Michał Stanek 
ZaOkladkiPlotem.pl, Antykwarioosz.pl, odBrazos.blogspot.com
Z zawodu bibliotekarz cyfrowy i webmaster. Prywatnie mol książkowy, żeglarz, turysta, wierszokleta. Amator historii rodzinnego Lublina, kuchni śródziemnomorskiej, kawy z cynamonem i chili, sosu Worcestershire, whisky Ballantines, piwa Perła i lubelskich cebularzy. Miłośnik dojrzałego westernu, czarnego kryminału, literatury amerykańskiej i ambitnych seriali, a także twórczości Josifa Brodskiego. Twórca wyszukiwarki antykwarycznej Antykwarioosz.pl i fanpage'a o powieści i serialu Na południe od Brazos.
Lublin, status: Czytelnik, dodał: 3 książki i 20 cytatów, ostatnio widziany 9 godzin temu
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2018-09-06 14:55:16
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

RZUĆ TO WSZYSTKO CO ZŁE

Najlepsze wyjście wiedzie zawsze na wskroś.
(Robert Frost)

Jeśli wierzyć wywiadom Annie Proulx z tamtego okresu, "Kroniki portowe" wzięły się z potrzeby odreagowania przygnębiającej wymowy wcześniejszej powieści "Pocztówki". Struktura "Kronik..." jest zresztą dość przejrzysta i mniej więcej od połowy wiadomo w którą stronę zmierza, ale też ta opowieść o nieudaczniku,...
RZUĆ TO WSZYSTKO CO ZŁE

Najlepsze wyjście wiedzie zawsze na wskroś.
(Robert Frost)

Jeśli wierzyć wywiadom Annie Proulx z tamtego okresu, "Kroniki portowe" wzięły się z potrzeby odreagowania przygnębiającej wymowy wcześniejszej powieści "Pocztówki". Struktura "Kronik..." jest zresztą dość przejrzysta i mniej więcej od połowy wiadomo w którą stronę zmierza, ale też ta opowieść o nieudaczniku, który zmieniając otoczenie usiłuje wyzwolić się z toksycznego dziedzictwa, miała być w pewien sposób archetypiczną historią o tym, że z każdego piekła można się wydobyć, a każdy wart jest tyle samo co inni, nawet jeśli trudno mu w to uwierzyć. Zauważalna prostota w nakreśleniu postaci ciąży w stronę przypowieści bardziej niż w stronę realistycznego dramatu. To samo dotyczy kluczowych rozwiązań fabularnych. A jednak te rozwiązania - o dziwo - całkiem dobrze się sprawdzają.


Dzieje się tak dlatego, że Proulx nie koncentruje się tylko na swoim głównym bohaterze, ale starannie obudowuje jego historię innymi ludźmi i specyficznym nowofundlandzkim folklorem. Zresztą początkowo można złapać się na tym, że nasz "przegryw" drażni tępą bezwolnością. Ba - nawet kluczowa decyzja o wyjeździe do Kanady zostaje w zasadzie podjęta za niego przez energiczną ciotkę. Dopiero z czasem uczymy się Quoyle'a akceptować, w miarę tego jak wrasta w nowe środowisko portowego miasteczka. Praca w redakcji niewielkiej miejscowej gazety to dla niego próba ognia - ma za zadanie opisywać wypadki samochodowe, a w takowym zginęła jego żona. Właściciel gazety Jack Buggitt jest jednak człowiekiem mądrym i szybko orientujemy się, że przydzielone podwładnym tematy uderzają w ich najskrytsze traumy, umożliwiając ich wewnętrzne przepracowanie. Dopiero po konfrontacji z przeszłością Quoyle będzie gotów przebudować obraz samego siebie, a w końcu - zająć się swoim nowym życiem. Symbolicznym wyrazem zmiany jest objęcie kolumny "Kronika portowa" zamiast tej o wypadkach. Tu zresztą każdy nosi w sercu ukryte drzazgi, o których dowiadujemy się z czasem- bądź całkiem jawne rany - jak sam Jack Buggitt, który po utonięciu syna obsesyjnie patroluje przybrzeżne wody.

