Marcin Knyszyński 
plejbekpisze.blogspot.com
39 lat, mężczyzna, Toruń, status: Czytelnik, ostatnio widziany 9 godzin temu
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2018-09-28 12:16:58
Ma nowego znajomego: Patrycja Kunicka
 
2018-09-22 00:09:03
Ma nowego znajomego: romy
 
2018-09-14 10:25:55
Dodał książkę na półkę: Chcę przeczytać
Autor:
Seria: Klasyka grozy
 
2018-09-10 14:37:59
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:
Seria: Nike

Jak należy gonić króliczka?

„Był późny wieczór, kiedy K. przybył. Wieś leżała pod głębokim śniegiem. Góry zamkowej nie było wcale widać, otoczyły ją mgły i mrok, nawet najsłabsze światełko nie zdradzało obecności wielkiego zamku. K. stał długo na drewnianym moście, wiodącym z gościńca do wsi i wpatrywał się w pozorną pustkę na górze.”

Tak się to zaczyna. A jak się kończy? Otóż wcale. Franz...
Jak należy gonić króliczka?

„Był późny wieczór, kiedy K. przybył. Wieś leżała pod głębokim śniegiem. Góry zamkowej nie było wcale widać, otoczyły ją mgły i mrok, nawet najsłabsze światełko nie zdradzało obecności wielkiego zamku. K. stał długo na drewnianym moście, wiodącym z gościńca do wsi i wpatrywał się w pozorną pustkę na górze.”

Tak się to zaczyna. A jak się kończy? Otóż wcale. Franz Kafka nie dokończył nigdy tej powieści. Schował ją do głębokiej szuflady i nakazał swojemu przyjacielowi, Maxowi Brodowi, zniszczenie wszystkiego po swojej śmierci. Brod tego nie uczynił. I otworzył interpretacyjną puszkę Pandory. Bo „Zamek” jest powieścią, której każdy akapit wprost woła o interpretację. Jak to działa?

Celem K. jest Zamek. Po to przecież odbył długą i wyczerpującą podróż, po to został sprowadzony. Zamek chce mieć geometrę na etacie. Ale na miejscu wszystko zdaje się temu przeczyć. Ciągle coś przeszkadza K. w zdobyciu zamkowej góry. Wójt twierdzi na przykład, że dla geometry nie ma tu zajęcia a powołanie z zamku to urzędnicza pomyłka. Kuriozalne zachowanie mieszkańców wioski, dziwnie upływający czas, zaspy śniegu – wszystko to jest barierą. A K. cały czas idzie po swoje. Niby prosta fabuła. Jednak czytanie „Zamku” w sposób dosłowny jest błędem. Bo o sile tej powieści nie świadczy to czym ta powieść jest, lecz wręcz odwrotnie – to, czym nie jest.

„Zamek” nie jest powieścią z logicznie następującymi po sobie zdarzeniami. Nie ma tu wiarygodnych psychologicznie bohaterów. Nie ma wartkiej akcji, skomplikowanej historii, wielowątkowej opowieści. Nie ma wyrafinowanych i złożonych opisów. Tu nic się nie dzieje, w kółko przetwarzany jest jeden i ten sam motyw – K. i jego podróż na Zamek. Powieść ta ostatecznie nie jest ani łatwa, ani lekka, ani przyjemna. Więc jaka jest? Genialna. Poprzez wszystkie te „braki”, które wymieniłem, powieść charakteryzuje się jedną z najbardziej niesamowitych i odrealnionych scenografii jakie spotkałem w literaturze. Sen jest pierwszym, naturalnie przychodzącym do głowy skojarzeniem.

Gdy śnimy, wszystkie nawet najbardziej groteskowe i nierealne zdarzenia przyjmujemy tak, jakby były najzupełniej normalne. Dodatkowo to my, zawsze my, jesteśmy w centrum wydarzeń, cały świat snu jest wykreowany tylko i wyłącznie ze względu na nas. Nic dziwnego, w końcu to produkt naszego i tylko naszego umysłu. Wszędzie, gdzie byśmy nie spojrzeli – widzimy siebie. I dokładnie to dzieje się w „Zamku”. K. próbuje dotrzeć na zamkową górę. Tymczasem, zamiast po prostu tam pójść, krąży od lokacji do lokacji, od jednego mieszkańca do drugiego. Okazuje się, że droga „do zamku” wcale do niego nie prowadzi, cel podróży albo rozpływa się w nagle pojawiającej się mgle albo przestaje przypominać zamek i przybiera postać zbiorowiska małych chałup. Każde pojawienie się K. w nowej lokacji to podniesienie kurtyny i kolejny akt teatru absurdu. Otoczenie, w którym pojawia się K. zaczyna się w dziwny sposób krystalizować dopiero gdy postanawia on wejść z nim w interakcję. Mgliste i niewyraźne kontury nabierają ostrości, kiedy K. zaczyna podejmować jakieś działania. Wszyscy mieszkańcy wioski to manekiny, kawałki teatralnej dekoracji, służące do tego, aby wygłaszać swoje kwestie. To tylko okoliczności, które spotykają bohatera – istnieją dlatego, że istnieje K. i jego odyseja. Wszystkimi tymi kukłami rządzi irracjonalny strach przed Zamkiem i złamaniem zasad narzuconych przez urzędniczy aparat. Zachowania, dialogi, wszystkie akcje jakie podejmują napotkani ludzie są groteskowe. Dla nas. Nigdy dla nich, nigdy dla K.

Dalszy ciąg na:
http://plejbekpisze.blogspot.com/2018/01/zamek.html

pokaż więcej

 
2018-09-10 12:36:22
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

Szesnaście otworów

Podobno optymista wierzy, że świat stoi przed nim otworem. Pesymista zaś doskonale zdaje sobie sprawę z tego, co to za otwór. Peter Watts zaprasza do zwiedzenia szesnastu takich niewinnie z początku wyglądających zakamarków, z których większość z nas chciałaby szybko uciec. Są tam rzeczy, które wypieramy, ponieważ godzą w naszą definicję „człowieczeństwa”, wydają się...
Szesnaście otworów

Podobno optymista wierzy, że świat stoi przed nim otworem. Pesymista zaś doskonale zdaje sobie sprawę z tego, co to za otwór. Peter Watts zaprasza do zwiedzenia szesnastu takich niewinnie z początku wyglądających zakamarków, z których większość z nas chciałaby szybko uciec. Są tam rzeczy, które wypieramy, ponieważ godzą w naszą definicję „człowieczeństwa”, wydają się przejaskrawione i nierealne. Niektóre z nich sugerują, że nie różnimy się niczym od zwierząt a nasza samoświadomość jest tylko złudzeniem, nakładką na pewien software rozwijający się od początków życia na naszej planecie. A z niektórych rzeczy zupełnie nie zdajemy sobie sprawy.

