przedstawiciela burżuazji, co było podówczas najgorszą obelgą, brata się z ludźmi nie przystającymi do niego intelektualnie, rozróżniając ludzi niepotrzebnych i ludzi zbędnych. Ludzie zbędni, powtarza za Turgieniewem – to ci, którzy są „nośnikami myśli, a stąd i historii”. „A potem przyszli ludzie nowi, którzy napadli na zbędnych ludzi za to, że ci nie umieli pracować”. Pomadow, rzecz jasna sam zalicza się do zbędnych i być może dlatego musi pisywać artykuły naukowe za bardziej od niego utytułowanych naukowców. Dlatego też pije na umór, krzywdzi ludzi (zwłaszcza kobiety) i w nieustannym ciągu uprawia pijacką peregrynację po Moskwie, tak zwaną moscoviadę (skojarzenie z tytułem znakomitej powieści Jurija Andruchowycza jest jak najbardziej na miejscu). Powieść jest relacją z jednego, być może ostatniego dnia życia Lowy Pomadowa, którego zaczyna prześladować krokodyl. „Pijacki majak, sumienie, fatum czy kara boska?” – nie wiadomo, czym jest, ale gdy dochodzi do głosu przedstawia się jako biblijny Lewiatan.

Ale to z pewnością nie jest tylko opowieść o alkoholizmie. Alkohol jest u Kantora zarówno przyczyną, jak i skutkiem. „Krokodyl” jest powieścią o rosyjskiej duszy, a konkretnie o jej słabościach, i o fatalizmie wschodniego losu, który niczym specyficzna roślina – rośnie, gdy jest obficie podlewany wyrobami monopolu spirytusowego. Na początku książki bohaterowie wpadają na trop staroruskiego poematu o „Niedoli-Złym Losie”. Mimo iż opowiada o zdarzeniach sprzed wieluset lat, Pomadow jednak na tyle się utożsamia się z tym tekstem, że zaczyna uważać się za jego bohatera. Wydaje mi się, że poemat o Niedoli-Złym Losie dobrze oddaje istotę książki Kantora.

Trudno uznać „Krokodyla” za arcydzieło, ale jest to powieść bardzo soczysta i dosadna. A także symboliczna i erudycyjna – w prozie Władimira Kantora można rozpoznać echa rosyjskich klasyków, jak Dostojewski, Bułhakow, czy Jerofiejew. Z tym, że atmosfera powszechnego imposybilizmu, jest w „Krokodylu” jeszcze bardziej dojmująca niż w „Moskwie-Pietuszki”. Wieniczka żył przynajmniej nadzieją na zobaczenie jaśminu kwitnącego w Pietuszkach, czy też na spotkanie z ukochaną na peronie. Lowa Pomadow snuje co prawda jakieś plany, niby rozwija jakieś widmowe teorie filozoficzne, ale już bezwładnie tonie- w mniej lub bardziej metaforycznych odmętach. Określeniem tego stanu jest wymyślony przez Kantora, a pochodzący od nazwiska głównego bohatera neologizm – „pomadowszczyzna”. Słowa tego, używają żartobliwie przyjaciele Lowy, zwłaszcza gdy jest on pijany, na odzwierciedlenie jego życiowej postawy. Pomadow jest osobą nieprzeciętnie inteligentną, marnuje jednak swój talent, pijąc z kim popadnie i nie dbając o własną przyszłość. Autor jednak nie sugeruje żadnych rozwiązań, ani też nie prawi wątpliwych morałów – ustawia czytelnika w roli bezwolnego obserwatora. Dlatego powieść ta jest czymś więcej niż prymitywną antyalkoholową agitką.

Pomimo tak poważnej tematyki, autor nie waha się w kilku miejscach posłużyć komizmem – tak elementarnym, jak i złożonym. Wystarczy chociażby spojrzeć na to, jak Kantor opisuje stypę. Widać za to wyraźnie, że w „Krokodylu” – co wynika pewnie po trosze z profesji autora – bardzo silny jest wątek filozoficzny. Zasygnalizuję tu jedynie snutą przez głównego bohatera teorię kalejdoskopu – w myśl której, jeśli potrząśniemy całym własnym życiem, jak kalejdoskopem – nieodwracalnej zmianie ulegnie cały wzór i nie wiadomo, co otrzymamy. „Krokodyl” jest książką, w której istotną rolę odgrywa symboliczna warstwa powieści. Jednym z najważniejszych symboli jest u Kantora bagno. Bagnem jest przede wszystkim życie Pomadowa, ale autor podsuwa nam inny ciekawy trop, jakoby Moskwa była miastem zbudowanym właśnie na terenach bagiennych, dlatego takie, a nie inne jest w niej życie, dlatego też może stać się wylęgarnią krokodyli. Zresztą, do rangi symbolu urasta również sam, nieustannie prześladujący Pomadowa krokodyl, który nie wiadomo, czym w istocie jest i czy spotkanie z nim jest doświadczeniem rzeczywistym, czy raczej wytworem pijanej jaźni bohatera.

Na osobny akapit tej refleksji zasługuje niecodzienne wydanie książki. Zupełnie nieznane mi warszawskie Wydawnictwo Akademickie Dialog postawiło na innowacyjność i zaproponowało czytelnikom kwadratową książeczkę o wymiarach 165x165 mm, wyposażoną w zakładkę w kształcie tytułowego gada. Nieparzyste strony książki podzielone zostały na dwie części – z lewej strony znajduje się inaczej sformatowany niż na stronach parzystych tekst powieści – obok, oddzielona kreską wyziera pusta przestrzeń. To, co może się wydawać karygodnym marnotrawstwem miejsca, pod koniec staje się przestrzenią do, całkiem realnej, obecności tytułowego krokodyla. „Pod koniec książki gad wchodzi na scenę. Z woli Czytelnika może się poruszać. W tym celu należy kartkować szybko za pomocą kciuka, nie spuszczając krokodyla z oczu”. Daje to czytelnikowi możliwość jeszcze pełniejszego uczestnictwa w losie Lowy Pomadowa, wejścia w stan jego prześladowanego umysłu. Książka została zilustrowana przez Bohdana Butenkę – wyjątkowy i niemożliwy do pomylenia z żadnym innym styl tego rysownika wywołuje u mnie spore pokłady nostalgii, jako że dobrze pamiętam jego rysunki z książek dzieciństwa, sygnowane „Butenko pinxit”.

W przypadku Władimira Kantora można zaryzykować stwierdzenie, iż twórczość beletrystyczna jest jedynie marginesem jego twórczej działalności, swoistym produktem ubocznym myśli. Na co dzień bowiem Kantor, doktor nauk filozoficznych i profesor Państwowego Uniwersytetu Ekonomicznej Szkoły Wyższej w Moskwie jest historykiem kultury rosyjskiej i zajmuje się kondycją rosyjskiej inteligencji. W 2005 roku jego nazwisko znalazło się w opublikowanym przez „Le Nouvel Observateur” rankingu dwudziestu pięciu znaczących myślicieli współczesności. Warto dodać, że ranking ten jest publikowany raz na czterdzieści lat i że nazwano go tam „twórczym kontynuatorem myśli Fiodora Dostojewskiego i Władimira Sołowiowa. Takich słów nie rzuca się na wiatr. Nie można odmówić Władimirowi Kantorowi umiejętności sprawnego konstruowania fabuły. Uwaga ta jest bardzo istotna, ponieważ wiem z doświadczenia, że naukowcy bardzo rzadko bywają dobrymi prozaikami, nie mogąc uwolnić się spod wpływu dusznych akademickich klimatów i związanego z tym hermetycznego fermentu. Tymczasem powieść Kantora czyta się naturalnie, płynnie i bez oporów.

„Krokodyl” Władimira Kantora to bardzo dobry przykład literatury pijackiej. Henryk Bereza stwierdził, że w dwudziestym wieku odkrycia w literaturze możliwe są już tylko na marginesach – i z marginesem dwudziestowiecznej rosyjskiej powieści mamy tu z całą pewnością do czynienia. Dwudziestowiecznej, bo choć „Krokodyl” dotarł do czytelnika polskiego w 2007 roku, to został opublikowany siedemnaście lat wcześniej, u schyłku ZSRR – w 1990 roku. Wielka szkoda, że to jak dotąd jedyny utwór rosyjskiego humanisty, który doczekał się swojego przekładu na język polski. Gdybym był wydawcą, z pewnością bez chwili wahania podjąłbym starania o prawa do przekładów kolejnych powieści Kantora. W kolejce czekają jeszcze: „Dwa domy”, „Pogromca szczurów”, „Pociąg Kolonia-Moskwa”, „Notatki z na wpół martwego domu” i „Twierdza”, która podobno podejmuje niektóre wątki, zasygnalizowane w omawianej powieści. Dla mnie „Krokodyl” jest dowodem na to, że warto czasem sięgnąć na margines literatury, bo można tam znaleźć bardzo wartościowe i nienależycie docenione utwory.

pokaż więcej

 
2018-12-29 20:37:33
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Klasyka, Literatura niemiecka, Nobliści, Posiadam
Seria: Nike

NIE ŚPIĘ, BO CZYTAM BÖLLA

„Utracona cześć Katarzyny Blum” to niewielka powieść, ale jej siła rażenia jest wprost potworna. To utwór bolesny, prawdziwy i niezwykle potrzebny, szczególnie w dzisiejszych czasach.

Po zakończonych niepowodzeniem protestach studenckich w roku 1968, Niemcami Zachodnimi co chwila wstrząsały kolejne ataki terrorystyczne, przeprowadzane przez skrajnie lewicowe bojówki...
NIE ŚPIĘ, BO CZYTAM BÖLLA

„Utracona cześć Katarzyny Blum” to niewielka powieść, ale jej siła rażenia jest wprost potworna. To utwór bolesny, prawdziwy i niezwykle potrzebny, szczególnie w dzisiejszych czasach.

Po zakończonych niepowodzeniem protestach studenckich w roku 1968, Niemcami Zachodnimi co chwila wstrząsały kolejne ataki terrorystyczne, przeprowadzane przez skrajnie lewicowe bojówki spod znaku RAF (Frakcja Czerwonej Armii, inaczej zwana grupą Baader-Meinhoff). Na początku lat siedemdziesiątych, bulwarówki w rodzaju „Bilda”, czy „Die Welt” próbowały zrzucić na tę terrorystyczną organizację odpowiedzialność za prozaiczny napad na bank. Heinrich Böll (1917-1985), zawsze bardzo aktywny w kwestiach społecznych, zaprotestował przeciwko oszczerstwom, nieopartym na solidnych dowodach. Odpowiedzią była brutalna kampania brukowców przeciwko pisarzowi, którego oskarżono o gloryfikację terroryzmu. Ataki przybrały na sile, gdy w 1972 roku Böll został uhonorowany Literacką Nagrodą Nobla. „Utracona cześć Katarzyny Blum” została napisana dwa lata później i trudno ukrywać, że była osobistą zemstą pisarza, co widać już w specyficznej przedmowie: „Osoby i akcja niniejszego opowiadania są całkowicie zmyślone. Jeśliby natomiast przedstawione w nim pewne praktyki dziennikarskie przypominały praktyki gazety «Bild», nie jest to ani zamierzone, ani przypadkowe, lecz nieuniknione”.

Fabuła powieści Bölla miała uderzać prawdopodobieństwem i dlatego właśnie jest niesłychanie prosta. Katarzyna Blum, dwudziestosiedmioletnia pomoc domowa, osoba ze wszech miar uczciwa, skrupulatna i pruderyjna (w pewnych kręgach nazywana była „Mniszką”) spędza noc z przypadkowo poznanym na ostatkowej prywatce mężczyzną, Ludwikiem Göttenem, który, jak się okazuje, jest poszukiwany przez policję w związku z podejrzeniami o zabójstwo i dezercję. W ten sposób Katarzyna zostaje wplątana w całą aferę, problem w tym, że jej zeznania zostają ujawnione publicznie, co w konsekwencji powoduje wściekłą nagonkę bulwarówek, kierowaną przez dziennikarza o nazwisku Tötges. Stawia się jej zarzuty o współudział, nielegalne przywłaszczenie sobie majątku, jest uważana za złodziejkę, komunistkę, prostytutkę. Znalazłszy się w samym środku typowo kafkowskiej sytuacji, całe jej życie legnie w gruzach. W ciągu zaledwie czterech dni Katarzyna Blum przekształca się w morderczynię.

