Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.
Michał Stanek 
ZaOkladkiPlotem.pl, Antykwarioosz.pl, odBrazos.blogspot.com
Z zawodu bibliotekarz cyfrowy i webmaster. Prywatnie mol książkowy, żeglarz, turysta, wierszokleta. Amator historii rodzinnego Lublina, kuchni śródziemnomorskiej, kawy z cynamonem i chili, sosu Worcestershire, whisky Ballantines, piwa Perła i lubelskich cebularzy. Miłośnik dojrzałego westernu, czarnego kryminału, literatury amerykańskiej i ambitnych seriali, a także twórczości Josifa Brodskiego. Twórca wyszukiwarki antykwarycznej Antykwarioosz.pl i fanpage'a o powieści i serialu Na południe od Brazos.
Lublin, status: Czytelnik, dodał: 1 ksiązkę, ostatnio widziany 3 godziny temu
Teraz czytam
  • In a Narrow Grave: Essays on Texas
    czytelników: 1 | opinie: 0 | ocena: 0 (0 głosów)
  • Przekrój nr 2 (3557) marzec - czerwiec 2017
    Przekrój nr 2 (3557) marzec - czerwiec 2017
    Autor:
    W wiosennym "Przekroju" dużo czytania i dużo śmiechu: wywiady rysunkowe i mądre, wyimki ilustrowane, literatura i sztuka, filozofia, nauka i zdrowe życie. Są krzyżówki (dwie), jest Raczkow...
    czytelników: 11 | opinie: 0 | ocena: 0 (0 głosów)

Pokaż biblioteczkę
Aktywności
2017-03-23 15:12:11
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Autor:
Cykl: L.A. Quartet (tom 1)

(...) Dopiero ta książka, dedykowana "Matce, w 29 lat po krwawym pożegnaniu", przyniosła autorowi uznanie i prawdziwy rozgłos. Ellroy do autentycznej makabrycznej zbrodni, którą w 1947 roku żyło całe LA, dopisał fikcyjne policyjne śledztwo, doprawił obsesyjnym, gęstym klimatem i otoczył wszystko panoramicznym obrazem pracy policji i prokuratury Miasta Aniołów. Śmierć Elizabeth Short,... (...) Dopiero ta książka, dedykowana "Matce, w 29 lat po krwawym pożegnaniu", przyniosła autorowi uznanie i prawdziwy rozgłos. Ellroy do autentycznej makabrycznej zbrodni, którą w 1947 roku żyło całe LA, dopisał fikcyjne policyjne śledztwo, doprawił obsesyjnym, gęstym klimatem i otoczył wszystko panoramicznym obrazem pracy policji i prokuratury Miasta Aniołów. Śmierć Elizabeth Short, niedoszłej aktorki, której zmasakrowane i przepołowione zwłoki zostały znalezione w pewien styczniowy dzień, staje się sprawą, która nieodwołalnie zmieni losy dwóch panów B. - policjantów Bleicherta i Blancharda. Obaj zaangażują się w śledztwo, a ono w efekcie zrujnuje ich relacje, życie osobiste, kariery zawodowe. O ile to życie w ogóle było normalne - Lee Blanchard żyje bowiem z Kay Lake, byłą dziewczyną bandyty, którego wsadził za kratki (ten właśnie niebawem wychodzi na wolność), a Bucky Bleichert - zarazem narrator - pustkę w życiu będzie próbował, wbrew wszelkim zasadom zawodu, wypełnić romansem z sobowtórem zamordowanej.

Obraz organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości przedstawiony w tle tej historii to istne bagno korupcji, uzależnień, przemocy i karierowiczostwa. Na palcach jednej ręki można policzyć tych, którzy - jak Bleichert - od czasu do czasu próbują nie okazać się skończonymi świniami (ale on też ma paskudne rzeczy na sumieniu). Polityka bez pardonu ingeruje w wymierzanie tak zwanej sprawiedliwości, przy czym to "tak zwanej" w świecie Ellroya nabiera szczególnego znaczenia. Zastępca prokuratora okręgowego Ellis Loew to jedna z długiego szeregu oślizgłych kreatur, zapełniających LA według Ellroya. Szczególną niechęć budzą też bracia Vogel, znani z brutalności i zaangażowani w brudne interesy policjanci. Bodaj tylko starzejący się detektyw Russ Millard zachowuje tu jako-taką przyzwoitość. Poza policją również to miasto również dalekie jest od obrazów produkowanych w Hollywood. Ostentacyjne bogactwo sąsiaduje z przygnębiającym ubóstwem slumsów, "złota era" Fabryki Snów - z branżą pornograficzną. Na ulicach i w głowach króluje segregacja rasowa ("czarnuchy" i ""kaktusy" to najdelikatniejsze z określeń), powojenne nastroje antyjapońskie i ledwie skrywana perwersja. Drapieżność i drobiazgowość opisu wynosi "Czarną Dalię" na poziom podanego bez znieczulenia, ostrego jak brzytwa portretu Ameryki sprzed Kennedy'ego i Luthera Kinga. I wyróżnia twórczość Ellroya z całego dorobku gatunku. To bezsprzecznie autorska "wartość dodana" - bezkompromisowa, pełna pasji panorama społeczna gra tu rolę równorzędną do skomplikowanego wątku kryminalnego. Razem tworzą epicką całość.

"Czarna Dalia" otwiera ellroyowski "Kwartet Los Angeles", na który składają się poza tym "Wielkie Nic", "Tajemnice Los Angeles" i "Biała gorączka". Cykl obejmuje lata 1947-1958 i - choć poszczególne powieści stanową autonomiczne wielowątkowe opowieści, łączą je życiorysy drugoplanowych postaci: wspomnianego wyżej Ellisa Loewa, porucznika (później kapitana) Dudleya Smitha, Eda Exleya, Lelanda "Buzza" Meeksa. Jedni wychodzą na pierwszy plan dopiero w kolejnych tomach, drudzy z pierwszego planu schodzą na dalszy, a jeszcze inni pozostają w cieniu, czy raczej w półmroku, także moralnym. I cykl ten jest najlepszą rzeczą o policji jaką napisano. (...)

Cały tekst (i inne): www.zaokladkiplotem.pl

pokaż więcej

 
2017-03-23 15:09:58
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:
Cykl: Harry Hole (tom 3) | Seria: Ślady zbrodni

Moje pierwsze spotkanie z Harrym Hole'm. Długo się doń przymierzałem, postanowiłem też pominąć pierwsze dwa tomy (ponoć wyraźnie słabsze) i zacząć od trzeciego. Kurczę, no, rewelacja, tyle powiem. Śledztwo fajnie wgryza się w wojenną przeszłość Norwegii (przy okazji dostajemy wgląd w wojenne zawiłości z zupełnie innej perspektywy niż nasza, polska), Nesbo operuje słowem z precyzją Davida... Moje pierwsze spotkanie z Harrym Hole'm. Długo się doń przymierzałem, postanowiłem też pominąć pierwsze dwa tomy (ponoć wyraźnie słabsze) i zacząć od trzeciego. Kurczę, no, rewelacja, tyle powiem. Śledztwo fajnie wgryza się w wojenną przeszłość Norwegii (przy okazji dostajemy wgląd w wojenne zawiłości z zupełnie innej perspektywy niż nasza, polska), Nesbo operuje słowem z precyzją Davida Finchera nad stołem montażowym, plecie wieloosobowe wątki, buduje gęste od napięcia kulminacje, a do tego nie zawahał się wysłać do grobu jednego z głównych protagonistów, co wbiło mnie, przyznam, w stan lekkiego osłupienia. Szacun. Pisarz z pazurem godnym Ellroya.