Peter Watts, zupełnie jak reedukatorzy zdemoralizowanego Aleksa z „Mechanicznej pomarańczy”, otwiera nam oczy, blokuje je przed zamknięciem i puszcza film. Nawet nie próbuje ich potem zakraplać. W żadnym opowiadaniu nie ma nic optymistycznego, nie ma żadnej taryfy ulgowej. Wracając do powieści Burgessa – jedno z opowiadań, „Oczy Boga”, stawia poważne pytania o granice prewencyjnej ingerencji w ludzki mózg. Wspomniany Aleks został poddany praniu mózgu, ponieważ był przestępcą. U Wattsa natomiast wystarczy, że pomyślisz o przestępstwie i już stajesz się potencjalnym zagrożeniem. Prowadzi to do rugowania wolnej woli – zresztą pojęcie to u Wattsa jest i tak dość mocno kwestionowane.

Wszechświat bowiem jawi się w kreacjach autora jako pewnego rodzaju superkomputer, pewien gigantyczny program rozwijający się od momentu Wielkiego Wybuchu. Widać to w opowiadaniach „Drugie przyjście Jasmine Fitzgerald”, „Betlejem” oraz „Fraktale”. Natura składa się z kilku prostych równań i zbudowana jest w sposób fraktalny – zależności, które obserwujemy w świecie makroskopowym (nie mówimy tylko o prawach fizyki, lecz również o przemocy i nienawiści) możemy odnaleźć również w skali mikro. Jest to sprawnie działająca maszyna, którą niestety toczy entropia – kto wie, być może świat-komputer ma sposób na walkę z tym zjawiskiem? Ludzie też myślą, że ją mają – nie zdają sobie sprawy, że są tylko kolejnym rodzajem informacji obrabianym przez dobór naturalny. Nasze próby narzucania światu jakiegoś zorganizowanemu ładu, ciągłe szukanie sposobu na wyodrębnienie dźwięku z szumu to próżny trud. Kto wie, może kiedyś pojawi się na świecie ktoś z stylu Jasmine Fitzgerald, która twierdziła, że potrafi „zdebugować” rzeczywistość – tylko czy taka istota będzie jeszcze człowiekiem?

Dalszy ciąg na:
http://plejbekpisze.blogspot.com/2018/09/odtrutka-na-optymizm.html

pokaż więcej

 
2018-09-10 12:33:16
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Ja, czyli nic

Najgłośniejsza antologia wydawnictwa Phantom Books Horror tego roku ujrzała w końcu światło dzienne. Dwadzieścia trzy opowiadania polskich twórców, wyselekcjonowane pod kątem wysokiej jakości literackiej i specyficznej przynależności „gatunkowej” – weird fiction. „Gatunkowość” musi być tu wzięta w cudzysłów, bo, jak napisał we wstępie do antologii Krzysztof Grudnik: „Weird...
Ja, czyli nic

Najgłośniejsza antologia wydawnictwa Phantom Books Horror tego roku ujrzała w końcu światło dzienne. Dwadzieścia trzy opowiadania polskich twórców, wyselekcjonowane pod kątem wysokiej jakości literackiej i specyficznej przynależności „gatunkowej” – weird fiction. „Gatunkowość” musi być tu wzięta w cudzysłów, bo, jak napisał we wstępie do antologii Krzysztof Grudnik: „Weird fiction jest terminem szerokim, który nie określa osobnego gatunku, a raczej przenika inne gatunki fantastyczne, lub oplata je niczym macki z Lovecraftowych opowieści”.

I tak też jest w „Snach umarłych – polskim roczniku weird fiction 2018”. Jest tu science fiction, bizzaro, dramat psychologiczny, horror. Znajdziemy tu opowiadania inspirowane Ligottim, jego charakterystycznym stylem i oglądem świata; teksty w klimatach klasycznej literatury grozy sprzed wieku, często osadzone we współczesności. Udamy się też w przeszłość, w czasy wojen napoleońskich lub Rewolucji Francuskiej. Najczęściej jednak poruszamy się w światach o bardzo wątpliwych ontologicznie fundamentach – granica między twardą rzeczywistością a fantasmagorią jest płynna i bardzo ruchoma. Są tu też teksty trudne, wymagające skupienia i przynajmniej dwukrotnego czytania – pozbawione standardowej fabuły i narracji, ale rewanżujące się zupełnie nową jakością, czyli pewnym autorskim, przechodzącym na czytelnika, przeżyciem świata, u podstaw którego zasadza się dziwność. Czasem jest to głównie estetyka – częściej jednak za owym „weird” stoi pewna filozofia. Pesymistyczna, mroczna – zabarwiająca „dziwność” wielce niepokojącymi, bo pochodzącymi spoza normalnego spektrum, barwami.

O czym mówią autorzy opowiadań? O tym, że spoza dobrze znanej nam rzeczywistości może docierać do nas wołanie „z tamtej strony”. Wołanie to zazwyczaj niesie bardzo niewygodne prawdy, wyrzuca nas ze strefy komfortu i demaskuje prawdę o nas samych. Tak jest w „Margines poszerza się” Rafała Chojnackiego, „Raporcie w sprawie objawień przy ulicy Szeptów” Wojciecha Guni, czy w „Śniegu widmie” Dagmary Adwentowskiej. Pierwszą reakcją jest wyparcie, bagatelizowanie problemu wymuszone przez racjonalną tresurę nowoczesności – potem jednak, gdy hałaśliwe, „normalne” bodźce się wyciszają, nie ma już ucieczki. Świetnie pokazuje to jedno z moich opowiadań-faworytów – „Ktoś powinien coś z tym zrobić” Pawła Matei.

Dalszy ciąg na:
http://plejbekpisze.blogspot.com/2018/09/sny-umarych-polski-rocznik-weird.html

pokaż więcej

 
2018-09-07 00:31:30
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Cykl: Potępieni (tom 2)

Odwieczna dialektyka

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Szortal i została tam pierwotnie zamieszczona.