Czynnikiem decydującym o skali całego zdarzenia okazał się nakład – niektóre czasopisma zadawały sobie trud rzetelnego opisywania sprawy Katarzyny Blum, ale, niezwykle wymowne jest retoryczne pytanie postawione przez tytułową bohaterkę: „kto to czyta?”. Wszyscy czytają GAZETĘ. To pokazuje jasno, że głównym sprawcą nie jest sama gazeta, a społeczeństwo, które wytwarza zapotrzebowanie na tego rodzaju „publicystykę”. Tak jak kiedyś chleba i igrzysk, u Bölla lud potrzebuje tak zwanej „prostej prawdy”. Tymczasem prawda nigdy nie jest prosta.

Może właśnie dlatego styl powieści Heinricha Bölla jest taki, jaki jest. Niezwykle wyrachowany i ascetyczny. Sprawozdawczy i rzeczowy. Po to, by ani na krok nie zbliżyć się do tego, przeciwko czemu jest skierowany. Morderca jest znany od początku, gdyż to nie jest powieść sensacyjna. Niemiecki noblista przyjął funkcję sprawozdawcy, ma streszczać, a nie wydawać wyroki. W powieści ani jedna kropla krwi nie zostaje przelana na oczach czytelnika, „jeśli coś ma tutaj w ogóle płynąć, to nie krew”. Zawiedzionych tym faktem odbiorców, pisarz odsyła „do telewizji i kina na dreszczowce i musicale”. Naprawdę, kontrast pomiędzy tym, o czym Niemiec opowiada a sposobem, w jaki to czyni, potęguje wstrząsające wrażenie. Böll, rzeczowością swojego opisu sięga najdalej, jak się da – aż do granic naturalizmu. Gdy relacjonuje konsekwencje sprawy, wspomina o dalszych losach adwokata Katarzyny Blum, Blorny, który w wyniku sprawy utracił poważanie, nie pomijając nawet opisu zaniedbanej przezeń higieny osobistej i zapachu z ust.

Böll, mimo że konstruuje fikcję, zdaje sobie sprawę z prawdopodobieństwa tego, iż może się ona wydarzyć naprawdę, dlatego jego narracja jest maksymalnie rzeczowa i rzetelna. Stąd wielokrotnie powtarzane przez narratora słowo „jakoby” i oparcie konstrukcji powieści na źródłach – fikcyjnych, ale przecież prawdopodobnych. Niemiecki pisarz poprzedza „Utraconą cześć Katarzyny Blum” swoistą teoretyczną podbudowę, która służy mu do szczegółowego opisu kompozycji książki. I tak, nawiązując do dziecięcej zabawy kałużami (łączenie za pomocą patyka), wprowadza pojęcie kondukcji – co nasuwa wniosek, że w celu zachowania jak najpełniejszego obiektywizmu Böll jest zmuszony do tkania narracji z wielu odrębnych dokumentów i zeznań. Z góry zaznacza, iż może się zdarzyć, że jego relacja zacznie się „rozpływać” – należy bowiem, pozostając w wodnej metaforyce, uwzględnić możliwe „zaczopowania, spiętrzenia, zapiaszczenia, chybione źródła nie dające się połączyć a także prądy podskórne itd.. itd.”.

Powieść Bölla jest oskarżeniem skierowanym pod adresem tabloidyzacji prasy, mam jednak wrażenie, że w kontekście polskim przestała ona być największym problemem. Tytuły artykułów w rodzaju „Nie śpię, bo trzymam kredens” (który starałem się sparodiować w tytule recenzji), czy „Kołdra chciała mnie udusić”, mogą budzić co najwyżej politowanie i każdy, nawet przeciętnie inteligentny człowiek będzie wiedział, z czym ma do czynienia. Większego zagrożenia upatrywałbym gdzie indziej – żyjemy bowiem w czasach, w których skrajnie relatywizuje się prawdę, podporządkowując ją poglądom politycznym i partyjnym interesom. Żyjemy w czasach postprawdy – nie żadnych „fake newsów”, bo trudno zaprzeczyć, że to popularne w ostatnich latach pojęcie używane jest przede wszystkim do określania prawdy niewygodnej dla drugiej strony sporu. Oczywiście, szczególne nasilenie tych zjawisk da się obserwować od ponad trzech lat, czyli po zmianie władzy na tak zwaną „prawą i sprawiedliwą”, ale należy uczciwie przyznać, że odpowiedzialność za obecny stan rzeczy spoczywa na obu stronach politycznego sporu w Polsce. Dlatego właśnie „Utracona cześć Katarzyny Blum” może być bronią obosieczną.

Czytajcie Państwo Heinricha Bölla, a w szczególności „Utraconą cześć Katarzyny Blum”. Póki czas, zanim przemoc doprowadzi do tego, do czego może doprowadzić. Być może twórczość niemieckiego noblisty stanie się drogą do opamiętania. Nie śpię, bo czytam Bölla? Przeczytałem Bölla, ale nadal nie śpię.

pokaż więcej

 
2018-12-27 20:34:44

NIE TYLKO DLA „BUDYNIOWYCH CZYTELNIKÓW”

Olof Lagercrantz (1911-2002) napisał ten esej, mając całkowitą świadomość, że porywa się na rzecz niemożliwą – „trudno o temat bardziej rozległy i częściej komentowany niż temat przedstawiony w tej książce”. Pisarz ostrzega czytelnika, by nie postrzegać jego eseju jako poradnika: „Niech Bóg mnie chroni przed taką interpretacją. Chodzi tu tylko i kilka...
NIE TYLKO DLA „BUDYNIOWYCH CZYTELNIKÓW”

Olof Lagercrantz (1911-2002) napisał ten esej, mając całkowitą świadomość, że porywa się na rzecz niemożliwą – „trudno o temat bardziej rozległy i częściej komentowany niż temat przedstawiony w tej książce”. Pisarz ostrzega czytelnika, by nie postrzegać jego eseju jako poradnika: „Niech Bóg mnie chroni przed taką interpretacją. Chodzi tu tylko i kilka spostrzeżeń i wspomnień wyniesionych z życia spędzonego w krainie czytelników i pisarzy. O kilka fragmentów”. Rzeczywiście Olof Lagercrantz, jak się zdaje, spędził swoje długie życie wśród pisarzy czytelników. Jest to postać u nas prawie zupełnie nieznana, dlatego warto choć pokrótce przybliżyć jego sylwetkę. Lagercrantz zaczynał swoją karierę literacką jako młody poeta (pierwszy tom poezji wydał w wieku 24 lat), który jednak szybko „zrzucił swój liryczny mundurek”. Był pisarzem, krytykiem literackim, wykładowcą. Szczególne uznanie zdobył jako autor esejów i biografii, w swojej twórczości szczególnie poświęcił się takim twórcom, jak Dante, Swedenborg, Conrad, Joyce, czy Strindberg, którego biografia jest jedyną oprócza „O sztuce czytania i pisania” pozycją Lagercrantza przełożoną na język polski. Mamy tu zatem do czynienia z doświadczonym przedstawicielem szwedzkiej humanistyki – uwaga ta była konieczna, gdyż do napisania zbioru esejów z pozycji znawcy, potrzebny jest stosowny, nadający wiarygodność mandat. Oprócz doświadczenia, na korzyść Lagercrantza przemawia jego wiek – w chwili opublikowania eseju „O sztuce czytania i pisania” miał już 74 lata.

Mówi o czytelniku, jako o współtwórcy książki – wspominając, że najwyraźniej zapomnieli o tym fakcie „dwaj literaccy bohaterowie stulecia, Marcel Proust i James Joyce, [którzy] sami zużywają cały zapas tlenu” i „uśmiercili starą sztukę opowiadania i stworzoną przez nią wspólnotę”. Prowokuje to do postawienia pytania, czy u Lagercrantza teoria przekłada się na praktykę i czy szwedzki pisarz zaprasza czytelnika do współtworzenia eseju „O sztuce czytania i pisania”. I tak i nie – bowiem Lagercrantz przeplata fragmenty uniwersalne z bardzo osobistymi, „fruwając sobie od zachwytu do zachwytu” nad pisarzami, którym poświęcił dużą część swojego twórczego życia – Strindbergowi i Conradowi. „O sztuce czytania i pisania” jest w gruncie rzeczy balansowaniem pomiędzy prostotą wykładu, a akademickim fermentem – co powoduje, że – przynajmniej moim zdaniem – momentami u Lagercrantza trochę wieje nudą. Szwed przywołuje również sformułowaną przez Henry’ego Jamesa koncepcję „czytelnika budyniowego” – który rzuca się na książkę, jak na budyń, pochłania ją i szybko o niej zapomina. Wydaje mi się, że „O sztuce czytania pisania” to lektura dla każdego rodzaju czytelnika – również tego, którego tak zgrabnie określił James.

Co się dzieje, gdy czytamy? Czy czytanie jest rzeczą dobrą? Jak należy czytać? Czy można nauczyć się pisać? Dla kogo pisze autor? – większość spośród dziewiętnastu rozdzialików książki otwierają interrogatywy, zaglądające za kulisy czytania – tej czynności, którą uważa (obok pisania) za „znaczną część działalności człowieka”. Jedno z najważniejszych pytań postawionych przez Lagercrantza brzmi: „czy literatura piękna (…) czyni nas lepszymi ludźmi?”. W odpowiedzi przywołuje historię swojego znajomego handlarza ryb, który przez czterdzieści lat nie przeczytał ani jednej zmyślonej historii, a jednak trudno uważać go było za człowieka pośledniejszego gatunku.

Ta niewielka książeczka ma jedną niepodważalną zaletę, już na pierwszy rzut oka widoczną – jest solidnie opatrzona przypisami i dlatego, choć jest to dzieło powstałe blisko trzydzieści pięć lat temu, może być istotnym źródłem informacji na temat szwedzkiej literatury i kultury, wciąż niezwykle mało znanej w Polsce, poza nielicznym gronem filologów szwedzkich. Przeciętnemu czytelnikowi powinno być znane nazwisko Augusta Strindberga, Klasa Östergrena, czy Tove Jansson, bardziej zaawansowani powinni też słyszeć o poecie Pärze Lagerkviście, czy o krytyku Horace’u Engdahlu, sekretarzu Akademii Szwedzkiej, który przez dziesięć lat ogłaszał nazwisko kolejnych laureatów literackiego Nobla, jednak literatura szwedzka to w dużej większości nadal terytorium nieznane. Lagercrantz podsuwa wiele interesujących, domagających się bardziej szczegółowego zbadania tropów.

W zbiorze esejów szwedzkiego humanisty znajdziemy również polskie wątki. Poza bezgraniczną i programową fascynacją prozą Josepha Conrada, Olof Lagercrantz oddaje jeszcze hołd innemu wielkiemu Polakowi – wynalazcy esperanta, Ludwikowi Zamenhofowi, którego grób odwiedził na cmentarzu żydowskim w Warszawie, dokąd udał się w poszukiwaniu śladów getta, a to z kolei za sprawą lektury pamiętników z warszawskiego getta Chaima A. Kaplana. Lagercranz stwierdza rzecz wzruszającą: „Chaim A. Kaplan, Zamenhof i Conrad to na swój sposób słudzy słowa. Wszyscy trzej pochodzą z tego miejsca w Europie, które dotknęły większe porcje cierpienia niż jakiekolwiek inne”.

Niestety, odbiór eseju Lagercrantza utrudnia niechlujne i momentami bardzo kulejące tłumaczenie, którego autorem jest Jacek Kubitsky – psychoterapeuta, od ponad pół wieku zamieszkały w Szwecji. Kubitsky za swoje przekłady bywał nagradzany – między innymi w 1997 roku, kiedy otrzymał Nagrodę Stowarzyszenia Tłumaczy Polskich za przekład „Słownika psychoanalizy” – tym bardziej nienajlepsza jakość tłumaczenia Lagercrantza jest trudna do wytłumaczenia. Najwyraźniej instrumentarium, które wystarczało w przypadku pozycji psychologicznych, nie sprawdziło się w kontakcie z książką z szeroko pojętego literaturoznawstwa.

