Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

Miasto cierni. Największy obóz dla uchodźców

Tłumaczenie: Sergiusz Kowalski
Seria: Reportaż
Wydawnictwo: Czarne
7,33 (12 ocen i 3 opinie) Zobacz oceny
10
0
9
1
8
5
7
4
6
1
5
1
4
0
3
0
2
0
1
0
Edytuj książkę
szczegółowe informacje
tytuł oryginału
City of Thorns
data wydania
ISBN
9788380495555
kategoria
literatura faktu
język
polski
dodała
Ag2S

Dadaab oznacza „miejsce twardego kamienia”. Jednak dla mieszkańców Rogu Afryki to przede wszystkim nazwa jednego z największych obozów dla uchodźców na świecie. Założony w 1992 roku miał chronić osoby uciekające przed wojną domową w Somalii od głodu, nędzy, a później również od terrorystów z Asz-Szabab. Niewielki i tymczasowy azyl z biegiem lat przekształcił się w ogromną, otoczoną drutem...

Dadaab oznacza „miejsce twardego kamienia”. Jednak dla mieszkańców Rogu Afryki to przede wszystkim nazwa jednego z największych obozów dla uchodźców na świecie. Założony w 1992 roku miał chronić osoby uciekające przed wojną domową w Somalii od głodu, nędzy, a później również od terrorystów z Asz-Szabab. Niewielki i tymczasowy azyl z biegiem lat przekształcił się w ogromną, otoczoną drutem kolczastym metropolię, kuszącą tysiące ludzi wizją lepszego jutra i darmową opieką organizacji pomocowych.

Dziennikarz i wieloletni współpracownik Human Rights Watch Ben Rawlence zebrał historie osób, które wskutek niesprawiedliwości losu znalazły się w sytuacji bez wyjścia. W jego książce głos mają rodzice, którzy zostawili za sobą całą przeszłość, ich dzieci – „pokolenie ’92” – nieznające rzeczywistości innej niż obóz, i ich wnuki, często umierające z powodu niedożywienia i szerzących się w Dadaab chorób.

Gwałty i wymuszenia, obławy, wewnętrzny terror i klanowy ostracyzm, a wszystko pod czujnym okiem ONZ i kenijskiej policji. Miejsce, które wydawało się rajem, dość szybko okazało się gettem, z którego ucieczka graniczy niemal z cudem.

 

źródło opisu: https://czarne.com.pl/

źródło okładki: https://czarne.com.pl/katalog/ksiazki/miasto-cierni

pokaż więcej

Brak materiałów.
książek: 1022
malena | 2017-10-20
Przeczytana: 18 października 2017

"Państwo w państwie"

Somalia... Pierwsze skojarzenie: "Helikopter w ogniu" Ridleya Scotta (2001), "Kapitan Phillips" Paula Greengrassa (2013), kilka dokumentów, doniesień medialnych, głównie na temat zamachów terrorystycznych, porwań dla okupu (ze szczególnym uwzględnieniem piractwa morskiego), fali uchodźców, którzy dobili do bram Europy... Ha! No i oczywiście "Dryland" Konrada Piskały, utwór, do którego się przymierzałam i na tym przymierzaniu stanęło, a nawet nie stanęło, ale zniknęło z horyzontu planów czytelniczych. Może teraz stan ten ulegnie zmianie i w końcu sięgnę po tę książkę. Może... Przydałoby się uzupełnić/uaktualnić swoją niezbyt imponującą wiedzę o Somalii i jej obywatelach. Bez wątpienia będzie to znacznie łatwiejsze po przeczytaniu książki Bena Rawlence'a, przynajmniej w jakimś stopniu..."W jakimś", bo niekończąca się wojna domowa, wojna z Etiopią, czy też Kenią, zamachy terrorystyczne radykalnej organizacji Asz-Szabab (dla uproszczenia przyrównywanej do Al-Kaidy) - to jedynie tło do opisywanej w "Mieście cierni" problematyki, a problematykę tę można by streścić w kilku słowach-hasłach: Dadaab, uchodźcy, zakulisowe działania możnych tego świata, działalność, a niekiedy pseudodziałalność wszelkiej maści organizacji pomocowych: i rządowych, i pozarządowych.

