Blondynka w Japonii

Wydawnictwo: Edipresse
5,16 (238 ocen i 60 opinii) Zobacz oceny
10
5
9
5
8
21
7
25
6
50
5
56
4
23
3
24
2
17
1
12
Edytuj książkę
szczegółowe informacje
data wydania
ISBN
9788379454273
liczba stron
376
słowa kluczowe
japonia
język
polski
dodała
Bastet

Japonia, jeden z najbardziej legendarnych krajów świata! Kto nie słyszał o cudownie zdrowym japońskim jedzeniu, o samurajach, gejszach, japońskiej precyzji, uprzejmości, japońskich komiksach, grach i gigantycznie wielkich, nowoczesnych miastach? O japońskiej tradycji, kulturze i niezwykłej religii shinto?... O medytacji zen, japońskich drzeworytach i sztuce japońskiego minimalizmu?... O...

Japonia, jeden z najbardziej legendarnych krajów świata!
Kto nie słyszał o cudownie zdrowym japońskim jedzeniu, o samurajach, gejszach, japońskiej precyzji, uprzejmości, japońskich komiksach, grach i gigantycznie wielkich, nowoczesnych miastach? O japońskiej tradycji, kulturze i niezwykłej religii shinto?... O medytacji zen, japońskich drzeworytach i sztuce japońskiego minimalizmu?... O zapasach sumo, sushi i słynnej japońskiej zielonej herbacie?
Ja słyszałam.
Pojechałam do Japonii.
I okazało się, że wszystko jest inaczej!!!!!!

 

źródło opisu: Swiat książki

źródło okładki: http://www.swiatksiazki.pl/ksiazki/blondynka-w-jap...»

