Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

Co się stało w 966?

Wydawnictwo: Zysk i S-ka
6,28 (29 ocen i 5 opinii) Zobacz oceny
10
0
9
0
8
4
7
13
6
7
5
3
4
0
3
0
2
0
1
2
Edytuj książkę
szczegółowe informacje
data wydania
liczba stron
340
kategoria
historia
język
polski
dodał
Bauero

Celem niniejszej publikacji jest zapoznanie czytelników z aktualnym stanem dyskusji nad przyczynami, okolicznościami, a nawet samą datą chrztu Mieszka I. Przegląd źródeł historycznych i świadectw archeologicznych pokazuje, że wręcz niemożliwe staje się udzielenie jednoznacznej odpowiedzi na mnożące się wątpliwości. By móc wyrobić sobie własne zdanie, czytelnik tym bardziej powinien zaznajomić...

Celem niniejszej publikacji jest zapoznanie czytelników z aktualnym stanem dyskusji nad przyczynami, okolicznościami, a nawet samą datą chrztu Mieszka I. Przegląd źródeł historycznych i świadectw archeologicznych pokazuje, że wręcz niemożliwe staje się udzielenie jednoznacznej odpowiedzi na mnożące się wątpliwości. By móc wyrobić sobie własne zdanie, czytelnik tym bardziej powinien zaznajomić się ze wszystkimi dostępnymi przekazami.

 

pokaż więcej

Brak materiałów.
książek: 917

Z pozytywnym zdziwieniem zaczęłam tę lekturę - czyżby profesor Urbańczyk napisał rzetelną pozycję popularnonaukową?
Niestety... po paru rozdziałach okazało się, że po "nie wiemy, jak było, to wszystko tylko domysły i utarte schematy" następuje daleki od popularyzowania nauki ciąg dalszy: "ale ja wiem i was oświecę!" - i brnie profesor Urbańczyk w forsowanie morawskiego pochodzenia Mieszka oraz obecności chrześcijańskiej enklawy w Wielkopolsce, tyle że obrządku cyrylo-metodiańskiego, i jeszcze w bierzmowanie, a nie chrzest Mieszka…
Czyli - racja moja najmojsza, odkrycie wiekopomne, a nie postulowane dochodzenie do prawdy. Materiał raczej na powieść.

Cytując Karola Zbyszewskiego: „A państwo się orientują, co to jest profesor? To człowiek, który wie dużo rzeczy, które trzeba wiedzieć lepiej od niego, żeby wiedzieć, że on nic nie wie”.

Książeczka ta jest w zasadzie gorsza od twórczości Kamila Janickiego, bo ten do niemal każdego zdania dodaje przypis. U profesora Urbańczyka dostaniemy na końcu tylko bidną bibliografię (w tym dwie pozycje samego autora).
Nie ma więc człek możliwości sprawdzenia różnych „faktów” - fantazjowania w otoczce naukowej; i kto sprawdzałby coś sygnowanego tytułem profesora? Ile osób w ogóle może niektóre rewelacje tu zawarte skontrować?
Dlatego właśnie pozycję uznaję za skandaliczną, a profesora Urbańczyka za naukowca całkowicie niewiarygodnego.