Bo też morze jest niezbywalnym elementem tożsamości Nowofundlandczyków. Mieszkająca wówczas w Vermont pisarka odbyła 8 czy 9 podróży do fascynującej ją Nowej Fundlandii i "Kroniki portowe", suto okraszone marynistycznymi smaczkami, stanowią dobitny wyraz tej fascynacji. Epickie wyspiarskie pejzaże są świadkami i uczestnikami ludzkich dramatów, a zmiany pogodowe na romantyczną modłę wtórują napięciom w życiu bohaterów. W opisie Nowej Fundlandii nieodzowne jest też dziedzictwo przeszłości. Na marginesie powieści cały czas czuje się oddech zmieniającego się świata - świetność rybackiego rzemiosła należy już do historii i folkloru, a wyrazem zmian cywilizacyjnych są też zmiany w zawartości gazety. Przy tym spojrzenie Proulx jest zupełnie inne niż pochodzących z tych stron pisarzy pokroju Michaela Crummeya i Alistaira MacLeoda. Oni reprezentują dwa oddzielne pokolenia, ale wśród tutejszych rybaków obaj żyli, zaś ona jest zafascynowaną Nową Fundlandią przyjezdną. Warto ich perspektywy skonfrontować ze sobą.

Niebagatelną część klimatu "Kronik Portowych" tworzą cytaty, otwierające poszczególne rozdziały. Oryginalną kopalnią metafor okazała się być "Księga Węzłów" Clifforda W. Ashleya - opublikowany po raz pierwszy w 1944 roku, mający dziś status marynistycznej klasyki, największy na świecie leksykon sztuki wiązania lin. Autor (1881-1947) poświęcił swemu dziełu 11 lat pracy i zgromadził ponad 3800 haseł. W tym kontekście szkoda, że w niniejszym wydaniu Kronik portowych wydawca zrezygnował z obecnych w oryginale ilustracji do poszczególnych haseł-węzłów. Przybliżały one i uzupełniały to, co przez taki a nie inny wybór miała na myśli autorka i stanowiły integralną część książki. Pasowałyby też do zaprojektowanej z wielkim smakiem okładki. Natomiast - co dalece ważniejsze - dobrą decyzją okazało się ponowne tłumaczenie powieści. Jędrzej Polak z wyczuciem odtworzył specyficzny, oparty w dużej mierze na równoważnikach zdań styl Proulx. Ta niełatwa formuła nie musiała sprawdzić się w wersji polskiej, ale dzięki językowemu wyczuciu tłumacza manewr ten w pełni się udał i efekt jest bardzo naturalny i jednocześnie znacznie bliższy tekstowi oryginalnemu niż przekład poprzedni.

W tle epizodów, z których splecione są losy bohaterów "Kronik..." przewijają się rzecz jasna przede wszystkim anegdoty marynistyczne, czasem zaskakujące, jak odwiedzający port w Killick-Claw dawny jacht Hitlera - jego historia wzorowana jest luźno na dziejach budowanej dla Hermanna Goeringa jednostki "Groote Beer", która wskutek sabotażu szkutników nigdy nie trafiła do zleceniodawcy, za to w kolejnych prywatnych rękach i po wielu remontach pływa do dzisiaj. Właśnie obudowanie historii Quoyle'a materią detali życia rybackiego miasteczka szczęśliwie odebrało jej nadmierną deklaratywność i uchroniły od banalności. Wtopiona pomiędzy nieproste życiorysy a obezwładniający potęgą nowofundlandzki pejzaż, nabiera naturalności i terapeutycznej mocy. Miłość możliwa jest.