„Potępieni”, powieść o martwej, trzynastoletniej Madison Spencer, kończy się w momencie, gdy ta wraca szybkim krokiem do samochodu, który zawiezie ją z powrotem do Piekła. Tak, do najprawdziwszego Piekła. Jest Halloween, kilka minut przed północą, a Madison-Kopciuszek ma coraz...
Odwieczna dialektyka

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Szortal i została tam pierwotnie zamieszczona.

„Potępieni”, powieść o martwej, trzynastoletniej Madison Spencer, kończy się w momencie, gdy ta wraca szybkim krokiem do samochodu, który zawiezie ją z powrotem do Piekła. Tak, do najprawdziwszego Piekła. Jest Halloween, kilka minut przed północą, a Madison-Kopciuszek ma coraz mniej czasu na powrót – w przeciwnym razie zostanie na Ziemi na cały rok jako duch, którego nikt nie dostrzega. Czy zdąży?

Nie zdążyła. I jak mówi na pierwszych stronach powieści „Przeklęci”, która jest kontynuacją „Potępionych” – „Po jakichś ośmiu miesiącach spędzonych w gorejących czeluściach Piekła, zostałam zesłana jako duch do tryskającego życiem świata fizycznego. Stan ten określany jest zazwyczaj mianem Czyśćca”. Madison, która zawojowała domenę Szatana, zbierając u swego boku nieprzeliczone zastępy popleczników i stając się wielkim zagrożeniem dla Lucyfera, musi przeżyć dwanaście miesięcy na Ziemi. A ta, jak nietrudno się domyślić, została wykreowana przez Palahniuka na miejsce bez porównania potworniejsze niż Piekło.

Jak pamiętamy z poprzedniej części, Madison jako nieuleczalna „nadziejoholiczka” wpadła na pomysł jak spędzić wieczność z rodzicami, którzy przez całe jej nieszczęsne życie trzymali ją na dystans. Trzeba po prostu sprowadzić ich do Piekła, do siebie. Za pomocą międzywymiarowego połączenia telefonicznego nakazuje rodzicom „pierdzieć w windzie, zajmować dwa miejsca na parkingu, sikać do basenu i kląć na czym świat stoi – a trafi się do Nieba”. Nie przewidziała jednak, że jej rodzice, ultracelebryci i złote cielce nowoczesnego świata, pociągną za sobą całą cywilizację. Powstaje nowa religia, nazwana „chamizmem”, która poprzez dawanie upustu najgorszym ludzkim instynktom teoretycznie ma gwarantować stałą miejscówkę za Piotrowymi Wrotami. Jak można się temu oprzeć? Populacja Piekła przyrasta od tej pory w niekontrolowany sposób, królestwo Diabła zapełnia się oszukanymi i złorzeczącymi ludźmi. Madison musi znaleźć sposób na naprawę błędu, musi dotrzeć w swej eterycznej postaci do rodziców.

Dziewczynka nie rozpoczyna już każdego rozdziału wołaniem do Szatana. Jej pobyt na Ziemi dokumentowany jest za pomocą tweetowych wpisów, czyli narzędzia będącego współczesnym odpowiednikiem Diabła. Kto to wszystko pisze, tam po drugiej stronie Facebooka czy innego Twittera? Ta dehumanizacja przekazu ma jeszcze dodatkowy wymiar – Maddy jest duchem i siłą rzeczy jest niewidzialna dla wszystkich ludzi na świecie. W sumie to nic nowego, jako gruba nastoletnia okularnica z kompleksami była niewidzialna przez całe swoje życie. Ale jednocześnie dostrzega teraz więcej – Palahniuk za pomocą jej relacji znowu atakuje współczesne konsumpcyjne społeczeństwo. Przedzmarli, jak nazywa ludzi Madison, to ożywione, poruszające się ochłapy mięsa napędzane chęcią kupowania, jedzenia i spółkowania. Tym razem autor uderza w jeszcze jedną wadę postnowoczesnego świata – jego niezdolność do odróżniania dobra od zła, ślepotę na pewne uniwersalne wartości, które czynią nas ludźmi.

ciąg dalszy na:
http://plejbekpisze.blogspot.com/2018/08/przekleci.html

pokaż więcej

 
2018-09-07 00:28:27
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Narrator niesamowity

„Zawsze mieszkałyśmy w zamku”, ostatnia powieść Shirley Jackson, wraz z „Nawiedzonym domem na wzgórzu”, uznawana jest za jej najdojrzalszy utwór. Historia Mary Katherine „Merricat” Blackwood wymyka się prostemu szufladkowaniu. Teoretycznie jest to całkowicie realistyczna powieść z akcją osadzoną mniej więcej w połowie dwudziestego wieku. Dlaczego w takim razie po...
Narrator niesamowity

„Zawsze mieszkałyśmy w zamku”, ostatnia powieść Shirley Jackson, wraz z „Nawiedzonym domem na wzgórzu”, uznawana jest za jej najdojrzalszy utwór. Historia Mary Katherine „Merricat” Blackwood wymyka się prostemu szufladkowaniu. Teoretycznie jest to całkowicie realistyczna powieść z akcją osadzoną mniej więcej w połowie dwudziestego wieku. Dlaczego w takim razie po odłożeniu książki na półkę, gdy minie już trochę czasu i gdy wrócimy myślami do wydarzeń w niej opisanych, czujemy ciarki na plecach? Chyba jeszcze silniejsze niż w przypadku „Nawiedzonego domu na wzgórzu”?

Osiemnastoletnia Merricat, żyje, ze swoją starszą o dziesięć lat siostrą o imieniu Constance oraz z chorym i niepełnosprawnym stryjem Julianem, w swojej wielkiej, rodowej posiadłości nieopodal małego miasteczka. Sześć lat temu, cała reszta rodziny umarła przy stole – ktoś dosypał arszeniku do cukru. Stryj Julian zjadł najmniej, więc przeżył – odbiło się to jednak poważnie na jego zdrowiu. Mała Merricat nie zeszła na kolację – przeżyła również. A starsza Constance jako ta, która odpowiadała za kuchnię w posiadłości, została aresztowana i oskarżona o masowe zabójstwo. Mimo wszystko została uniewinniona i wróciła do domu. Od tej pory nie opuściła już domostwa, podobnie jak stryj, który w wyniku powikłań zupełnie zapomniał to wydarzenie i coraz bardziej odrywa się od rzeczywistości. Ich jedynym kontaktem z resztą świata jest Merricat, która raz, czy dwa razy w tygodniu idzie po zakupy do miasteczka i szybko wraca z powrotem, aby nie narazić się na szykany mieszkańców.

