O (nie)oczywistych obrazach miłości rodzicielskiej w literaturze

Anna Sierant
03.06.2021

Niedawno obchodziliśmy Dzień Matki i Dzień Dziecka, zbliża się też Dzień Ojca. Wszystkie te święta stwarzają doskonałą okazję do podyskutowania o książkach, które opisują miłość rodzica do swojego potomstwa – w różnych jej odcieniach.

O (nie)oczywistych obrazach miłości rodzicielskiej w literaturze
Reklama

Miłość rodzicielską (zwłaszcza macierzyńską) często przedstawia się w książkach (i nie tylko) od tej jaśniejszej, bardziej „optymistycznej” strony, choć w literaturze – zwłaszcza ostatnich lat – nie brakuje i mniej lukrowanych obrazów relacji matka-dziecko. Bo przecież uczuć rodzica do potomstwa (i potomstwa do rodzica) wcale nie jest tak łatwo jednoznacznie skategoryzować. Wśród książek poświęconych tej tematyce znajdziecie i utwory wzruszające, i pozycje, których lektura wywołuje zdecydowanie inne reakcje niż wzruszenie.

Wyciskacze łez

Zacznijmy od książek, które, co jest bardzo prawdopodobne, sprawią, że podczas ich lektury uwolnisz w sobie pokłady empatii, bardzo zżyjesz się z bohaterami, będziesz ich dopingować, podziwiać, zastanawiać się nad siłą uczucia między rodzicem a dzieckiem. Do tego rodzaju pozycji należy „Cudowny chłopak” R.J. Palacio. Autorka powieści zaznacza, że do jej napisania zainspirowała ją wizyta w kawiarni z synami. Przy stoliku obok siedziała mama z córką z charakterystycznie zdeformowaną twarzą. Gdy syn Palacio zauważył dziecko, zaniósł się płaczem. Pisarka, nie chcąc, by dziewczynka zobaczyła jego reakcję, szybko wyszła z synami z kawiarni. Dziecko rzeczywiście ich nie zauważyło, ale jego matka – owszem. Palacio zaznacza w wywiadach, że zrobiło jej się niewyobrażalnie głupio, bo – działając w dobrej wierze – mogła sprawić, że tamtej kobiecie stało się przykro. Przyszła autorka „Cudownego chłopaka” miała też wrażenie, że zmarnowała okazję do dobrej lekcji wychowawczej dla swoich dzieci. Postanowiła jednak to nadrobić, i to z nawiązką. Jej powieść opowiada o Auggiem, a właściwie Auguście – bystrym, inteligentnym chłopcu z poczuciem humoru, który mógłby prowadzić całkiem normalne życie, gdyby nie pewna mutacja genu. To przez nią Auggie musiał już w dzieciństwie przejść 27 operacji, a i tak jego twarz nie wyglądała tak, jak twarze innych dzieci. Do tej pory, przy ogromnym wsparciu rodziców, jakoś sobie z tym radził, ale wkrótce nadejdzie czas, by poszedł do szkoły. I to od razu do piątej klasy. W przetrwaniu tego ogromnego wyzwania pomoże mu mama – Isabel Pullman, która, by się nim opiekować, zrezygnowała z kariery naukowej. No i oczywiście tata Nate, również zawsze służący synowi wsparciem. „Cudowny chłopak” to pełna wzruszeń książka o tym, że wcale nie zawsze ktoś, kto się wyróżnia, kończy marnie. Czasem dostaje od innych ogrom ciepła, co jest szczególnie ważne, gdy wśród tych „innych” znajdują się najbliżsi.

Z kolei „Kiedyś” Alison McGhee, z ilustracjami Petera H. Reynoldsa to utwór, który teoretycznie jest skierowana do dzieci, ale który uwielbiają dorośli. Nie zdziwcie się też, jeśli dostaniecie ją od swojej mamy na osiemnaste urodziny czy jak już będziecie zdecydowanie bardziej pełnoletni. Jak możemy przeczytać w tej krótkiej książeczce:

Kiedyś spojrzysz na dom i zdziwisz się, że coś tak małego może tak bardzo poruszyć.
Kiedyś poczujesz słodki ciężar na swoich silnych plecach.
Kiedyś będę się przyglądać, jak czeszesz swoje dziecko.

Te słowa kieruje mama do swojej (małej jeszcze) córeczki, opisując na kartach „Kiedyś” najpiękniejsze chwile ze swoim dzieckiem. Propozycja McGhee, literacki hit w wielu krajach, jest książką oszczędną w słowach, ale z ogromnym potencjałem wywoływania u czytelników emocji. To też pozycja, opowiadająca o sile miłości (w tym przypadku – macierzyńskiej), która będzie trwać mimo upływu czasu, nawet wtedy, gdy matka – już jako babcia – będzie przyglądać się, jak jej córka „czesze swoje dziecko”. Warto podkreślić, że tekst tworzy spójną całość z ilustracjami Petera H. Reynoldsa, który w Polsce zasłynął przede wszystkim jako autor „Kropki” – książka zapoczątkowała obchodzenie Międzynarodowego Dnia Kropki, czyli święta dziecięcej kreatywności i odwagi w odkrywaniu talentów.