Inne moje opinie: www.zaokladkiplotem.pl

pokaż więcej

 
2017-03-23 15:06:31
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Autor:
Seria: Poezje

TAK SOBIE KRWAWIĘ

Filip Łobodziński przekłada teksty Boba Dylana od niemal 40 lat, jednak do niedawna tłumaczenia te nie funkcjonowały w obiegu publicznym. Dopiero teraz, zbiegając się z niedawną Nagrodą Nobla, ukazuje publikacja książkowa, zawierająca aż 132 przekłady tekstów amerykańskiego barda. Nadarza się więc znakomita okazja, by przyjrzeć się jego twórczości na poważnie, w sposób...
TAK SOBIE KRWAWIĘ

Filip Łobodziński przekłada teksty Boba Dylana od niemal 40 lat, jednak do niedawna tłumaczenia te nie funkcjonowały w obiegu publicznym. Dopiero teraz, zbiegając się z niedawną Nagrodą Nobla, ukazuje publikacja książkowa, zawierająca aż 132 przekłady tekstów amerykańskiego barda. Nadarza się więc znakomita okazja, by przyjrzeć się jego twórczości na poważnie, w sposób pogłębiony. Dostajemy po polsku już nie nie pojedyncze utwory ani nawet pojedynczy album, a obszerny przegląd dorobku bogatego w treść, motywy, symbole, nawiązania. Cały literackie uniwersum.

Łobodziński występuje w tej publikacji w kilku rolach: jako tłumacz, ale też redaktor układu oraz autor przypisów. Słowem - jest przewodnikiem po świecie Dylanowskich opowieści. Wprowadzenie podziału na dwanaście bloków tematycznych uwydatnia dominanty obecne w twórczości Dylana. Oczywiściepodział ten jest sprawą umowną i wiele utworów mogłoby znaleźć się w innych miejscach zbioru. Ale w ten sposób udało się wyeksponować takie motywy twórczości autora "Tęsknego jazzu o podziemiu" jak różne warianty gniewnej krytyki społecznej, rozmaite odcienie i etapy miłości, skomplikowane relacje z Bogiem, powracające wątki przemijania i samotności, trawestacje motywów wziętych z tradycji folkowej i dziedzictwa Pogranicza, czy wreszcie wizje w których Breughlowskie obrazowanie łączy się z portretem kraju w zmieniających się czasach. Dylan to bard swoich czasów, ale też czuły kochanek, mężczyzna porzucony i porzucający, chrześcijański neofita, wędrowny "dziad"-balladzista, a także po prostu starzejący się facet, rozliczający się z nieubłaganie kończącego się życia. Klarownie i mocno te znaczenia wybrzmiewają, a zestawione w ten sposób teksty niejako wspierają się nawzajem (ot, choćby przez powracające w kilku utworach te same zwroty).

Obok ogromnego rozstrzału tematycznego, pieśni Dylana to też rozmaitość środków wyrazu, kontekstów i nawiązań. Kłopot w tym, że nie wszystkie z nich zrozumiałe są nad Wisłą. Łobodziński, zdając sobie z tego sprawę, poszukuje niekiedy czytelniejszych, bardziej uniwersalnych symboli. Próbuje zaczepić teksty Dylana w rodzimym klimacie literackim, sięga do polskich idiomów i zwrotów. Na szczęście czyni to z wyczuciem, nie usiłując budować iluzji Dylana piszącego po polsku czy o Polsce, więc nie wpycha na siłę rodzimej scenografii czy topografii. Z wieloma z tych zabiegów można by dyskutować i ich odbiór jest w oczywisty sposób subiektywny. W większości wypadków pozornie ryzykowne pomysły tłumacza doskonale się sprawdzają. Łobodziński ma świetną rękę do nośnych, obrazowych zwrotów, które służą mu na zasadzie wytrychów: innymi słowami, innymi metaforami, buduje bliźniacze względem autorskich znaczenia. Tak funkcjonuje fenomenalne "w szarych pętach dżdżu" (or. "tangled up in blue" - dosł. "zaplątany w smutku"), które akustyką i symboliką odwołuje się nienachalnie i nie wprost do Leopolda Staffa. Podobnie działa zastąpienie "every grain of sand" przez "każde trawy źdźbło", gdzie wartością dodaną jest delikatność symbolu. Wreszcie - "jak błądzący łach" zamiast słynnego "toczącego się kamienia" w jednym z największych evergreenów Dylana. Brzmi jak profanacja - ale to pozór, bo ten przedziwny i jakże malowniczy zwrot kapitalnie się sprawdza i doskonale brzmi. To była pierwsza piosenka w tym zbiorze, przy której dopisałem sobie akordy. Takich celnych zabiegów translatorskich jest tu mnóstwo, co nie zmienia faktu, że w kilku przypadkach Łobodziński idzie zbyt daleko. To oczywiście sprawa indywidualnego odbioru, dlatego jeden czytelnik będzie uważał zastąpienie stanu Missisipi zwrotem "duszny kraj" za nadmiernie opisowe, inny widziałby w tym miejscu "Ciemnogród", a jeszcze inny uzna, że to zmiana zbędna. Trudno też zrozumieć zmianę Idiot wind w wiatr imbecylny. Zbyt dużym odstępstwem zdaje się przebudowa "Maggie's Farm" w "Firmę Ziuty", a także przemiana "Sad-Eyed Lady of The Lowlands" w "Smutnooką panią w sari" (tłumacz argumentuje to niemożnością przetłumaczenia "Lowlands", ale przecież "Highlands" ostało się w brzmieniu oryginalnym!). Być może do tych przekładów nie udało się znaleźć innych kluczy, ale to nie poprawia oceny przyjętych rozwiązań. Z reguły jednak niuanse i wieloznaczności tych tekstów uchwycone są - nomen omen - koncertowo, a w niektórych miejscach odpowiedni dobór słów tworzy nowe skojarzenia. Na przykład polskie "stuknąć", oprócz wykorzystania formy "stuknięty" (w oryginale "to stone" i "stoned") niesie też ze sobą żartobliwe znaczenie nieobecne w oryginale. Pan Wąs zamiast Jonesa też staje się nazwiskiem znaczącym.

Łobodziński zresztą wiele swoich decyzji wyjaśnia w przypisach, dzięki czemu mamy wgląd w niektóre spośród zawiłości tekstów. Przypisy te stanowią same w sobie fascynującą lekturę, przybliżającą tak twórczość jak i życiorys barda zza oceanu. Mnóstwo przytoczonych tam historii i uwag to świadectwo wieloletniego i wnikliwego zgłębiania meandrów tych pieśni. Tropy biograficzne, nieprzebrane nawiązania literackie, folkowe, religijne, polityczne i historyczne tworzą sieć kontekstów, której Łobodziński rzecz jasna nie objaśnia wyczerpująco, ale uwrażliwia na te drugie i kolejne dna i znaczenia. Reszta należy do nas samych - czy będziemy Dylana czytać i słuchać.

