Zanim zostałem pisarzem cz. 2

LubimyCzytać
30.01.2016

W czwartek prezentowaliśmy Wam wspomnienia Katarzyny Puzyńskiej, Pawła Majki i Vincenta V. Severskiego. Dzisiaj do tego grona dołączą Łukasz Orbitowski, Remigiusz Mróz i Michał Centarowski.

Łukasz Orbitowski - pisarz, laureat tegorocznych Paszportów Polityki

Większość ludzi, których znam tęskni za beztroską dzieciństwa. Ja nienawidziłem bycia dzieckiem. Wyglądałem dnia, w którym dzieciństwo się skończy. Najbardziej na świecie chciałem być dorosły.

Z tego też powodu, od dwunastego roku życia, w każdą niedzielę maszerowałem pod krakowską Halę Targową, gdzie handlowałem czym tylko się dało. Wstawałem o piątej. Pakowałem swój towar (kasety, książki, komiksy, czasopisma) do torby, w drugą rękę brałem stolik i leciałem na pierwszy tramwaj. Na placu musiałem jeszcze znaleźć miejsce. Długie, drewniane stoły były od dawna obdzielone. Musiałem zadowolić się kawałkiem asfaltu, na którym rozkładałem swoje przedsiębiorstwo. Interes był prosty. Zacząłem od wyprzedawania rzeczy, które już mi się znudziły. Później odkryłem różnicę między ceną hurtową i detaliczną. Na przykład, kupowałem dziesięć komiksów naraz, żeby sprzedawać je pojedynczo, ze stuprocentowym przebiciem. Po jakimś czasie, mój mądry ojciec pożyczył mi pieniądze na zakup kaset magnetofonowych w hurtowni, co korzystnie wpłynęło na rozwój interesu. Musiałem spłacić tatusia do grosza. I bardzo dobrze. Pieniądze daje się dzieciom. Pożycza przedsiębiorcom. W ten sposób stałem się poważnym człowiekiem i szczerbatą, sepleniącą jaskółką pierwszej fazy polskiego kapitalizmu. Pamiętam energię roku 1989. Zdumiewa mnie do dziś.

Handlowałem, bo łaknąłem własnych pieniędzy. Dziecko dysponuje kieszonkowym i może, co najwyżej, liczyć na parę groszy ekstra od babci czy wujka. Sam korzystałem z tych źródeł, co jednak uwierało, bo nienawidziłem zależności od innych. Dzieci są zależne. Dzieci nie mają własnych pieniędzy. Dlatego nienawidziłem bycia dzieckiem.

Giełda miała swój własny język, który chłonąłem (co, jak sądzę, trochę pomogło mi zostać pisarzem, dwadzieścia lat później), ale zdobyłem tam coś jeszcze. Zrozumiałem, że jestem kowalem własnego losu. Była to intuicja dziecka, trafna, bo tak sądzę też dziś. 

 

 

 

 

 

#####

Remigiusz Mróz - pisarz

Wczesne lata dzieciństwa spędziłem w urokliwej scenerii. Otaczały mnie konstrukcje z wielkiej płyty, wszędobylskie trzepaki, surowy beton oraz wyjątkowo zagadkowa myśl architektoniczno-urbanistyczna… słowem typowe peerelowskie blokowisko.

Okoliczności były sprzyjające, by o karierze zawodowej myśleć w kategoriach kryminalnych – i chyba ostatecznie wszystko się do tego sprowadziło, bo pierwsze prawdziwe pieniądze zarobiłem właśnie na pisaniu kryminałów.

Nie znaczy to, że próżnowałem. W żelbetowej dżungli istniało przecież szerokie spektrum możliwości. Będąc jeszcze w przedszkolu, wraz z kolegami skupiałem się przede wszystkim na zbieraniu kapsli, ale ponieważ okazało się to niespecjalnie dochodowe, szukaliśmy innych rozwiązań. Może w trakcie tych poszukiwań, a może całkiem przypadkowo, trafiliśmy na świeżo opuszczoną, zamkniętą myjnię samochodową. Doposażyliśmy się jej kosztem, pożyczając gąbki, ściągaczki i wszystko, co naszym zdaniem mogło okazać się przydatne. Potem ustawiliśmy się przy jedynej dwupasmówce okrążającej osiedle i zaczęliśmy dziarsko zatrzymywać samochody. Wielkiej kariery na tym polu jednak nie zrobiłem, bo za kierownicą pierwszego auta, które się zatrzymało, siedziała znajoma mojej mamy. Po klasycznym załamaniu rąk pogoniła mnie do domu, dodając jeszcze na odchodnym, że… cóż, starczy powiedzieć, że nie było mowy, by stało się to naszą małą tajemnicą.