"Miasto cierni" nie jest książką, którą czyta się z przyjemnością, przeciwnie, próba nadania reportażowi cech powieściowych spowodowała, że obie warstwy nie przenikają się i trzeba się przez nie niejednokrotnie przedzierać z mozołem. Jednak ten zabieg - w szerszej perspektywie - wydaje się mieć uzasadnienie. Tragedia uchodźców (i tych, którzy przybyli do Dadaab na początku lat dziewięćdziesiątych, i tych z lat późniejszego exodusu, i tych, urodzonych na terenie obozu), dzięki przybliżeniu losu poszczególnych bohaterów zyskuje - kolokwialnie mówiąc - ludzką, konkretną twarz, ludzki wymiar. Strona po stronie możemy się przekonać, że gdzieś tam, hen, w niesprzyjającym miejscu, z przebogatą i trudną przeszłością, niełatwą teraźniejszością i wszechogarniającym, ale niecałkowitym brakiem nadziei na przyszłość - żyją tacy sami ludzie, jak my. Rawlence stara się nas usilnie o tym przekonać, tak usilnie, że cały wydźwięk "Miasta cierni" traci choćby pozory obiektywizmu. Zbytnia sympatia, jaką obdarza uchodźców (szczególnie zaś swych rozmówców) powoduje, że ich obraz jest zbyt wyidealizowany, a przez to, niestety, niejednokrotnie nieprawdziwy. Dla unaocznienienia podam kilka przykładów i argumentację autora. Asz-Szabab i zamachy terrorystyczne na terenie Kenii (w tym także w obozie)? Tak, ale wróg musiał jakimś bliżej nieokreślonym sposobem przeniknąć w szeregi uchodźców, zrobić swoje i zniknąć. Krystalicznie czyści, pokrzywdzeni przez los ludzie nigdy nie poparliby radykałów z Asz-Szabab, zresztą, jeśli by tak się stało, to sama Asz-Szabab jest demonizowana na potrzeby WIELKIEJ POLITYKI, a gdyby nie WIELKA POLITYKA, to hipotetyczne rządy radykałów islamskich nie byłyby takim nieszczęściem dla Somalii (tu akurat pozwolę się z autorem zgodzić, gdyż destabilizacja tego kraju zdaje się być na rękę wielu afrykańskim, amerykańskim i europejskim państwom). Gwałty na terenie obozu? I w takich przypadkach autor zdaje się oddalać wszelkie podejrzenia od zgromadzonych w obozie ludzi. Za to nie szczędzi krytyki, miejscami i słusznej, ale tylko miejscami, Kenii i Kenijczykom. Cóż... Moglibyśmy posądzić go o demonizowanie narodu, który - niezależnie od powodów, możliwe, że i - jak twierdzi Rawlence - głównie ekonomicznych - dał tym ludziom schronienie na własnym terytorium (tłumaczenie, że kiedyś te ziemie były własnością Somalijczyków i obarczenie kolonialistów za stworzenie sztucznych granic nie wydaje mi się w tej sytuacji odpowiednią i wystarczającą argumentacją). Autor zdaje się bagatelizować obawy Kenijczyków odnośnie uchodźców. Więcej: jego zdaniem są one na wyrost, a często "wyssane z palca". Nie sposób się z nim zgodzić, zwłaszcza - co jest kuriozalne - po zapoznaniu się z jego książką. Wszechobecny brak kontroli nad obozem, nad jego mieszkańcami nie nastraja pozytywnie. Trudno wszystko wytłumaczyć bezpostaciowym, bliżej nieokreślonym wrogiem, bądź spiskiem kenijskich elit rządzących, brutalnie walczących o władzę i pieniądze. Rawlence nie zostawia miejsca na dopuszczenie innych możliwości. Siłą jego argumentacji bywają, i znów niestety, drobne przekłamania, półprawdy, przemilczenia, niedopowiedzenia.