Mimo wszystko, książka Lagercrantza wyposaża czytelnika w całą masę interesujących spostrzeżeń, jak na przykład o korzyściach wynikających z uczenia się na pamięć wierszy, o przyjemnościach ponownej lektury czy niebezpieczeństwach przy pisaniu biografii. Lagercrantz zwraca też uwagę na pewien paradoks, którego doświadczył bodajże każdy, kto w najmniejszych choćby stopniu parał się pisarstwem – że najtrudniej jest napisać tekst, który mamy dokładnie opracowany – „jeśli z góry zakładałem, ze dokładnie wiem, co pisać, doznawałem niepowodzenia”. W przeciwieństwie do tekstów, w których musimy zdać się na umiejętność improwizacji i własną wyobraźnię.

„O sztuce czytania i pisania” to, pomimo zasygnalizowanych wcześniej zastrzeżeń, lektura bardzo pożyteczna – również wziąwszy pod uwagę jej niecodzienne wydanie – można ją schować do kieszeni i czerpać z niej w dowolnym momencie. Dla mnie osobiście najważniejsze, że Lagercrantz z całą dobitnością, już w tytule swojej książki podkreśla istotny fakt, o którym w dzisiejszych czasach chyba coraz bardziej zapominamy – że czytanie i pisanie może być sztuką. Lecz jeśliby ktoś przystąpił do lektury książki Szweda z nadzieją, że znajdzie tam gotowe porady dla początkujących pisarzy, to może go spotkać zawód. Ujmując rzecz bardziej metaforycznie – Lagercrantz nie daje czytelnikowi ryby, ani też nie wyposaża w wędkę – jedynie wskazuje drogę nad najbliższe jezioro.

pokaż więcej

 
2018-12-25 20:47:34
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Judaica, Literatura austriacka, Posiadam
Autor:

PATYNA NAKRÓTSZEJ PODRÓŻY

„Proza podróżna” Josepha Rotha (1894-1939) jest zbiorem czterdziestu felietonów, publikowanych przez austriackiego pisarza w latach 1920-1939 na łamach różnych czasopism – austriackich, niemieckich oraz francuskich. Książka ta nie jest wynikiem zamysłu autora – wyboru tekstów dokonała tłumaczka – Małgorzata Łukasiewicz. W tekstach tych, na pierwszy plan wysuwa się...
PATYNA NAKRÓTSZEJ PODRÓŻY

„Proza podróżna” Josepha Rotha (1894-1939) jest zbiorem czterdziestu felietonów, publikowanych przez austriackiego pisarza w latach 1920-1939 na łamach różnych czasopism – austriackich, niemieckich oraz francuskich. Książka ta nie jest wynikiem zamysłu autora – wyboru tekstów dokonała tłumaczka – Małgorzata Łukasiewicz. W tekstach tych, na pierwszy plan wysuwa się forma, ich poetycki język, co sprawia, że w gruncie rzeczy są to zapisane prozą wiersze, będące biegunowo odległe od idei felietonu. Krótkie i burzliwe życie Josepha Rotha upłynęło pod znakiem podróży – między Wiedniem, Berlinem i Paryżem. Bywał też w Rosji i w Polsce, mówił po polsku i przyjaźnił się z polskim pisarzem Józefem Wittlinem, autorem powieści „Sól ziemi”. Niczym Żyd Wieczny Tułacz (sam przecież był Żydem) Roth był ciągle w podróży – jak pisze w przedmowie Ewa Lipska „mieszkał i pracował w hotelach, które kochał i na które cierpiał”.

Roberto Calasso w niedawno omawianej przeze mnie książce pt. „Ślad wydawcy” pisał o „precyzji szczegółu, owej delikatnej patynie, bez której nie można byłoby uchwycić istoty pisarstwa Rotha”. Jest to proza niezwykle stonowana, kameralna i cicha. Aż trudno uwierzyć, że wyszła ona spod pióra człowieka ciężko doświadczonego przez życie – wygnany z rodzinnej Austrii po hitlerowskim Anschlussie, zmagający się z ciężką chorobą psychiczną żony i z własnym alkoholizmem. (A na marginesie: wspomniany Calasso wspominał też, że „Włochy są jedynym krajem, w którym nazwisko Roth kojarzy się dziś z nazwiskiem Austriaka Josepha, a nie Amerykanina Philipa”).

Roth w swojej publicystyce porusza się po marginesach. Jest zdecydowanie piewcą małych miasteczek. Do jego ulubionych tematów należały okna, hotele, sklepowe witryny, przechodnie na ulicy. Zwłaszcza w obcych miastach, Roth ze szczególnym upodobaniem spoglądał przez okno, zaglądał w prywatność nieznanej ulicy lub w codzienność obcych ludzi. A także całe podróżnicze instrumentarium – pociągi, dworce kolejowe, przejścia graniczne, hotele. W omawianej książce znajdziemy, moim zdaniem najcenniejszy, siedmioczęściowy felieton, zatytułowany „Świat hotelu”, w którym Roth ze skrupulatnością godną kronikarza sporządza portrety zwykłych osób, pracujących w hotelu – portiera, starego kelnera, boya, pokojówki, czy tragarza. Mogłoby się wydawać, że trudno o większy banał, ale mniej lub bardziej świadomie udało się Rothowi ocalić kawałek świata, który niedługo później przestał istnieć. „W ogóle jestem, by tak rzec, miłośnikiem na dystans” – to autorefleksyjne zdanie, zapisane w „Prozie podróżnej” zdaje się dobrze określać autora „Hotelu Savoy” i jego filozofię. Dla Austriaka „ważne są tylko drobiazgi życia”. Wiąże się z tym również jego deistyczna koncepcja świata Rotha, u którego „w głębi za chmurami i gwiazdami jakiś Bóg kryje się przed cudami świata”.

Roth przełamał formę felietonu poetyckim stylem – teoretycznie nie obchodzą go wszystkie wielkie wydarzenia i problemy, z jakimi musiał borykać się ówczesny świat. W felietonie pt. „Spacer” napisał: „Co mnie, spacerowicza, który idzie na ukos późnym dniem wiosennym, obchodzi wielka tragedia świata, zapisywana w artykułach wstępnych gazet?” – może to sugerować jego oderwanie od rzeczywistości i wielką nieczułość wobec aktualiów, jednak wydaje mi się, że to jedynie pozór, gdyż właśnie to niecodzienne połączenie formy i stylu pozwoliło Rothowi przemycić w swojej prozie kilka mniej lub bardziej uświadomionych proroctw. Austriak przedstawia świat jak w stopklatce. Jeszcze ćwierka kanarek, w barze gra muzyka, rododendrony stoją na swoich miejscach, a jednak czuć, że na coś się zanosi. Na przejście z wielkiej statyczności w jeszcze większą dynamiczność. Bardzo poruszający jest w tym kontekście opis woskowych figur ludzi w panoptikum. „We foyer piętrzą się woskowe głowy. Dla wygody oddzielono je od tułowi, ale nie oderwano całkiem od dawniejszego życia. Tu brodaty mężczyzna ma jeszcze zawiązany krawat, tam u amputowanej szyi zwisa góra koszuli. Uśmiecha się naga dziewczyna z wosku, której ciało podczas transportu rozbiło się żałośnie w kawałki, a kontrast między uśmiechniętymi wargami i pogruchotanym łonem jest tak okrutną drwiną (…). Przeczucie Shoah? Przeczucie tych wszystkich bydlęcych wagonów, które spowodują, że rozbije się na kawałki niejedna cielesność? I jeszcze jeden cytat, który nie wymaga komentarza: „Wszystkie te istoty ścięto w kwiecie wieku, wydaje się, jak gdyby przed chwilą jeszcze ich dusze zaznawały radości, a ból, który przyszedł zaraz potem, nie miał już czasu, by zniekształcić twarze”.

Trudno mi było pozbyć się wrażenia, że u Rotha wszechobecny jest pewien specyficzny rodzaj smutku, biorący się ze świadomości mających nastąpić wydarzeń, zupełnie jakby ten pisarz przewidział koniec starego świata, który miał miejsce zaledwie cztery miesiące po jego śmierci, we wrześniu 1939 roku. Cokolwiek staje się tematem rozważań w „Prozie podróżnej”, Roth pisze o tym w taki sposób, jakby każde słowo było przedwczesnym pożegnaniem.

Najbardziej uderzyło mnie w „Prozie podróżnej” podobieństwo do prozy Brunona Schulza. U Josepha Rotha daje się wyczuć zbliżona do autora „Sklepów cynamonowych” atmosfera, oleistość czasu, immanentna poetyka. Dość powiedzieć, że niektóre z tematów, poruszonych przez Austriaka w jego poetyckich felietonach, zaskakująco pokrywają się z schulzowską symboliką – wystarczy tu wspomnieć chociaż o opisywanych manekinach, czy panoptikum. Ale, co niezmiernie istotne – nie mamy tu do czynienia z choćby najsprawniejszym, ale tysięcznym naśladowaniem, ale z wysiłkiem pisarza Schulzowi współczesnego. Nie spotkałem się dotąd z żadnymi źródłami, z których jasno wynikałoby, że Bruno Schulz i Joseph Roth znali się osobiście, a przynajmniej, że czytywali się nawzajem. Wydaje mi się, że do sedna sprawy zbliżył się Jerzy Pilch, który napisał w swoim „Dzienniku” w kontekście podobieństw na linii Schulz-Kafka-Mann-Broch, do której można śmiało dołączyć Rotha: „Zapewne duch opowieści unoszący się nad Europą na początku minionego wieku miał w sobie – prócz innych mocy – system jakiś echowy, a może lustrzany, zapewne ten duch zawsze ma przy sobie tego rodzaju aparatury, wówczas jednak kilku urodzonych jeszcze w XIX stuleciu gigantów tak niezwykle machało piórami, że ich wzajemne echa i odbicia osobnym i wielce zagadkowym pasmem pozostają”.

Nie było mi jednak dane w pełni zachwycić się minimalistyczną prozą Josepha Rotha gdyż z pewnością zawiodło mnie modus operandi tej nieoczywistej książki. „Proza podróżna” nie jest książką przeznaczoną do linearnej lektury od deski do deski, służy raczej do nieśpiesznego degustowania – w większych dawkach niestety działa dość usypiająco, a wtedy gubi się całe jej piękno. Czytałem Rotha zbyt zachłannie i mam wrażenie, że przez to umknęło mi wiele istotnych szczegółów. To literatura podróżnicza, ale bardzo specyficzna – koncentrująca się na podróży najkrótszej możliwych, podróży wewnętrznej. „Czasem przejażdżka kolejką miejską bywa bardziej pouczająca niż wyprawa przez lądy i morza, a doświadczeni podróżnicy wiedzą, że na dobrą sprawę wystarczy ujrzeć jeden jedyny krzak bzu ukryty na zakurzonym podwórku wielkomiejskim, aby zrozumieć cały przepastny smutek wszystkich ukrytych krzaków bzu na świecie”. Warto podróżować z Josephem Rothem, choćby nawet była to podróż najkrótsza z możliwych.

pokaż więcej

 
2018-12-22 21:03:47
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam

BUŁGARSKA KAPSUŁA CZASU

„Fizykę smutku” Georgiego Gospodinowa (ur. 1968) polecało wiele osób, z których opiniami się liczę – między innymi Wioletta Grzegorzewska, Jacek Dehnel, czy Michał Nogaś, który napisał, że „jest to powieść wspaniała i on [Gospodinow] też jest wspaniały”. Trudno mi jednak powstrzymać wewnętrzny opór przed nazywaniem dzieła bułgarskiego pisarza powieścią. Nie mam...
BUŁGARSKA KAPSUŁA CZASU

„Fizykę smutku” Georgiego Gospodinowa (ur. 1968) polecało wiele osób, z których opiniami się liczę – między innymi Wioletta Grzegorzewska, Jacek Dehnel, czy Michał Nogaś, który napisał, że „jest to powieść wspaniała i on [Gospodinow] też jest wspaniały”. Trudno mi jednak powstrzymać wewnętrzny opór przed nazywaniem dzieła bułgarskiego pisarza powieścią. Nie mam wątpliwości, że jest to książka wybitna, ale przy jej lekturze miotałem się między zachwytem a irytacją. Jest to jednak ten specyficzny rodzaj irytacji, który często towarzyszy lekturze książek niezwykłych i nieoczywistych. Ostatni raz podobne odczucia miałem za sprawą powieści Italo Calvino „Jeśli zimową nocą podróżny”, która nieustannie wodziła mnie za nos, rozpoczynając kolejne wątki i pozostawiając je bez kontynuacji. Struktura powieści Gospodinowa przypomina rosyjską matrioszkę – mieści się w niej wiele narracyjnych poziomów, z których każdy jest gotowym zalążkiem osobnego dzieła. Gdy wyobraziłem sobie mnogość potencjalnych powieści, które mogłyby powstać ze wszystkich historii pomieszczonych w jednej tylko „Fizyce smutku”, moja myśl skierowała się w kierunku Biblioteki Uniwersalnej. To jest książka o wszystkim.