---
Inne moje recenzje: www.zaokladkiplotem.pl

pokaż więcej

 
2018-07-16 12:54:29
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

PAMIĘCI, PRZEMÓW

Ten niezwykle starannie skomponowany tomik, na Wikipedii mylnie moim zdaniem zaklasyfikowany jak poezja, jest w istocie zbiorem tekstów zawieszonych między prozą a prozą poetycką, przy czym w tej drugiej grupie charakterystyczne dla poezji zabiegi wersyfikacyjne w zasadzie niewiele zmieniają w odbiorze, a w tekstach czysto prozatorskich nierzadko forma opowiadania jest przez...
PAMIĘCI, PRZEMÓW

Ten niezwykle starannie skomponowany tomik, na Wikipedii mylnie moim zdaniem zaklasyfikowany jak poezja, jest w istocie zbiorem tekstów zawieszonych między prozą a prozą poetycką, przy czym w tej drugiej grupie charakterystyczne dla poezji zabiegi wersyfikacyjne w zasadzie niewiele zmieniają w odbiorze, a w tekstach czysto prozatorskich nierzadko forma opowiadania jest przez naginana w różne strony - także w stronę literackiej impresji. O ile w pierwszym odbiorze zbiór wydaje się pęknięty na kilka odmiennych części, o tyle drugie i kolejne czytania ujawniają, że mimo zmiany form literackich kolejne utwory są emanacją tej samej wrażliwości autora. Czy taka złożona forma się sprawdziła? Częściowo.

Struktura "Twardego światła" ma kilka warstw, stopniowo odsłaniających się przed czytelnikiem, niekoniecznie zresztą widocznych od razu, bo wzajemne powiązania opowiadanych tu historii to materia nader subtelna i wiele pozostawione jest domysłowi i wrażliwości czytelnika. W prologu ("Rdza") Crummey w jednej krótkiej ale przejmującej scenie pochyla się nad ulotnością rodzinnej pamięci, z której nikną detale i treści życia przemijających pokoleń. I cała reszta zbioru jest próbą utrwalenia własnie materii świata dawnej Nowej Fundlandii, który już nieodwracalnie przeminął, a teraz zaciera się nawet we wspomnieniach. Stąd właśnie ta literacka próba utrwalenia, niemal w ostatniej chwili, niknących w niepamięci niezliczonych detali, epizodów, miejsc (takich jak cmentarz w Spalonym Lesie), emocji, wrażeń, smaków i zapachów. Rozmowy z krewnymi i znajomymi pamiętającymi tę krainę z dekad przed przystąpieniem do Kanady (1949) dostarczyły 33-letniemu pisarzowi materii, z której ułożył "32 opowiastki" - ciąg porażających autentycznością opowiadań o tamtym minionym życiu. Są to refleksje nad ciężką pracą, naturalistyczne relacje z połowów i innych rybackich prac, opisy nieraz okrutnych, ale przecież w tamtym kontekście do bólu pragmatycznych praktyk (kastrowanie, topienie kociąt). Ale nie brak epizodów szorstko humorystycznych - w "Tennessee Waltz" poznacie technikę pędzenia nowofundlandzkiego bimbru i jej konsekwencje dla pewnych skarpetek, a jeśli myśleliście, że żywa pochodnia nie może być śmieszna to przeczytajcie "Płomień". A przede wszystkim - pełno tu tchnącej ludową mądrością refleksji, ubranej w jedyne w swoim rodzaju zwroty i porównania. Crummey mistrzowsko wyłapuje i wykorzystuje wyraziste puenty, przez co niejeden tekst zmusza do zatrzymania zanim sięgniemy po następne opowiadanie. Do najlepszych opowiadań należą "Gospodarzenie" i "Chleb" - ten ostatni to zamknięta na dwóch stronach love story nad kolejnymi wspólnie spożywanymi bochenkami. Kolejna historia miłosna - "Czego nam było trzeba" - poraża prostotą i lakonicznością, skrywającą pod starannie dobranymi słowami wielkie emocje. I tak jest we wszystkich 32 opowiastkach, podzielonych według otaczających nowofundlandczyków żywiołów (kolejne grupy opowiadań to Woda, Ziemia, Ogień i Powietrze).