Blackwoodowie są bowiem znienawidzeni. Obywatele miasteczka widzą w nich ludzi z wyższych sfer, których nie ima się sprawiedliwość. Myślą, że upiekło się złym ludziom – nieważne jakie są decyzje sądu. Nienawiść żywiona do trójki rezydentów posiadłości przypomina tę z czasów inkwizycji, bezmyślną, pełną uprzedzeń. Niektórzy okazują niechęć bezrefleksyjną, zasugerowaną, na zasadzie owczego pędu. Inni – co groźniejsze – wyrachowaną i celową. Nawet dawni przyjaciele rodziny, którzy bywali u nich na rautach i wystawnych kolacjach ograniczyli znajomość. Coraz rzadsze wizyty przebiegają w atmosferze niesamowitego napięcia – goście ciągle oglądają się przez ramię i nie mają apetytu. Pewnego dnia do domu Blackwoodów przybywa kuzyn Charles, który postanawia wziąć sprawy w swoje ręce.



Pamiętacie Eleanor, narratorkę z „Nawiedzonego domu na wzgórzu” i jej subiektywne, niejasne i niewiarygodne relacje z tego, czego doświadczyła podczas pobytu w Domu? Mary Katherine jest pod tym względem bardzo podobna. Tak jak Eleanor szuka „domu” i stabilności, czyli pewnych stałych i niezmiennych rzeczy, które zapewniają poczucie bezpieczeństwa. Taką duchową przystań gwarantuje w jej mniemaniu starsza siostra – zwróćcie uwagę na imię siostry, które chyba nie zostało nadane bohaterce przypadkowo. Świat jest nieprzyjazny, chaotyczny – trzeba się od niego maksymalnie oddzielić, postawić granice nie do złamania. Czytelnik śledzi relacje bohaterki z coraz większym niedowierzaniem oraz, co znamienne, niepokojem. Merricat to już nie tylko „unreliable narrator” – staje się „uncanny”. Zaczyna używać jakiejś pokręconej niby-voodoo magii, zakopuje totemy w ogrodzie mające zagwarantować im bezpieczeństwo, tworzy swoje prywatne hasła-zaklęcia mające postawić nieprzekraczalne bariery. Jej ogląd rzeczywistości staje się bardzo wynaturzony, podszyty bliżej nieokreślonym, ale cały czas obecnym, groteskowym niepokojem – podobnym trochę do tego, który odczuwamy podczas oglądania „Suspirii” Dario Argento. Rzeczywistość zaczyna atakować Merricat (a co za tym idzie również czytelnika) elementami odrealnionymi i przefiltrowanym przez jej zmysły. Ich odbiór staje się wyolbrzymiony, groteskowy i wręcz życzeniowy. Przybycie Charlesa do domu jest inwazją zewnętrznego świata na ostatnią oazę stabilności – przerywa on magiczny krąg, atakuje zapachem, obecnością zaznaczaną nawet najdelikatniejszymi przesunięciami przedmiotów. To upiór, którego trzeba egzorcyzmować.

Merricat jest „narratorem niesamowitym” nie tylko z powodu swego specyficznego odbioru bodźców z otoczenia. Zazwyczaj jest tak, że gdy czytamy narrację pierwszoosobową, wcielamy się niejako w narratora, patrzymy jego oczami. Podobnie jest w tym przypadku. Tylko, że tutaj bardzo szybko chcemy uciec z tego wcielenia – zaczynamy bać się narratorki. I to jest najmocniejszy element powieści – na początku współczujemy Blackwoodom, jednak z czasem przestajemy im wierzyć, dystansujemy się od nich, czujemy dyskomfort podczas „przebywania” w ich otoczeniu. Tylko czy aby słusznie? Shirley Jackson serwuje czytelnikom bardzo silny specyfik, narrację skondensowaną do granic możliwości, w której ukryte są pewne podpowiedzi, ale i ślepe uliczki. I jest groza.

pokaż więcej

 
2018-09-07 00:27:21
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

Coś pięknego tu nadchodzi

Ray Bradbury pisał już od najmłodszych lat. Wspomnienia z dzieciństwa przywoływał w trakcie całej kariery pisarskiej – z niecierpliwością czekam na decyzję jakiegokolwiek wydawnictwa o wznowieniu „Słonecznego wina”, które wyszło w Polsce raz, przed ponad pięćdziesięciu laty. Nie jest to powieść autobiograficzna, lecz, jak to sam autor przyznawał, rzecz luźno...
Coś pięknego tu nadchodzi

Ray Bradbury pisał już od najmłodszych lat. Wspomnienia z dzieciństwa przywoływał w trakcie całej kariery pisarskiej – z niecierpliwością czekam na decyzję jakiegokolwiek wydawnictwa o wznowieniu „Słonecznego wina”, które wyszło w Polsce raz, przed ponad pięćdziesięciu laty. Nie jest to powieść autobiograficzna, lecz, jak to sam autor przyznawał, rzecz luźno inspirowana wydarzeniami z jego bardzo wczesnej młodości. Zanim jednak magiczne „Słoneczne wino” pojawi się znowu w księgarniach, możemy zajrzeć do innych opowiadań z początków kariery Bradbury’ego – wydawnictwo C&T wydało przed dziewięciu laty zbiór „Październikowa kraina”. Żałuję, że nie przeczytałem tego wcześniej.