„Fizyka smutku” okazała się rzeczą zaskakująco komplementarną – choć to zupełnie inny rodzaj literatury – z ostatnią książką Mariusza Szczygła „Nie ma”. Strategia Gospodinowa polega na wzniesieniu literackiej budowli z przypadkowych elementów. To, co u Szczygła pozwoliłem sobie nazwać „biografią nieistnienia”, u Gospodinowa przyjmuje formę próby spisania światowych dziejów melancholii. Nad „Fizyką smutku” rozlegają się też echa Borgesowskiego „Ogrodu o rozwidlających się ścieżkach”, a także Bouvard i Pécuchet, słynni kopiści z powieści Flauberta.

Narrator posiada umiejętność wchodzenia w cudzą świadomość. Pozwala mu to na przebywanie w różnych osobach i w różnych czasach, zarówno z zamierzchłej przeszłości, jak i nieodgadnionej przyszłości. „Historię świata można napisać w imieniu kota, orchidei albo kamyka. Albo w imieniu wroniego oka”.

Akcja powieści, nielinearna, urywana, dzieje się w wielu przestrzeniach, a właściwie na pograniczu przestrzeni. Narrator może być kim zechce – gdy staje się sobą, przywołuje pewną historię z czasów szkolnych, która może stać u źródła całego jego zapisywania. Chodzi o konkurs na wypracowanie „Jak widzę siebie w 2000 roku”, które, podobnie jak inne bułgarskie dzieci, pisał narrator (w tym przypadku akurat tożsamy z Gospodinowem) u schyłku lat siedemdziesiątych. Na tak postawione pytanie, odpowiedział tylko jednym zdaniem: „Nie widzę się, ponieważ w 2000 roku świat się skończy”. Ani słowa o szczęśliwości, budowie socjalizmu i wiecznym sojuszu ze Związkiem Radzieckim, stąd nic dziwnego, że zostało to uznane za prowokację. Zapytany, kto udzielił mu informacji o terminie końca świata, dziecko-narrator musi skłamać, że usłyszał to od jakiejś grubej Polki nad morzem. „Polki nie były takie jak my, leżały toples na plaży i potajemnie sprzedawały krem Nivea”. Zabawna to obserwacja, ale z owego strachu przed końcem świata bierze się właśnie istota książki. Na najwyższym poziomie narracji, mamy tu bowiem bohatera, który sam siebie określa mianem „handlarza historii”. Jest „najmniej pewnym i najbardziej wątpiącym” spośród wszystkich pisarzy. Bohater konstruuje zatem coś na kształt kapsuły czasu, złożonej z wielu tekstów, wspomnień, urywków i opowieści. „Dzięki pewnej chorobie – a teraz dzięki skupowaniu historii – mogę poruszać się po korytarzach różnych czasów. Mieć dzieciństwo wszystkich, od których kupowałem, posiadać kobiety i ich tęsknoty”. Jego zamysłem jest Arka Noego słowa – która ma za zadanie ocalać historie. Co by było, gdyby Noe był Bułgarem, a zamiast zwierząt ocalałby słowa?

„Fizyka smutku” ma w sobie również cechy powieści inicjacyjnej. Ważnym elementem opowieści jest dla głównego narratora dzieciństwo. Narracja prowadzona jest z perspektywy dziecka, siedzącego samotnie w domu w suterenach. Jedyne, co widzi gdy wygląda przez okno, to nogi przechodniów i samochody. To właśnie to miejsce jest początkiem i końcem labiryntu jego opowieści. A jeśli o labiryncie mowa, to zaznaczmy, że jednym z najistotniejszych wątków podjętych przez Gospodinowa jest mit Minotaura – zamkniętej w labiryncie osoby z głową byka. Gospodinow zwraca uwagę na dwa istotne fakty – po pierwsze na to, że Minotaur posiadał osobowość, był przede wszystkim chłopcem, zamkniętym w labiryncie przez rodziców, którzy nie byli w stanie zaakceptować jego odmienności, podniesionym do rangi potwora przez historię i kulturę. Po drugie na to, że Minotaur jest jedną z nielicznych postaci w mitologii, której nikt nigdy nie oddał głosu. Gospodinow snuje wizje Minotaura, który, na podobieństwo Szeherezady musi nieprzerwanie snuć opowieści, aby uniknąć tragicznego zwieńczenia swojego losu, który czeka go z rąk Tezeusza. A skoro narrator-dziecko, zamknięty w suterenach mieszkania może być kim tylko zapragnie – to dlaczego by nie miał być właśnie Minotaurem? Gospodinow zdaje się pokazywać czytelnikowi ciągłość i nieprzerywalność czasu i powtarzanie się pewnych schematów. To mit, który dzieje się zawsze i wszędzie. Marcel Proust zorientował swoją prozę na poszukiwaniu straconego czasu, Georgi Gospodinow przekonuje, że czas ma właściwości nielinearne, dzieje się nieprzerwanie i właśnie dlatego nie można go utracić. Jak zwykle w przypadku książek, będących tak zwanymi centonami, czyli zbiorami opowieści, nasuwa mi się sztuka teatralna Georges’a Pereca pt. „Schowek Parmentier”, w którym pięcioro postaci, zamkniętych w ciasnej przestrzeni i obierających tam ziemniaki, przemawia do siebie różnymi tekstami – powieściami, bajkami, ogłoszeniami, fragmentami pamiętników, rocznika statystycznego, czy nawet podręcznika do uprawy ziemniaków. Wszystko po to, aby zatrzeć własną tożsamość, nie pozwolić swoim własnym, suwerennym słowom wydobyć się z gardła. Postrzegam zamysł Gospodinowa jako projekt o tym samym kierunku i przeciwnym zwrocie – narrator kolekcjonuje wszystkie te historie, wdziera się w umysły innych ludzi, właśnie po to, aby sobą pozostać.

A jednocześnie, jak na książkę dziejącą się w bezczasie, czy może precyzyjniej – we wszechczasie, zaskakująco wiele w niej realiów. Bohaterowie książki, to w większości ludzie uwikłani w historię. Jak na przykład dziadek narratora, w czasie wojny ukrywany w piwnicy przez pewną kobietę, później długo nieświadom faktu, że wojna dobiegła końca, wraca do rodzinnej wioski niemal zza grobu. Rodzina ma już po nim rentę, a miejscowy pomnik – jego nazwisko. Oprócz tego, na jednym z dalszych planów, „Fizyka smutku” jest ciekawym portretem ojczyzny autora – socrealistycznej i nie tylko. Chłopiec zapytany w szkole przez nauczycielkę o słowo na literę „B”, odpowiada: „Bóg”. Niestety, prawidłowa odpowiedź brzmiała: „Bułgaria”. Nauczycielka wzywa do szkoły rodziców, którzy przeprowadzają z dzieckiem rozmowę wychowawczą. Chłopiec wraca do domu i stwierdza: „- Nie ma Boga w Bułgarii, babciu. Normalnie zrugałaby mnie za takie gadanie, ale zobaczyła stojącego w drzwiach ojca i powiedziała tylko:
- Ha, a co w ogóle jest w tej Bułgarii? Papryki nie ma, oliwy nie ma...”

„Fizyka smutku” jest książką z rodzaju niestreszczalnych. Zazwyczaj używa się tego słownego wytrychu z lenistwa, kiedy chce się obarczyć czytelnika dalszą analizą. Ale w przypadku książki Gospodinowa taka jest właśnie prawda. Jest to dzieło o niespotykanej ilości wątków, z których każdy, po odpowiednim rozbudowaniu mógłby stać się osobną i znakomitą powieścią. Jest to kunsztowna, precyzyjna, a jednocześnie meandryczna wieża, skonstruowana z kolejnych metapoziomów. W tym krótkim omówieniu starałem się, zresztą i tak z wielkim trudem, omówić fundamenty tej budowli. Zwłaszcza jeśli jest to budowla, będąca jednocześnie wznoszącym się do góry labiryntem. Podejrzewam, że opisanie całości wymagałoby eseju o objętości porównywalnej do samego omawianego dzieła. Dlatego właśnie pokazałem tu jedynie fragment drogi. Poszczególne rozwidlające się ścieżki, które zostawił po sobie Georgi Gospodinow musicie już Państwo odkrywać samodzielnie. Nie obiecuję, że będzie łatwo, ale z pewnością niebanalnie.

pokaż więcej

 
2018-12-21 22:27:15
Ma nowego znajomego: LukeBlake
 
2018-12-21 19:00:34
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Literatura polska, Posiadam
Autor:

PIES TWOJEJ JAŹNI

Przeczytawszy „Zapiski z domu wariatów” austriackiej pisarki Christine Lavant, postanowiłem jeszcze przez chwilę pozostać w tematyce szpitali psychiatrycznych. Stało się to możliwe za przyczyną głośnego debiutu Olgi Hund, pod tytułem „Psy ras drobnych”, który w tym roku zaproponowała nam Korporacja Ha!art. Zostałem tam dosłownie przez chwilę, bo choć książka ma sto...
PIES TWOJEJ JAŹNI

Przeczytawszy „Zapiski z domu wariatów” austriackiej pisarki Christine Lavant, postanowiłem jeszcze przez chwilę pozostać w tematyce szpitali psychiatrycznych. Stało się to możliwe za przyczyną głośnego debiutu Olgi Hund, pod tytułem „Psy ras drobnych”, który w tym roku zaproponowała nam Korporacja Ha!art. Zostałem tam dosłownie przez chwilę, bo choć książka ma sto dwadzieścia stron, to jest lekturą na nie więcej niż godzinę. Nie ukrywam, że przystąpiłem do lektury „Psów ras drobnych” z gotową tezą. Majaczyła mi gdzieś koncepcja skonfrontowania ze sobą książek Lavant i Hund, ze wskazaniem na wyższość Austriaczki. Jednak bardzo szybko zorientowałem się, że poza podobną tematyką, obie książki łączy niewiele.

Jak nietrudno się domyślić, nie znajdziemy w tej książce ani słowa o kynologii. Może poza pewnym fragmentem, od którego wziął się tytuł książki i psim pseudonimem autorki. Hund to bowiem po niemiecku nic innego, jak pies – i jaźń bohaterki właśnie psa zdaje się przypominać. Jednocześnie bezbronna i agresywna, i drapieżnik i pupilek na czterech łapach. Główną bohaterkę „Psów ras drobnych” przybliża nam z perspektywy trzeciej osoby lakoniczny język psychiatrycznej diagnozy. Jest to „pacjentka (lat 28) depresyjna, bezczynna, zalegająca w łóżku, wycofana z relacji towarzyskich, przyjęta do szpitala psychiatrycznego z powodu pogarszania się stanu psychicznego i nadużywania leków. Cechuje ją postępująca apatia, spadek energii z zaleganiem w łóżku, utrata zainteresowań, gorsze skupienie i koncentracja uwagi, unikanie ludzi, płaczliwość z myślami i tendencjami samobójczymi”. Bohaterka trafia więc na oddział kobiecy szpitala w podkrakowskim Kobierzynie.

