Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.
Paulina 
naksiazki.blogspot.com
status: Czytelnik, ostatnio widziany 20 godzin temu
Teraz czytam
  • Replika
    Replika
    Autor:
    Gemma ma kompleksy. Od zawsze była chorowita i dużo czasu spędzała w szpitalach – nosi po nich pamiątkę w postaci blizny w okolicy serca. W szkole koleżanki jej dokuczają, chłopaki z klasy nie interes...
    czytelników: 311 | opinie: 1 | ocena: 7 (1 głos) | inne wydania: 2
  • Utopce
    Utopce
    Autor:
    Upalne lato tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego czwartego roku na zawsze pozostanie w pamięci mieszkańców odciętej od świata wsi Utopce. To wtedy ofiarą krwiożerczego wampira padły dwie osoby. Wśród p...
    czytelników: 2531 | opinie: 203 | ocena: 7,56 (1154 głosy)

Pokaż biblioteczkę
Aktywności
2017-06-21 12:56:48
Dodał książkę na półkę: Teraz czytam, Posiadam
 
2017-06-21 12:56:07
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, 2017, Posiadam

* recenzja pochodzi z bloga www.naksiazki.blogspot.com


Raz na jakiś czas na rynku wydawniczym pojawia się ona. Książka, która jest wszędzie; historia mająca być epicką; powieść, która kusi bardziej niż kostka czekolady na diecie. Jej kampania reklamowa zasługuje na medal, jej okładka cieszy czytelnicze oczy, a opis zwiastuje cudowną, pełną emocji i nieprzewidywalności przygodę.
Brzmi co...
* recenzja pochodzi z bloga www.naksiazki.blogspot.com


Raz na jakiś czas na rynku wydawniczym pojawia się ona. Książka, która jest wszędzie; historia mająca być epicką; powieść, która kusi bardziej niż kostka czekolady na diecie. Jej kampania reklamowa zasługuje na medal, jej okładka cieszy czytelnicze oczy, a opis zwiastuje cudowną, pełną emocji i nieprzewidywalności przygodę.
Brzmi co najmniej epicko?
No i cóż, jest epicko. Albo raczej "epickie".
Epickie kłamstwo.




Kiedyś.
On jest złotym dzieckiem. Gra w tenisa, bywa zabawny nawet wtedy, gdy tego nie chce, a dookoła niego ustawia się wianuszek dziewcząt. Każdy go zna i każdy lubi, i każdy chce być dokładnie taki jak on. Ezra jest kimś i ma dosłownie wszystko.
Dziś.
Wychudły chłopaczyna z przydługimi włosami, jako atrybut - bynajmniej nie sławy i władzy - dzierżący w dłoni laskę. Opuszczony przez tak zwanych przyjaciół, skazany na społeczną banicję, z przyszłością, która straciła dla niego sens i kalectwem, z którym nie potrafi sobie poradzić. Do czasu.
Bo pojawia się Ona. Nowa w szkole. Intryguje i zadziwia, a do tego... zmienia wszystko.