No właśnie a propos słuchania - zasadniczo utwór Dylana to pewien komplet, który składa się z tekstu, melodii i niepodrabialnego wykonania. Czy wobec tego jest sens te teksty czytać? Moim zdaniem jak najbardziej. Dlatego, że przekład, likwidując barierę językową pozwala skupić się na treści, a w przypadku twórczości tak nabrzmiałej znaczeniami właśnie dopiero forma drukowana pozwala na wnikliwą lekturę. Dylan, traktuje rytm tekstu w specyficzny, swobodny sposób, a Łobodziński pieczołowicie ten rytm odtwarza. Nie jest to więc twórczość łatwa w czytaniu. Ale warto się z nią zmierzyć i odkryć bogactwo tego przekazu choćby z odsłuchem oryginałów (wtedy łatwiej docenić wspomnianą wierność rytmiczną). Już otwierający "Tęskny jazz o podziemiu" powala kondensacją i dynamiką wersów ostrych jak krótkie serie z karabinu. Na wskroś epicka i kapitalnie przełożona jest gorzka i gniewna opowieść o niesłusznie skazanym za zabójstwo bokserze Rubinie "Hurricane'ie" Carterze. Wyrazisty rytm unosi ciąg osobistych refleksji podsumowanych genialnym w swojej prostocie zdaniem "Nie myśl już, jest jak jest" ("Don't think twice, it's alright"). Bez trudu bronią się "Czasy nadchodzą nowe" i ładnie dwuznaczny kluczowy zwrot w słynnym "Odpowiedź unosi wiatr". Ale najlepsza jest chyba kaskada obrazów zebranych pod mistrzowsko przełożonym szyldem "Oj tam, stara (tak sobie krwawię") ("It's alright, Ma (I'm only bleeding)"). To cały Dylan - gorzki i poważny, ale jednocześnie błyskotliwie ironiczny. A Łobodziński jest najlepszy w takich właśnie błyskotliwych zwrotach. Trafił swój na swego, a nam pozostaje się cieszyć, że ten wyjątkowy twórca trafił na tak znakomicie rozumiejącego go tłumacza.

Inne moje recenzje: www.zaokladkiplotem.pl

pokaż więcej

 
2017-03-21 10:22:32
Dodał książkę na półkę: Teraz czytam, Posiadam
 
2017-03-21 10:22:03
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
 
2017-03-10 14:37:15
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

W 1956 roku Stanisław Rembek, skutecznie marginalizowany przez władze PRL jako weteran i piewca wojny polsko-bolszewickiej, z dużym trudem opublikował zbiór trzech opowiadań poświęconych Powstaniu Styczniowemu. Pierwsze z nich poświęcone jest rozterkom warszawskiego prokuratora wojennego, pułkownika Aleksandra Kamińskiego, targanego wątpliwościami na tle sprawy niejakiego Chodakowskiego -... W 1956 roku Stanisław Rembek, skutecznie marginalizowany przez władze PRL jako weteran i piewca wojny polsko-bolszewickiej, z dużym trudem opublikował zbiór trzech opowiadań poświęconych Powstaniu Styczniowemu. Pierwsze z nich poświęcone jest rozterkom warszawskiego prokuratora wojennego, pułkownika Aleksandra Kamińskiego, targanego wątpliwościami na tle sprawy niejakiego Chodakowskiego - domniemanego zamachowca. Prokurator Kamiński, mimo iż współpracujący z caratem, nie widzi wystarczających podstaw do wyroku skazującego, ale jednocześnie jest zakładnikiem władz rosyjskich w osobie pułkownika Gryszyna. Opowiadanie to jest zdecydowanie najsłabsze w zbiorze; razi pewna wpisana weń łopatologia i toporność wywodu, aczkolwiek mimochodem rzuca interesujące światło na postrzeganie Powstania Styczniowego z perspektywy "tu i teraz", jakże odmiennej od dzisiejszej, zakrzepłej w martyrologicznych banałach. Zresztą - na tle dwóch pozostałych tekstów, ten tytułowy zdaje się być podpięty jedynie z powodu tematyki. Prawdziwy dyptyk tworzą bowiem "Przekazana sztafeta" i "Igła wojewody".

W nich bowiem Rembek wychodzi "w pole" i tworzy prozę wojenną w pełnej krasie. Oczywiście nie byłby sobą, gdyby przyjął "sakramentalną" perspektywę polską - zamiast tego ukazuje dwa epizody z działań rosyjskiego szwadronu kawalerii, ze szczególnym uwzględnieniem młodego porucznika Fiodora Jeremina. To jego oczami, świeżo upieczonego oficera, oglądamy sąd nad młodym Żydem Symchą, działania "wojenne" w pewnej wsi, wreszcie pojmanie powstańczego wojewody pułkownika Markowskiego. W toku operacji młody Jeremin obserwuje uważnie swojego dowódcę - budzącą odrazę ale i fascynację okrutną kreaturę, rotmistrza Dobrowolskiego, Polaka w służbie carskiej. Dobrowolski to trochę żywioł wojny w stanie szaleństwa. Jego przeciwwagą jest racjonalny porucznik Żuryn. Rembek wzorowo oddał klimat służby w XIX-wiecznej kawalerii, bezbłędnie też - w odróżnieniu od pierwszego opowiadania - prowadzi analizę Polski w momencie zrywu niepodległościowego - widzianej oczami osoby z zewnątrz. Poza "Stankiewiczem" Eustachego Rylskiego nie znam drugiej książki na ten temat - na tak znakomitym poziomie.

"Ballada o wzgardliwym wisielcu": 6 / 10
"Przerwana sztafeta", "Igła wojewody": 9 / 10

Inne moje recenzje znajdziesz na blogu ww.zaokladkiplotem.pl

pokaż więcej

 
2017-03-10 14:36:09
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Seria: Proza Świata

Powieść trochę gawędziarska, trochę humorystyczna, trochę łotrzykowska - ot, dwaj bracia bandyci, obdarzeni przeciwstawnymi osobowościami (narrator Eli jest tym bardziej introwertycznym i refleksyjnym) przemierzają Dziki Zachód w celu, wykonania pewnego zlecenia (zlecenia, oczywiście, na kogoś). Spotykają galerię postaci tak barwną, że skojarzenia z filmami Coenów nasuwają się same. Książka... Powieść trochę gawędziarska, trochę humorystyczna, trochę łotrzykowska - ot, dwaj bracia bandyci, obdarzeni przeciwstawnymi osobowościami (narrator Eli jest tym bardziej introwertycznym i refleksyjnym) przemierzają Dziki Zachód w celu, wykonania pewnego zlecenia (zlecenia, oczywiście, na kogoś). Spotykają galerię postaci tak barwną, że skojarzenia z filmami Coenów nasuwają się same. Książka sprawnie napisana, czyta się nad wyraz miło - niby nie arcydzieło, ale na szczęście dalekie od pustej żonglerki gatunkowymi kliszami. A że westerny mało kto już pisze - tym większy plusik.

pokaż więcej

 
2017-03-10 14:35:17
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam

Przezabawna i absolutnie bezkrwawa (choć pełnokrwista) historia zbuntowanego żeglarza z fregaty "Pierś łabędzia", przemianowanej na "Kaczy kuper" przez złośliwego kapitana Octa. Spiracony Rabarbar pływa na szkunerze o żaglach w kwiatki (uszytych przez wiernie wspierającą go żonę Barbarę), stacza prawie dwie bitwy morskie, strzela arbuzami i pomidorami, pyka nabijaną tureckim pieprzem fajkę... Przezabawna i absolutnie bezkrwawa (choć pełnokrwista) historia zbuntowanego żeglarza z fregaty "Pierś łabędzia", przemianowanej na "Kaczy kuper" przez złośliwego kapitana Octa. Spiracony Rabarbar pływa na szkunerze o żaglach w kwiatki (uszytych przez wiernie wspierającą go żonę Barbarę), stacza prawie dwie bitwy morskie, strzela arbuzami i pomidorami, pyka nabijaną tureckim pieprzem fajkę (jej cybuch zrobił z długiej dziury owiniętej blachą) i wreszcie dochowuje się nieodrodnego syna - a to wszystko w jedynej w swoim rodzaju oprawie graficznej Edwarda Lutczyna. Plus kapitalny obraz relacji małżeńskich i wielopiętrowy humor sytuacyjny i językowy, dla którego wracam do tej książki od ćwierć wieku.