Szpital psychiatryczny jest jak lustro, w którym odbijają się wszystkie typy osobowości, występujące w zwykłym, „zdrowym świecie”. Olga Hund jest pisarką obdarzoną wnikliwym zmysłem obserwacji, toteż postaci przez nią naszkicowane są bardzo wyraziste. Wydaje mi się jednak, że najważniejszą rzeczą, którą w „Psach ras drobnych” udało się dokonać autorce, jest sportretowanie wielkiej rzeszy kobiet zapomnianych. Często umieszczanych w szpitalach psychiatrycznych przymusowo, na podstawie męskiego widzimisię. Tych, które miały czelność wyrastać poza konserwatywne horyzonty swoich mężów i związane z tym stereotypy dotyczące tradycyjnych ról płci. „Wariatka!” – ten rzeczownik bywał ostatecznym argumentem niejednej kłótni, a często wyrokiem, skazującym na samotność. Ale, co ważne i co autorka wyraźnie w swojej książce podkreśla, owe „wariatki” w Kobierzynie co jakiś czas otrzymują przepustki, tylko po to, by móc w tym czasie nadrobić zaniedbane kobiece powinności – posprzątać, czy ugotować. Takich ponurych historii znajdziemy u Olgi Hund mnóstwo. Ludzie myślą, „(…) że na oddziałach psychiatrycznych znajdują się tylko seryjne morderczynie, wiedźmy, mówiące językami szeptuchy, chore na pląsawicę i wściekliznę potomkinie zwierząt urodzone z zębami i szóstym palcem. To też. Ale większość dziewczyn na oddziałach nie jest aż tak szalona i pamięta, co robili im ojcowie, wujowie, mężowie, matki, co robił im Kościół, ZUS i rynek pracy”.

Hund porównuje kobierzyński szpital do nabitego ludźmi statku, kiwającego się na falach. „To taka antyarka załadowana smutnymi i samotnymi kobietami, kobietami o fatalnej kombinacji genów, kobietami przeznaczonymi do wyginięcia. Antyarka nikogo nie ratuje i donikąd nie zmierza. Ona tylko wypływa na sam środek oceanu, gdzie być może wymrą w nas, jej pasażerkach, te wirusy świńskiej melancholii, co atakują dusze, mózgi i serca”. Co można robić na antyarce? Wegetować. Snuć się po korytarzach, palić gruzińskie LM-y, lub żebrać o nie od nowo przybyłych, oglądać przymusowo telewizję, zażywać otępiające leki, chować maszynkę do golenia w staniku lub w puszce po kawie. Nade wszystko jednak – coraz bardziej uciekać od – koniecznej przecież – konfrontacji ze sobą samą. Olga Hund w swojej książce nie wartościuje jednak, nie ocenia, przyjmując na siebie rolę skrupulatnej obserwatorki, nie wskazuje, gdzie leży granica między normalnością, a chorobą. Autorka szpital psychiatryczny jednocześnie oswaja i demitologizuje.

Przytoczony powyżej opis bohaterki, napisany zimną, lekarską ręką, brzmi nader poważnie. Tymczasem znaczna większość narracji w „Psach ras drobnych” jest nad wyraz jasna i klarowna, cechująca się znakomitym zmysłem obserwacyjnym, ergo – prowadzona z perspektywy osoby zdrowej. Istotną kwestią wydaje się być lakoniczna forma tych zapisków – lakoniczna, urywana, koncentrująca się jedynie na epizodach, mgnieniach ze szpitalnego życia. Jeśli głębiej wczuć się w emocje bohaterki, to najbardziej wymowne stają się miejsca pustki, milczenia, miejsca niezadrukowane – które można interpretować jako palimpsesty, przerwy w życiorysie, miejsca, w których choroba bierze górę. Forma jest zarówno zaletą, jak i wadą tego utworu – wobec niewątpliwego talentu autorki do poruszania trudnych tematów w sposób lekki i mnogości poruszonych wątków, zaledwie zarysowanych i muśniętych refleksją, a zaraz potem porzuconych, chciałoby się móc uczestniczyć w jakiejś większej, bardziej rozbudowanej opowieści snutej przez Olgę Hund.

Trudno powiedzieć, ile w prozie Olgi Hund szczerości, a ile autokreacji. Nie dowiadujemy się też zbyt wiele na temat samej bohaterki, nie wiemy nic o przyczynach jej choroby. Znów przypomina mi się Christine Lavant, która przedstawiła stereotypowe postrzeganie kobiety chorej psychicznie – jest mniej groźna, o ile można z łatwością wskazać prozaiczną przyczynę choroby – na przykład nieszczęśliwą miłość. W przypadku bohaterki „Psów ras drobnych” niby widzimy majaczące gdzieś na horyzoncie problemy, byłego chłopaka, który już jest z inną kobietą i nie odpowiada na liczne SMS-y i telefony, ale nie dowiadujemy się niczego wprost, co czyni bohaterkę jeszcze bardziej interesującą.

Trudno zatem stwierdzić jednoznacznie, czy Olga Hund pretenduje do miana polskiej Christine Lavant. Z pewnością jednak w przypadku „Psów ras drobnych” mamy do czynienia z bardzo ciekawym debiutem (chociaż – skąd właściwie pewność, że to debiut – co by było, gdyby pod tym pseudonimem kryła się jakaś utytułowana pisarka?), w którym można pokładać spore nadzieje. Jest to rzecz literacko bardzo sprawna, napisana żywym i dosadnym językiem, z dużą dozą specyficznego humoru. Autorka powiedziała w jednym z wywiadów: „Nie chciałam też pokazywać depresji przez żyły, krew, chlastanie się”. A ze mną być może też coś jest nie tak, bo mimo całego gatunkowego ciężaru tej książki, czytało mi się ją znakomicie. Mam nadzieję, że Olga Hund nie każe długo czekać czytelnikom na kolejną dawkę swojej prozy.

pokaż więcej

 
2018-12-19 18:45:50
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Literatura austriacka, Posiadam

CZYTANIE WŁASNEJ CHOROBY

W pierwszych słowach tej recenzji chcę postawić sprawę jasno – choć książka austriackiej pisarki nosi tytuł „Zapiski z domu wariatów”, z pewnością nie są to zapiski wariatki. Proza Christine Lavant jest bowiem biegunowo odległa od stereotypowych psychiatrycznych epifanii. Przypomina raczej bardzo precyzyjnie skonstruowaną budowlę, w której nie ma ani jednego zbędnego...
CZYTANIE WŁASNEJ CHOROBY

W pierwszych słowach tej recenzji chcę postawić sprawę jasno – choć książka austriackiej pisarki nosi tytuł „Zapiski z domu wariatów”, z pewnością nie są to zapiski wariatki. Proza Christine Lavant jest bowiem biegunowo odległa od stereotypowych psychiatrycznych epifanii. Przypomina raczej bardzo precyzyjnie skonstruowaną budowlę, w której nie ma ani jednego zbędnego słowa. Co więcej, pomimo pozornej diarystycznej formy, Lavant nie pisała „Zapisków z domu wariatów” na gorąco, a z perspektywy jedenastu lat po pobycie w szpitalu psychiatrycznym. A zatem Lavant w swojej książce odtwarza dawne emocje, „czyta samą siebie” sprzed ponad dekady, czyta własną chorobę.

Aby pełniej zrozumieć, czym są „Zapiski z domu wariatów” należy moim zdaniem refleksję nad utworem poprzedzić krótkim rysem biograficznym autorki. Christine Lavant (właśc. Habernig, de domo Thonhauser, 1915-1973) już od samego dzieciństwa była osobą wyjątkowo chorowitą, dlatego też w wieku czternastu lat przerwała edukację, by zająć się wyłącznie pracami domowymi i czytaniem książek. Zdobyła uznanie przede wszystkim jako poetka. Próbowała swoich sił również w prozie, na początku lat trzydziestych próbując opublikować powieść. Gdy te zamierzenia się nie powiodły, nękana ciągłymi atakami depresji, podjęła w 1935 roku próbę samobójczą, po czym na własne życzenie przebywała na sześciotygodniowym leczeniu w szpitalu psychiatrycznym w Klagenfurcie. Na dziesięć lat zamilkła jako pisarka. Nie ma żadnych dowodów na to, że podczas pobytu w szpitalu, Lavant prowadziła jakikolwiek dziennik, a jeśliby nawet było inaczej, nic nie wskazuje na to, by przy pracy nad „Zapiskami…” korzystała z takich notatek.

Bohaterka od samego początku budzi nieufność, a wręcz skrajną antypatię – nie przeszła bowiem przez Oddział Trzeci – przeznaczony dla najcięższych przypadków, w dodatku jej pobyt w szpitalu jest opłacany przez państwo. „Wkroczyła tu w okularkach i z teczką, niech ją diabli! Czego ona u nas szuka? Pewnie na przeszpiegi przyszła, nic innego!”. Co szczególnie uderza w poczynaniach bohaterki to to, że jej pobyt w szpitalu jest nieustającą walką o zachowanie godności. Z jednej strony chce, by lekarze zwracali się do niej „proszę pani”, z drugiej chce zdobyć zaufanie współpacjentek, co stawia ją w połowie drogi między zdrowiem a chorobą. Gdy widzi, jak pielęgniarze siłą nakładają kaftan jednej z chorych i dotykają jej nie jako fachowcy lecz jako mężczyźni (z przyjemnością), postanawia, że gdy zajdzie taka konieczność, sama pozwoli ubrać się w kaftan dobrowolnie. Gdy bierze obowiązkowy prysznic (remedium na bezsenność) przy otwartych drzwiach, nie może znieść spojrzeń innych osób. Balansuje między zdrowiem a chorobą, poważnie zastanawia się, czy nie dać się dobrowolnie zamknąć na Oddziale Trzecim, jeszcze głębszym kręgu piekła, gdzie pisać można co najwyżej palcami u stóp.

W dialogach, jakie przeprowadza z ordynatorem, widać jak na dłoni intelektualną pustkę ówczesnego konserwatywnego społeczeństwa, nieposiadającego głębszej wiedzy na temat schorzeń psychicznych. Ordynator próbuje za wszelką cenę wmówić bohaterce, że powodem jej próby samobójczej była nieszczęśliwa miłość – aby uchodzić za bardziej wiarygodną, bohaterka sobie taką miłość wymyśla. Do tego jeszcze snuje się za nimb poetki, co powoduje, że z otaczających ją ludzi już doszczętnie opadają maski i ukazują się poglądy na temat jak najpośledniejszej roli kultury, do tego jeszcze skrzyżowane z mizoginią. „Pewnie nie umie pani nawet pisać poprawnie, a pcha się pani do poezji! Widzi pan, do czego to dochodzi, jak każdy górnik upiera się posyłać dzieciaki do szkół i tak dalej. Więc, moje dziecko, daj sobie spokój z rojeniami, a kiedy pan ordynator doprowadzi cię znowu do rozsądku, za rok-dwa, możesz być zadowolona, jeśli trafi ci się dom, gdzie cię jak należy wdrożą do posług”. Poezja nie jest nikomu potrzebna, a już tym bardziej poetka. Osoba chora psychicznie jest uważana za mniej godną pogardy, gdy znana jest przyczyna jej choroby – kobietą aspirującą do roli poetki można pogardzać podwójnie.

Podejmując refleksję na temat tego niezwykle interesującego wycinka literatury austriackiej, nie sposób nie objąć myślą najwybitniejszego bodaj jej przedstawiciela, jakim był Thomas Bernhard. Jak podkreśla w posłowiu Adam Lipszyc, Bernhard, choć zaliczał się do grona wielbicieli poezji Lavant, nie miał szans poznać „Zapisków z domu wariatów”, bowiem przez wiele lat książka ta była uznawana za zaginioną. Lavant nie chciała jej publikować, jako że, w jej opinii, było to dzieło zbyt osobiste – występują w nim przecież, co prawda pod zmienionymi imionami, ale łatwi do rozpoznania, członkowie rodziny autorki. Przypadkowo, za przyczyną jednej z tłumaczek, która mimo nalegań Lavant, nie odesłała autorce rękopisu, odnalazło się w archiwach dopiero na początku dwudziestego pierwszego wieku, wiele lat po jej śmierci. Wydaje mi się jednak, że „Zapiski…”, oprócz wymiaru autobiograficznego, są równie ważne na poziomie społecznym, że Lavant ukazuje w nich pewne mechanizmy, typowe w przedwojennej Austrii, pewien rodzaj intelektualnej pustki i wszędobylskiej nudy panującej w tym kraju, które utorowały nazizmowi drogę do narodzin, a później stały się nieodłącznymi tematami Bernharda, oskarżyciela tak zwanej „głupiej ludzkości”.