Według profesora Wielkopolska to jedyny kierunek, w jakim uciekać mogły elity morawskie po upadku Wielkiej Morawy. Zaiste - mur wyrósł nagle na granicy bawarskiej, za którą chroniły się te elity już wielokroć, mieszając z bawarskimi i wzbogacając katalog imion o Świętopełka. Ale dobrze, część mogłaby udać się na północ…
Tylko dlaczego uciekały te elity? Przez "rzeź" i "pogrom" jaki urządzili Morawianom Węgrzy. Hm, popularyzacja nauki ma chyba na celu pozbywanie się pokutujących szeroko mitów, a nie utwierdzanie ich tak tabloidowymi sformułowaniami. Już w poprzednich publikacjach powoływał się profesor Urbańczyk na badaczy, którzy stwierdzali coś wręcz przeciwnego - że żadnego "pogromu" nie było, bo brak na to dowodów archeologicznych, osadnictwo rozwijało się nieprzerwanie - niemniej nie przeszkadza to naukowcowi przypisać innym naukowcom twierdzeń przeciwnych. Co więcej, poinformuje nas profesor, że Madziarzy rozbili Morawian pod Bratysławą w 906 r. To ciekawe. Bitwa bowiem rozegrała się między wojskami madziarskimi a bawarskimi, a brak wzmianki o oddziałach morawskich stanowi dla innych naukowców dowód na to, że państwo morawskie uległo już wówczas całkowitemu rozprężeniu przez kłopoty wewnętrzne i zostało przez Węgrów przejęte w zasadzie bez walki… Oczywiście bardziej przemawia do wyobraźni obraz krwiożerczych hord madziarskich mordujących wszystko na swej drodze, jaki odmalowali po wiekach kronikarze węgierscy dla wykazania bitności przodków – ale właśnie od popularyzatorów nauki można by wymagać podawania tego w wątpliwość (co robi np. profesor Sroka w „Początkach Węgier”).
Nic to, jest wszak WIŚNIA na torciku. Ledwie wzmiankowana w "Mieszku Pierwszym Tajemniczym" rewelacja, która w tej - popularnonaukowej…! - książeczce urosła do jednego z głównych filarów całej koncepcji. Oto nitrzański ród Poznan, który uciekł z legendarnego węgierskiego pogromu razem z przodkami Mieszka - aby w Wielkopolsce założyć gród Poznań.
Bardzo chciałabym poznać źródło tej rewelacji, ale niestety - nie poznam go. Bo nie za bardzo istnieje poza sferą fantazji.
Ród ów, węgierski (znany jako Pázmány), donikąd nie uciekł - zamieszkiwał w miarę spokojnie okolice nitrzańskie oraz inne przez kolejne wieki, wydając kolejnych "Poznanów". W XII wieku koligacił się z samymi Arpadami - a według własnej tradycji spisanej przez średniowieczne kroniki (te same, z których bezrefleksyjnie czerpie się informacje o „rzezi” Morawian) osiadł przy Nitrze za czasów świętego Stefana (początek XI wieku). Jego protoplasta zaś, rycerz Pozman/Patzmann, miał być z pochodzenia Szwabem, który trafił na dwór ojca Stefana, księcia Gezy (koniec X wieku). Nie istnieją wcześniejsze świadectwa dla owego rodu „Poznan”, jaki miałby istnieć już za Wielkiej Morawy (IX wiek!); nie ma dokumentów wcześniejszych niż jedenastowieczne. To propozycja słowackich badaczy, którzy domniemują, że ród jest pochodzenia miejscowego i poprzedzającego przybycie Węgrów do Kotliny Karpackiej - wbrew własnej tradycji rodu, pielęgnującej pamięć o obcym pochodzeniu. Nawet jeśli podejrzenia słowackich historyków są słuszne (w tworzonym państwie węgierskim znacznie silniejszy był przecież element słowiański od madziarskiego) i na zasadzie wróżenia z fusów przeniesiemy początki rodu o wiek wstecz w stosunku do jego własnej tradycji oraz o dwa wieki w stosunku do śladów źródłowych - to ciągle nie zmienia to faktu, że ród "Poznan" nie uciekł do Wielkopolski i co najmniej ryzykownym jest łączyć nazwę wielkopolskiego grodu z imieniem, jakie daje się powiązać z okolicą Nitry dopiero pół wieku po powstaniu Poznania!
W zasadzie - chcąc na podstawie strzępków źródłowych połączyć Poznań z rodem "Poznan", zbudować można hipotetyczny obraz wręcz odwrotny: to jakiś (szwabski?) Poznan trafił na Węgry po tym, jak pomógł przodkom Mieszka budować państwo i w Wielkopolsce zostawił po sobie na pamiątkę gród.
No ale po co w to wnikać, skoro wówczas runie filar jedynej słusznej koncepcji? Niezręcznie aż podejrzewać profesora, że sprawdził, i znowu zdarzyło się przeinaczyć efekt kwerendy, byle pasowało pod rewolucyjną tezę. Kto będzie to konfrontował z m.in. węgierskimi ustaleniami i zdrowym rozsądkiem, przecież to tylko książeczka popularnonaukowa, która oświeca ciemny lud...

Naprawdę wolałabym, aby ktoś wskrzesił hipotezę połabską - znacznie bardziej jest sensowna, jeśli już koniecznie brniemy w obce pochodzenie Piastów. Co zresztą według profesora Urbańczyka jest oznaką kompleksów.
A dobre pozycje popularyzatorskie z tego okresu pisze już chyba tylko profesor Strzelczyk, co swoją drogą jest bardzo przykre…

Pokaż wszystkie opinie o tej książce
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading

Opinie czytelników


O książce:
Dziecioodporna

Problem z tą książką polega na tym, że naprawdę dobrze się zapowiada. Mamy młode małżeństwo, które rezygnuje z dzieci na rzecz wolności i kariery. No...

zgłoś błąd zgłoś błąd