Inne moje recenzje: www.zaokladkiplotem.pl

pokaż więcej

 
2017-03-08 11:26:48
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

OSTATNIA SZANSA

Nazwisko Williama Rileya Burnetta jest większości polskich czytelników raczej nieznane, głównie z powodu braku przekładów jego twórczości na nasz język. Może trudno w to uwierzyć, wiedząc, że w PRL amerykańskie kryminały wydawano chętnie i w sporych nakładach, ale faktem jest, że "Asfaltowa dżungla"A. D. 2009 to pierwsza polska edycja z jego dorobku. A dorobek jest to obszerny...
OSTATNIA SZANSA

Nazwisko Williama Rileya Burnetta jest większości polskich czytelników raczej nieznane, głównie z powodu braku przekładów jego twórczości na nasz język. Może trudno w to uwierzyć, wiedząc, że w PRL amerykańskie kryminały wydawano chętnie i w sporych nakładach, ale faktem jest, że "Asfaltowa dżungla"A. D. 2009 to pierwsza polska edycja z jego dorobku. A dorobek jest to obszerny (37 powieści, do tego opowiadania i scenariusze filmowe) i przede wszystkim ważny w historii gatunku. Przecież W. R. Burnett był w latach 40. ubiegłego wieku, wraz z Raymondem Chandlerem, Dashiellem Hammettem i Jamesem M. Cainem, jednym z najważniejszych twórców czarnego kryminału – nurtu, którego tradycja jest dziś trwałym elementem kultury popularnej. Zapoczątkowana przez nich konwencja nadal żyje i inspiruje – wciąż od nowa jest wykorzystywana, przetwarzana, naśladowana i parodiowana, czy to w literaturze (powieści Jamesa Ellroya, Leonarda Padury, "Związek żydowskich policjantów" Michaela Chabona) czy w filmie ("Chinatown", "Tajemnice Los Angeles", filmy braci Coen).

Znaczenie Burnetta w historii tego literacko-filmowego gatunku jest nie do przecenienia. To spod jego ręki wyszły teksty (scenariusze bądź powieści, bo pracował on, podobnie jak Chandler, w Hollywood), których filmowe wersje są dziś klasyką kina: "Mały Cezar" (1930), "Wróg publiczny" (1931), "High Sierra" (1941, jedna z najlepszych ról Bogarta), "The Beast of the City" (1932, problematyka tego filmu zapowiada późniejszego aż o 40 lat "Brudnego Harry’ego"), czy właśnie napisana w 1949 roku a sfilmowana rok później "Asfaltowa dżungla". Jednak o ile Chandler i Hammett zajmowali się przedstawicielami profesji detektywistycznej a Cain tropił zbrodnie namiętności, to w centrum uwagi Burnetta znajdował się świat przestępczy: od wielkich gangsterów przez przebiegłych kasiarzy, zatraconych hazardzistów, szemranych adwokatów, zawodowych lichwiarzy, po cwane prostytutki i tępawych osiłków. Na tym polu jest on klasykiem nie mniejszej wagi niż Chandler i Hammett na swoich odcinkach. "Mały Cezar" to przecież pierwszy w popkulturze wnikliwy i kompleksowy portret gangstera (który zresztą doczekał się niezliczonej ilości trawestacji, od "Człowieka z blizną" po "Chłopców z ferajny"). Zaś "Asfaltowa dżungla" w wybitnej ekranizacji Johna Hustona to jeden z kamieni milowych filmu noir - historia modelowa dla rzeszy naśladowców aż po dziś dzień. Także sam tytuł wszedł do mowy potocznej.

"Asfaltowa dżungla", reż. John Huston, 1950
(repr. http://www.eskimo.com/~noir)
Intryga jest tu jednocześnie prosta i złożona. Oto mamy grupę ludzi egzystujących na pograniczu prawa i bezprawia, planujących klasyczny „wielki skok”, który ma zapewnić im – oczywiście – spokojne utrzymanie przez resztę życia. Stawką są diamenty – to zresztą rekwizyt często wykorzystywany w późniejszych książkach i filmach o podobnych akcjach (np. francuski klasyk "Klan Sycylijczyków"). Charakterystyczne, że tylko jeden z przestępczej grupy to człowiek faktycznie przebiegły – mózg całej operacji, dopiero co wypuszczony z więzienia „Doktor” Riemenschneider. Pozostali to żadni wielcy gangsterzy: Dix to wiecznie zadłużony mięśniak obrabiający po nocach podpitych gości, Gus prowadzi budę z podłymi hamburgerami i dorabia na zakładach, podszyty tchórzem bukmacher Cobby radzi sobie pośrednicząc w szemranych pożyczkach, a były włoski kasiarz Louis od ślubu ustatkował się całkowicie i nawet nie parkuje na zakazie. Do tego adwokat Emmerich, zaślepiony przez własną pychę, chciwość i młodą, głupawą kochankę (w filmie tą rolą debiutowała Marylin Monroe), oraz detektyw Brannom – figura śliska i antypatyczna. Wszyscy oni wiążą ze skokiem wielkie nadzieje: Louis chciałby zapewnić przyszłość synkowi, starzejący się „Doktor” chciałby spokojnie i dostatnio dożyć swoich dni w Meksyku, Emmerich pragnie uwolnić się od nudnej żony i infantylnej kochanki, a Dixowi marzy się powrót w rodzinne strony i „nowy początek” – aby tylko dalej od tego przesiąkniętego deszczem i poczuciem beznadziei miasta.

Jednak od pierwszych stron "Asfaltowej dżungli" dominuje dławiący te nadzieje fatalizm. Niemal wszyscy bohaterowie mają w różnych momentach opowieści złe przeczucia. Od pewnego momentu doprawdy trudno powiedzieć, że którykolwiek z nich poważnie wierzy w powodzenie operacji – raczej narasta w nich przytłaczające poczucie daremności. Tym bardziej, że w mieście robi się coraz ciaśniej, a wokół kręci się coraz więcej gliniarzy, bo nowy nadinspektor miejski hardy na gwałt potrzebuje pokazać, że policja ma jeszcze rację bytu i nie zeświniła się doszczętnie na łapówkach i przekrętach. Ale przecież – nie sposób zrezygnować z tej ostatniej, być może, szansy na odmianę losu…

"Asfaltowa dżungla", reż. John Huston, 1950
(repr. http://www.eskimo.com/~noir)
"Asfaltowa dżungla" przynosi jeden z najbardziej sugestywnych portretów miasta w literaturze popularnej. To aglomeracja skąpana w błocie tak fizycznym (niemal ciągle pada) jak moralnym. Burnett zatarł jasne oceny moralne swoich przestępców, po to, by pioniersko sportretować ich w sposób złożony, niejednoznaczny. To odróżnia go od Chandlera, u którego walka o utrzymanie ładu moralnego stanowi główną oś twórczości. Burnetta interesuje co innego. On pochyla się nad skazanymi na nieuchronną klęskę przedstawicielami półświatka, pokazując ich z bagażem z reguły mało budujących doświadczeń i uczepionych tych ostatnich kilku marzeń, jakie im jeszcze zostały. Zaskakująca delikatność w opisie ich przeżyć kontrastuje z mrokiem świata, który ich otacza i który ich ukształtował, oraz z szorstkim, lapidarnym językiem dialogów. Ta mieszanka pozwala Burnettowi nie rozczulać się nad swoimi bohaterami i uniknąć, na szczęście, sentymentalizmu. W istocie jego powieść kojarzy się w swoim klimacie z egzystencjalistami w rodzaju Jean-Paul Sartre’a i po 60 latach od jej powstania można stwierdzić, że nie straciła wiele ze swojej intensywności. Wyjątkowa gratka, nie tylko dla miłośników gatunku.

