tivrusky 
facebook.com/statekglupcow
32 lat, mężczyzna, Ostrów Wielkopolski, status: Czytelnik, dodał: 30 książek i 25 cytatów, ostatnio widziany 2 dni temu
Teraz czytam
  • Deszczyk i inne wiersze
    czytelników: 6 | opinie: 0 | ocena: 5,25 (4 głosy)
  • Laguna
    czytelników: 23 | opinie: 0 | ocena: 6 (4 głosy)
  • Legendy Polskie. Allegro
    Legendy Polskie. Allegro
    Autorzy:
    Sześć opowiadań napisanych przez współczesnych polskich pisarzy: Elżbietę Cherezińską, Roberta Wegnera, Łukasza Orbitowskiego, Rafała Kosika, Kubę Małeckiego i Radka Raka, inspirowanych wybranymi lege...
    czytelników: 799 | opinie: 61 | ocena: 6,09 (363 głosy)
  • Listy moralne do Lucyliusza
    Listy moralne do Lucyliusza
    Autor:
    Lucjusz Anneusz Seneka doświadczył najwyższych zaszczytów i największych upokorzeń. Uczony Hiszpan, obdarzony niezwykłym talentem pisarskim i zniewalającym urokiem, sławny, bogaty, otoczony uznaniem o...
    czytelników: 327 | opinie: 6 | ocena: 8,03 (58 głosów)
  • Nie skończona krucjata
    Nie skończona krucjata
    Autor:
    Czwarty tom wierszy Rafała. Drugi pośmiertny
    czytelników: 167 | opinie: 2 | ocena: 8,15 (82 głosy)

Pokaż biblioteczkę
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2018-11-08 23:35:09
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, 2018, Posiadam

Odkąd jest myślenie i odkąd jest mówienie, człowiek, nieborak skazany jest na nazywanie i opisy. Jest ten dziwny moment w Księdze Rodzaju, w którym Stwórca stwierdza, że to Adam nazwie wszystko, co żyje. Widać rzecz to ważna. Nazywanie, z kolei, wymusza konieczność rozumienia, dociekania, wchodzenia w relację z tym, co potrafimy nazwać, jest początkiem tajemnicy, za którą gonimy. Wróciłem na... Odkąd jest myślenie i odkąd jest mówienie, człowiek, nieborak skazany jest na nazywanie i opisy. Jest ten dziwny moment w Księdze Rodzaju, w którym Stwórca stwierdza, że to Adam nazwie wszystko, co żyje. Widać rzecz to ważna. Nazywanie, z kolei, wymusza konieczność rozumienia, dociekania, wchodzenia w relację z tym, co potrafimy nazwać, jest początkiem tajemnicy, za którą gonimy. Wróciłem na chwilę do jednego z ulubionych esejów Zygmunta Kubiaka; z tekstu, poświęconego Leśmianowi, wynotowuję takie oto zdania, dotyczące przekonań niektórych ludów pierwotnych: „…jakieś magiczne pojmowanie funkcji słowa. (…) W owej naiwnej wierze ukryte jest przekonanie, że nazwa nie jest czymś arbitralnie nadanym, że jest w jakiś istotny, nieprzypadkowy sposób związana z rzeczą, którą oznacza.” Nazwa jest zatem tajemnicą, a nazwanie zaproszeniem do podążania za tą tajemnicą. I to wcale nie nazywający jest tym, który zaprasza. Cały ambaras w tym, że świat, w którym żyjemy, daje się rozumieć, wchodzi w dialog, we współpracę z tymi, którzy go nazywają. Ciągnie nas za język. Wodzi za nos.

Porzucam Leśmiana i Kubiaka, tekst ten ma bowiem dotyczyć Hellera, księdza Hellera i jego nowej, wstrząśniętej, niemieszanej książki. Książka nosi tytuł Ważniejsze niż Wszechświat i kręci się wokół tych pytań, które nazwany już i opisany świat na nas wymusza. Gromko będzie tutaj dźwięczeć pewna konieczna interdyscyplinarność – swoją drogą sprawia ona że Michał Heller, ze swoją wiedzą w dziedzinie fizyki, filozofii i teologii, jest człowiekiem na właściwym miejscu, jeśli chodzi o wprowadzanie w podobne gdybania. O ile nauka doskonale radzi sobie z nazywaniem, systematyzowaniem i opisywaniem świata, w którym jesteśmy przytomni, miewa problemy w rozumieniu go, to jest już absolutnie bezsilna, jeśli chodzi o tę relację, w którą wchodzimy z rzeczami, które już nazwaliśmy i zrozumieliśmy. Jak pisałem we wstępie – wszechświat wymusza na nas zadawanie pewnych pytań, meta-pytań, wykraczających poza namacalne doświadczenie.