"Początek wszystkiego" kusił mnie dosłownie od samego początku ( :D ). Motto na okładce miało być gwarantem rewelacyjnej lektury, pełnej sensu i przemyśleń. I faktycznie poniekąd było.
Od razu zaznaczę, że Schneider pisze niesamowicie przyjemnie i bardzo lekko - chociaż niektóre z przemyśleń (a może jej twierdzeń?) brzmią troszeczkę zbyt górnolotnie, zbyt patetycznie. Było parę momentów, w których to przez głowę przemknęła mi myśl, że nieco za bardzo chce być Johnem Greenem w spódnicy i że jest to co najmniej śmieszne, a już na pewno zupełnie niepotrzebne.
Chociaż Schneider tworzy w miarę ciekawe sceny i całkiem sympatycznych bohaterów, to w gruncie rzeczy nie ma pomysłu na fabułę - co niestety bardzo, bardzo rzucało się w oczy. Chciała napisać powieść z wypadkiem w tle - i w porządku, szkoda jednak, że nie potrafiła "obudować" tego jednego, znaczącego punktu innymi wydarzeniami. "Ezra miał wypadek, Ezra poznaje dziewczynę, a dziewczyna..." - w zasadzie tak można podsumować wszystko, co dzieje się w tej książce. I gdyby na tym zakończyć, to naprawdę przełknęłabym tę odrobinkę gorzką pigułkę. Byłabym nawet w stanie powiedzieć, że "Początek wszystkiego" mnie usatysfakcjonował. Wszak nie każda powieść musi zmieniać światopogląd i nie każda musi być naszą ulubioną, męczoną i zaczytywaną do ostatniej strony po kilka razy na rok, prawda? ;) Ale... Na tym - NIESTETY - się nie kończy.
Jestem zła. Tak, dobrze czytacie. Jestem zła, wkurzona i nawet trochę smutna. Bo - na wszystkich greckich bogów! - jak można zepsuć (w gruncie rzeczy) fajną książkę tak lichym zakończeniem? Tak schematycznym, tak nudnym, tak do bólu przewidywalnym? Jak można pójść po linii najmniejszego oporu i dać czytelnikom coś tak oklepanego? Nie wspomnę już o zachowaniu Cassidy, o którym można powiedzieć naprawdę wiele, ale nie to, że było ono logiczne. A do tego sytuacja (mająca chyba być punktem kulminacyjnym?) z psem Ezry, która - z ręką na sercu - była tak bezcelowa, tak pozbawiona jakiegokolwiek sensu, dorzucona niemal na siłę, że mimo licznych prób nie potrafię zrozumieć pobudek, jakimi kierowała się Robyn Schneider w momencie jej pisania.
I tak, wciąż jestem zła. Nieziemsko zła.





Gdyby "Początek wszystkiego" zakończył się pięćdziesiąt stron wcześniej, poleciłabym ją każdemu fanowi opowieści w stylu Greena, Brooksa, a może nawet i - ach, zaszalejmy! - Quicka. Gdyby skończył się pięćdziesiąt stron wcześniej, bez wahania nazwałabym go jedną z lepszych (z tych w miarę lekkich, ale absolutnie nie głupich) wakacyjnych książek tego roku.
Jednak "świat nie jest instytucją zajmującą się spełnianiem życzeń", a Schneider zakończyła swoją opowieść w taki sposób i jedyne, co mogę powiedzieć to... Przeczytajcie, jeśli chcecie.
Nie nastawiajcie się jednak na fajerwerki i na to, że pod jej wpływem, na wzór Archimedesa, wrzaśniecie w kąpieli "Eureka!".

pokaż więcej

 
2017-06-17 10:26:04
Dodał książkę na półkę: Teraz czytam
Cykl: Lipowo (tom 5)
 
2017-06-17 10:24:44
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, 2017
Autor:
 
2017-06-13 17:33:11
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, 2017, Posiadam

* recenzja pochodzi z bloga www.naksiazki.blogspot.com



Nie minę się chyba z prawdą, gdy napiszę, że Skandynawowie uważani są za mistrzów kryminału. Larsson, Lackberg, Mankell, Nesbø - słyszał o nich niemal każdy, a liczba ich fanów z dnia na dzień jedynie wzrasta.
W czym tkwi ich sekret? Czy operują piórem lepiej niż inne nacje, czy może jest wśród nich więcej psychodelicznych szaleńców?...
* recenzja pochodzi z bloga www.naksiazki.blogspot.com



Nie minę się chyba z prawdą, gdy napiszę, że Skandynawowie uważani są za mistrzów kryminału. Larsson, Lackberg, Mankell, Nesbø - słyszał o nich niemal każdy, a liczba ich fanów z dnia na dzień jedynie wzrasta.
W czym tkwi ich sekret? Czy operują piórem lepiej niż inne nacje, czy może jest wśród nich więcej psychodelicznych szaleńców? Czy też - kolokwialnie mówiąc - całą robotę odwala za nich atmosfera miejsc, w których osadzają akcję swych powieści?
Nie mam pojęcia.
Wiem za to, że uwielbiam skandynawskie kryminały, namiętnie je czytuję i często daję szansę nowym twórcom. Takim jak np. Mariette Lindstein.
Bo przyznajcie sami, czyż skandynawski thriller oparty (częściowo :D ) na faktach, nie brzmi nad wyraz kusząco?
Dla mnie brzmiało. I to bardzo.