Więcej moich recenzji: www.zaokladkiplotem.pl

pokaż więcej

 
2017-03-08 11:25:31
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:
Seria: Salamandra

Dziś nazywalibyśmy go profilerem. Alienista to psycholog - kryminolog, specjalista od chorych psychicznie – czyli według XIX-wiecznej nomenklatury wyalienowanych. Dziś dla potrzeb policji tworzy portret psychologiczny poszukiwanych osób, przeważnie przestępców, zwłaszcza morderców. Dzięki znajomości zakamarków ludzkiego umysłu i dzięki własnej inteligencji taki człowiek jest w stanie odtworzyć... Dziś nazywalibyśmy go profilerem. Alienista to psycholog - kryminolog, specjalista od chorych psychicznie – czyli według XIX-wiecznej nomenklatury wyalienowanych. Dziś dla potrzeb policji tworzy portret psychologiczny poszukiwanych osób, przeważnie przestępców, zwłaszcza morderców. Dzięki znajomości zakamarków ludzkiego umysłu i dzięki własnej inteligencji taki człowiek jest w stanie odtworzyć pokręcone drogi, którymi porusza się umysł psychopaty, być może wskazać hipotetyczne miejsce jego przebywania, wytypować jego potencjalne kolejne ofiary. Przy odrobinie szczęścia – trafnie.

Caleb Carr cofa się w swojej powieści do ostatnich lat XIX wieku - do czasów, gdy psycholog był postrzegany jako ktoś w rodzaju czarownika. Techniki pracy policji różniły się od obecnych nie tylko ze względu na możliwości techniczne (choćby możliwa już wtedy daktyloskopia, obecnie podstawa identyfikacji, uznawana była za kompletnie niewiarygodną). Sam zawód policjanta miał fatalną reputację, na którą zresztą ciężko pracowały pokolenia skorumpowanych i zdegenerowanych „gliniarzy”. Raczkująca współpraca psychologii i rzemiosła policyjnego stanowi główny temat „Alienisty”.

Carr starannie odtwarza tło społeczne – swoisty rewers Nowego Jorku znanego choćby z „Wieku niewinności” (ta sama epoka, to samo miasto). Jest dramatycznie i krwawo; śledztwo w sprawie serii okrutnych mordów na prostytuujących się chłopcach odsłania nie tylko mroczne zakamarki psychiki mordercy, ale też wstydliwe sfery życia wielkiego miasta. Koncept jest odpowiednio makabryczny, nawiązujący – jawnie i świadomie – do Kuby Rozpruwacza, jak zresztą innych podobnych seryjnych morderców z tej i wcześniejszych epok. Fascynująco opisany jest tu proces tworzenia portretu psychologicznego mordercy. Przypomina rzeźbienie – w tym, że jest to eliminacja zbędnych, nieprzystających elementów z wyjściowego szerokiego spektrum możliwości. Podobnie postępują śledczy z „Alienisty”, eliminując hipotezy (cechy, zachowania), które nie charakteryzują mordercy. Z tego co zostaje, stopniowo wyłania się zawężony rys osobowościowy i socjologiczny psychopaty. Splecione z tym imaginacyjnym portretem śledztwo na szczęście przebiega bez podejrzanych zabiegów narracyjnych, nagłych olśnień, śliskich zbiegów okoliczności. Wszystko niemal do samego końca elegancko się ze sobą zazębia, a stopniowe zbliżanie się obławy do ściganego psychopaty opisane jest rzetelnie i bez naciągania czytelnika. Wszystkie wnioski mają zaczepienie w faktach. I trzeba przyznać autorowi, że w jego powieści widać drobiazgowy research historyczny i precyzyjny jak wojskowa kampania plan fabuły (w końcu jest on historykiem wojskowości).

Gorzej z realizacją. O ile precyzyjna konstrukcja śledztwa i tło historyczne (w tym drobiazgowo odtworzona topografia Nowego Jorku) nie budzą większych zastrzeżeń, o tyle w szczegółach odbijają się pisarskie niedostatki warsztatowe. Relacje Johna Moore'a, dziennikarza New York Timesa i zarazem narratora, z tytułowym alienistą Laszlo Kleizerem nieznośnie przypominają karykaturę klasycznych relacji Holmes – Watson. Dziennikarz jest co rusz na siłę niedomyślny, zadaje Kleizerowi irytująco głupie pytania chyba tylko po to, by psycholog mógł na nie wyczerpująco odpowiedzieć, objaśniając wszystkie niuanse metodą "kawa na ławę". Kleizer mamrocze pod nosem niezrozumiałe terminy, o które Moore pyta, po czym Kreizler wyjaśnia... To dopowiadanie wszystkiego do samego końca, swoista łopatologia, irytuje zresztą nie tylko w opisie samego śledztwa, ale też w wątkach pobocznych. Robi to niestety toporne wrażenie.

Podobnie jak niezręczna inscenizacja wielu istotnych scen powieści. Jeden przykład: o ile, jak rozumiem, w połowie powieści potrzebny był błąd śledczych, by zabójca mógł się wymknąć na drugą połowę śledztwa – to błąd ten jest tak kretyński i nie licujący z inteligencją popełniającej go postaci, że omal nie przerwałem lektury. Zabrakło na niego wiarygodnego pomysłu. Z kolei finał zrobił na mnie wrażenie sztucznie przekombinowanego. A szkoda.

Na koniec – dobór śledczej ekipy z kobietą i Murzynem w składzie śmierdzi mi całkiem współczesną polityczną poprawnością albo, co gorsza, podręcznikiem pisania powieści (bohaterowie w grupie muszą być różnorodni!). Nawet mimo próby względnie logicznego uzasadnienia ich obecności w tej grupie. Nie wspominając o tym, że charakterystyka niemal wszystkich postaci z daleka szeleści papierem – niemal widzę kartki z wykazami ich kolejno ujawnianych cech. Skutecznie psuje to odbiór powieści, która - jak na ironię - ma sugestywny klimat i potencjał na znakomity kryminał. Cóż, kiedy takie detale co chwila wybijają z nastroju...