Zaczyna się więc od zdziwienia podstawowego: dlaczego wszechświat daje się rozumieć? Dlaczego jest racjonalny (nawet jeśli komuś może wydawać się inaczej)? Zdziwienie podstawowe, bo to ono umożliwia wszystkie kolejne zdziwienia. Dziwić można się tylko tajemnicy, a tajemnica jest ciekawa tylko wówczas, jeśli na jej końcu znajduje się sens i zrozumienie. Dziwić można się tylko czemuś, co da się zrozumieć. Istnienie jako takie, dowodzi ksiądz Heller, jest z natury racjonalne, jest zatem tajemnicą, pociąga, bo podskórnie wyczuwamy i krok po kroku odkrywamy jej zasady i wyczuwamy stojący za nimi sens. Odwracając kota ogonem: czy zrozumiałość świata, nie czyni koniecznością zaistnienia kogoś, kto ten świat będzie mógł nazwać, a potem zrozumieć, kogoś, kogo da się pociągnąć za język, sprowokować do nazywania, szukania i dialogu? Tak zaczyna się książka, wokół podobnych, leibnizowskich gdybań będzie się obracać.

Powtarza się słowo „gdybania” – celnie oddaje ono charakter tej książki – to nie jest jeden, spójny, podzielony na działy tekst. To kilka odrębnych esejów, będących zbiorami pewnych myśli, próbą ich uporządkowania i ten brak rytmu i pewnego ciągu, w który wpaść mógłby czytający, mocno razi w oczy. Rozmawiałem o książce z Marcinem i ten mówi mi, że przerwał w połowie. Że całe to porządkowanie, to w dużej mierze powtórzenia, rzeczy, które już się słyszało, jeśli śledzi się hellerowe wykłady i wydawnictwa. I tak – to jest poniekąd racja, bo przecież przy mówieniu o pewnych zagadnieniach, ciężko nie zahaczyć o te metanaukowe rejony, o te pytania, o których pisałem wcześniej. Zazwyczaj pojawiają się one jedynie na marginesie, tutaj przejęły kontrolę nad całym wydawnictwem. To w końcu próbą oddzielenia ziaren od piasku i ustawienia ich w możliwie spójnej wizji. I mimo całej prowizoryczności, do której autor przyznaje się już we wstępie, są to próby jeżeli nie udane, to z pewnością ciekawe, a zatem warte uwagi.

Sam też przeżywałem pewien moment zwątpienia w trakcie lektury – rozdział poświęcony logice Boga. Tekst mocno naukowy, co, wespół z brakami w moim wykształceniu, uczyniło go niemal nieczytelnym. I gdy miałem już pisać do Marcina, że i ja sobie odpuszczam, trafiłem na świetny tekst – „Usprawiedliwienie historii wszechświata?”. Mały opis – echo dziesiątek innych, tłumaczących początek wszystkiego – staje się szybko pretekstem do rozmyślań o determinizmie, oraz obecności dobra i zła w historii kosmosu. Moment, w którym ksiądz profesor mówi o chwili utraty niewinności przez wszechświat, wplatając przy tym ludzką moralność w ciąg wydarzeń, czyniących kosmos-porządek, jest porywający!

I ten ton, to błyskotliwe przedstawianie rzeczy, które słyszałem już nie raz, w tym albo innym wykładzie, czytałem w tej albo innej książce, trwa do samego końca i do samego końca zaskakuje. Cztery ostatnie fragmenty, których treści i tematyki zdradzał nie będę (ponad połowa książki), mimo pewnego nieuporządkowania i wrażenia skakania od myśli do myśli (to swoją drogą świetny krajobraz myślenia, szybkiego, zatrzymującego się na konieczny moment przy danym zagadnieniu i już po chwili pędzącego ku kolejnemu skojarzeniu), absolutnie zaskakuje! Ten bałagan sprawia wrażenie spotkania z żywą myślą. Pogoń może męczyć, ale w ten dialog warto wchodzić.