Szwedzka wyspa, skąpana we mgle, która obrosła w mrożące krew w żyłach legendy i wyglądająca na niegroźną (a wręcz innowacyjną!) ideologia. Niewiele trzeba, by niemająca planu na życie młodziutka Sofia Bauman uległa czarowi Franza Oswalda, przywódcy sekty ViaTerra. Najpierw realizuje jego program, a później - pomimo początkowych oporów - przyjmuje ofertę pracy. Szybko jednak zauważa, że Oswald zachowuje się dziwnie, a to, czego wymaga od swoich pracowników na pewno nie jest normalne. Atmosfera się zagęszcza, a wraz z nią obawy Sofii, która postanawia opuścić wyspę, nim dojdzie do najgorszego.
Zapomina jednak o jednym.
Nikt nigdy nie opuścił ViaTerra.




"Sekta z Wyspy Mgieł" szumnie nazywana jest fenomenem na miarę Larssona (tak, dokładnie takie słowa krzyczą do nas z okładki) i mrożącym krew w żyłach thrillerem. W tym momencie powinnam chyba parsknąć śmiechem, bo ma to niewiele wspólnego z rzeczywistością. To naprawdę dobra powieść, mocna i momentami niepokojąca, ale w żadnym wypadku nie nazwałabym jej thrillerem (a tym bardziej takim, który zatrzymałby nam krążenie). Co zaś do porównania "Sekty..." do "Millenium" Larssona - aż tak bym się nie zapędzała ;)
To, co charakteryzuje skandynawską literaturę to bardzo trudny do przebrnięcia, toporny wręcz wstęp. Tak też jest w przypadku debiutu Lindstein. Jeśli jednak zaciśniemy zęby i będziemy brnąć dalej niczym buldożer, to natrafimy na kawałek całkiem niezłej literatury, którą czyta się w iście zawrotnym tempie.
Na samym początku lekko obawiałam się tych trudności w czytaniu - "Sekta z Wyspy Mgieł" jest bowiem oparta na autentycznych wydarzeniach, których to świadkiem (czy też raczej "uczestnikiem") była autorka. Obawiałam się stricte naukowego podejścia, poważnego dokumentu i treści pełnej psychoanalizy. Niebiosom niech będą dzięki, że Lindstein zdecydowała się pójść w zupełnie innym kierunku i mocno sfabularyzowała fakty, którymi dysponowała . Jej książka to nie psychologiczny bełkot, pełen wyobrażeń o tym, jak działa sekta; to prawdziwa relacja osoby z wewnątrz, świadectwo zmian w psychice i działań człowieka opętanego manią wielkości. Co do samego Oswalda - gwarantuję Wam, że drugiej tak szalonej, wywołującej raz litość, raz nienawiść postaci szybko nie znajdziecie.
Przez pierwsze sto stron bardzo (naprawdę BARDZO) przeszkadzały mi podrozdzialiki pisane kursywą, które to zastąpiły typowe retrospekcje, tak powszechnie używane w kryminałach czy thrillerach. Wiem, że miały one swój cel i z czasem zgrabnie wplatały się w całą historię, ale te początkowe były bardzo chaotyczne, nieudolne i jedyne, co robiły to... Dokładnie. Pieruńsko irytowały.
Większej liczby minusów nie zauważyłam ;)




