Lubimyczytać.pl Sp. z o.o
http://lubimyczytac.pl/aktualnosci/varia/11173/czytamy-w-weekend

Czytamy w weekend

4 wartościowy tekst

Kto jeszcze przez ostatni tydzień zastanawiał się nad ucieczką do ciepłych krajów? Oj tak, zima zadomowiła się na dobre. Ale ma to też swoje dobre strony. Nie ma lepszej pory roku na nadrabianie czytelniczych zaległości niż zima. Redakcja też nie próżnuje, więc koniecznie sprawdźcie, za jakie lektury zabierzemy się w pierwszy weekend grudnia.

Terry Pratchett to moja wielka miłość. Był niesamowitym obserwatorem rzeczywistości i potrafił bardzo sprawnie na papierze obśmiać nasze wady – czytając jego książki, z pewnością niejednokrotnie wybuchniecie śmiechem, by po chwili zadumać się nad przywiązaniem do tradycji (w „Łupsie”), skutkami postępu (w „Para w ruch”) czy pielęgnowaniem pamięci o zmarłych (w „Piekle pocztowym”).

W tym tygodniu, gdy tylko w naszym biurze pojawiły się egzemplarze Sztucznej brody Świętego Mikołaja, od razu porwałam jeden egzemplarz. Nic to, że powiastka dla dzieci. Strasznie brakuje mi dzieł sir Terry’ego i jego wyjątkowego poczucia humoru, dlatego przygarnę wszystko, co opatrzone nazwiskiem Pratchett. A już wiem, że nie pożałuję mojej weekendowej przygody ze świątecznymi opowiadaniami mistrza. Otworzyłam książkę, przeczytałam kilka zdań i wybuchnęłam śmiechem. Tak, Terry Pratchett po raz kolejny wrócił… Chociaż tak naprawdę on przecież nigdy nie odszedł – jego duch cały czas unosi się nad jego powieściami, by od czasu do czasu wbić nam szpilę i rozśmieszyć aż do bólu brzucha.

GNU Terry Pratchett (kto czytał, ten wie)

Tak w ogóle to dla każdego wędkarza najlepiej, jak zacznie coś tam mieć do czynienia z rybami już jako szczeniak. Gdy w tajniki łowienia wprowadza człowieka tato, stryj, albo jaki przewoźnik. Mój tatuś nigdy nie łowił. Wychował się w małej wsi pośrodku lasu, więc bardziej przemawiał językiem grzybów. To on nauczył mnie chodzić między drzewami, uzbrojony w wiklinowy kosz i kozik, i schylać się z szacunkiem przed ich miękkimi kapeluszami. On nazwał dla mnie wszystkie prawdziwki, maślaki, kurki. Nie znaczy to, że nigdy nie siedziałem z wędką nad wodą, chociaż nie mam nic, czym mógłbym zaimponować królowi kłusowników, wujkowi Proszkowi. Kiedy miałem jedenaście lat, mama zabrała mnie na wakacje w Bieszczady. Mieszkaliśmy wtedy w domu u pani Zosi i jej męża Wiktora. Pan Wiktor miał twarz całą w zmarszczkach. Wtedy wyglądał na najstarszego człowieka, jakiego w życiu widziałem i używał dziwnych przekleństw, np. „no, do ciężkiej grypy”. Pewnego dnia zabrał swojego syna i mnie nad zarybiany staw niedaleko Soliny. Łowienie tam było łatwe. Karpie, płocie i okonie, które miały dość ścisku w wodzie, bez wahania łykały haczyk. Druga okazja nadarzyła się dopiero wiele lat później. Z grupą przyjaciół, jako świeżo upieczeni abiturienci, spędziliśmy tydzień w leśniczówce, gdzie tata jednego z kolegów pozostawał na służbie Lasów Państwowych. Nieopodal był staw, dlatego wszyscy mieliśmy ze sobą wędki. Sprzęt niegodzien uwagi, amatorszczyzna. Gdy szliśmy łowić, ryby wyczuwały moją ignorancję. Nie udało mi się nic złapać. Aż do ostatniego dnia, kiedy zniechęcony zostawiłem wędkę nad wodą i poszedłem zaznać innych rozrywek, które czasem stereotypowo przypisuje się wędkarzom. Przypomniałem sobie o tym bezużytecznym kiju po niedługim czasie. Kiedy poszedłem zlitować się nad naszą wspólną hańbą, zwinąć ją, spakować i odłożyć ad acta, okazało się, że wędka postanowiła sama dopisać ostatni rozdział do tej historii. Pod moją nieobecność spławik wpadł do wody, haczyk się zanurzył i zniknął w gębie niedużej płotki. Najdelikatniej jak umiałem uwolniłem biedaczkę i wypuściłem z powrotem do wody. Od tamtej pory nie wędkowałem.