„Zapiski z domu wariatów” to książka niby bardzo niepokaźnych rozmiarów, a jednak przytłaczająca zbitą i gęstą narracją. Lavant pisze w sposób pełny napięcia, od pierwszej strony, bez zbędnych wstępów czy stanów pośrednich wrzucając czytelnika w sam środek piekła. Bardzo mocno uderza w tej prozie kontrast pomiędzy przedmiotem narracji, a zastosowaną do tego celu formą – zimną, wyrachowaną i precyzyjnie skonstruowaną. Austriacka pisarka gra z czytelnikiem, wystawia na próbę jego tendencję do zbyt szybkiego szufladkowania dzieła literackiego, tytuł sugeruje bowiem doświadczenia co najmniej na poziomie surrealizmu, tymczasem jak na zapiski osoby chorej psychicznie jest to proza nad wyraz uporządkowana i konsekwentna. Christine Lavant w swojej prozie dociera do trzewi ludzkiej egzystencji. Bardzo dobra książka – trudna i nieoczywista, wymagająca maksymalnego skupienia uwagi. Jest to lektura z rodzaju – mało słów, a dużo czytania.

pokaż więcej

 
2018-12-13 21:59:49
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Literatura polska, Posiadam, Ulubione
Seria: Poza serią

BIOGRAFIA NIEISTNIENIA

U podstaw „Nie ma” leży na nowo uświadomiona sobie przez autora po czterdziestce świadomość nieuchronności śmierci. „Po czterdziestce odkryłem, że nie jestem nieśmiertelny, musiałem coś z tym zrobić” – to stwierdzenie Mariusza Szczygła wydaje mi się odwrotnością zdania Baudelaire’a, który przed jedną ze swoich prób samobójczych pozostawił kartkę, na której napisane...
BIOGRAFIA NIEISTNIENIA

U podstaw „Nie ma” leży na nowo uświadomiona sobie przez autora po czterdziestce świadomość nieuchronności śmierci. „Po czterdziestce odkryłem, że nie jestem nieśmiertelny, musiałem coś z tym zrobić” – to stwierdzenie Mariusza Szczygła wydaje mi się odwrotnością zdania Baudelaire’a, który przed jedną ze swoich prób samobójczych pozostawił kartkę, na której napisane było: „Zabijam się, ponieważ czuję, że jestem nieśmiertelny”. Świadomość własnej śmierci, ale i śmierci wielu osób wokół – „kiedy dostaję taką wiadomość, myślę: «Oto kolejna osoba będzie u mnie mieszkała»”. To jest rzecz o śmierci, tęsknocie, braku, pustce i nieistnieniu, ale wobec awersji autora do używania zbyt górnolotnych pojęć – jest to książka o NIE MA. Pamiętam również, jak Mariusz Szczygieł w jednym z wywiadów powiedział, że „po pięćdziesiątce wszystko łączy się ze wszystkim, a świat staje się jednością”. Co prawda Szczygieł w „Nie ma” przyznaje się, że nie jest szczególnie gorliwym czytelnikiem poezji, ale może właśnie tu istnieje jakieś pokrewieństwo między reporterem a poetą – obydwaj muszą się zestarzeć, aby osiągnąć pełnię wyrazu. Może młody reporter, podobnie jak młody poeta, żyje w przekonaniu o swojej misji drwala, a tak naprawdę ciągle jeszcze struga zapałki?

Spotkałem się z co najmniej kilkoma reakcjami czytelników, którzy po dopiero co skończonej lekturze „Nie ma”, stwierdzili, że nie tego się po najnowszej książce Mariusza Szczygła spodziewali. Ja za to dokładnie odwrotnie – spodziewałem właśnie czegoś takiego. Literackich transgresji na przestrzeni tekstu reportażowego, uwolnienia narracji z ciasnych niekiedy ram prawdy. Tekstom zamieszczonym w „Nie ma” bliżej raczej do „opowiadań faktu”. Należy jednak zaznaczyć, że naginanie ram prawdy nie jest u Szczygła równoznaczne z konstruowaniem reportażu z przypuszczeń czy zmyśleń. Już w pierwszym zdaniu książki autor zaznacza: „W tej książce nic nie jest zmyślone. Gdybym zmyślał, byłaby o wiele ciekawsza”. Poprzednia książka Mariusza Szczygła nosiła tytuł „Projekt: prawda” – „Nie ma” nie jest bynajmniej początkiem „Projektu postprawda”.

„Reportaż to nieumiejętność przeżycia własnego doświadczenia egzystencjalnego za pomocą fikcji” – pisze autor w jednym z najkrótszych tekstów w książce. Szczygieł stworzył rzecz tak bezpretensjonalną, szczerą, stonowaną i kameralną. Rzecz, nie da się ukryć, będącą w wielu miejscach również poważnym rozliczeniem autora z samym sobą, ze swoją naturą. Skoro nie jest możliwe przeżycie doświadczenia egzystencjalnego za pomocą fikcji, to może dlatego Mariusz Szczygieł kilkakrotnie czyni z siebie bohatera swoich reportaży? „Nie ma” jest książką bardzo osobistą, momentami wręcz intymną. W ten sposób Szczygłowi udała się rzecz niesłychanie ważna – uwolnienie reportażu od ciężaru społecznej służebności. Mimo wszystko mam nadzieję, że przyjdzie taki dzień, w którym Mariusz Szczygieł zdecyduje się spróbować swoich sił w literaturze pięknej. Skoro jego mistrzyni, Hanna Krall, zdobyła się na coś podobnego, publikując ostatnio zbiór dramatów, w których przeniosła bohaterów swoich reportaży w wymiar sceniczny, to dlaczego by nie autor „Zrób sobie raj”?

Hanna Krall jest bohaterką – jednego z najkrótszych, dwuzdaniowego tekstu w „Nie ma”: „-Wszystko musi mieć swoją formę, swój rytm, panie Mariuszu. Zwłaszcza nieobecność”. Te dwa zdania wydają mi się w ogóle najważniejszymi w książce, jako że określają jej ideę. Z otchłani mojej (nie)pamięci wyłania się teraz francuski filozof i poeta Henri Meschonnic ze swoją, zaczerpniętą od Émile’a Benveniste’a teorią „rytm-sens-podmiot”. Ten sam Meschonnic rozwijał też niegdyś koncepcję pierwiastków duchowych. Nie wiem, czy słusznie, ale myślę, że te dwie teorie pasują w tym miejscu jak ulał. „Nie ma” jest bowiem czymś więcej niż tylko brikolażem literackim, ale przede wszystkim duchowym.

Książka „Nie ma” jest. Jest również bardzo ładnym i zmyślnie skonstruowanym przedmiotem, który jest zwieńczony znakomitym w mojej opinii obrazem Michała Mroczki – pochodzącego z Podkarpacia artysty malarza. Obraz ten, przedstawiający spadochroniarzy, jest, by oddać głos Szczygłowi, egzemplifikacją zdania Marii Janion o tym, że „żyjąc tracimy życie”. Wymowna jest nawet biała obwoluta z wyciętym w niej okręgiem – można ją z powodzeniem zdjąć z książki i pustkę po spadochroniarzach wypełnić swoją osobistą pustką, na przykład zdjęciem osoby, której już nie ma.

W „Nie ma” znajdziemy teksty wielkie i ważne. Jak na przykład reportaż „Czytanie ścian” o czeskiej poetce Violi Fischerovej, „Jerzy Szczygieł w Pradze” – o ojcu autora, kolekcjonującym wspomnienia wobec słabnącego wzroku, „Nieznajomy wróg jakiś” – o siostrach Woźnickich, który zaczyna się jak apologia dynastii Kaczyńskich, by później przeistoczyć się w opowieść o polskich fobiach i naturze bliźniąt. Czy mój chyba ulubiony reportaż, swoją formą właściwie już przypominający esej „Wybuch bomby czasu” – opowiadający o budapesztańskim sklepie z rzeczami po umarłych. Są też teksty lżejszego kalibru, aż chciałoby się powiedzieć drugorzędne, ale byłoby to stwierdzenie krzywdzące i nie w tym rzecz. Są to teksty komplementarne, uzupełniające patchworkową opowieść i sprawiające, że „Nie ma” jest tym, czym jest. Najprościej byłoby porównać książkę Szczygła do zaczerpniętego z fonografii terminu „album koncepcyjny”. Tym właśnie w swojej istocie jest „Nie ma” – literacko-duchowym brikolażem, misternie, z pozornie niepasujących do siebie elementów skonstruowaną biografią braku, nieistnienia, pustki. Ostatnio podobne wrażenie miałem po lekturze „Rzeczy, których nie wyrzuciłem” Marcina Wichy.

Mariusz Szczygieł zdecydował się na zamieszczenie w „Nie ma” głośnego reportażu, pt. „Śliczny i posłuszny” o nauczycielce Ewie T., która w latach osiemdziesiątych zakatowała na śmierć swojego pasierba, a w późniejszych latach była ekspertką Ministerstwa Edukacji Narodowej. Choć Szczygieł z niezwykłą przezornością ukrył dane osobowe bohaterki, po ukazaniu się tego tekstu w 2013 roku, co dociekliwsi czytelnicy niemal natychmiast odnaleźli jej prawdziwe dane osobowe. Dlatego też Szczygieł wypowiedział się kiedyś, że choć żadnego swojego tekstu nie żałuje, to tego jednego nie podjąłby się napisać po raz drugi. Podoba mi się w „Nie ma” również to, że zainteresowanie autora „Gottlandu” losami opisywanych przez siebie ludzi, nie kończy się wraz z napisanym reportażem. I tak, po „Ślicznym i posłusznym” następuje tekst „Reportażu życie po życiu”, w którym możemy przeczytać o reakcjach na reportaż o Ewie T., o atakach, jakich doświadczył Szczygieł po jego publikacji, zwłaszcza ze strony prawicowej, która, jak to ma często w zwyczaju – opowiedziała się po stronie oprawcy, a nie ofiary. Różne są te życia po życiu reportaży – i tak na przykład po tekście „Kompot przed końcem świata” następuje epilog „List po końcu świata”. Tak, proszę Państwa, Mariusz Szczygieł nawet koniec świata zdołał(by) opisać.

„Nie ma” to rzecz w swoim gatunku znakomita. Ale czy na pewno w swoim gatunku? Jaki jest gatunek „Nie ma”? Z pewnością nie jest to książka reporterska w sensie ścisłym – to dzieło z pogranicza literatury pięknej i „non-fiction”. Reportaż doprowadzony do granic – jak w intrygującym tekście „Rzeka”, składającym się niemal wyłącznie z kropek, spod których wyłania się tragiczna opowieść, skonstruowana z fragmentów wypowiedzi bohaterki. Czytelnik otrzymuje kluczowe fakty, a reportaż musi już sobie samodzielnie dopowiedzieć. W klasycznej formie historia córki molestowanej seksualnie przez ojca zapewne nieuchronnie ześlizgnęłaby się w stronę banału. „Nie ma” to książka bardzo ważna, bo domagająca się kolejnych, nowych odczytań. Myślę, że zachowa ona swoją wagę i metafizykę, nawet gdy zdezaktualizują się jej poszczególne tematy, a wszyscy jej bohaterowie zamieszkają w innym wymiarze, czyli staną po stronie „Nie ma”. Metafizyki bowiem nie da się „zubytkować”. (Kto przeczyta zawarty w „Nie ma” tekst „Ubytkowanie”, ten zrozumie aluzję).

pokaż więcej

 
2018-12-12 20:08:13
Ma nowego znajomego: ksiazkawprezencie
 
2018-12-12 19:40:12

[Zapraszam Państwa do lektury mojej najnowszej, opublikowanej dziś rano na stronie głównej LC, oficjalnej recenzji książki Piotra Milewskiego, „Islandia, albo najzimniejsze lato od pięćdziesięciu lat”. Jest to omówienie, jak się Państwo przekonają, miejscami dosyć sceptyczne, co jest dowodem na to, że oficjalne recenzje zamówione przez LC nie muszą koniecznie być laudacjami. Recenzja dostępna... [Zapraszam Państwa do lektury mojej najnowszej, opublikowanej dziś rano na stronie głównej LC, oficjalnej recenzji książki Piotra Milewskiego, „Islandia, albo najzimniejsze lato od pięćdziesięciu lat”. Jest to omówienie, jak się Państwo przekonają, miejscami dosyć sceptyczne, co jest dowodem na to, że oficjalne recenzje zamówione przez LC nie muszą koniecznie być laudacjami. Recenzja dostępna jest pod adresem http://lubimyczytac.pl/oficjalne-recenzje-ksiazek/11226/koniecznosc-wyspy. Poniżej zamieszczam dwa krótkie fragmenty.]