Komu mogę polecić "Sektę z Wyspy Mgieł"? Na pewno wszystkim tym, którzy z zapamiętaniem zaczytują się w książkach opartych na faktach. Tym, którzy interesują się psychologią, ale niekoniecznie mają ochotę na noc spędzoną z akademickim podręcznikiem. Fanom Skandynawów (oczywiście! :) ) i wszystkim szukającym ciekawej lektury, która nie wyjmie im z życia więcej niż parę tylko dni.

pokaż więcej

 
2017-06-07 18:48:17
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, 2017, Posiadam

* recenzja pochodzi z bloga www.naksiazki.blogspot.com



Niejednokrotnie spotkałam się ze stwierdzeniem, że literatura obyczajowa jest nudna i zwykle mało odkrywcza. Że męczy stale te same tematy i tworzy plastikowych (niemal zawsze idealnych) bohaterów.
Nie jestem w stanie zdementować tych pogłosek (bo oczywiście jest w nich nieco więcej niż tylko ziarno prawdy), ale też zdecydowanie nie...
* recenzja pochodzi z bloga www.naksiazki.blogspot.com



Niejednokrotnie spotkałam się ze stwierdzeniem, że literatura obyczajowa jest nudna i zwykle mało odkrywcza. Że męczy stale te same tematy i tworzy plastikowych (niemal zawsze idealnych) bohaterów.
Nie jestem w stanie zdementować tych pogłosek (bo oczywiście jest w nich nieco więcej niż tylko ziarno prawdy), ale też zdecydowanie nie jestem zwolenniczką wyżej przedstawionej teorii. Autorzy obyczajówek coraz śmielej odchodzą od schematów, a ich bohaterowie dosyć mocno odstają od społeczeństwa. Są ekscentryczni, inni i po prostu dziwni.
Tak jak Eleanor Oliphant. Która - wbrew zapewnieniom - ma się nie całkiem dobrze.




Ma trzydzieści lat, stałą (choć nieco nudną) pracę i roślinkę, która służy jej za towarzystwo. W oczach współpracowników uchodzi za nierozumiejącą społecznych norm i zwyczajów dziwaczkę, a jej brak życia prywatnego jest tematem niekończących się żartów. Dla Eleanor nie stanowi to jednak źródła zmartwień - według niej samej ma się bowiem całkiem dobrze. Ma dach nad głową, ma co jeść i generalnie się nie nudzi.
Jednakże raz w tygodniu, z przymusu, rozmawia z matką, samotność przykleiła się do niej niczym lep do muchy, a każdy weekend kończy z butelką wódki.
Coś jest nie tak.
A Eleanor, choć twierdzi inaczej, ma się zdecydowanie gorzej niż dobrze.



Gdyby nie informacja od wydawcy, w życiu nie uwierzyłabym, że "Eleanor Oliphant ma się całkiem dobrze" jest debiutem Gail Honeyman.
Honeyman bawi się słowem i czytelnikami, raz po raz podsycając ich ciekawość, a za chwilę usypiając czujność. Tworzy ni to romans, ni komedię, a gdzieś w tle wplata kilka elementów z pogranicza kryminału. Sprawia, że po plecach przebiega nam dreszcz grozy, a serce dosłownie łka nad losem Eleanor. Tworzy fenomenalnych, nieidealnych i na wskroś prawdziwych bohaterów, a za tytułową postać należą jej się niemalże owacje na stojąco.
Książka Honeyman jest specyficzna, tak jak specyficzna jest sama Eleanor. Bardzo dziwna, stroniąca od ludzi i wszelkich rozrywek, bez przyjaciół, miłości, nawet zwierzaka. Mimo tych "wad" wzbudza ogromną sympatię, a jej plan pozyskania wybranka swego serca (który to wątek pewnie ucieszy każdą fangirl), choć nieco absurdalny, jest tak skrupulatnie opracowywany, że momentami zaczynamy wierzyć w jego powodzenie.
Eleanor nie jest tylko dziwaczką - jest dowodem na to, że zawsze można zmienić swoje życie i że nikomu nie jest pisana stagnacja, że z każdego marazmu da się wyjść i że nie warto oceniać innych po pozorach. Bo nigdy nie wiemy, co kryje się w drugim człowieku i z jakimi demonami musi się zmagać.