Krótko mówiąc – powieść jest ciekawa od strony poznawczej: realia pracy policyjnej i psychiatrycznej końca XIX wieku są ciekawe same w sobie. Mechanizmy pracy „alienisty” również podane są ciekawie – a mam porównanie po skończonym niedawno „Klubie koneserów zbrodni”, którego duża część dotyczy wybitnego współczesnego profilera. Intryga jest precyzyjnie i wiarygodnie pomyślana, przebieg śledztwa - w założeniu mocny i dramatyczny. Niestety kuleje robota literacka i w efekcie trudno uwierzyć w świat, w którym niemal wszystkie postaci rażą dwuwymiarowością, teatralnie brzmi większość dialogów, a w kluczowym momencie jednemu z bohaterów ni stąd ni zowąd odejmuje się rozum (choć było multum sposobów na lepsze rozwiązanie problemu fabularnego). Ocena pozostaje stosunkowo wysoka głównie za duże walory poznawcze i - na poziomie ogólnym - precyzyjną historię.

---
Moje recenzje: www.zaokladkiplotem.pl

pokaż więcej

 
2017-03-08 11:23:37
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:
Seria: Reportaż

Straszna książka. Zaczyna się obrazem bezgłowych zwłok wiszących pod mostem, a potem jest jeszcze mocniej, okrutniej, straszniej. Niejedno już czytałem, z opisami przemocy jestem oswojony, ale to, w co meksykańskie kartele narkotykowe obróciły pogranicze z USA - to istne piekło na Ziemi. Poziom terroru przekracza granice wyobraźni, plon śmierci przeraża zarówno rozmiarem, jak i wymyślnością... Straszna książka. Zaczyna się obrazem bezgłowych zwłok wiszących pod mostem, a potem jest jeszcze mocniej, okrutniej, straszniej. Niejedno już czytałem, z opisami przemocy jestem oswojony, ale to, w co meksykańskie kartele narkotykowe obróciły pogranicze z USA - to istne piekło na Ziemi. Poziom terroru przekracza granice wyobraźni, plon śmierci przeraża zarówno rozmiarem, jak i wymyślnością tego, co można uczynić żywemu lub martwemu bliźniemu - z zemsty, z chciwości, na postrach. Ot, choćby właśnie na postrach kartele pacyfikują prymitywne ośrodki odwykowe dla narkomanów - w końcu ich działalność uszczupla rynek zbytu. Nie bez przyczyny też właśnie meksykańskie Juarez ma opinię najniebezpieczniejszego miasta na świecie. Kartelowy system w Meksyku wygląda zresztą na niezniszczalny, gdyż osłabienie któregokolwiek z karteli powoduje, że jego interesy przejmują pozostałem (jest ich w sumie sześć lub siedem), więc ogólna wartość "rynku" nie ulega zmniejszeniu. Poza tym korupcja - to nie jest tak, że w Meksyku jest korupcja - Meksyk cały JEST korupcją. Od najwyższych stanowisk państwowych po totalnie uzależnioną od karteli gospodarkę (która poza nimi w zasadzie nie istnieje). Reportaż Vulliamy'ego, który swoją podróż odbył w 2009 roku, jest wstrząsający, skrajnie krwawy, ale czyta się znakomicie. Autor pisze plastycznie, jest bacznym obserwatorem i - co może jeszcze ważniejsze - otwartym na swoich rozmówców, którym chętnie oddaje głos. Gorzką puentą książki jest długa rozmowa z londyńskim bankierem, z której wynika wprost, że jedynie aktywa właśnie meksykańskich karteli uchroniły amerykański system bankowy przed totalnym krachem w czasie niedawnego kryzysu. Cały ten zbrodniczy kapitał okazuje się więc niezbędny tak zwanemu cywilizowanemu światu. Pecunia non olet.

Moje recenzje: www.zaokladkiplotem.pl

pokaż więcej

 
2017-03-08 10:44:35
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Łysiak z przyjacielem Jarosławem Chlebowskim (do którego zwraca się nieustannie "Jerry", co brzmi niestety pretensjonalnie) odbyli podróż po Stanach w 1977 roku. Trasę przebyli imponującą: Detroit - Black Hills - Deadwood - Little Big Horn - Las Vegas - Hollywood - Yuma - Alamo - Nowy Orlean - Savannah - Memphis - Nowy Jork. Niemal każde z tych miejsc to legenda Ameryki, a Łysiak podróżuje... Łysiak z przyjacielem Jarosławem Chlebowskim (do którego zwraca się nieustannie "Jerry", co brzmi niestety pretensjonalnie) odbyli podróż po Stanach w 1977 roku. Trasę przebyli imponującą: Detroit - Black Hills - Deadwood - Little Big Horn - Las Vegas - Hollywood - Yuma - Alamo - Nowy Orlean - Savannah - Memphis - Nowy Jork. Niemal każde z tych miejsc to legenda Ameryki, a Łysiak podróżuje zarówno w przestrzeni jak i w czasie. Snuje z rozdziału na rozdział opowieści o bliższej i dalszej historii Ameryki, przeplatając je oczywiście reportażem wprost z podróży. W końcu odwiedza miejsca usiane kośćmi dawnych pionierów, jeździ po stepach, gdzie wrzask Indian brzmi jeszcze w wichrze, odwiedza miejsca pamiętające całkiem niedawne epopeje Ala Capone, Bugsy'ego Siegela, a niektóre imponujące postaci spotyka na żywo (Korczak Ziółkowski) lub prawie na żywo (chłopaki cudem zdążają na pogrzeb Elvisa Presleya).

Łysiak ma wiedzę ogromną, zresztą uwielbia opowiadać i - co trochę gorsze, ale o tym za chwilę - uwielbia swoją sztukę opowiadania. Wyławia mnogość smaczków i szczegółów poszczególnych wydarzeń w historii Stanów, choć niekiedy w imię dramatyzmu zapędza się w ryzykowne rejony - osobiście nie spotkałem się z informacją, żeby zabójca "Dzikiego Billa" Hickoka _opróżnił_magazynek_. Hickok zginął od jednej kuli, ale nie podważam opisu Łysiaka, bo może oba te stwierdzenia się ze sobą nie kłócą. Myli natomiast Łysiak film "Dzika banda" Sama Peckinpaha z rzeczywistą Dziką Bandą, w skład której wchodzili Robert LeRoy Parker i Harry Longbaugh, bardziej znani jako Butch Cassidy i Sundance Kid, uwiecznieni w zupełnie innym filmie. Ale przy innej okazji wzruszyło mnie odwołanie do skromnego a pięknego filmu Peckinpaha "Ballada o Cable'u Hogue'u" - za to duży plus.

Gdybym nie wiedział tyle ile wiem o historii Stanów, zapewne "Saloon" wydałby mi się o wiele ciekawszy. Ale że zarówno tematyka podboju Zachodu, gangsterów z lat 20 i 30., czy historii Hollywood jest mi od dawna dość dobrze znana, to niełatwo mnie na tym polu zaskoczyć. Jednak rozumiem, że w 1980 roku, kiedy "Saloon" wyszedł drukiem, musiał być fascynującą lekturą. Niemniej spotkanie oko w oko z Korczakiem Ziółkowskim, czy relacja na żywo z dni tuż po śmierci Elvisa, czy wreszcie opis widzianych podróżniczym okiem takich miejsc jak Deadwood, Tombstone albo osławione więzienie w Yumie - przykuwają, co tu dużo gadać. Nie wiem natomiast po co znalazł się cały rozdział o pseudo-futurystycznych miastach, opartych na koncepcjach tak bzdurnych, że głowa boli...