A więc kończę na dialogu. Tak jak zacząłem, krąg się zamyka. W międzyczasie, między pierwszą a ostatnią stroną, przebrnąłem przez wiele pytań i tutaj też zamknięta pętla – pozostaję z tymi pytaniami. Ostatni, bardzo poetycki esej, właśnie tak się kończy, wielkim wielokropkiem, powitaniem kolejnego dnia, łykiem kawy i wyruszeniem w drogę. Jeśli chodzi o odpowiedzi, to punkt wyjścia jest oburzająco podobny do początku – wciąż ich nie ma. Ale mimo wszystko ta książka mówi dużo. Mówi przede wszystkim, że świat jest tajemnicą. Że bycie jest tajemnicą. Czas, Bóg, Ziemia, ale i małe rzeczy – ta kawa, ta droga do pracy i rzeczy mijane, wszystko to jest tajemnica. A tajemnice mają odpowiedzi i w końcu dadzą się zrozumieć. Gdzieś, kiedyś.

_______________________________
https://www.facebook.com/statekglupcow/

pokaż więcej

 
2018-10-15 22:44:41
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, 2018, Posiadam

Przed lekturą - uwaga - liczne szczegóły, dotyczące treści książki, pojawiają się w tekście!


Tęsknota za przeszłością, utkwienie w niej wzroku i uporczywe wypatrywanie jakiegoś złotego wieku, jakiegoś antyku, to chyba rzecz która najmocniej pochłania mnie w lekturach tego roku. Hrabal i jego wspomnienia o mieszkaniu z Vladimirkiem, a potem o poznaniu małżonki i tak dalej… Po nim Makuszyński...
Przed lekturą - uwaga - liczne szczegóły, dotyczące treści książki, pojawiają się w tekście!


Tęsknota za przeszłością, utkwienie w niej wzroku i uporczywe wypatrywanie jakiegoś złotego wieku, jakiegoś antyku, to chyba rzecz która najmocniej pochłania mnie w lekturach tego roku. Hrabal i jego wspomnienia o mieszkaniu z Vladimirkiem, a potem o poznaniu małżonki i tak dalej… Po nim Makuszyński i pełna humoru i melancholii opowieść o mieszkaniu z Szymonem Chrząszczem. I wreszcie Schulz ze światem dziecięcych wspomnień w Sklepach Cynamonowych. A teraz znów powrót do Hrabala, koło się zamyka.

W kolejnej książce – Postrzyżynach – czeski pisarz wraca do swego rodzinnego Nymburka, zaś jej bohaterami czyni swoich rodziców w ich młodości. Zatem kolejny powrót do przeszłości, do sielankowej opowieści o życiu małego miasteczka i o wyjątkowych charakterach je wypełniających. Każda anegdota przybiera tutaj obraz małej, miejscowej legendy, którą całe miasteczko mogło żyć całymi latami, z każdym kolejnym powtórzeniem dodając kolejne, zmyślone elementy. I to naprawdę niesłychanie zabawne przeżycie, to brnięcie przez kolejne opowiastki składające się na pełną niezwykłości codzienność.

Jest tu opowieść o pastuszku zaplątanym w linę ciągnioną za samolotem, który przelatuje nad połową wsi i w końcu ląduje w lipach pod kościołem, gdzie wita go tłum bab, twierdzących, że to dzieciątko Jezus przyleciało je pobłogosławić. Jest opowieść o wspinaniu się na komin i o tym jak zabawa ta postawiła w gotowości miejscowych strażaków i w ogóle całe miasteczko. Jest przepiękna (i przerażająco naturalistyczna!) opowieść o świniobiciu; jest historia człowieka wystrzeliwanego w cyrku z armaty i o tym, jak pewnego razu poleciał za daleko.

Rzeczy zwykłe i niezwykłe mieszają się tutaj. Hrabal będzie nam opowiadał jak jego ojciec jeździł motorem do Pragi i jakie prezenty przywoził małżonce, jak ta wstawała późno w noc i obżerała się świeżo smażonymi kotletami i jak gorszyło to ojca. Pojawi się Pepi – brat ojca, nieprzebrany magazyn żartów i anegdot… wszystko to naprawdę brzmi jak przechowane głęboko w pamięci opowieści rodziców o ich młodzieńczych wygłupach, ale i sprawach poważnych, jak echa łapane w dzieciństwie na uliczkach i pielęgnowane przez wszystkie późniejsze lata.