"Eleanor Oliphant ma się całkiem dobrze" to rewelacyjny debiut szkockiej pisarki, który już za jakiś czas przeniesiony zostanie na wielkie ekrany. To opowieść o akceptowaniu przeszłości i pisaniu własnej przyszłości. O zmianach, które dają siłę i sile, dzięki której można zmienić wszystko. To historia o bezinteresowności, altruistach i ludziach o wielkim sercu. I w końcu to opowieść o odnajdywaniu siebie, dobitnie udowadniająca, że każdy, absolutnie każdy, zasługuje na szczęście.

pokaż więcej

 
2017-06-04 11:14:31
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, 2017, Posiadam
Cykl: Harry Potter (tom 7)
 
2017-06-02 23:42:50
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, 2017, Posiadam

* recenzja pochodzi z bloga www.naksiazki.blogspot.com


Znacie osoby, które robią kilkuminutowy postój za każdym razem, gdy zobaczą zwierzaka? Które rozpływają się z zachwytu nad zaślinioną szczenięcą mordką i odwracają się za każdym napotkanym psem...?
To właśnie ja. Jestem zdeklarowaną psiarą, a do pełni szczęścia wystarczy mi książka, kubek kawy i mój własny mikroniedźwiadek na kolanach....
* recenzja pochodzi z bloga www.naksiazki.blogspot.com


Znacie osoby, które robią kilkuminutowy postój za każdym razem, gdy zobaczą zwierzaka? Które rozpływają się z zachwytu nad zaślinioną szczenięcą mordką i odwracają się za każdym napotkanym psem...?
To właśnie ja. Jestem zdeklarowaną psiarą, a do pełni szczęścia wystarczy mi książka, kubek kawy i mój własny mikroniedźwiadek na kolanach. Niestrudzenie poszukuję historii z tymi czworonożnymi przyjaciółmi w roli głównej, a filmy, w których występują, oglądam wręcz do znudzenia. Możecie więc tylko wyobrazić sobie moją radość, kiedy to wydawnictwo Harper Collins ujawniło swoje majowe premiery, a wśród nich znalazłam "Gizelle. Moje życie z bardzo dużym psem", oparte na faktach stadium przyjaźni 19-latki i jej ogromnego niczym grizzly mastifa. Wiedziałam, że muszę ją mieć, przeczytać i znać - raz, bo kocham psy, a dwa...
W końcu nie od dziś wiadomo, że prawdziwie poruszające historie to te, które napisało samo życie.



Ponad 70. kg żywej wagi, gracja słonia w składzie porcelany i nieskończone pokłady miłości - oto Gizelle, mastif angielski i najlepsza przyjaciółka Lauren. Jej pojawienie się w życiu dziewczyny, choć nieplanowane, daje początek wspaniałej przygodzie. Lauren staje się mieszkanką Nowego Jorku, podejmuje pierwszą pracę, dorasta i zaczyna wierzyć, że może zdobyć świat - a wszystko to u boku wiernej Gizelle.
Jednak posiadanie psa ma też swoje cienie - a najmroczniejszym i najstraszniejszym z nich jest moment, w którym trzeba powiedzieć "żegnaj". Gdy paskudny wróg atakuje kości Gizelle, Lauren stwarza dla niej "bucket list", ze wszystkich sił starając się jak najlepiej spędzić czas, który im pozostał i przygotowując się na to, co nieuniknione. Na pożegnanie.
Tym razem na zawsze.