7 czerwca 1613 roku na Islandię przybywa statek z Bremy, a na jego pokładzie dwudziestojednoletni Czech Daniel Vetter – husyta, członek Jednoty Braci Czeskich. Spędził on na wyspie około 9-11 tygodni, przemierzając ją konno z południa na północ. Owocem tej podróży było wydane w 1638 roku w Lesznie dzieło „Islandia, albo Krótkie opisanie wyspy Islandyi”, które jest najstarszym opisem tego kraju w języku polskim. Piotr Milewski natknął się na dzieło Vettera w roku 2013 i zafascynowany lekturą, postanowił udać się w podróż śladami Czecha. Od tej pory siedemnastowieczne źródło stanie się azymutem tej podróży, a każdy rozdział będzie przez Milewskiego opatrzony jego fragmentem. Nadarzała się wprost idealna okazja do takiego wojażu, bo właśnie mijała czterechsetna rocznica podróży Daniela Vettera. Lato 2013 roku okazało się najzimniejszym od pół wieku – a trzeba zaznaczyć, że islandzkie lato charakteryzują różnice temperatur zbliżające się nawet do trzydziestu stopni Celsjusza.

(…)

Mimo wszystko jednak uważam „Islandię…” za książkę godną polecenia – jednak raczej dla osób chcących dopiero rozpocząć swoją przygodę z tą północną krainą. Domyślam się, że nie będzie ona raczej uzupełnieniem informacji dla obeznanych w temacie. Jest to książka poprawna, ale poprawność może nie wystarczyć, gdy się opisuje kraj europejski, choć daleki, to przecież nie egzotyczny, od ręki dostępny dla każdego, kto tylko dysponuje odpowiednimi środkami finansowymi.. Jednak Piotr Milewski dużą wagę przywiązuje do opowieści, która powstaje, gdy krzyżują się ścieżki pisarza i podróżnika, która jest najtrwalsza i po którą wyrusza się w podróż. I taką właśnie opowieść – choć miejscami bardzo meandryczną – „Islandia…” z pewnością zawiera.

pokaż więcej

 
2018-12-08 21:07:33
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Literatura amerykańska, Posiadam

PROZA STANU POŚREDNIEGO

Nie tak dawno temu w jednej z tanich księgarń wpadł mi w ręce tom opowiadań nieznanego mi wtedy jeszcze pisarza, zatytułowany „10 grudnia”. Niestety, wobec przesytu krótkimi formami prozatorskimi, książki nie kupiłem. Był to, jak się okazało, błąd, ale ferment został już zasiany – nieco później zaczęło być głośno na temat powieściowego debiutu George’a Saundersa,...
PROZA STANU POŚREDNIEGO

Nie tak dawno temu w jednej z tanich księgarń wpadł mi w ręce tom opowiadań nieznanego mi wtedy jeszcze pisarza, zatytułowany „10 grudnia”. Niestety, wobec przesytu krótkimi formami prozatorskimi, książki nie kupiłem. Był to, jak się okazało, błąd, ale ferment został już zasiany – nieco później zaczęło być głośno na temat powieściowego debiutu George’a Saundersa, nagrodzonego w 2017 roku prestiżową Nagrodą Bookera. Skojarzyłem nazwisko i – pomimo zmasowanych działań marketingowych – postanowiłem spróbować. Dziś, lekturę „Lincolna w Bardo” mam za sobą, a „10 grudnia” usilnie poszukuję.

„Lincoln w Bardo”, pomimo całego fantastycznego aspektu fabuły, jest utworem opartym na prawdziwym zdarzeniu. Otóż 20 lutego 1862 roku na tyfus umiera Willie Lincoln, syn prezydenta Abrahama Lincolna. Akcja powieści rozgrywa się pięć dni później, podczas jednego dnia na waszyngtońskim cmentarzu na Dębowym Wzgórzu. Śmierć ta głęboko wstrząsa rodzicami dziecka – matka zapada na ciężką depresję, ojciec zaś rozpoczyna nocne wędrówki do grobowca. Dębowe Wzgórze zaś jest w utworze przestrzenią tytułowego Bardo, zaczerpniętym z filozofii buddyjskiej miejscem pośrednim między życiem a śmiercią, do którego trafiają dusze tych, którzy nie chcą sami przed sobą przyznać się, że umarli. Oszukują się, że zapadli na jakąś ciężką chorobę, a miejsce to ma za zadanie ich uleczyć. Swoje groby nazywają domkami, a trumny „szpitalnymi skrzyniami”. Wille Lincoln, jedyne dziecko w Bardo, trafia tam przypadkowo, ponieważ nie jest świadomy swojej śmierci i postanawia czekać, aż odnajdą go tam jego rodzice. Gdy Abraham Lincoln wchodzi na cmentarz, zostaje zewsząd otoczony przez zamieszkałe tam dusze, z których każda zaczyna opowiadać swoją własną historię. Na Dębowym Wzgórzu spotkamy całą galerię osobliwości – samobójców, morderców, myśliwych, żołnierzy, duchownych, zwykłych i niezwykłych ludzi.

I tu dochodzimy do rzeczy najistotniejszej, jaką jest forma tego utworu. Otóż jest to de facto powieść bez narratora. Rolę wiodących opowiadaczy przyjmują trzy postaci: Hans Vollman, Roger Bevins III i wielebny Everly Thomas. „Lincolnowi w Bardo” tak naprawdę bliżej do dramatu niż do powieści. Kwestie postaci rozpisane są na głosy – każda kwestia opatrzona jest poniżej imieniem i nazwiskiem wypowiadającej ją postaci – w nawiasie, co przywołuje na myśl narrację skonstruowaną z aforyzmów, odrębnych od siebie mądrości. To w gruncie rzeczy zbiór niezależnych monologów, ponieważ na Dębowym Wzgórzu każdy wydaje się być zainteresowany wyłącznie sobą i historią, którą ma do opowiedzenia. Co więcej, dla każdego z mieszkańców cmentarza śmierć przyjmuje formę zgodną z indywidualnymi wyobrażeniami. Ciekawie do tego konceptu odniósł się George Saunders w rozmowie z Juliuszem Kurkiewiczem: „Musiałem odejść od buddyjskiego konceptu (bardo) – przyznaje Saunders – i wykreować zupełnie nową wizję tego, co może czekać nas po śmierci. Zgaduję, że cokolwiek wówczas się wydarzy, będzie totalnym zaskoczeniem. Sporym wyzwaniem było więc dla mnie stworzenie Bardo, które odnosiłoby się do naszych wyobrażeń o życiu po śmierci, a zarazem odbiegało od nich na tyle, byśmy mogli wyobrazić sobie, jak czują się zmarli”. W większości dotychczasowych omówień utworu Saundersa pojawia się stwierdzenie „amerykańskie Dziady”. Jest to słuszna paralela, jednak autor „Lincolna w Bardo” nie przyznaje się do znajomości twórczości Mickiewicza, mówiąc, że niemal każdy kraj ma w swoim literackim dziedzictwie książkę podobną do historii Williego Lincolna.

Ciekawy jest u Saundersa również kontekst historyczny – akcja rozgrywa się w trakcie wojny secesyjnej. Abraham Lincoln, pomimo targającej nim żałoby, musi nieustannie brać odpowiedzialność za swój kraj. Owa pseudonarracja nie zmienia swojej formy, aby opisać tło zdarzeń, zamienia się w niekończący się kolaż źródeł historycznych – jak sądzę, po części fikcyjnych, odwołań do ulotnego piśmiennictwa z epoki. Gdy czyta się te różnorodne, bardzo często sprzeczne ze sobą relacje, opisujące okoliczności śmierci dziecka, czy też w sposób skrajnie różny opisujące charakterystykę prezydenta Lincolna, widać jak na dłoni, jak wielkim mitem jest tak zwana prawda historyczna. Taki rodzaj narracji, mimo iż oryginalny, jest jednak mocno kontrowersyjny i sprawia, że lektura wymaga maksymalnego zaangażowania myśli, a i tak nietrudno pogubić się w licznych pobocznych wątkach. Eksperyment Saundersa ma również chwilami negatywny wpływ na płynność lektury.

Wyrazy uznania należą się tłumaczowi powieści, który dokonał rzeczy niesamowitej. Nieczęsto zdarza się spotkać przekład, który z taką dokładnością oddawałby ducha oryginału. Uwaga ta jest bardzo istotna, ponieważ dotąd miałem do przekładów Kłobukowskiego stosunek mocno ambiwalentny, nie akceptowałem niektórych jego pomysłów, choćby w przypadku tłumaczeń wierszy Charlesa Bukowskiego. W „Lincolnie w Bardo” przekład jednakże powoduje, że książka ta aż iskrzy – Kłobukowski rozpisał tę powieść na głosy – każda z postaci przemawia własnym, odrębnym językiem, brzmi niesłychanie przekonująco – dzięki charakterystycznym powiedzonkom, wtrętom, akcentowaniom, posługując się wulgaryzmami, czy nawet celową niegramatycznością i nieortograficznością. To dzięki Kłobukowskiemu, polski przekład staje się tyglem, w którym, pomimo poważnej tematyki mieszają się stylistyki i tonacje.

Henryk Bereza napisał kiedyś, że w dwudziestym wieku „znużenie narracją w stylu dziewiętnastowiecznym jest zrozumiałe” oraz, że „odkrycia w literaturze możliwe są jedynie na marginesach”. To z tekstu „Uwagi o prozie”, sprzed ponad sześćdziesięciu lat, cóż dopiero mówić o dwudziestym pierwszym wieku! Rzeczywiście, proza Saundersa, z całym swoim aspektem eksperymentalnym, jest bez wątpienia eksploracją literackiego marginesu. Sądzę jednak, że usytuowanie „Lincolna w Bardo” w innych, bardziej zbliżonych do „literatury środka” obszarach, nie uchroniłoby powieści Saundersa od przeistoczenia się w banał. I kto wie, czy Amerykanin, działając w obrębie wspomnianego marginesu, nie odkrył istniejącego dalej nowego kontynentu, niewykorzystanych literacko przestrzeni. Jednakże wydaje się zupełnie zrozumiałe, że nie każdemu przypadnie do gustu to, co Saunders proponuje w „Lincolnie w Bardo” na poziomie formalnym. Niełatwo przychodzi wznieść się ponad dotychczasowe nawyki, i dlatego tak dalece posunięte nowatorstwo formalne, może (a nawet powinno) budzić sprzeciw. Ja sam również, przyznaję to otwarcie, nie od razu przekonałem się do estetyki Saundersa.