W 1947 roku Bradbury zadebiutował zbiorem „Dark Carnival”, z którego po kilku latach wybrał piętnaście opowiadań, dopisał cztery i w ten sposób w 1955 roku wydano „The October Country”. Nie dziwi mnie fakt, że sięgnęło po niego nasze wydawnictwo specjalizujące się w klasycznej grozie sprzed stulecia – opowiadania Bradbury’ego stoją w tym samym rzędzie co teksty Blackwooda, Machena, Grabińskiego czy Chambersa. To dokładnie taki sam sposób operowania niedopowiedzeniem, takie samo szarpanie kurtyny skrywającej prawdę o naszej rzeczywistości, podobne próby okiełznania niesamowitego – i tak samo jak u wspomnianych mistrzów nie tylko na uczuciu grozy się kończy. Ray Bradbury pisze o kondycji moralnej ludzkości, o człowieku, tym co go definiuje, ogranicza, wynosi ponad inne elementy świata oraz co powoduje, że czasami to wyniesienie jest tylko złudzeniem. Pisze o życiu, jego właściwościach i wartościach, obsesjach, przemijaniu, tęsknocie za przeszłością. I w końcu pisze też o śmierci. Niektóre opowieści przypominają odcinki „Strefy mroku”, niektóre poetyckie narracje Edgara Alana Poego a niektóre satyryczne, komediowe opowieści z dreszczykiem. Wszystkie charakteryzuje jedna cecha – są przepięknie napisane.

W 1942 roku Bradbury napisał opowiadanie „Jezioro” i, jak wspomina, osobiście popłakał się ze wzruszenia. Uznał, że ta bardzo autobiograficzna historia idealnie ukazała stan jego bardzo młodej jeszcze, bo dwudziestodwuletniej duszy. Opowieść o dwunastoletnim chłopcu, który, w ostatnim dniu wakacji, na opustoszałej plaży szuka śladów dziewczyny – swej zaginionej w odmętach jeziora pierwszej miłości, chwyta za serce. Jest to jedno z kilku opowiadań „Październikowej krainy”, w których mamy do czynienia z narracją dziecięcą, gdzie obserwujemy świat poprzetykany elementami baśniowymi, ulotnymi – taki jaki pamiętamy z niewyraźnych, podkoloryzowanych wspomnień z dzieciństwa. Inne tego rodzaju opowiadania to równie wzruszający „Emisariusz”, czyli smutna opowieść o nieuleczalnie chorym chłopcu, który niedostępny dla niego świat zza okna poznaje poprzez swojego psa-wysłannika, przynoszącego mu zapachy, kawałki ziemi i szum wiatru zaplątane w swojej sierści. Wspomnieć tu należy także „Pajacyka z pudełka”, gdzie tytuł jest idealną metaforą przesłania Bradbury’ego oraz trochę mniej poetyckie a przypominające nieco estetykę „Soku z żuka” czy „Hotelu Transylwania” teksty „Lokator z piętra” i „Rodzinny zjazd” (ciekawostka – to drugie opowiadanie naprawdę zainspirowało twórców „Rodziny Addamsów” do stworzenia znanej wszystkim wesołej, makabrycznej familii).

Dalszy ciąg na:
http://plejbekpisze.blogspot.com/2018/07/pazdziernikowa-kraina.html

pokaż więcej

 
2018-09-06 20:08:44
Ma nowego znajomego: keskese
 
2018-09-05 18:36:51
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:
Seria: Artefakty

Homo happiness

Ray Bradbury napisał „451 Fahrenheita” na początku lat pięćdziesiątych, kiedy to Amerykanie, żyjący w swoich białych domkach postawionych na zielonych trawnikach, nasłuchiwali w radio czy nie nadciągają czerwone diabły zza oceanu. Senator Joseph McCarthy znajdował wszędzie radzieckich szpiegów, temperatura zimnej wojny spadała w nieprzerwany sposób a nowy sposób spędzania...
Homo happiness

Ray Bradbury napisał „451 Fahrenheita” na początku lat pięćdziesiątych, kiedy to Amerykanie, żyjący w swoich białych domkach postawionych na zielonych trawnikach, nasłuchiwali w radio czy nie nadciągają czerwone diabły zza oceanu. Senator Joseph McCarthy znajdował wszędzie radzieckich szpiegów, temperatura zimnej wojny spadała w nieprzerwany sposób a nowy sposób spędzania wolnego czasu, jakim było oglądanie telewizji, stopniowo odstawiał do lamusa odbiorniki radiowe. Dystopia Bradbury’ego, podobnie jak chyba większość gatunku, powstała z obaw autora co do przyszłości cywilizacji, wywiedzionych z obserwacji tego, co się wokół niego dzieje. Czego bał się Bradbury?

Akcja powieści dzieje się w przyszłości, w której doszło już do trzech wojen atomowych. Mimo, że zagrożenie zewnętrzne nadal istnieje Ameryka wzrasta w dobrobycie, różnicuje się społecznie i zajmuje się tak zwanymi problemami pierwszego świata. Kraj przeobraził się w „społeczeństwo mniejszości”, gdzie nie ma żadnej grupy społecznej, która jako większość mogłaby przeobrażać i rozwijać kraj według własnych ideałów. Wszyscy muszą się liczyć ze wszystkimi, co kończy się tym, że, jak to wyraźnie mówi Bradbury, społeczeństwo rozwija się według zasad, będącymi wypadkową wzajemnych interakcji, kompromisów, wyrzeczeń i naturalnie powstających ustaleń wszystkich grup. Następuje kulturowe równanie w dół, to ci szybsi i sprawniejsi dostosowują się do reszty peletonu, zamiast mobilizować maruderów. Wszystko w imię podstawowej idei jaka przyświeca światu przyszłości – wszyscy muszą być szczęśliwi, wszyscy muszą należeć do homo happiness. Nikomu nie wolno nikogo urazić swoją intelektualną wyższością. Nikomu nie wolno urazić nikogo czymkolwiek.

Przerażająco rozrośnięta poprawność polityczna powoduje, że każdy intelektualista to persona non grata w ogłupiałym społeczeństwie, pragnącym prostej rozrywki i wiecznych igrzysk. Społeczeństwo samo zafundowało sobie taki rodzaj zwierzchniej władzy, który niczym nie różni się od totalitarnej. Jedną ze służb porządkowych jest straż pożarna, która nie gasi już pożarów, lecz je wznieca. Książki jako nośniki starych idei, nie pasujących do nowego sposobu życia i zagrażających nawoływaniem do myślenia, muszą zostać spalone. Nierzadko ze swoim opornym i nieskorym do współpracy właścicielem.