To, że historia Gizelle zachwyci każdego miłośnika psów jest sprawą dosyć oczywistą. Tym bardziej, że opowieść o niej to nie tylko setki tysięcy znaków i literek, ale także przepiękne, kolorowe fotografie z prywatnego albumu jej ludzkiej przyjaciółki.
Lauren Fern Watt nie jest pisarką i to zdecydowanie widać - co jakiś czas w oczy rzucają się powtórzenia, a konstruowane przez nią zdania (czy myśli) są czasem porażająco wręcz proste, ale wiecie co? Absolutnie mi to nie przeszkadza, bo to nie warsztat i nie bogate słownictwo są (i być powinny) siłą Watt; jej moc tkwi w szczerości, we wzbudzaniu emocji wspólnych dla każdego psiego rodzica i pokazywaniu, że stratę przyjaciela - choć bolesną i rozdzierającą serce - można przetrwać.
Jej książka to opowieść o dorastaniu i o stawianiu pierwszych samodzielnych kroków w dorosłym życiu. O wychodzeniu z bezpiecznej (i przy okazji okropnie nudnej) strefy komfortu i o podejmowaniu ryzyka. O bólu wynikającym ze straty i o wspaniałej, pięknej psio-ludzkiej przyjaźni, której nie da się podrobić ani niczym zastąpić.
I chociaż przez ostatnie pięćdziesiąt stron prawie tonęłam we własnych łzach, to uważam, że było warto. Warto przeczytać tę książkę, poznać Gizelle i jej ogromne serducho. Jak mówią liczne internetowe memy - niczego nie żałuję. Niczego :D



Książki o psach (i w ogóle o zwierzętach) to dość specyficzne opowieści. Nie muszą być napisane perfekcyjnie, prawdopodobnie nigdy nie zawalczą o Pulitzera, a ich autorzy rzadko okazują się być pisarzami z powołania, a mimo to zdobywają grono wiernych fanów i wywołują ogrom ciepłych uczuć. Podobnie jest z Gizelle. Nim zekranizują jej losy (a wiem, że już to robią ;) ), przyjrzyjcie się i jej samej, i jej historii.
Jest tego warta.

pokaż więcej

 
2017-06-02 15:13:26
Wypowiedział się w dyskusji: Konkursy i rozdania blogowe

Konkurs z książką "Eleanor Oliphant ma się całkiem dobrze" --> https://www.facebook.com/naksiazki/photos/a.532689220224179.1073741828.521338051359296/767981746694924/?type=3&theater;)

więcej...
 
2017-05-29 15:14:33
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, 2017, Posiadam
Autor:

* recenzja pochodzi z bloga www.naksiazki.blogspot.com



Mam 22 lata i wciąż czytam literaturę młodzieżową. Powiem nawet więcej - ostatnio coraz częściej sięgam po powieści Young Adult, tym samym rzucając w przysłowiowy kąt gros pisanych na jedno kopyto historii z gatunku New Adult. O ile te drugie skupiają się głównie na seksie i ekspresowym uczuciu, o tyle pierwsze próbują poruszać trudne i...
* recenzja pochodzi z bloga www.naksiazki.blogspot.com



Mam 22 lata i wciąż czytam literaturę młodzieżową. Powiem nawet więcej - ostatnio coraz częściej sięgam po powieści Young Adult, tym samym rzucając w przysłowiowy kąt gros pisanych na jedno kopyto historii z gatunku New Adult. O ile te drugie skupiają się głównie na seksie i ekspresowym uczuciu, o tyle pierwsze próbują poruszać trudne i ważne tematy; otworzyć nam oczy na sprawy, których z różnych przyczyn nie dostrzegamy. I choć pozornie skierowane są do młodych czytelników (by nie rzec "dzieci jeszcze"), to dają do myślenia i tym nienastoletnim już odbiorcom.
Właśnie taką, kolejną już powieścią z przesłaniem, jest "Lato Eden".
I niech Was nie zwiedzie tytuł. TO lato Eden nie będzie ani ciepłe, a już na pewno nie słoneczne.