 

 

 

 

#####

Michał Cetnarowski - pisarz, felietnista, redaktor

Pierwsze prace są jak pierwsze dziewczyny albo szkolne wycieczki: piękne, romantyczne, wyidealizowane. Lub straszne, ponure, przerażające. Jak się zastanowić, czasem i takie, i takie. W każdym razie zawsze w najwyższych rejestrach wspomnień: już nigdy nie będziemy tacy piękni i młodzi, choć wciąż jeszcze mamy szansę być bogaci (nadzieja umiera ostatnia).

Takich dziwnych zajęć młodzieńczych, w liceum czy na studiach – pewnie jak u każdego – było w moim przypadku kilka. Kiedyś, nad morzem, w ostatni dzień nastoletnich wakacji, rozładowywałem ciężarówkę z piwem, za kufelek czy dwa czegoś zimnego. Zapłata była dobra, pienista, ale szybko się skończyła. Zresztą nie powinienem się chwalić, bo mogłoby się okazać, że dowodu nie miałem jeszcze wtedy w kieszeni.

Potem ojciec kumpla kupił gospodarstwo po byłym pegieerze, dwieście hektarów ziemi z hakiem, zawsze było coś do roboty. Nas, to znaczy młodzieżówkę, miał do zadań inżynierskich, czyli machania łopatą – przeładowaliśmy zboże zrzucane w wielkich magazynach. Lipiec, upał, wszechobecny pył, gazowana woda mineralna w szklanych butelkach dowożona na skrzynki. Bardzo przyjemnie to wspominam. Bardziej nietypowe było ręczne malowanie ceramiki, a dokładnie różnych kubków i kubeczków, talerzy czy spodków. Bardziej – bo zdaje się, że w życiu nie wymalowałem poprawnej linii prostej, choć kiedyś próbowałem sił z komiksami (miałem z siedem lat?). No ale ponoć dla chcącego nic trudnego, a ja byłem zdeterminowany (albo zdesperowany, po latach w sumie nie pamiętam zbyt dokładnie...). W każdym razie, szukając zajęcia na wakacje, a może dłużej, natrafiłem na niewielką manufakturę z rzemiosłem ręcznym, o dziwo mnie przyjęli i wśród kilku bardzo uzdolnionych pracownic pojawiłem się i ja. Choć na krótko, bo szybko zrozumiałem, że są w tym (dużo) lepsi ode mnie. Ale forsę wziąłem, no i do dziś po rodzinie krążą jeden czy dwa kubki, które wtedy wymalowałem.

Zdarzył się też epizod w drukarni, ze studenckiej agencji pracy; staż w lokalnym dodatku gazety (do jednego z reportaży skakałem na bungie); a nawet, głupio powiedzieć, pozowanie w sportowych portkach przed uczniami liceum plastycznego do jakiegoś ich studium młodzieńca upadłego czy innej martwej natury z wędzidłem… Ale płacili godziwie, a ja – jak Stallone czy Pamela Anderson – też byłem młody, naiwny i potrzebowałem kasy. Poza tym student pracujący żadnej pracy się nie boi, prawdaż. Choć pierwsze większe pieniądze zarobiłem dopiero za granicą. Ale to, zdaje się, już inna pokoleniowa historia. 

 

 

 

 

Reklama

komentarze [6]

Sortuj:
Dodaj wypowiedź

Aby napisać wypowiedź musisz być zalogowany.

2519
4
30.01.2016 11:16

Zapraszamy do dyskusji.


920
242
30.01.2016 13:21

Fajny człowiek w sumie :) Ale ja się chwytam pisarstwa od razu, nie jakieś innej roboty. ;D


140
31
02.02.2016 13:34

Serio? Ile książek już napisałaś?


920
242
02.02.2016 16:10

Mam pomysły na kilka, napisałam jedną - beznadziejną a obecnie piszę drugą. I powiem ci, że jestem z siebie jak na razie zadowolona. :)


Dodaj odpowiedź

Aby napisać wypowiedź musisz być zalogowany.

927
164
31.01.2016 14:29

Od czegoś trzeba zacząć, wiadomo. Różnica polega na tym, że jedni mają więcej szczęścia, inni mniej. Ale cóż - szczęściu trzeba pomóc! :)


1306
46
06.02.2016 19:38


zgłoś błąd