pokaż więcej

Brak materiałów.
książek: 272
Kias | 2017-06-30
Przeczytana: 30 czerwca 2017

Po dwudziestu stronach tej książki musiałam zajrzeć do słownika by sprawdzić co tak naprawdę znaczy "Literatura podróżnicza". Nie mogłam wprost uwierzyć, że coś takiego, jak książka pani Pawlikowskiej jest przypisana do tego gatunku. Po sprawdzeniu, zgadzam się. Jak najbardziej definicja zgadza się, mniej więcej, z tym co znajdziemy we wnętrzu książki. Zaczęła mnie jednak fascynować kompletnie inna rzecz. Jakim cudem moje wyobrażenie książki podróżniczej może być jednocześnie tak skrajne od książki pani Pawlikowskiej, a mimo to oba, od biedy, można wrzucić do tej definicji.
W tej konkretnej książce nie znalazłam nic na co tak liczyłam. Nie spodziewałam się, tu wyjątkowo rozbudowanego i naprawdę wnikliwego spojrzenia na Japonię. Nie spodziewałam się nawet, że dowiem się czegoś szczególnie nowego! - wszak zaczytana jestem w książkach japońskich autorów i pochłaniam praktycznie wszystko co znajdę, a co ma w sobie choćby niewielką wzmiankę o Japonii. Spodziewałam się choćby przyjemnej lektury, być może jakichś mniej znanych smaczków - jak na przykład w "Bezsenności w Tokio" opowieść o tym jak to ludzie przekazują sobie wiadomość o automacie, który sprzedaje alkohol w środku nocy, mimo formalnego zakazu. To jest smaczek, który mogę znaleźć tylko w podróżnikach i po to właśnie po nie sięgam.
Tutaj natomiast z 355 stron dowiedziałam się głównie tego, że: glutaminian sodu jest zły i Beata Pawlikowska nie cierpi glutaminianu sodu, oraz że "źli ludzie" wzięli dobre wodorosty i zmienili je w syntetyczny proszek który napędza nas apetyt. Wysłuchałam tyrady to tym, że w Japonii wszystko musi być pod linijkę a wszyscy muszą być niczym "pionki na planszy" (co jest warte zaznaczenia - fakt, ale nie w prawie każdym rozdziale! Jestem pewna, że po 3 radzie naprawdę do wszystkich to dotarło). Przeżyłam jakże fascynującą podróż w poszukiwaniu herbaty, oraz przynajmniej dwie w poszukiwaniu - nie mięsnego jedzenia. ( Tu warto zaznaczyć fakt, że na początku książki autorka w jednym zdaniu stwierdza, że nie będzie jeść sushi z uwagi na to, że nie je ryb, jednak nie przeszkadza jej to w jedzeniu zupy miso, przynajmniej do czasu odkrycia, że w sosie sojowym znajduje się glutaminian sodu, co wywołało u mnie niemal kpiący uśmiech. Dla nie uświadomionych objaśniam, że zupa miso powstaje z bulionu dashi, a ten zawiera w sobie głównie odmianę wodorostów z której pochodzi glutaminian sodu oraz... sproszkowaną rybę. To tyle w kwestii nie jedzenia sushi z uwagi na obecność ryby. Pani Beato jeżeli krzyczysz i panikujesz, bo zjadłaś ziemniaka z wody po parówkach radzę sprawdzać z czego składają się egzotyczne potrawy ;) zwłaszcza że już prawie o komizm zakrawało wychwalanie zupy miso i jednoczesne psioczenie na brak nie rybnych i nie mięsnych dań poza nią.)
Przeczytałam również o przemyśleniach autorki o tym jaki to straszny jest japoński system i jak od małego uczy się Japończyków "jedzenia słabszych" a na jakim to przykładzie zapytacie? Otóż autorka wywnioskowała to na podstawie tego, ze uwaga uwaga! w Japonii je się bento, a bento może być ułożone w kształt uroczych niedźwiadków lub dzieci. A my, barbarzyńcy, pożeramy tę pandę z uszami z wodorostów. Co ma jedno do drugiego? Szczerze, nie wiem.
Ale wracając do jakże wartościowych rzeczy jakich się nauczyłam! Przeczytałam przydługi, nudny i naprawdę zbędny wywód o "idealnych dziewczynkach" z analizą psychologiczną kogoś kto ani nie zna się na japońskiej mentalności ani na psychologi (z tego co mi wiadomo). Przecież każdy chciałby posłuchać mojej opinii o składzie gleby na Madagaskarze! Nie mówcie, że nie! Skoro pani Beata postanowiła się z nami podzielić jakże nie trafioną (w mojej opinii) analizą zachowania japonek i uznała, że będzie to warte uwagi.
Poznałam również skleconą na szybko historyjkę o Chrystianie-san przy okazji omawiania samobójstw w Japonii. To mnie szczególnie zabolało. Sytuacja sprowadzona do "popełniłem jeden błąd, zabiję się", kompletny brak powagi dla czyjejś śmierci i jeszcze spłycenie całego zjawiska ową historyjką. Zero wyczucia.
Dowiedziałam się jakże miłościwa jest pani Pawlikowska ponieważ kupiła osobie siedzącej obok świątyni kawę i kanapkę. Całość przedstawiona była jako pomoc bezdomnemu, głodnemu człowiekowi w obliczu całego tłumu mijających go bez zwracania uwagi Japończyków. Jaki mam problem z tą anegdotką? Oczywiście nie kwestionuję jej wiarygodności, wydaje mi się po prostu niemożliwie głupia. Japończycy nie widzą osób bezdomnych. Dlaczego więc ktoś taki siedzi pod świątynią i żebrze? Skoro, jako Japończyk, ma świadomość tego, że nikt mu nie pomoże, nikt go nie zauważy? Oczywiście zdaję sobie sprawę, że w Tokio, Kioto czy Narze istnieją bezdomni i biedota. Pragnę jednak zauważyć, że większość zamieszkuje slumsy pod miastem. Słyszałam, czy też raczej czytałam, o ludziach mieszkających w parku Uneo (w Tokio). Nie rozumiem więc co robił ten człowiek pod świątynią. Być może był imigrantem, jednak oni również bardzo szybko uczą się przetrwania w mieście takim jak Tokio.