Na pierwszym planie stoi tu jednak pani matka – Maryśka, posiadaczka najpiękniejszych, najbujniejszych i najdłuższych włosów w okolicy, może nawet w całej historii Nymburka. I ta wspaniała aureola włosów przewija się przez cały czas – jak peleryna powiewa przy wspinaczce na komin, przy jeździe rowerem przez miasto (jest to widok na tyle cudowny, że inni rowerzyści zawracają się, by móc podziwiać ją jeszcze raz!), podczas rozczesywania, podczas kąpieli. Złote włosy plączą się tu wszędzie, jak jakiś cudowny artefakt, jak skrzydła u aniołów i aureole nad głowami świętych. Wypełniają całą tę złotą przeszłość, nadają jej barwę i piękno.

Włosy bohaterki wyrażają coś jeszcze. Otóż tak, jak ta jej fryzura przerasta ją swym ogromem i wspaniałością, tak samo przerasta ją jej usposobienie. To kobieta gwałtowna i nieokrzesana, pełna energii, siły, krzyku i pewnej, wyjątkowo niefrasobliwej wesołości. W zestawieniu z równie nieokrzesanym, kłótliwym i gadatliwym szwagrem, staną się dla całej okolicy wydarzeniem cokolwiek ciekawym, dla brata i męża zaś – człowieka wielce pruderyjnego i przyzwoitego – powodem do trosk i wstydu. Nieokiełznana i wspaniała, bohaterka nie mieści się w spokojnej roli małżonki kierownika browaru, nie mieści się we własnym domu, jej przejazdy na rowerze nadają rytm życiu całego miasteczka. Te jej włosy sprawiają, że ona już teraz, w czasie obecnym żyje w złotym wieku, który dla nas pojawia się zazwyczaj dopiero w przeszłości, gdy miniemy teraźniejszość i czas zrobi już swoją robotę.

I te włosy robią tutaj, jeśli mogę się tak wyrazić, całą robotę, napełniają nowym sensem całe zakończenie. Wspólną cechą książek, o których pisałem we wstępie, jest to tkwienie w przeszłości, tęsknota, melancholia, uśmiech do wspomnień. W swoich Postrzyżynach Harbal idzie jednak krok dalej: wychodzi z tej zamkniętej strefy, z przeszłości, dobrze wiedząc, że żyć można tylko w chwili obecnej.

W ostatnim rozdziale Maryśka wsiada na rower i jedzie do fryzjera, pana Bodzia Czerwonki, by, zasiadłszy na fotelu, oznajmić stanowczo: ścinamy! I jest potem ta scena tytułowych postrzyżyn, pozbycia się tego, co stanowiło o jej tożsamości, po to, by pod spodem znaleźć w końcu prawdziwą siebie – „nie mogłam wyjść ze zdumienia, bo pan Bodzio tym swoim strzyżeniem wydobył ze mnie moją duszę”. Postrzyżyny były przecież u Słowian aktem inicjacji, wyjścia z dzieciństwa. Przeszłość i tę tęsknotę za złotym wiekiem, trzeba puścić, żeby móc żyć, żeby stać się sobą.

Jakże podobnie napisze w swoich Siostrach Krzyżowych wspaniały Riemizow, powtarzając jak refreny:

Jeden musi zdradzić, żeby przez zdradę duszę swoją odczopować i sobą się stać w świecie, inny musi zabić, ażeby przez zabójstwo swoje duszę swoją odczopować i tak czy owak sobą stać się na śmierć idąc, on zaś pewnikiem musiał asygnację wypisać nie tej osobie, której należało, iżby duszę swoją odczopować i stać się w świecie – i to już nie jako taki-siaki Marakulin, ale Piotr Aleksandrowicz Marakulin!

Tutaj trzeba było ściąć włosy. U Hrabala te postrzyżyny są właśnie pożegnaniem przeszłości, wejściem w teraźniejszość. Miasto, po scenie u fryzjera, traci swój oniryczny nastrój, staje się obecne, teraźniejsze, przestaje być miastem z miejskiej legendy, ze wspomnienia. Odtąd trzeba będzie żyć w jasnym i huczącym „teraz”. Trochę jak z odkręceniem kółek pomocniczych od dziecięcego rowerka.