I tak dochodzimy do stylu. Problem Łysiaka polega na tym, że pisze ciekawie, ale za dobrze o tym wie. Rozumiem, że podróż po Stanach wywołuje silne wrażenia, zwłaszcza w tamtej epoce. Ale WŁ popada przez to w egzaltację, którą próbuje przykrywać nonszalancką, drwiącą pozą. Efekt jest niestety irytujący, bo rozchwiany od patetycznych zwrotów rodem z Karola Maya ("wygarnął z obu luf" i tym podobne) z jednej strony, do niby-ironicznej maniery "ura-bura, czego to ja nie widziałem i czego to ja nie wiem" oraz "ale głupi ci Amerykanie" - z drugiej. A szczytem wszystkiego jest cytowanie własnych wcześniejszych książek jako źródła błyskotliwych myśli, zgrabnych syntez i trafnych spostrzeżeń. No Waldi, come on, man!

Podsumowując: "Saloon" wart było odwiedzenia, bo wielce ciekawe miejsca są w nim opisane, a reportaż z pogrzebu Elvisa nie ma chyba precedensu w naszej literaturze. Cała konstrukcja podróży w przestrzeni i czasie sprawdza się, trzeba przyznać, znakomicie. Na minus zdecydowanie działa megalomania autora, która i tak pełnię uzyska dopiero w latach 90. Późny Łysiak kompletnie przestał być dla mnie "poczytalny" jako autor, a po kalumniach rzuconych w "Rzeczypospolitej kłamców" na nieostygłe jeszcze zwłoki Jacka Kaczmarskiego przestał dla mnie istnieć. Pozostał mi sentyment do świetnego "Cesarskiego pokera". I tyle.

pokaż więcej

 
2017-03-08 10:20:09
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Autor:
Seria: Nike
 
2017-03-08 10:13:52
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam

CIEMNA STRONA IMPERIUM

Anglia, lata 50. XIX wieku. Pechowy kapitan Illiam Quillian Kewley zostaje uwikłany, trochę chcąc - nie chcąc, w przewiezienie trójki ekscentrycznych pasażerów na drugi koniec globu, na Tasmanię. Po drodze próbuje upłynnić kontrabandę (tytoń i alkohol), ukrytą na okręcie. Wspomniani pasażerowie to nawiedzony pastor, na wpół obłąkany lekarz o rasistowskich poglądach,...
CIEMNA STRONA IMPERIUM

Anglia, lata 50. XIX wieku. Pechowy kapitan Illiam Quillian Kewley zostaje uwikłany, trochę chcąc - nie chcąc, w przewiezienie trójki ekscentrycznych pasażerów na drugi koniec globu, na Tasmanię. Po drodze próbuje upłynnić kontrabandę (tytoń i alkohol), ukrytą na okręcie. Wspomniani pasażerowie to nawiedzony pastor, na wpół obłąkany lekarz o rasistowskich poglądach, oraz młody biolog-utracjusz. Taki jest punkt wyjścia powieści, która stała się w Polsce wydarzeniem sezonu na polu literatury obcej. Zasłużenie.

Powodów sukcesu jest wiele i jeden z nich to taki, że jest to bezsprzecznie kawał (ponad 500 stron drobnego druku) kapitalnej, epickiej literatury. Niezwykła jest konstrukcja opowieści, która operuje aż 21 naratorami, choć trzeba zaznaczyć, że spora część z nich to występy epizodyczne (w polskim wydaniu każdą partię tłumaczyła inna osoba, o czym na końcu). Najważniejsi zaś są wspomniani wyżej czterej bohaterowie, przy czym barwny marynarski język kapitana Kewleya to popis translatorski Michała Alenowicza, twórcy i właściciela wydawnictwa Wiatr od Morza. Nawiedzony pastor, poszukujący na Tasmanii śladów biblijnego Edenu, kwiecistością stylu przypominał mi pastora Braziera z "Ulvertonu". Natomiast doktora Pottera poznajemy głównie za pośrednictwem jego rasistowskiego dzieła pseudo-antropologicznego (stworzonego zresztą na wzór autentycznej publikacji z XIX wieku; poglądy w niej wyrażane to z grubsza taki proto-Hitler). Ale największym wyczynem jest narracja tasmańskiego Aborygena, Peevaya, translatorskie arcydzieło Krzysztofa Filipa Rudolfa. Peevay operuje mieszanką literackiego angielskiego bogato uzupełnionego rynsztokowym słownictwem i pochodzenie tego "języka" jest dość długo zagadką samą w sobie (najbardziej pamiętny zwrot to właśnie "Zagadka o konfuzję przyprawiająca" oraz epitet "knypy"). Historia Peevaya stanowi wstrząsający zapis holokaustu, jaki kolonialna Anglia zafundowała nieistniejącej już dziś rasie tasmańskich Aborygenów. Opowieść trzyma się zresztą dość mocno faktów, i choć niektóre epizody wydają się być zbyt makabryczne, to jednak odpowiadają smutnej historycznej prawdzie o praktykach brytyjskiego Imperium wobec rdzennych mieszkańców Antypodów.

I choć początkowo "Anglicy..." jawią się jako humorystyczna powieść marynistyczna, stopniowo nabiera iście fatalistycznego i tragicznego wydźwięku. Nawet jeśli elementy humorystyczne i groteskowe, którymi autor operuje wirtuozersko na przestrzeni ogromnej i złożonej historii, obecne są do samego końca, to z biegiem fabuły nabierają gorzkiego i kwaśnego charakteru. Wizja brytyjskiego kolonializmu to - nomen omen - antypody kiplingowskiego, idyllicznego podejścia. Kneale ma też świadomość, że XIX-wieczne hierarchizowanie rasowe legło u podstaw tragicznych wydarzeń w następnym stuleciu, stąd groteskowe rasistowskie wywody doktora Pottera mają w powieści świadomie nadany niepokojący i groźny wydźwięk. W tym sensie "Anglicy..." to nie nostalgiczne westchnięcie za kolonialną potęgą, co raczej poszukiwanie w XIX wieku korzeni późniejszych tragicznych wydarzeń politycznych (aż do czasów współczesnych).

Autorowi pochodzącemu - podobnie jak kapitan Kewley - z wyspy Man udała się więc trudna sztuka połączenia awanturniczej fabuły z głębszą historyczną refleksją. Ambitna konstrukcja literacka, koronkowo złożona, zazębia się z budzącą podziw precyzją; każdy, nawet epizodyczny głos wnosi coś do całości obrazu - nawet jeśli jest to postać tak marginalna jak żona zarządcy obozu dla Aborygenów. Szczęśliwie autor - a za nim polscy tłumacze - uniknął pokusy sztucznego różnicowania stylu, co mogłoby łatwo doprowadzić do groteskowych przerysowań. Kto ma się wyróżniać - ten się wyróżnia. W tym miejscu trzeba podkreślić, że wydawca zdecydował się powierzyć każdą narrację innemu tłumaczowi. Efekt jest imponujący, acz dzięki zachowanemu umiarowi w stylizacji - nie przytłoczył fabuły. Niemniej uważam, że bezprecedensowe przedsięwzięcie Alenowicza winno przejść do historii polskiej translatoryki (zwłaszcza wirtuozerski przekład K. F. Rudolfa). Na koniec nie da się nie odnotować pięknej stylizowanej okładki - i po tylu superlatywach nie sposób wystawić inną ocenę niż maksymalną. Kapitalna lektura.