Poraziło mnie też naprawdę dużo "faili" jakie popełniła autorka podczas pobytu w Japonii. Ja rozumiem, że nie trzeba znać kraju, gdyż w podróżniku zawieramy nasz obraz odwiedzanego miejsca. Ale na miłość... zastanawianie się jakiego boga Japończycy czczą i który słucha ich konkretnej prośby (tym, którzy również się nad tym zastanawiali objaśniam, że świątynia zwykle poświęcona jest jednemu bóstwu, na przykład literatury, albo opiekującego się kobietami w połogu.Idziesz do tej świątyni od którego bóstwa potrzebujesz pomocy. Wydawało mi się to naprawdę proste - do czasu przeczytania tej książki). Ale tych wpadek jest więcej i są o wiele głupsze! Wyjazd aby oglądać kwiaty wiśni bez sprawdzenia czy już zakwitły, pomylenie numerów kolejnych dni w miesiącu z przewidywaną temperaturą na dany dzień, nie zapisanie sobie kanji czy katakany hotelu w którym się zatrzymujesz, nie zabranie kompletnie niczego w stylu "rozmówek japońsko-polskich" żeby w razie problemów z dogadaniem się wskazać o co ci chodzi. Przecież Japończycy umieją odczytać własne pismo. Jeżeli pokarzesz im frazę "Gdzie jest dworzec?" Wskażą ci ręką - w lewo. Na pewno o wiele prostsze to niż krzyczenie "Eki, eki".
A tego jest o wiele więcej!
Ach i te filozoficzne rozmyślania o pociągu odpływającym z teraźniejszości! Jeżeli masz do zagospodarowania 350 stron, naprawdę poświęciłbyś/poświęciłabyś 2 z nich na opis tego, że konduktor co dwie minuty mówi to samo (zmieniając tylko godzinę) i robi dokładnie to samo? Cóż... Beata Pawlikowska nie miała najwyraźniej nic ciekawszego do umieszczenia tutaj gdyż taki dokładny opis został zawarty.
I tak dochodzimy do najważniejszego zarzutu - w książce o Japonii nie ma Japonii. To zbiór anegdot, informacji które można z powodzeniem znaleźć w internecie ( i to nie na specjalistycznych portalach. Praktycznie jest to znajomość Japonii na poziomie statystycznego Polaka.) i czegoś co nazwałabym internetowym flow. Beata Pawlikowska zwraca uwagę na problem zamknięcia ludzi na innych, wpatrzenia w ekrany telefonów, filozofuje na tematy niemal feministyczne, wygłasza opinie o glutaminianie sodu i szkodliwym mięsie. Gdybym chciała coś takiego czytać mogłabym przescrollować kilka stron kwejka czy repostuj. Wartość merytoryczna byłaby zapewne podobna. Nie ma tu praktycznie Japonii. Poza uwagami o tym, że nikt nie chce z nią rozmawiać po angielsku i nie ma tu dań bez mięsa, oraz że nie można kupić owoców w małych sklepikach i powracających tematów okołopociągowych nie ma nic. Słynny las bambusowy zamyka się w stronie i 2 zdjęciach (dla porównania zdjęć pociągów były 4) Górze Fuji poświęcony jest 3 stronicowy rozdział, o tym, że autorka była w muzeum japońskiego oręża dowiaduję się z rzuconej mimochodem uwagi (zdjęcie katany? A wżyciu! Trzeba wstawić przecież zdjęcie gotowanego kartofla). Wycieczka na północy by odwiedzić makaki(praktycznie okładkowa przygoda) może 2 rozdziały. Z czego większość to czekanie na autobus, marznięcie, narzekanie na pogodę i znów marznięcie. Zimą jest zimno. W Japonii również. Zwłaszcza na północy. Nikt się tego nie spodziewał!
Przebywanie w najstarszej świątyni w kraju? Trzy linijki o buddzie a później przytoczona już przeze mnie anegdotka o bezdomnym. Jakieś zdjęcia? Po co!? Narysujemy cienkopisem obrazek 2 mnichów na górce. Wszystkim się spodoba.
A czy wspomniałam również o tym, ze pani Pawlikowska rozmawia w tej książce między innymi z pociągami, makakami, jeleniami oraz gotowanym ziemniakiem? Nie? No to zanotujcie sobie, bo te drażniące wstawki będą pojawiać się przynajmniej raz na 5 rozdziałów.
Teraz pozwolę powiedzieć sobie słów kilka co do wydania tej książki. Wydana jest świetnie. Gruby papier, twarda oprawa, dystrybucja w postaci audio, e-booka i książki papierowej, kolorowe wkładki ze zdjęciami. A właśnie zdjęcia... Z tego co wiem, pani Beata Pawlikowska jest fotografem, w książce są informacje o tym, że po skanowaniu odpowiedniego zdjęcia otrzymamy dostęp do całego albumu zdjęć z tej podróży - fajny bajer. Przyznaję. Jednak proszę mi wyjaśnić, bo to wykracza poza pojmowanie mojego mózgu, jeżeli ma się całe foldery zdjęć z danego miejsca, dlaczego jedno zdjęcie powielane jest 2 lub 3 razy? Dlaczego jest identyczne w skali szarości i kolorze. Dlaczego w to miejsce nie dano innego zdjęcia tego samego miejsca? Nie było dość ładnych?
Nie rozumiem sensu powstania tej książki. Nie rozumiem dlaczego jest sprzedawana jako podróżnik. Równie dobrze można wyrzucić "Japonię". Przecież autorka i tak pisze tylko o swojej głupocie, problemach komunikacyjnych i jedzeniu, z którym też ma problemy, oraz swoich przemyśleniach na tematy na które kompletnie nie ma pojęcia.
Zastanawiam się również nad fenomenem książki "Blondynka na językach: język japoński" autorką również jest pani Beata. Uczy nas ona tam podstawowych zwrotów innowacyjną metodą. Jednak... w chwili planowanego wyjazdu do Japonii nie umiała się ona zapytać jak dojść na dworzec. Nie umiała po japońsku powiedzieć nic oprócz powitań, smacznego, informacji o tym że jest Polką oraz wegetarianką. Ach no i jeszcze "bez mięsa". Tak... to zdecydowanie odpowiednia osoba do nauki kogoś języka. Ja jednak podziękuję.
Przepraszam za tak długą wypowiedź. Jeżeli ktoś dotrwał do końca to książkę gorąco odradzam. Jestem również pełna podziwu, że jeszcze to czytasz. Miłego dnia.

Pokaż wszystkie opinie o tej książce
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Już teraz nowa funkcja: pakiety. Dowiedz się więcej jak kupić kilka książek w najlepszej cenie >>>
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading

Opinie czytelników


O książce:
Diabeł ubiera się u Prady

Ta książka powinna nosić zupełnie inny tytuł. "1000 sposobów jak narzekać na pracodawcę" ewentualnie "100 najwybitniejszych projekt...

zgłoś błąd zgłoś błąd