Latem nie może stać się nic złego.
Latem ginie jednak Eden. A Jess, jej najlepsza przyjaciółka, nie ma pojęcia dlaczego.
Osamotniona połówka zgranego do tej pory duetu postanawia odnaleźć zgubę, kierując się wskazówkami, które być może nieświadomie przegapiła i pomocą chłopaka, o którym nie powinna nawet marzyć. Jess wie, że przeznaczony na jej działanie czas nie jest nieograniczony.
I ucieka.
I to zdecydowanie za szybko.



"Lato Eden" jawiło mi się w wyobraźni jako lekka, niewymagająca zbyt wiele myślenia opowieść (tak zresztą podobna w swym opisie do przesympatycznego "Odkąd cię nie ma" Morgan Matson). Spotkała mnie jednak ogromna niespodzianka - powieść Flanagan czyta się co prawda w tempie ekspresowym (i to dosłownie w takim, które zawstydziłoby Nimbusa 2000 ), ale zawarta w niej historia nie jest ani łatwa, ani lekka, ani zbytnio przyjemna.
Dwie przyjaciółki, z których jedna zostaje uznana za zaginioną, a druga (przejmująca rolę narratorki) postanawia ją odszukać - tak w wielkim skrócie można opisać główny wątek. Historię poznajemy na bieżąco, kiedy to śledzimy poszukiwania i rozterki Jess (cała akcja toczy się w ciągu jednego tylko dnia), a także w licznych retrospekcjach, za pomocą których autorka bardzo powoli (i z wyczuciem!) odsłania przed nami kolejne elementy całej układanki. Przyznam, że to dzięki tym wstawkom z przeszłości byłam w stanie choć trochę zrozumieć Eden, która według wielu zachowywała się jak "rozwydrzona pannica". Nie miałam za to absolutnie żadnych trudności z polubieniem Jess. To odważna, pozbawiona egoizmu dziewczyna, która zrobiłaby wszystko dla swojej najlepszej przyjaciółki - nawet gdyby tożsame byłoby to z odrzuceniem swojej miłości czy wyrzeczeniem się szczęścia. Postać Jess posłużyła też autorce do ukazania pewnego trudnego problemu społecznego, do aktów dyktowanych nienawiścią i przemocy, która nie ma żadnego usprawiedliwienia. To, co ją spotkało wywołało u mnie dreszcze, ogromne współczucie i uświadomiło (niestety po raz kolejny) jak bezduszni potrafią być ludzie.
Żeby nie było za poważnie (za dorośle?), Flanagan zadbała też o wątek miłosny, który poprowadziła ze smakiem i który - przede wszystkim! - nie był zbytnio odklejony od rzeczywistości. Liam, nasz główny męski bohater, jest postacią nieoczywistą - raz jest butny i ze skłonnościami do bójek, by później stać się niemal miodem na serce każdej dziewczyny. Daleko mu jednak do wyidealizowanego Edwarda czy piekielnie irytujących (a przynajmniej mnie :D ) chłopców z książek Kirsty Moseley. Jest, można by rzec, chłopakiem z sąsiedztwa, który w gruncie rzeczy mógłby istnieć naprawdę.
Brawo, Liz.



Niech Was nie zwiedzie nieco marzycielska okładka.
Niech Was nie zwiedzie dość enigmatyczny opis i swojsko brzmiący tytuł.
"Lato Eden" to kawał naprawdę dobrej literatury młodzieżowej, po którą śmiało mogą sięgnąć i ci, którzy z "naście" w dowodzie (czy też legitymacji :D ) pożegnali się już dawno.
Powieść Liz Flanagan to piękna lekcja przyjaźni i historia o podnoszeniu się po najgorszych upadkach. To opowieść o walce z samym sobą i wyrzutach sumienia, które niszą i wypalają duszę niczym najbardziej żrąca z trucizn.
Gorąco polecam.

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
234 54 304
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (37)

Ulubieni autorzy (3)
Lista ulubionych autorów
Ulubione cytaty (8)
lista cytatów
zgłoś błąd zgłoś błąd