POWIEŚĆ TA BYŁA KSIĄŻKĄ ROKU 2015 NA MOIM BLOGU www.zaokladkiplotem.pl

pokaż więcej

 
2017-03-08 10:06:19
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Cykl: Komisarz Maciejewski (tom 3) | Seria: Mroczna Seria

WICHRY WOJNY

Przyznam, że po skończonej lekturze "Anieli" mam wątpliwości jak oceniać trzecią, tym razem okupacyjną odsłonę przygód lubelskiego komisarza. Kłopot w tym, że jest to znacznie lepsza powieść w ogóle, niż powieść kryminalna. Historia krwawych, połączonych z gwałtami mordów i śledztwa prowadzonego przez Maciejewskiego (tym razem w szeregach niemieckiej Kripo), stanowiąca szkielet...
WICHRY WOJNY

Przyznam, że po skończonej lekturze "Anieli" mam wątpliwości jak oceniać trzecią, tym razem okupacyjną odsłonę przygód lubelskiego komisarza. Kłopot w tym, że jest to znacznie lepsza powieść w ogóle, niż powieść kryminalna. Historia krwawych, połączonych z gwałtami mordów i śledztwa prowadzonego przez Maciejewskiego (tym razem w szeregach niemieckiej Kripo), stanowiąca szkielet fabularny, jest jej zdecydowanie najsłabszym elementem. I wcale nie dlatego, że "Maczejewski", jak mówią Niemcy, ma w okupacyjnych realiach mocno związane ręce (kogo obchodzą morderstwa na Polkach?), przez co śledztwo idzie mu jak po grudzie. Owszem, ma związane. I owszem, śledztwo dalekie jest od dynamiki, ale w okupacyjnych okolicznościach jest to, umówmy się, zrozumiałe. Problem w tym, że Wroński, rozciągając swoją fabułę aż na sześć lat, rozbił ją w strukturę epizodyczną, i nad tą strukturą chyba nie do końca zapanował. Między epizodami, które dzieli od siebie rok lub pół roku, nie czułem upływu czasu. Często odnosi się wrażenie, jakby przez ten międzyczas zaskakująco niewiele się zmieniło – zarówno w śledztwie, jak i w większości relacji między bohaterami (wyjątkiem Zielny). A pół roku czy rok, to jednak długo.

Takie rozciągnięcie pociągnęło za sobą niestety dezintegrację dramaturgii śledztwa, a co gorsza nie zostało należycie, moim zdaniem, uzasadnione fabularnie. Maciejewski w Kripo nie ma złych układów, a jego współpraca z AK daje chyba furtkę dla innych, niż regulaminowe, rozwiązań (są po temu podstawy). Ponadto powstałe rozrzedzenie fabuły nie zostało należycie wykorzystane. Sześć lat to ogrom czasu, a odnosi się wrażenie, że Kripo jak i sam Maciejewski nie maja nic do roboty pomiędzy kolejnymi, jako się rzekło – oddalonymi w czasie, mordami. Może należało rozszerzyć policyjną robotę o inne, prostsze sprawy? Może należało skondensować akcję do, dajmy na to, trzech lat (przy okazji zostawiając sobie miejsce na kolejną, tym razem okupacyjno-powojenną powieść)? Nie wiem, i w sumie nie muszę.

::: SPOJLER! :::
Niestety to rozwleczone w czasie śledztwo spuentowane jest wyznaniem kompletnie, w moim odczuciu, błędnie zaaranżowanym. Z punktu widzenia sprawcy jest ono posunięciem tak głupim, że tracącym wiarygodność, bo postać, którą uważamy za przebiegłą, pogrąża się sama i to zupełnie dobrowolnie, bez jakiegokolwiek – zewnętrznego czy wewnętrznego - przymusu.
::: KONIEC SPOJLERA :::

Po takim wstępie mogło by się zdawać, że „Aniela” to literacki niewybuch. Otóż absolutnie nie. Wszystko inne poza szkieletem głównego wątku, jest na najwyższym poziomie. Wroński okazał się tym razem dużo lepszym opowiadaczem, niż konstruktorem intrygi. Ma przecież potoczysty styl, potrafi tworzyć ciekawe tło dla swojej opowieści, prowadzić kilka naraz wątków pobocznych. Z wprawą wytrawnego filmowca operuje nastrojami i dramaturgią poszczególnych scen, czy to kameralnych, czy to dynamicznych jak nalot - na czele z najstraszniejszą: oglądem ofiar potrójnego mordu. Pisze soczyste dialogi, które żywcem można przenieść na ekran – i wie jak puentować nimi sceny, by na moją zblazowaną twarz wypełzł uśmiech bezwstydnej czytelniczej satysfakcji.

"- Od kiedy to znacie się na psychologii, Fałniewicz?
– Znam się na skurwysynach, panie komisarzu."

Choć czasy są okrutne i do uciechy nie nastrajają. Dramatyczne realia okupacyjne odciskają piętno na większości postaci drugiego planu (bez taryfy ulgowej – dla niejednej jest to piętno śmiertelne). Właśnie drugi i trzeci plan, na które szczęście Wroński nie oszczędzał papieru, są w „Anieli” najciekawsze. Rzeczywistość jest straszna, ale jednak wielowymiarowa. Poznajemy złożone i nieoczywiste charaktery ludzi, którym przyszło działać w ekstremalnych warunkach – czy to będą handlowo-matrymonialne perypetie Zielnego, czy opisane z szorstką delikatnością przeżycia i emocje Róży, czy odpychająca (ale jak nakreślona!) postać króla getta Szamy Grajera, czy tragiczne losy Krafta i jego rodziny, czy wreszcie zaskakująca ale jakże ludzka historia komendanta Schleggera. Zło i dobro rozkłada się niezależnie od nacji - polskiej, niemieckiej, żydowskiej. Sam Maciejewski zresztą też budzi bardzo mieszane uczucia. Kwestia słuszności dokonanych przez niego wyborów i jego dość obsesyjnie traktowanych priorytetów - pozostaje otwarta. Ot – takie czasy, skomplikowane i mniej czarno-białe, niż może wydawać się obecnie z perspektywy czasu. Cała ta galeria wątków, płynnie wpleciona w tło historyczne od nalotu 9 września 1939, przez likwidację getta aż po tzw. wyzwolenie, tworzy materię barwną i przejmującą. Obraz trudnych czasów opisany bez wielkich słów i patosu. Styl Wrońskiego – co oczywiste i trafne – nie ma też z reguły takiej ironii jak w poprzednich odsłonach, ale zyskuje przez to powściągliwość. Mniej więc jest smakowitych fajerwerków wrońskiego poczucia humoru, za to jako powieść historyczna, rekonstruująca w znakomicie dobranych detalach codzienne życie przygniecionego okupacją miasta, relacje międzyludzkie i między-narodowe, uzupełnione o cytaty z okupacyjnej gadzinowej prasy lubelskiej – „Aniela” jest dziełem naprawdę sugestywnym. Podobnie poważną perspektywę wprowadza wspomnieniowa opowieść Krafta, przy której do głosu - w osobie rozmawiającej z nim dziennikarki - dochodzą powojenne oceny wojennych zachowań Niemców. Właśnie to, co dzieje się poza głównym śledztwem Maciejewskiego, jest najbardziej w tej powieści interesujące i stanowi jej największą wartość. Tak jakby Wroński – pasjonat historii przerósł Wrońskiego od kryminałów.

Czy zatem „Aniela” jest dobrym kryminałem? Średnim, tylko miejscami bardzo dobrym. Ale jest wnikliwą i przejmującą powieścią historyczną.

Więcej moich recenzji: www.zaokladkiplotem.pl

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
334 18 94
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (0)
Lista jest pusta
zgłoś błąd zgłoś błąd