„Lincoln w Bardo” jest książką wymagającą – a wymaga ona przede wszystkim otwartości na świat i szerokich horyzontów. Zarówno pod względem formy, jak i treści – jak wytłumaczyć na przykład pewien religijny synkretyzm fabuły – skąd w chrześcijańskiej Ameryce wziął się nagle buddyjski termin bardo? Zwłaszcza, że został on zapożyczony tylko częściowo. W filozofii buddyjskiej bardo jest stanem, a nie jak w powieści, miejscem, ograniczonym tylko do terenu cmentarza. Pod omówieniem powieści, napisanym przez Wojciecha Szota na stronie Kurzojady.pl pojawił się następujący komentarz: „Bardo? Już mi się to nie podoba. Ja jestem za życiem!”. Jak widać, wąski światopogląd może znacząco utrudnić recepcję utworu, który jest dowodem na złożoność świata. Jak widać, można się oburzać na fakt, że główną postacią powieści jest śmierć. Można „Lincolnowi w Bardo” co nieco zarzucić – ja sam mam zastrzeżenia – ale z pełnym przekonaniem muszę przyznać jedno – dawno już żaden tekst literacki nie zaopatrzył mnie w taką dawkę optymizmu, nadziei, że śmierć niczego nie kończy, że możliwe jest nie tylko spotkanie, ale i przeniknięcie się dwóch istnień. I to wszystko pomimo faktu, że Saunders posługuje się buddyjską, a nie chrześcijańską symboliką. Zawieszony pomiędzy epiką a dramatem świat wykreowany przez amerykańskiego pisarza, przypomina zaludniające go postaci – przebywające w stanie pośrednim. Tylko od woli czytelnika zależy, czy lektura Saundersa zaprowadzi nas w kierunku życia, czy śmierci. Zaś nade wszystko – co należy podkreślić jak najwyraźniej – główną zasługą „Lincolna w Bardo” jest to, że ta książka udowadnia, że można osobnym i odświeżającym głosem pisać o miłości, śmierci, czy tęsknocie, na temat których powiedziano już niemal wszystko. Istota książki Saundersa tkwi właśnie wewnątrz słowa „niemal”.

pokaż więcej

 
2018-12-04 20:02:25
Seria: X-Varia

[Chcąc poprawić bardzo wątłe jak dotąd zasięgi oficjalnych recenzji na LC, korzystam z miejsca na swoim profilu, by zaprosić Państwa do przeczytania mojej recenzji ostatniego zbioru wierszy Leonarda Cohena, która ukazała się na głównej stronie portalu dokładnie dwa tygodnie temu.
Całość tekstu dostępna jest pod adresem: ...
[Chcąc poprawić bardzo wątłe jak dotąd zasięgi oficjalnych recenzji na LC, korzystam z miejsca na swoim profilu, by zaprosić Państwa do przeczytania mojej recenzji ostatniego zbioru wierszy Leonarda Cohena, która ukazała się na głównej stronie portalu dokładnie dwa tygodnie temu.
Całość tekstu dostępna jest pod adresem: http://lubimyczytac.pl/profil/677940/tomasz-wojewoda/oficjalne-recenzje/1/1.... Poniżej zamieszczam jedynie dwa krótkie fragmenty.]

Nie jest łatwo napisać w kilku zdaniach, kim był Leonard Cohen – tak, by nie otrzeć się o banał. Jego wielokierunkowa, silnie autobiograficzna twórczość i myśl sprawiają wrażenie precyzyjnie skonstruowanego i przemyślanego programu, który twórca realizował przez całe swoje życie. (…) W dwa lata po śmierci artysty, otrzymujemy do rąk ostatnią, jedenastą książkę poetycką Cohena – „Płomień”, nad którą pracował do ostatnich dni. Jak wspomina w przedmowie syn artysty, Adam Cohen – tożsamość poety była dla jego ojca najważniejsza, bo chronologicznie pierwsza – Cohen uważał bycie poetą za „rodzaj misji od Boga”.
(…)
Cohen „wypowiada mądre słowa/ Niczym mędrzec i wizjoner/ Chociaż nie jest niczym więcej/ Niż przelotną afirmacją słowa byt”. Nie jest to książka przeznaczona do klasycznej, linearnej lektury – raczej do dogłębnego studiowania poezji napisanej przed rozstaniem ze światem, „na krawędzi lat”. Dopiero teraz widać to z całą mocą – Leonard Cohen żegnał się ze światem małymi kroczkami od wielu lat – jego ostatnim muzycznym dokonaniem była płyta „You Want It Darker”, która ukazała się na niespełna miesiąc przed śmiercią artysty. Znajduje się na niej utwór pt. „Travelling Light”, gdzie Cohen de facto odmawia swój własny kadysz. Tekst tego utworu znalazł się również w „Płomieniu”, pod tytułem „Bez bagażu”. Choć wiem doskonale, że travelling light znaczy tyle, co „podróżować bez bagażu”, „na lekko”, to jednak przetłumaczyłem sobie dosłownie (i niegramatycznie) owo zdanie, jako: „jestem podróżującym światłem”. Te trzy słowa jawią mi się jako doskonałe podsumowanie życia Leonarda Cohena, jak i streszczenie ostatniego zbioru jego wierszy. Jest to bowiem książka tak wielowymiarowa, że domaga się pięćdziesięciostronicowego eseju – lub milczenia.

pokaż więcej

 
2018-12-03 19:19:28
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Eseje/ publicystyka, Literatura włoska, Posiadam

ODCISKI W PLASTELINIE KULTURY

Zbiór esejów Roberto Calasso (ur. 1941) pod tytułem „Ślad wydawcy” jest jedną z bardzo unikatowych pozycji, pozwalających czytelnikowi zajrzeć za kulisy działalności wydawniczej. Trudno w moim przekonaniu o osobę bardziej kompetentną do napisania takiej książki, niż włoski pisarz, ponieważ Calasso jest nie tylko znakomitym eseistą, autorem książek poświęconych...
ODCISKI W PLASTELINIE KULTURY

Zbiór esejów Roberto Calasso (ur. 1941) pod tytułem „Ślad wydawcy” jest jedną z bardzo unikatowych pozycji, pozwalających czytelnikowi zajrzeć za kulisy działalności wydawniczej. Trudno w moim przekonaniu o osobę bardziej kompetentną do napisania takiej książki, niż włoski pisarz, ponieważ Calasso jest nie tylko znakomitym eseistą, autorem książek poświęconych Kafce i Baudelaire’owi, ale również doświadczonym wydawcą, współzałożycielem jednego z najważniejszych włoskich wydawnictw – Adelphi. Co więcej, Calasso to jeden z nielicznych przypadków osób, które w branży wydawniczej osiągnęły sukces – jest to istotne zastrzeżenie, biorąc szczególnie pod uwagę to, co Włoch pisze w jednym z esejów – że na wydawaniu książek wielu już roztrwoniło swoje majątki.

Na „Ślad wydawcy” składa się dwanaście tekstów, opublikowanych przez autora we włoskich czasopismach lub wygłoszonych przy różnych okazjach. Niestety, i to właściwie jedyny zarzut jaki ośmielam się sformułować wobec książki włoskiego eseisty – jak się wydaje, finalny układ tekstów w „Śladzie wydawcy” nie jest wynikiem koncepcji autora, a jedynie eklektycznym wyborem jego eseistyki, dokonanym przez osobę trzecią, co widać wyraźnie, gdy Calasso parokrotnie w swoim wywodzie posługuje się takimi samymi przykładami i ideami, nie wspominając o miejscu ich wcześniejszego użycia. Ale to jedynie uwaga na marginesie, która nie unieważnia licznych pozytywów.

Grupa edytorów, która zakładała Adelphi, była zainspirowana działalnością Kurta Wolffa, który tuż przed pierwszą wojną światową zaczął wydawać „nowych pisarzy odznaczających się talentem literackim”. Swoistej idée fixe Niemca, światowa literatura zawdzięcza odkrycie takich nazwisk jak Kafka, Walser, Trakl czy Benn. Calasso, w nawiązaniu do serii „Der Jüngste Tag”, rozwija koncept „książki jedynej” – czyli pozycji nieoczywistej, „którą się czyta, wchodząc w krąg potężnej halucynacji”, „napisanej przez autora jedynego w swoim rodzaju, „któremu coś się przydarzyło i (…) to coś utrwaliło się w tekście”. Serią wydawniczą, która nadała wydawnictwu Adelphi rozgłos, była zainicjowana w 1965 roku „Biblioteca”, gdzie pierwszym tomem była powieść Alfreda Kubina „Po tamtej stronie” (warto nadmienić, że numerem trzy był „Rękopis znaleziony w Saragossie” Jana Potockiego). Do dziś ukazało się w tej serii ponad siedemset tytułów, ze średnią częstotliwością półtorej książki na miesiąc.

W kolejnych tekstach Calasso rozwija swoje myśli na temat profili wydawniczych, które to zjawisko w dobie bezrefleksyjnej pogoni za zyskiem i wynikami sprzedaży uważa za zanikające. Sporą część poświęca problematyce serii wydawniczej – rozumie ją w sposób odkrywczy i chyba, w porównaniu z większością współczesnych wydawców, unikatowy. A mianowicie jako „zdolność nadania takiej formy książkom, jakby były rozdziałami jednej i tej samej księgi”. Istotna jest również kwestia okładki, a w szczególności jej właściwego wyboru. Okładki były bodaj najskrupulatniej selekcjonowanymi częściami książek, publikowanych przez wydawnictwo Adelphi – ich funkcję widzi Calasso jako „odwróconą ekfrazę” dzieła (ekfraza – artystyczny, szczegółowy opis dzieła sztuki). Włoski pisarz skupia się również na filozofii pisania tekstów na drugiej stronie skrzydełka. Niejako mimochodem, Roberto Calasso zdaje również relacje ze swoich edytorskich inspiracji, pisząc między innymi o najpiękniejszej według niego książce, jaką kiedykolwiek wydano – „Hypnerotomachia Poliphili” („Miłosne zmagania we śnie”) anonimowego autora, opublikowaną w 1499 roku nakładem weneckiego wydawcy Aldusa Manucjusza. Wspomina też o ważnych w swoim życiu ludziach – mistrzach i przyjaciołach wydawcach, każdemu poświęcając krótki tekst w formie nekrologu.

Niewielką, ale jakże istotną część książki stanowi niezwykle interesująca polemika z artykułem „Co się stanie z książkami?” Kevina Kelly’ego, który w „New York Timesie” przepowiada istnienie biblioteki uniwersalnej, „jedynej księgi świata”, gdzie każdy będzie miał dostęp do wszystkich tekstów i książek, jakie kiedykolwiek zostały napisane. W wizji Kelly’ego czytanie nabiera wspólnotowego wymiaru, a czytelnicy mogą dzielić się między sobą tym, co przeczytali, wraz z opracowanymi przypisami, glosami, komentarzami. Calasso uważa, że byłoby to zagrożenie dla funkcji wydawcy, którego rolę postrzega znacznie szerzej niż statystyczny odbiorca kultury – nie tylko jako menedżera lecz przede wszystkim jako arbitra, oceniającego jakość dzieła. Wtedy „wydawca może zejść ze sceny i nie będzie to ani dostrzeżone, ani opłakane”.

Widać jak na dłoni, że dla Calasso działalność wydawnicza była czymś w rodzaju misji. Co chwalebne, wydaje się ona biegunowo odległa od tak bardzo popularnych w dzisiejszych czasach wydawnictw subsydiowanych, czy tak zwanego „vanity publishing” – nastawionych jedynie na zysk pseudowydawców, żerujących na twórczych i wrażliwych, a poniekąd naiwnych ludzi, którym z różnych powodów nie udaje się przebić do żadnego z wydawnictw z wyższej edytorskiej półki.

Książki o książkach to bardzo specyficzny rodzaj lektur. Taki metapoziom literackiej refleksji z pewnością wymaga od autora erudycji i dużych umiejętności, aby nie zanudzić czytelnika, lub, co jeszcze gorsze, nie stać się jedynie kompilacją powszechnie znanych prawd. Na szczęście znakomite pióro Roberto Calasso, w połączeniu z jego niekwestionowanym doświadczeniem w branży wydawniczej sprawiają, że „Ślad wydawcy” to bardzo interesująca, warta przeczytania książka. Choć, co widać w tytule, prezentuje jedynie „ślad”, to z całą dobitnością uświadamia wagę takiego śladu, który, choćby najmniejszy z możliwych, odciska się w niebywale chybotliwej i plastycznej materii, jaką jest plastelina światowej kultury. Każdy źle postawiony krok może ją nieodwracalnie zdeformować. Trudno jest mi oprzeć się wrażeniu, że „Ślad wydawcy” to pozycja również zaliczająca się do „książek jedynych” – napisana przez człowieka, którego tożsamość wykracza daleko poza banalne określenie „pisarz”, opublikowana przez wydawnictwo, które jak żadne inne posiada jasno określony profil i konsekwentnie go realizuje, które kładzie nacisk na estetyczny wymiar publikowanych książek. Nie sądziłem, że można w tak zajmujący sposób opowiedzieć o historii edytorstwa, a co dopiero – jak w przypadku włoskiego pisarza – streścić niewielki jej wyimek i to jeszcze z jakże subiektywnego punktu widzenia. Roberto Calasso daje nam szansę spojrzeć na literaturę od drugiej, rzadko dostępnej zwykłym czytelnikom strony – od strony nerwów, flaków, kabli i sznurków. Pozwala zaobserwować ten niezwykle ważny i nierzadko trudny moment, w którym dzieło literackie nabiera dodatkowego wymiaru i staje się przedmiotem.

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
424 267 6196
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (74)

Ulubieni autorzy (44)
Lista ulubionych autorów
Ulubione cytaty (81)
lista cytatów
zgłoś błąd zgłoś błąd