Środkowa część zbioru, zatytułowana "Odkrywając ciemność", znacznie rozszerza perspektywę, jest bowiem luźno oparta na dziennikach nowofundlandzkiego górnika, rybaka - ale i żeglarza, który na przełomie XIX i XX wieku odwiedził porty rozrzucone na niemal całej ziemi. To bodaj najsłabsza partia Twardego światła. O ile sprawdza się jako świadectwo szorstkiej wrażliwości człowieka, którego korzenie - mimo podróży aż po Chiny i Rosję - nierozerwalnie związane są z ukochaną krainą Crummeya, to forma łamanej na poetycką modłę prozy w większości wypadków wydaje się nieuzasadniona jej treścią. Taki układ bezlitośnie obnaża też fakt miałkości tych tekstów. Epizodyczne relacje, które sprawdziłyby się może jako krótkie opowiadania, wepchnięte w charakterystyczny rytm łamanych wersów, zdradzają niechcący swoją płytkość (by trzymać się morskiej nomenklatury). Prostota refleksji często osuwa się w banał - tym trudniejszy do przełknięcia, że "32 opowiastki" ustawiły poprzeczkę naprawdę wysoko. Zdarzają się fragmenty mocne (m.in. "Cena ryb", "Obraz rozpaczy, lecz nie klęski"), ale wyraźnie zabrakło bardziej krytycznego redaktora i ostrzejszej selekcji tekstów. Odchudzenie środka o połowę dobrze przysłużyłoby się całości.

Domykająca tom "Mapa wysp" ma z kolei charakter najbardziej osobisty, ale zarazem najbardziej impresyjny. Jest zapisem refleksji z podróży autora z ojcem na jego rodzinną ziemię, pamiętającą wszystko to, co znamy z pierwszych opowiadań. Ale Crummey nie relacjonuje podróży samej w sobie, a skupia się na emocjonalnej topografii, tropiąc ślady dramatów sprzed półwiecza, wraki, groby, zwyczajowe nazwy, i związane z nimi przeżycia, emocje, epizody. Tu forma poetyckiej prozy wymieszanej z klasycznymi opowiadaniami (nawiązującymi do tych z pierwszej części tomu), sprawdza się lepiej. Jest też napisana z większym wyczuciem, a przede wszystkim czuje się w niej zaangażowanie emocjonalne autora, czego zabrakło w "Odkrywając ciemność". Piękna ojcowsko-synowska klamra przywołuje echo prologu i stawia kropkę nad "i" w tej wyjątkowej podróży w czasie.

Pozornie wydaje się, że w tym "crummeyu" najmniej jest samego Crummeya, a najwięcej - Nowej Fundlandii. Jednak cała ta mozaika, mimo że utkana w większości z cudzych wspomnień, zdradza wielką autorską wrażliwość na drugiego człowieka i wielką miłość do tej surowej i niełatwej do życia ziemi, o której pojęcie dają też autentyczne fotografie, przeniesione z oryginalnego wydania (jest ich stanowczo za mało!). To też w większości - zwłaszcza we wspaniałej pierwszej części - popis sztuki literackiej wysokiej próby, świetnej oddanej w przekładzie zawieszonym między twardą jak kamień prostotą przekazu a niezaprzeczalnym poetyckim zacięciem. To Crummey na etapie poszukiwania swojej literackiej ekspresji, zapewne mocno zapatrzony w opowiadania Alistaira MacLeoda, gdzieniegdzie pobrzmiewający Faulknerem. Ale jednocześnie nieodrodny syn Nowej Fundlandii, zbieracz ulotnych pamiątek i kronikarz tej krainy. "Twarde światło" stanowi katalog rzeczy minionych, z których składa się Nowa Fundlandia odtwarzana w późniejszych, już jawnie epickich powieściach tego wyjątkowego - nawet jeśli wówczas jeszcze nie całkiem wybitnego - pisarza.

---
Inne moje recenzje: www.zaokladkiplotem.pl

pokaż więcej

 
2018-07-06 22:38:46
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
 
Moja biblioteczka
389 42 275
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (5)

Ulubieni autorzy (1)
Lista ulubionych autorów
Ulubione cytaty (10)
lista cytatów
zgłoś błąd zgłoś błąd