Główny bohater powieści, strażak Guy Montag, zaczyna coraz wyraźniej dostrzegać absurd świata w jakim przyszło mu żyć, widzi w końcu beznadzieję swojej egzystencji i zaczyna odczuwać potrzebę zmiany. Jego żona jest typowym przedstawicielem „szczęśliwych ludzi” – całe dnie przesiaduje w pokoju, gdzie ze ścian bombarduje ją interaktywny, tasiemcowy serial, którego bohaterowie stanowią jej „rodzinę”. Cały czas spędza w prymitywnym świecie popkultury, gdzie wirtualni znajomi wydają się prawdziwsi od tych z realu; gdzie nie podaje się faktów, lecz, jak to ładnie nazwał Bradbury w jednym z wywiadów, „faktoidy”; gdzie można żyć życiem innych a nie swoim; gdzie sfabrykowane uśmiechy, półinteligentne konwersacje i odpowiedniki naszych współczesnych lajków utwierdzają nas w kłamstwie o własnej wyjątkowości i szczęściu. Wszystko zaczyna się sypać, gdy Guy Montag przynosi potajemnie do domu książkę uratowaną z ostatniej pożogi. Nie widzi on już żadnej prawdy w tym co powtarza jego zwierzchnik, wedle którego książki to fałszywe obietnice, zużyte idee i skompromitowane filozofie.

Ciąg dalszy na:
http://plejbekpisze.blogspot.com/2018/06/451-fahrenheita.html

pokaż więcej

 
2018-09-05 18:36:14
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Cykl: Potępieni (tom 1)

Rzeczy, które robisz w piekle, będąc martwym

Chuck Palahniuk napisał „Kołysankę”, aby przetrwać jakoś trudne chwile po śmierci ojca. Od jej wydania minęło dziewięć lat. Tym razem śmierć upomniała się o jego matkę. Powieść, którą chciałbym dziś przybliżyć, powstała w czasach nierównej walki Carol Palahniuk z rakiem płuc. Dojrzały, zbliżający się do pięćdziesiątki, opłakujący swoich rodziców...
Rzeczy, które robisz w piekle, będąc martwym

Chuck Palahniuk napisał „Kołysankę”, aby przetrwać jakoś trudne chwile po śmierci ojca. Od jej wydania minęło dziewięć lat. Tym razem śmierć upomniała się o jego matkę. Powieść, którą chciałbym dziś przybliżyć, powstała w czasach nierównej walki Carol Palahniuk z rakiem płuc. Dojrzały, zbliżający się do pięćdziesiątki, opłakujący swoich rodziców facet opowiada historię trzynastoletniej dziewczynki, której śmierć powinni opłakiwać jej rodzice. To kolejna powieść literackiego łobuza – „Potępieni”. Oto jak się zaczyna:

„Jesteś tam Szatanie? To ja, Madison. Dopiero co się tu zjawiłam, to znaczy w piekle, ale to nie moja wina, no, może tylko taka, że umarłam po przedawkowaniu marihuany”. Madison, córka zblazowanych i oderwanych od rzeczywistości gwiazd Hollywood, budzi się w krainie ognia i siarki. Poznaje tam całkiem oryginalną zbieraninę nastoletnich potępieńców – barbie-blondynę-królową-balu, osiłka-przystojniaka-futbolistę, kujona-mądralę-okularnika oraz punka-buntownika-bez-powodu-z-agrafką-w-policzku. Powstaje piekielna wersja ekipy z „Klubu winowajców”, filmu z 1985 roku, w którym to bardzo podobna grupa musiała za karę wspólnie spędzić sobotę w szkole.

Piekło Palahniuka to niesamowita kraina. Ludzie wyją w klatkach, jedzeni żywcem przez demony, przywołujące nieco na myśl Lucyfera, pojedynkującego się z Tenacious D w „Kostce przeznaczenia”. Katusze nie mają końca, bo ciała nieszczęśników regenerują się błyskawicznie i po chwili są już gotowe do kolejnej zabawy. Wszystko to jest jednak niczym przy największej torturze jakiej można tu doświadczyć – zapętlony, powtarzający się bez ustanku seans „Angielskiego pacjenta” (ewentualnie „Fortepianu”) nawet największego twardziela zmieni w bełkoczącego imbecyla. Przesłuchania za pomocą wariografu prowadzi demon Pazuzu, znany z molestowania niewinnej dziewczynki w „Egzorcyście”. Podróżując przez piekło, trafimy do takich miejsc jak Pustynia Łupieżu, Hałdy Paznokciowych Ścinków, Gówniane Jezioro, Płaskowyż Zużytych Pieluch Jednorazowych, Morze Wrzących Wymiocin czy Ocean Zmarnowanej Spermy (bardzo się powiększył od czasu wynalezienia VHS).

A tak poza tym, odbywają się tam całkiem niezłe imprezki. Jest Marylin Monroe, JFK z całą rodziną, Adolf Hitler, Józef Stalin, James Dean, Kurt Cobain a nawet Katarzyna Medycejska, Elżbieta Batory, Czyngis-Chan i Kain. Kurczę, jest tu cały Woodstock z Hendrixem, Joplin i Cockerem na czele. Za Piotrowymi Wrotami takiej balangi na pewno nie ma – tam siedzi Ghandi ze świętym Tomaszem z Akwinu i przynudzają. Nasza bohaterka dostaje pracę telemarketerki (powszechnie wiadomo, że każdy telemarketer, który do nas dzwoni, to pomiot Szatana – jak inaczej zrozumieć telefony w sobotę o ósmej rano lub w czasie, gdy zasiadamy do pysznej kolacji?). Gdy Madison rozmawia z ludźmi ciężko chorymi, samotnymi lub po prostu wiekowymi, udaje jej się czasem namówić ich do samobójstwa – wizja piekła atrakcyjniejszego niż prowadzone przez nich życie jest zbyt kusząca. Populacja piekła rośnie, co zaczyna trochę niepokoić jego władców.

Ciąg dalszy na:
http://plejbekpisze.blogspot.com/2018/06/potepieni.html

pokaż więcej

 
2018-09-05 18:31:15
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

Nadmiar człowieczeństwa

Trzecia część trylogii „Wspomnienie o przeszłości Ziemi” to dalsze dzieje ludzkości, skazanej na potworną samotność z konieczności. Cixin Liu ma rozmach – jego „Koniec śmierci” zabiera nas w tak odległą przyszłość, tak niezmierzone przestrzenie i tak abstrakcyjne wymiary, jak mało która powieść science fiction.