I jak piękna jest ta scena, w której małżonek, spostrzegłszy ostrzyżoną żonę, mimo całe swoje przywiązanie do przyzwoitości, wymierza jej publicznie lanie na prawie goły tyłek i wesoło krzyczy: Tak moja panno, zaczniemy nowe życie!

__________________________
facebook.com/statekglupcow
https://statekglupcow.pl/

pokaż więcej

 
2018-10-12 21:55:00
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, 2018, Posiadam
Autor:

Z jakichś przyczyn ciągnie mnie każda lektura będąca ucieczką, szczególnie zaś ucieczką w przeszłość, byle przeszłość niezbyt daleką, byle namacalną. Na tyle bliską by wszystko pamiętać i na tyle daleką, by pamięć zdeformowała świat, którego już nie będzie (choć podobno wszystko, co było, znów będzie). Z tych przyczyn z zachwytem czytałem Hrabala wspominającego wspólne mieszkanie z Vladimirem.... Z jakichś przyczyn ciągnie mnie każda lektura będąca ucieczką, szczególnie zaś ucieczką w przeszłość, byle przeszłość niezbyt daleką, byle namacalną. Na tyle bliską by wszystko pamiętać i na tyle daleką, by pamięć zdeformowała świat, którego już nie będzie (choć podobno wszystko, co było, znów będzie). Z tych przyczyn z zachwytem czytałem Hrabala wspominającego wspólne mieszkanie z Vladimirem. Przez to do łez śmiechu i łez smutku przywiódł mnie Makuszyński, piszący o młodości Szymona Chrząszcza. I teraz, z tych samych przyczyn, jak zahipnotyzowany czytam Schulza.

Punktem wyjścia każdego z opowiadań w Sklepach Cynamonowych jest odrealnienie świata, przeniesienie go w sferę mitu, baśni, legendy. Miasto staje się tutaj miejscem cudownym i niecodziennym nie za sprawą jakichś nadprzyrodzonych wydarzeń – na palecie autora wszystkie kolory są rażąco prawdziwe. Akcja zawsze dzieje się albo latem, albo zimą, miejska przestrzeń zakrzywiana jest przez nieznośny upał, przez kryształowy mróz, przez wielki wiatr, w końcu także przez siebie samą. Opowieści toczą się daleko, a raczej dawno, są zalane ciepłą żywicą wzmocnionych ale i powyginanych przez czas wspomnień.

Wszystko jest tu namacalne i cielesne, w kolejnych opowiadaniach zderzają się dziecięca niewinność ze światem brudnym i skażonym. Już w pierwszym Sierpniu autor wiedzie nas przez zalane złotym żarem miasto, obraz wyrwany ze snu. Wszystko budzi tu nostalgię, na wszystko patrzą niewinne oczy dziecka. W finalnej zaś scenie oczy te patrzą na rozbierane zdjęcia, pokazywane przez starszego kuzyna – hultaja.

Z kolei zaraz po tytułowym opowiadaniu, będącym połączeniem odległego wspomnienia, sennego majaku i zmyślonych opowieści, w których młody chłopiec przemierza miasto w zimową noc, a miasto wygina się, zmienia kształty i zasady, wybucha jakąś nagłą, grudniową wiosną, a ciemne ulice znienacka stają się bezpieczne i przytulne jak matczyne ramiona… Zaraz po tym, w kolejnym opowiadaniu trafia czytelnik na Ulicę Krokodyli, gdzie wszystko jest zepsute i wykrzywione, każdy subiekt to oszust, a każda kobieta – kokota. Są w Sklepach Cynamonowych czarne punkty – dopisuję Wichurę, w której nawałnica zyskuje nadprzyrodzony ogrom, zamienia się w powódź czystej, budzącej grozę czerni.