Pozycją, której powstanie zainspirowała rodzicielska miłość jest „Pierwszy oddech. Jak współczesna medycyna ratuje najbardziej kruche życie”. Choć tytuł książki brzmi niemal popularnonaukowo i w dużej mierze – tak jak zapowiada – na tych naukowych osiągnięciach w ratowaniu noworodków i niemowląt się skupia, to całej tej publikacji towarzyszy pewna osobista historia. Historia jej autorki. Olivia Gordon jest dzisiaj mamą zdrowej córeczki oraz synka, który urodził się jako wcześniak i musiał spędzić pierwsze miesiące swojego życia podłączony do różnych aparatur, poddawany operacjom, częściej w towarzystwie pielęgniarek niż rodziców, którzy nie mogli być przy nim cały czas. W trakcie przymusowego pobytu w placówce okazało się też, że syn Gordon będzie się musiał w życiu mierzyć nie tylko z dolegliwościami typowymi dla wszystkich wcześniaków. Jak pisza sama autorka, jej książka to:

Opowieść o miłości i strachu: miłości i strachu, jakie czuje rodzic z powodu dziecka pozostającego wielką niewiadomą; miłości i strachu. […] Niemal wszyscy, z którymi przeprowadzałam wywiady do tej książki, to ludzie poznani przeze mnie w trakcie mojego życia jako matki „innego” dziecka.

Jeśli jednak obawiacie się, że „Pierwszy oddech” Was emocjonalnie przytłoczy, to raczej niesłusznie – to pozycja ważna, ale i wciągająca, dająca pocieszenie, opowiadająca o sile rodzicielskich uczuć i zwycięstwie medycyny nad chorobami, z którymi jeszcze do niedawna najmłodsi przegrywali.

Pamiętacie wiersz Wisławy Szymborskiej „Kot w pustym mieszkaniu”? Możemy w nim przeczytać, że co jak co, ale – jako ludzkim przyjaciołom kotów – umierać nam nie wypada. Bo co ma robić kot w pustym mieszkaniu? Obserwować przedmioty, które jeszcze do niedawna należały do „jego” człowieka, a dzisiaj leżą tak opuszczone? O tych wszystkich przedmiotach, które pozostały po bliskich i które tak boleśnie o nich przypominają, pisze w „Rzeczach, których nie wyrzuciłem” Marcin Wicha. Za książkę-wspomnienie po zmarłej matce autor otrzymał wiele nagród: zarówno Nagrodę Literacką Nike, przyznawaną przez jury, jak i tę od czytelników, a także Paszport Polityki, Nagrodę Literacką im. Witolda Gombrowicza i nominację do Nagrody Literackiej Gdynia (wszystkie w 2018 roku). „Rzeczy, których nie wyrzuciłem” to zbiór esejów opisujących trudny czas, gdy ich autor musiał zmierzyć się ze śmiercią matki i koniecznością uporządkowania pozostałych po niej przedmiotów: bibelotów, drobiazgów pozornie nieważnych, ale i tych, które zdecydowanie należy zachować. Eseje Wichy stanowią opowieść o relacjach między matką a synem na różnych etapach ich życia, także tych początkowych. Jak one wyglądały? To koniecznie trzeba sprawdzić w trakcie i zasmucającej, i momentami zabawnej (sic!) lektury, ale na próbę można przywołać wspomnienie, o którym Wicha opowiedział w jednym z wywiadów. Gdy był jeszcze uczniem pierwszych klas, podobnie jak jego koledzy i koleżanki, podczas jednego z zajęć malował laurkę na Dzień Matki. Użył jednak do jej wykonania czarnego tuszu, co spotkało się ze zdecydowanym sprzeciwem nauczycielki: u niej nikt czarnych laurek tworzyć nie będzie! Mama stanęła jednak w obronie swojego syna, interweniując słowami: „Nam nikt nie będzie mówił, jakie laurki mamy tworzyć i jakim językiem się porozumiewać!”.