Pewna pani naukowiec z Państwa Środka, Cheng Xin,...
Nadmiar człowieczeństwa

Trzecia część trylogii „Wspomnienie o przeszłości Ziemi” to dalsze dzieje ludzkości, skazanej na potworną samotność z konieczności. Cixin Liu ma rozmach – jego „Koniec śmierci” zabiera nas w tak odległą przyszłość, tak niezmierzone przestrzenie i tak abstrakcyjne wymiary, jak mało która powieść science fiction.

Pewna pani naukowiec z Państwa Środka, Cheng Xin, pracowała dla Planetarnej Agencji Wywiadowczej w czasach, gdy Trisolarianie byli jeszcze w drodze do Układu Słonecznego. Z dnia na dzień stała się obiektem zazdrości większości kobiet na świecie – jakiś tajemniczy wielbiciel kupił jej gwiazdkę z nieba. Dosłownie. Otóż jej były kolega ze studiów o imieniu Tianming postanawia wydać cały swój majątek na prezent dla ukochanej, zanim rak płuc zje go żywcem. Cheng Xin dowiaduje się o tym trochę za późno, więc postanawia odnaleźć go w przyszłości wśród gwiazd. Również dosłownie. Nie przypuszcza jeszcze, że ostatecznie otrzyma od Tianminga prezent, przy którym bledną wszystkie gwiazdy. Także jak najbardziej dosłownie.

Cixin Liu nazywa hibernację „końcem śmierci”. Jest ona powszechnie dostępnym sposobem na przedłużenie egzystencji ludzi epoki kryzysu trisolariańskiego. Cheng Xin w taki właśnie sposób przenosi się w przyszłość, do czasów, gdy Ziemia i jej wrogowie tkwią w nierozerwalnym klinczu. Trwa nowa zimna wojna, tym razem pomiędzy kosmicznymi cywilizacjami – palec na przycisku zagłady trzyma Dzierżyciel Miecza, czyli wspomniany twórca Teorii Ciemnego Lasu, Luo Ji. Prawdopodobieństwo spełnienia przez niego groźby jest szacowane przez Trisolarian niebywale wysoko. Tak naprawdę tylko ta odczłowieczona i pozbawiona jakichkolwiek ludzkich cech postawa Dzierżyciela jest gwarantem pokoju. Tymczasem Ziemianie wpadają na karkołomny pomysł wymiany Luo Ji na Cheng Xin. Zamieniają ludzką maszynę na osobę o wysokich standardach moralnych, humanistycznych ideałach, wielkiej empatii i gorącym sercu. Od tej pory wyobraźnia Cixina Liu zrywa się ze smyczy i nawet granice czasu i przestrzeni nic dla niej nie znaczą, zaś „koniec śmierci” zyskuje ostatecznie trochę inne znaczenie.

Cheng Xin to właściwie główna bohaterka całej trylogii, choć pojawia się dopiero w trzeciej części. To nie tylko kobieta z krwi i kości, lecz symbol całej naszej cywilizacji. To ludzkość zredukowana do pojedynczej osoby. Na jej przykładzie autor snuje opowieść o zagubieniu człowieka w niezmierzonej, nieodkrytej i absolutnej otchłani kosmosu. W powieściowym wszechświecie podróże międzygwiezdne, starwarsowe parlamenty i sojusze, terraformowanie planet i wszelkie próby kontaktu z obcymi cywilizacjami jawią się jako przykłady naiwnego, niepoprawnego romantyzmu. Wszechświat nienawidzi życia i, choć zgodnie z Teorią Ciemnego Lasu, jest nim przepełniony, traktuje je jak swoją chorobę. Miał trochę pecha, ponieważ gdyby podczas Wielkiego Wybuchu wartości stałych fizycznych okazały się choć odrobinę inne – życie nigdy by nie powstało. A tak, choć praktycznie niemożliwe, jest wszechobecne. Trwa w tym starym, sparaliżowanym, puchnącym trupie, jakim jest kosmos Cixina Liu. Ludzie nie znaczą w tej skali zupełnie nic, nasza cywilizacja to tylko jedna z najmarniejszych bakterii wgryzających się w wielkie cielsko martwego Behemota.

Ciąg dalszy na:
http://plejbekpisze.blogspot.com/2018/05/koniec-smierci.html

pokaż więcej

 
2018-08-31 23:07:59
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Esperanto śmierci

Wydawnictwo Vesper wydało właśnie najsłynniejszą i mojej opinii najlepszą powieść Herberta George'a Wellsa. Podobnie jak w poprzednich powieściach, autor wskazuje na zagrożenia płynące z niewłaściwego wykorzystania zdobyczy naukowych, tym razem są one jednak używane przez pozaziemską cywilizację. Na Ziemię spadają wielkie metalowe walce, przenosząc w swoim wnętrzu Marsjan i...
Esperanto śmierci

Wydawnictwo Vesper wydało właśnie najsłynniejszą i mojej opinii najlepszą powieść Herberta George'a Wellsa. Podobnie jak w poprzednich powieściach, autor wskazuje na zagrożenia płynące z niewłaściwego wykorzystania zdobyczy naukowych, tym razem są one jednak używane przez pozaziemską cywilizację. Na Ziemię spadają wielkie metalowe walce, przenosząc w swoim wnętrzu Marsjan i ich broń – charakterystyczne trójnogie pojazdy, przed którymi uciekał Tom Cruise w 2005 roku. Ludzie z początku traktują te wydarzenia jako kolejną ciekawostkę, atrakcję rozjaśniającą ich smutny i ciemny codziennością świat. Marsjanie jednak nie maja pokojowych zamiarów, ich celem jest całkowite zniszczenie ludzkiej cywilizacji i zajęcie Ziemi. Nie ma negocjacji, nie ma prób porozumienia, białe flagi trzeba przeszyć na całuny. Marsjański blitzkrieg ustanawia błyskawicznie nowy porządek świata a ludzkość zostaje zgnieciona szybciej niż jest w stanie wyjść z szoku i w ogóle uświadomić sobie co się dzieje.