Lubię myśleć, że Hrabal, Makuszyński, teraz Schulz, oraz wielu, wielu innych wcześniej i później – tęsknili za tym, za czym i ja tęsknię i że podobne życia ich spotykały. Bo i ja, gdy miałem lat może osiem, może dziesięć, odwiedziłem starszego kuzyna, żeby trochę pograć w gry na jego komputerze i wiedziony jakąś dziwną nicią Ariadny trafiłem do folderu ze zdjęciami, których do końca wtedy nie rozumiałem. A gdy przychodziło lato, to ruszaliśmy z kolegami nad staw i skracaliśmy sobie drogę idąc przez wysoką kukurydzę, jednorazowymi korytarzami, którymi nikt poza nami nigdy nie chodził. Otwierały się tuż prze nami, i tuż za nami na zawsze zamykały. Gdzie wtedy krążyliśmy – to wie już chyba tylko stare, dobre słońce. A gdy nocą jeździłem autem, wszystkie kształty majaczące na horyzoncie, drzewa, krzaki i budynki, były dla mnie mitycznymi kolosami i golemami. Nie sposób opisać jak bardzo się ich bałem.

I jakże chciałoby się przenieść ten ciężar złota, tę złotą erę, ten antyk dzieciństwa na teraz, tak by trwała również dziś. Ale antyk nigdy nie nastanie dzisiaj, na zawsze pozostanie we wczoraj. Czasem wystarczy rok, czasem miesiąc, czasem dzień. Wystarczy, że pomyślę o lecie, o tym, że całe spędziłem czytając pod rozłożystym orzechem, a już w moim wspomnieniu wszystkie te sceny zdają się tkwić w bursztynie, wyglądają, jakby malował je Klimt. Albo przedwczorajsza droga do pracy w kłębach deszczu skręcanych wiatrem tak bardzo, że dziś wydają się być jakimś nadprzyrodzonym zjawiskiem… Dziewczyna spotykana pięć lat temu, wydaje się być jakąś Heleną, dla której przez dziesięć lat oblegałbym dowolne miasto i słał strzały w jego mieszkańców…

I wszystko to, cały ten antyczny bursztyn, cały ten mit, nigdy nie wychodzi z wczoraj, nigdy nie wchodzi w dziś, choć zawsze jest blisko, tuż, tuż.

___________________________________
po wincy miodu:
https://www.facebook.com/statekglupcow/
https://statekglupcow.pl/

pokaż więcej

 
2018-09-24 22:28:59
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, 2018, Posiadam
Książka jest przypisana do serii/cyklu "Biblioteka Czytelnika". Edytuj książkę, aby zweryfikować serię/cykl.

Podczas ostatniej wizyty we Wrocławiu widziałem się z Utracjuszem i gdy książkowa dyskusja o tym, co aktualnie czytamy, czym gardzimy a co uwielbiamy wybuchła na dobre, powiada mój rozmówca: „Wariacje pocztowe Brandysa, to jedna z lepszych książek jakie czytałem!”. A jako, że to jegomość szalenie powściągliwy i ostrożny w wydawaniu podobnych, otwarcie superlatywnych opinii, od razu po powrocie... Podczas ostatniej wizyty we Wrocławiu widziałem się z Utracjuszem i gdy książkowa dyskusja o tym, co aktualnie czytamy, czym gardzimy a co uwielbiamy wybuchła na dobre, powiada mój rozmówca: „Wariacje pocztowe Brandysa, to jedna z lepszych książek jakie czytałem!”. A jako, że to jegomość szalenie powściągliwy i ostrożny w wydawaniu podobnych, otwarcie superlatywnych opinii, od razu po powrocie do domu przeczesałem internet i książkę zamówiłem.

Książka Brandysa jest w swojej formie tworem cokolwiek egzotycznym, to powieść epistolarna – narracja odbywa się tutaj na kartach kolejnych listów. Autor maluje rozciągającą się na przestrzeni trzech wieków korespondencję ojców i synów, epizodyczne, fragmentaryczne losy kolejnych pokoleń rodziny Zabierskich. List ojca do syna, odpowiedź i przeskok do kolejnego pokolenia, oto rytm Wariacji.