Reklama

Rodzicielstwo bez stereotypów

„Polka” to jedna z najbardziej znanych utworów w literackim dorobku Manueli Gretkowskiej. Dzisiaj Pola, Polka jest już dorosłą kobietą, jednak jej mama – Gretkowska właśnie – pisała swoją książkę, będąc jeszcze w ciąży i krótko potem. Nie jest to jednak typowa pozycja, opisująca czas oczekiwania na noworodka, polegający na skupianiu się na kłopotach z kompletowaniem wyprawki czy wyborem szpitala do porodu. Choć więc jest „Polka” dziennikiem z pozoru ciążowym, to poprzetykanym – jak to u Gretkowskiej bywa – odniesieniami do polityki, kwestii społecznych, a nawet urlopu w Grecji, wywodem o Hannibalu Lecterze czy o Ally McBeal. Mimo wszystko motywem przewodnim książki pozostaje oczekiwanie na Polę, jednak ciąża widziana jest w utworze nie tylko z perspektywy biologicznej, często widzianej, trochę mimo woli, jako „brudna” i odrzucająca, ale i duchowej – bardziej czystej. W „Polce” czytamy też o narodzinach miłości do dziecka kobiety, która przez lata uważana była za gorszycielkę, a którą później próbowano wtopić w obraz stereotypowej matki. W książce nie brakuje również szczegółowego, szczerego i z naturalistyczną dokładnością opisanego momentu narodzin Polki – nie tylko dziecka, ale i mieszkanki, obywatelki Polski.

Byciu rodzicem już chyba zawsze – i w różnym stopniu – towarzyszyć będzie obawa o bezpieczeństwo i zdrowie dziecka. I to właśnie na tym aspekcie rodzicielskiej miłości postanowiła skupić się Helen Phillips w swojej książce „Wizyta”. To również powieść o tym, że rodzicielstwo pozwala doświadczyć uczuć i emocji, których nie-rodzice (prawdopodobnie) nigdy nie doświadczą – połączenia intensywności kilku stanów: miłości, zmęczenia, strachu. „Wizyta” opisywana jest przez kogoś, kto przeżył – związane z tymi stanami – najlepsze i najgorsze chwile. W książce tej wielu rodziców zapewne może przejrzeć się jak w lustrze. Choć, co trzeba podkreślić, utwór zapewne nie spodoba się każdemu, może się wydawać „dziwny”. Dlaczego? Nominowaną do National Book Award „Wizytę” można nazwać nieoczywistym thrillerem, po którego lekturze czytelnik przestanie się dziwić, że zachwycił on jedną z najbardziej utytułowanych pisarek fantasy naszych czasów – Ursulę Le Guin. To, co oczywiste, występuje w niej na przemian z tym, co tylko się wydaje, co „nie z tego świata”. Z kolei Rebecca Makai, autorka „Wierzyliśmy jak nikt”, tak napisała o powieści Phillips:

Ta książka wzięła mnie do niewoli, wtargnęła w moje sny i myśli na jawie, przebudowała mój umysł. „Wizyta” jest najdziwniejszą, a zarazem najlepszą książką o macierzyństwie, jaką czytałam.

Z kolei wyłącznie na faktach oparta jest książka „Żeby umarło przede mną. Opowieści matek niepełnosprawnych dzieci” Jacka Hołuba – dziennikarza, a także reportażysty. Hołub podkreśla, że napisał ten utwór, by pokazać, co mamy niepełnosprawnych synów i córek przeżywają na co dzień. Bo przecież bardzo rzadko słyszymy ich głos. W reportażu znajdziemy więc historie pięciu kobiet, opowiedziane przez nie same i spisane przez autora. Choć nie taki był początkowo zamiar – Holub dopiero po pierwszych rozmowach postanowił, że jego w tej książce tak naprawdę nie będzie, ponieważ nikt nie jest w stanie oddać tego, co przeżywa matka niepełnosprawnego dziecka, poza nią samą. Jak dodaje dziennikarz, prace nad książką trwały ponad rok, a znalezienie odważnych rozmówczyń wcale nie było takie łatwe. Na końcu zostało właśnie pięć z nich: mama, która musi poradzić sobie z atakami fizycznymi ze strony dwudziestopięcioletniego syna z niepełnosprawnością intelektualną czy matka dziewczynki z zespołem Retta, która podczas rozmowy zaznaczała: „Tak naprawdę mnie nie ma, nie istnieję jako ja”. Z wszystkich tych opowieści przebija niełatwa miłość do dzieci, tym trudniejsza, jeśli dana bohaterka nie może liczyć na wsparcie najbliższych, a przede wszystkim – państwa. Dlaczego powstała ta książka? Jak napisała na Facebooku do jej autora jedna z kobiet:

Proszę, nie oceniaj mnie, nie mów mi, jak mam żyć, jak postępować, i postaraj się mnie chociaż w jednej setnej procenta zrozumieć. 