Marsjanie to prawie Nadistoty z teorii Adama Wiśniewskiego-Snerga, polskiego pisarza science fiction. Ich inteligencja, technologia są kilka rzędów wyżej niż ludzka, ich motywacja nieodgadniona, siła rażenia nie do powstrzymania. „Prawie” - ponieważ ludzie jednak dostrzegają fakt inwazji, są w stanie zidentyfikować najeźdźcę, podobnie agresorzy zdają się wiedzieć dokładnie, że to właśnie ludzi muszą wytępić w pierwszej kolejności. Stosunek Marsjan do ludzi nie jest więc stosunkiem słoni do mrówek (gdzie „społeczności” te mogą w ogóle nie zdawać sobie sprawy ze swego istnienia, wzorem snergowej teorii) a raczej stosunkiem watahy wilków do stada kur (widzą się wzajemnie, ale są z wiadomego powodu niezdolne do porozumienia). Ludzie-kury ignorują pierwszego wilka, który zakradł się w pobliże kurnika, położył przy wejściu i nie spuszcza z nich oka. Jakiekolwiek niebezpieczeństwo zagrażające, pozbawionemu co prawda nadzoru, ale prężnie się rozwijającemu kurnikowi, wydaje się absurdalne. Jest przecież technologia, jest humanizm, dobrobyt, praca, sztuka i kultura. Kury nie dopuszczają do siebie myśli, że gdzieś tam poza ich kurnikiem jest wyżej rozwinięta społeczność, która nie kieruje się tymi samymi zasadami moralnymi (o ile takowe istnieją).

Autor zaznacza jednak, że Marsjanie postępują wobec Ziemian podobnie jak konkwistadorzy Corteza wobec meksykańskich Indian, jak armia Czyngis-chana wobec reszty świata. Tak jakby sam fakt posiadania środków ku ekspansji, przy jednoczesnej świadomości przewagi technologicznej i umysłowej (bo przecież nie moralnej), był warunkiem koniecznym i wystarczającym, aby rozpętać wojnę. Marsjanie zaatakowali nas, bo taka była po prostu kolej rzeczy, my ludzie nie jesteśmy lepsi, rzeki Afryki i Ameryki dość często przecież spływały krwią wyrzynanych plemion.

Ciąg dalszy na:
http://plejbekpisze.blogspot.com/2018/05/wojna-swiatow.html

pokaż więcej

 
2018-08-31 23:05:44
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Bulwar zachodzącego słońca 2

Chuck Palahniuk tym razem napisał powieść-film. Po coraz śmielszych eksperymentach z formą w „Snuff”, „Rancie” czy „Pigmeju”, przyszedł czas na doświadczenie chyba jak dotąd najbardziej radykalne. „Powiedz wszystko” jest praktycznie gotowym scenariuszem filmowym, pełnym cięć, didaskaliów, szczegółowych opisów scenografii oraz tego, co Palahniuk robi najlepiej –...
Bulwar zachodzącego słońca 2

Chuck Palahniuk tym razem napisał powieść-film. Po coraz śmielszych eksperymentach z formą w „Snuff”, „Rancie” czy „Pigmeju”, przyszedł czas na doświadczenie chyba jak dotąd najbardziej radykalne. „Powiedz wszystko” jest praktycznie gotowym scenariuszem filmowym, pełnym cięć, didaskaliów, szczegółowych opisów scenografii oraz tego, co Palahniuk robi najlepiej – refrenowo powracających sentencji i aforyzmów, które czasem niebezpiecznie zbliżają się do obszarów zarezerwowanych dla Paulo Coelho.

Lata pięćdziesiąte, Złota Era Hollywood. Mamy dwie bohaterki. Pierwszą jest starzejąca się, samotna supergwiazda, Katherine Kenton. Drugą – narratorka powieści, Hazie Coogan, służąca Katherine. Według niej jest ona służącą dokładnie w takim stopniu, jak rolnik jest służącym świni albo kartofla. Hazie twierdzi, że jest hodowcą swej pani, fabryką jej osoby i sprawczynią jej sukcesu. A Katherine to produkt, starannie skrojony wytwór hollywoodzkiej maszyny, doglądany i chroniony przez Hazie. Gdy poznaje pewnego dnia przystojnego młodziana, Webstera Carltona Westwarda III, i nawiązuje z nim romans, w głowie Hazie zapala się czerwona lampka. A co, jeśli to taki uśmiechający się, tańczący dookoła bawidamek wkradający się do życia samotnych, gasnących gwiazd filmowych? Może to złodziej tajemnic, wysłannik jakichś ówczesnych Pomponików i Pudelków? Hazie zrobi wszystko, aby ochronić swą panią przed zagrożeniem. Prawda, jak to bywa u Palahniuka, okazuje się zupełnie niespodziewana i wywraca wszystko do góry nogami.

Pisarz w bezlitosny sposób punktuje styl życia hollywoodzkiej śmietanki towarzyskiej i wywleka na wierzch wielkie pokłady brudu i zgnilizny, fermentujące pod warstwą pudru i różu. W świecie filmowców nie ma nic naturalnego, zdefiniowanego przez własne indywidualne cechy. Cały ten blichtr, aksamity, broszki, atłasowe pościele, kandelabry, czerwone dywany, nigdy nieużywane garnki i patelnie oraz dziesiątki wymagających ciągłego polerowania nagród filmowych to nieudolne próby nadawania sensu i znaczenia własnemu życiu. Wszystko musi być oetykietowane – ubrania, gesty, sposoby gestykulacji, jedzenie i meble. Nikt tu nie nosi po prostu butów tylko „buty od Gucciego”, nikt nie strzepuje kłaczków z ubrania, lecz robi to „wystylizowanymi gestami Agnes De Mille lub Marthy Graham”. Nawet czas ma swoją markę – przeszłe zdarzenia przywoływane są jako te, które miały miejsce, na przykład „kiedy każdą piosenką w radiu była «Bewitched, Bothered and Bewildered», śpiewana przez Helen O’Connell przy akompaniamencie zespołu Jimmy’ego Dorseya”. Hazie w swej narracji kompulsywnie przywołuje imiona i filmowe tytuły, marki ubrań lub alkoholi, wiążąc cechy otaczającego ją świata z Clarkiem Gable’em, Liz Taylor, Pradą czy „Casablancą”. Potęguje to wrażenie sztuczności i fabrykacji każdego elementu powieści.

Ciąg dalszy na:
http://plejbekpisze.blogspot.com/2018/05/powiedz-wszystko.html

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
1004 237 5507
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (136)

Ulubieni autorzy (38)
Lista ulubionych autorów
Ulubione cytaty (2)
lista cytatów
zgłoś błąd zgłoś błąd