Gdy tylko zobaczyłam, że wydawnictwo Sonia Draga zamierza wydać esej Mendozy Co z tą Katalonią?, pierwszą moją myślą było: „dlaczego nie mogliście wydać tego w maju?!”. Dlaczego w maju? Bo wtedy wylewałam hektolitry łez, krwi i potu nad swoim licencjatem poświęconym właśnie katalońskiemu kryzysowi. A skoro przetrawiłam już gorzkie wspomnienia związane z procesem składania pracy i obrony, to w końcu mogę poczytać o tym regionie dla przyjemności. Bez zakreślaczy, karteczek indeksujących oraz mnóstwa kartek i notatek rozrzuconych wokół.

Tę książkę wybrałam też z powodu jej grubości. Jest malutka. Ma zaledwie sto stron, dużą interlinię i rozmiar A5. Jako że listopad nie okazał się dla mnie dobrym czasem (zapalenie krtani skutecznie zniweczyło wszystkie moje plany, również te czytelnicze), to muszę jakoś przełamać czytelniczą niemoc. Na półce mam trzy zaczęte książki i pokaźny stosik tych, które czekają na swoją kolej. Mam nadzieję, że te 100 stron będzie dobrą rozgrzewką na nadchodzący, ostatni już miesiąc tego roku.

A Wy z jakimi lekturami spędzicie pierwszy weekend grudnia?


Pokaż wszystkie varia
Komentarze
Autor:  LubimyCzytać |  wypowiedzi: 255  [pokaż ostatnią] Odpowiedź
książek: 993
Krasnalek
02-12-2018 13:29
Ofiara losu Ofiara losu
Olewnik. Śmierć za 300 tysięcy Olewnik. Śmierć za 300 tysięcy
książek: 969
ogarbejbe
02-12-2018 14:01
Próba Próba
książek: 835
Ambrose
02-12-2018 14:08
Wg mnie to bardzo ciekawa i przewrotna książka, która stanowi ciekawy wkład w literaturę traktującą o dojrzewaniu.
Użytkownicy oznaczyli ten post jako spam
książek: 2972
Vemona
02-12-2018 16:31
Skończyłam Tu się nie zabija Tu się nie zabija, zaczęłam Nieświadome wybory. Ukryte czynniki wpływające na nasze zachowanie Nieświadome wybory. Ukryte czynniki wpływające na nasze zachowanie
książek: 1118
Krystian
02-12-2018 19:53
Róbta co chceta Czyli z sercem jak na dłoni - 20 lat grania Róbta co chceta Czyli z sercem jak na dłoni - 20 lat grania
książek: 1573
pffe
02-12-2018 20:58
O pisaniu na chłodno
Aby napisać wypowiedź musisz być zalogowany. Logowanie

Opinie czytelników


O książce:
Iskra

Niewątpliwie "Iskra" wzbudziła we mnie wspomnienia i trudno oprzeć mi się odwołaniom do cyklu "Niepokorne" Agnieszki Wojdowicz. Po...

zgłoś błąd zgłoś błąd