Specyficzne tworzywo jakim jest list, oraz zażyłość relacji między synami a ojcami, sprawiają, że snutym opowieściom towarzyszy szczególna intymność, bliskość, poufałość, czasem czułość. To szalenie osobiste momenty wyznawanych prawd, zapewnień o tęsknocie, ale czasem także wylewane po wielu latach żale, chwile wielkich szczerości i pretensji; rany są tu zasklepiane i zadawane, tutaj nikt nie pośredniczy, cała powieść to bezpośrednie spotkania, odbywające się na zapisanych atramentem kartach. I kolejne opowieści śledzi się z niekłamaną ciekawością, w końcu wtykanie nosa w cudze sprawy leży w naszej naturze, prawda? A Brandysowi udało się uchwycić ten szczególny rodzaj intymności, towarzyszący odwlekanym nieraz na dekady wyznaniom między ludźmi sobie najbliższymi.

Jako czytelnicy, wiemy co prawda tylko tyle, ile powiedzą nam bohaterowie, ale przecież ich życia odbijają się echem w kolejnych pokoleniach, w kolejnych listach, które, nieraz, jedną małą wzmianką rzucają nowe światło na znane nam już wydarzenia. I tak pojawiają się opowieści-łgarstwa, demaskowane przez kolejne pokolenia. Między tymi zamkniętymi całościami tętni życie, którego czytelnik dostrzec nie może, musi zdawać się na to, co opowiadają kolejne postaci. Niejednokrotnie będziemy tutaj świadkami spowiedzi z całego życia, wyznawania wielkich prawd, ale i prób wybielenia się, tłumaczenia kolejnych błędów, plotek, kompromitacji. A ile w tym szczerości, a ile obłudy? Każdy czytelnik musi rozstrzygnąć we własnym śledztwie.

Na kolejnych stronach dźwięczy nigdzie nie wypowiedziane echo przemijania. Tego, jak znikamy. To, co kluczowe w jednym pokoleniu, w drugim jest powtarzane jako rodzinna anegdota, w trzecim jest już zniekształconym mitem, czwarte pokolenie nie pamięta już nic. Ma swoje, nowe, najważniejsze sprawy, z których zostanie tyle samo, co z tych poprzednich. I zażyłość i czułość między kolejnymi spoiwami tego łańcucha, jakkolwiek prawdziwe i silne by nie były, nie są w stanie niczego ocalić. I Brandys wcale się o tym nie rozpisuje, nie gdyba, nie prowadzi dysputy o przemijaniu – on maluje tutaj surowy portret znikania, pokazuje nam to jak na dłoni z chirurgiczną precyzją! Jak los pojedynczego człowieka tonie w losach rodziny, te z kolei giną w dziejach jako takich.

Już posiadając wszystkie wymienione dotąd elementy, książka Brandysa byłaby dziełem wyjątkowo ciekawym i wartym uwagi, ale do wymienionych dotąd mocnych stron, dodać trzeba jeszcze jedną i to najważniejszą - niesamowitą wyobraźnię i humor autora. Kiedy brałem książkę do ręki, nie miałem prawa spodziewać się ogromu fanaberii, które w niej znalazłem! Czegóż bo można spodziewać się po korespondencji ojców i synów? A znajdziemy tu tajne bractwa, zoofilię, autokanibalizm, pojedynki, morderstwa, podejrzane sekty... Mnóstwo tutaj absurdalnych zdarzeń, mnóstwo nagłego, ostrego humoru, celującego w polskie wady i przywary w zadufanie, w nadmierną pewność siebie, w ludzkie ułomności i krętactwa; mnóstwo dziwactw, a wszystko to przeplecione burzliwym nurtem polskich dziejów i osobną, choć nierozerwalnie z nim złączoną historią rodziny Zabierskich.

Dostajemy zatem powieść epistolarną o mocnych elementach awanturniczych i przygodowych, ze sporą domieszką powieści historycznej i rodzinnej sagi, tonącą w humorze, pełną przerysowanych i zaskakujących wydarzeń. To jest rzecz absolutnie wyjątkowa i egzotyczna, zaskakująca i porywająca, napisana z wielką świadomością i smakiem. Jeśli ktoś szuka jakiegoś powiewu świeżości w swoim czytelniczym życiu, nie powinien się dwa razy zastanawiać, tylko w te pędy gonić do biblioteki, albo na zakupy!

_____________________________
https://www.facebook.com/statekglupcow/

pokaż więcej

 
2018-09-08 00:45:32
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, 2018, Posiadam
 
Moja biblioteczka
668 471 8108
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (75)

Ulubieni autorzy (21)
Lista ulubionych autorów
Ulubione cytaty (63)
lista cytatów
zgłoś błąd zgłoś błąd