Dzikowska. Pierwsza biografia legendarnej podróżniczki Roman Warszewski 6,4

ocenił(a) na 531 tyg. temu O tym, że czasem porażka może się okazać trampoliną do wielkiego świata.
Nigdy nie przeczytałabym tej książki z własnej woli. Po pierwsze dlatego że z biografiami mi kompletnie nie po drodze, a po drugie postać Elżbiety Dzikowskiej nie fascynuje mnie w najmniejszym bodaj stopniu, może to przez to, że nie bardzo się załapałam na "Pieprz i wanilię". I muszę przyznać, że po lekturze to się niestety nie zmieniło.
Autorem biografii jest znajomy Dzikowskiej i siłą rzeczy jest to rzecz pisana z bardzo wyczuwalną sympatią, miejscami graniczącą z uwielbieniem. I choć autor stara się być obiektywny i nie przemilcza faktów, które mogłyby postawić jego bohaterkę w wątpliwym moralnie świetle, to jednocześnie strasznie się boi, żeby czytelnik sobie przypadkiem czegoś brzydkiego o niej nie pomyślał, więc robi wszystko, aby wszelkie zarzuty wobec niej jak najbardziej zbagatelizować, negatywne opinie wygładzić, a ją samą wybielić. I być może nie mierziłoby mnie to aż tak bardzo (z naciskiem na aż, bo trochę by mnie na pewno mierziło, jak znam siebie),gdyby nie usprawiedliwiał jej w sposób, który jest po prostu na wskroś obrzydliwy i bulwersuje mnie tak, że aż mną wstrząsa. Pozwolę sobie tutaj na cytat. "Są to ludzie, o których - cokolwiek by zrobili - mówimy i zawsze myślimy dobrze. Przykładem kogoś takiego jest Bill Clinton. Ile on ma na sumieniu grzeszków [ciekawy eufemizm - przyp. mój]? Ale zawsze był popularny i postrzegany pozytywnie. (...) Myślę, że bohaterka pana książki należy do tej samej grupy co Bill Clinton. Do osób, które lubi się niezależnie od wszystkiego i którym wszystko - lub prawie wszystko - się wybacza. Którym wszystko uchodzi".
I tak, z pewnością istnieją tacy ludzie, którzy mają na tyle charyzmy, uroku osobistego czy czegokolwiek innego, że udaje im się unikać konsekwencji ich nieetycznych czynów, ale to jest najzwyczajniej w świecie straszliwie złe i powinno się to brutalnie piętnować, a nie używać jako argumentu na czyjąś obronę, bo to jest ten sam typ myślenia, który prowadzi ludzkość do usprawiedliwiania naprawdę paskudnych rzeczy, o ile sprawcą czynu jest ktoś znany i lubiany. Tak że obawiam się, że autor w moim przypadku osiągnął skutek całkowicie odwrotny od zamierzonego.
Inna rzecz, że mi się ta książka wydaje stanowczo za długa (580 stron + przypisy) i niepotrzebnie rozdmuchana. Mnóstwo tu naprawdę zbędnych dygresji, rozwodzenia się nad szczegółami, zdarzeniami czy osobami, które nawet nie mają z Dzikowską bezpośredniego związku. Np. jeden przydługi rozdział poświęcony jest niemal w całości historii Międzyrzeca Podlaskiego (czyli rodzinnego miasta Dzikowskiej),i to takiej naprawdę historii przez wielkie H, bo momentami autor cofa się aż do XVI wieku, oraz wymienianiu sławnych postaci stamtąd się wywodzących, których Dzikowska nawet osobiście nie spotkała. Borze szumiący, po co. PO CO. P O C O. Przyznam zupełnie bez wstydu, że ten rozdział w większości ominęłam i nie mam w związku z tym żadnego poczucia straty, a takich zastanawiająco nic nie wnoszących fragmentów jest znacznie więcej. Mam wrażenie, że autorowi przydałby się taki surowy redaktor, który by go co chwilę pytał, czy ten rozdział na pewno jest potrzebny, czy warto aż tak roztrząsać ten wątek, czy ta kwestia ma jakiekolwiek znaczenie w kontekście całości itp. Dosyć dziwna jest też niewielka liczba zdjęć - za to autor często opisuje zdjęcia zamiast je pokazać w książce. Paradoksalnie tego, co powinno chyba stanowić esencję tej książki, czyli podróży, jest tutaj stosunkowo niewiele.