W zestawieniu nie mogło też zabraknąć „Córki” Eleny Ferrante. Autorka o macierzyństwie pisze także w wielu swoich innych książkach, m.in. w słynnym cyklu neapolitańskim czy „Czasie porzucenia”, jednak akurat w omawianym utworze rodzicielstwo stanowi motyw przewodni. Główną bohaterką książki jest Leda – nauczycielka literatury angielskiej, rozwódka, matka. Poznajemy ją w momencie, gdy jej córki opuściły rodzinne gniazdo i przeniosły się do ojca, co w Ledzie – ku jej pierwotnemu zdumieniu – bardziej niż smutek wywołuje ulgę, poczucie wolności. Do rozmyślań o macierzyństwie podczas wakacji motywuje ją, niejako chcąc nie chcąc, rodzina, która również odpoczywa i w której (oczywiście?) najwięcej obowiązków zdaje się mieć matka. Jak zauważa sama do siebie Leda:

Głupotą jest myśleć, że można zwierzyć się własnym dzieciom, zanim skończą co najmniej pięćdziesiąt lat. Żądać, aby patrzyły na matkę jak na człowieka, a nie na funkcję.

„Córka” to bowiem powieść o tym, że niektóre kobiety decyzji o macierzyństwie mogą (na pewnym etapie swojego życia) żałować, że rola matki nie jest dla nich tą jedyną upragnioną w życiu. Leda, a wraz z nią czytelnik, zastanawia się, jak bardzo – i czy w ogóle – kobieta powinna poświęcić się dzieciom, a w jakim stopniu warto skupić się na sobie? I czy myśl o własnym szczęściu, nie tylko tym dziecka, jest oznaką egoizmu?

Jakie książki dodalibyście do tej listy? Które z utworów o rodzicielstwie uważacie za szczególnie ważne: czy są wśród nich nie tylko dzieła wzruszające, napawające optymizmem, ale i skłaniające do refleksji?

Reklama

komentarze [12]

Sortuj:
Aby napisać wiadomość zaloguj się
Monika 06.06.2021 19:32
Czytelnik

Dodałabym jeszcze  Życie wśród dzikusów Życie wśród dzikusów  Poskramianie demonów Poskramianie demonów  Ziele na kraterze Ziele na kraterze

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post
Meszuge 05.06.2021 08:48
Czytelnik

Wojciecha Kuczoka „Gnój”.

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post
asia_z_książką 04.06.2021 07:21
Czytelnik

A ja bym dorzuciła  Nocne czuwanie Nocne czuwanie

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post
Reklama
jousna 03.06.2021 20:51
Czytelnik

Ja bym dodała:
 Matki i córki Matki i córki
 Gorzko, gorzko Gorzko, gorzko
 Teraz cię rozumiem, mamo Teraz cię rozumiem, mamo

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post
almos 03.06.2021 18:16
Czytelnik

Pięknie miłość ojcowską opisuje Knausgard w książce 'Wiosna'.

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post
Virgo13 03.06.2021 19:23
Czytelnik

Dzięki za sugestię. To jest nawet cały cykl. Wygląda interesująco. Dodane do chciejek, na przyszłość.

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post
Aby napisać wiadomość zaloguj się
czytamcałyczas 03.06.2021 15:36
Czytelnik

Byłem na filmie Cudowny Chłopak.Dla zawsze rodzina to kobieta +mężczyzn.

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post
Virgo13 03.06.2021 13:37
Czytelnik

Koniecznie  Droga Droga Cormaca MacCarthy'ego.

Polecam każdemu mężczyźnie, ale ciekawe kobiety również mogą podejść do tego tytułu.

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post
Kasia b 03.06.2021 13:34
Czytelnik

Dramatycznie brakuje tu "Pępowiny" M. Axelsson. Najlepsza, najgłębsza książka o macierzyństwie.. Przeszywająco mądra bez patosu.  Pępowina Pępowina

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post
Macierzanka17 03.06.2021 13:00
Czytelnik

Jakiś czas temu zainspirowana recenzją za sprawą pewnego recenzenta pognałam do biblioteki za książkami Whartona. I tak wpadła w moje ręce powieść obyczajowa '' Tato". Akcja powieści toczy się niespiesznie, ale ukazuje ogromną miłość i odpowiedzialność za swoich rodziców, pokazuje blaski i cienie starości, odkrywanie siebie na nowo, poznawanie swojego ojca z innej...

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post więcej
Ola 03.06.2021 21:57
Czytelnik

Wharton napisał wiele książek o rodzinie, współistnieniu, oddalaniu i odnajdywaniu się, odnawianiu zażyłości. Wharton pisał książki o trudach i radościach rodzinnych. Zapewne wiele opał na swoich osobistych doświadczeniach, jak np  Niezawinione śmierci Niezawinione śmierci. Książka o stracie,...

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post więcej
Aby napisać wiadomość zaloguj się
Anna Sierant 02.06.2021 08:34
Czytelnik

Zapraszam do dyskusji.

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post
zgłoś błąd