Niewątpliwym plusem tego powieściowego reportażu jest to, że autor zrezygnował z grania na emocjach czytelniczych. Nie znajdziemy w tej książce, choć moglibyśmy się tego spodziewać (w końcu uchodźcy przybyli z Somalii; Somalii z niekończącą się wojną domową, i wojnami, w które w międzyczasie została wplątana) szczegółowych opisów dantejskich scen, które z taką lubością posiłkują się reportażyści. Autor oszczędnie dawkuje nam informacje o zbrodniach, gwałtach, głodzie, cierpieniu psychicznym i fizycznym, rozpaczy, bezsilności i niesprawiedliwości. Nie znaczy to jednak, że przedstawia nam sielski, anielski i idylliczny wyimek z życia obozowego. Przeciwnie, szczegółowy, skrupulatny opis małych i wielkich tragedii Somalijczyków w sieci obozów, kryjących się pod ogólną nomenklaturą Dadaab (poniekąd też: i Sudańczyków, Etiopczyków, Erytrejczyków, Ugandyjczyków, Ruandyjczyków) obnaża działania rządów, organizacji rządowych i pozarządowych, o których przeciętny zjadacz chleba nie ma najmniejszego pojęcia, a jeśli nawet ma, to skuteczna machina medialna w najlepszym przypadku oskarży go hołdowanie teoriom spiskowym. Z opowieści Rawlence'a rysuje się siła i bezsilność wszelkiej maści instytucji pomocowych, za którymi stoją bądź co bądź ludzie. Gdzieś wśród tej szeroko rozumianej biurokracji z mnóstwem odgórnych ustaleń, regulacji, mniej lub bardziej niezbędnych i zbędnych przepisów znajduje się często bezimienny (a przez to poniekąd odczłowieczony) tłum zwykłych (czyt. dalekich od wielkiej i małej polityki) ludzi naznaczony bezpośrednio lub pośrednio piętnem wojen wszystkich ze wszystkimi; wojen: o wszystko i o nic. Skrzętnie latami tkana pajęczyna obozów, z założenia tymczasowe "przytulisko", dla niektórych stała się nie tylko względnie bezpieczną oazą, ale jedynym znanym terytorium, na którym toczy się normalne/nienormalne życie z wszystkimi jego cieniami i blaskami, choć tych pierwszych - jak można przypuszczać - jest tam znacznie więcej niż drugich.

Autor podjął ten temat nie bez konkretnego powodu. Rząd kenijski zdecydował o likwidacji obozu dla uchodźców w Dadaab (nie dziwi zatem ukazanie tego kraju w możliwie najbardziej negatywnym świetle). Jeśli można by traktować tę decyzję z należytą powagą, a raczej trudno ją tak odbierać, to wszyscy jego "tymczasowi" mieszkańcy powinni wrócić do swych ojczyzn (rozporządzenie to dotyczy wszystkich, nawet tych urodzonych na terenie obozu). W momencie, kiedy powstała ta książka (2016) sytuacja była patowa (organizacje zapobiegliwie wstrzymały, względnie ograniczyły do minimum wszelką pomoc uchodźcom). Nieliczni chętni zdecydowali się dobrowolnie bądź pod zawoalowanym przymusem (za to ze skromną wyprawką organizacji pomocowych) na powrót do kraju, który tylko nieuleczalny optymista lub chory psychicznie mógłby nadal nazywać domem. Trudna do oszacowania większość pozostała na terenie obozu, by dalej wegetować i marzyć o cudzie, który sprawi, że znajdzie się dla nich miejsce w USA, Kanadzie, Australii, Wielkiej Brytanii, Francji, Niemczech, w krajach skandynawskich. Ci bardziej zdesperowani, ale też i bardziej przedsiębiorczy dołączą do fali nielegalnych imigrantów szturmujących bramy Europy. Ten czarny (bez podtekstu) scenariusz zweryfikuje życie. Jak można przypuszczać, zadaniem tej książki jest, by Dadaab pozostało "państwem w państwie", państwem zrzeszającym wszelkiej maści uchodźców, nad którymi pieczę będą sprawować rządowe i pozarządowe organizacje. W końcu lepsze to niż... Wiadomo. Oczywiście autor ma na uwadze jedynie dobro ludzi. Oczywiście.

Pokaż wszystkie opinie o tej książce
Już teraz nowa funkcja: pakiety. Dowiedz się więcej jak kupić kilka książek w najlepszej cenie >>>
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading

Opinie czytelników


O książce:
Czas kobiet

Napisana tak, jakby słuchało się opowieści prostej, doświadczonej kobiety i to jest świetne. Potoczny język przeplata się z abstrakcyjnymi wyobraż...

zgłoś błąd zgłoś błąd