Marcin Knyszyński 
plejbekpisze.blogspot.com
39 lat, mężczyzna, Toruń, status: Czytelnik, ostatnio widziany 1 dzień temu
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2018-05-17 13:02:32
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

„Zabójczy żart” Alana Moore’a i Briana Bollanda jest dla mnie komiksem szczególnym. W styczniu 1991 roku, na jakimś dworcu autobusowym poszedłem do kiosku, po coś tam. Byłem wtedy dwunastolatkiem zakochanym w Tytusie, Kleksie, Kajku i Kokoszu. Gdy wypatrzyłem dziwny komiks, z lekko przerażającą twarzą bladego kolesia z aparatem fotograficznym, zacząłem głośno wołać swoją mamę. „Kup mi,... „Zabójczy żart” Alana Moore’a i Briana Bollanda jest dla mnie komiksem szczególnym. W styczniu 1991 roku, na jakimś dworcu autobusowym poszedłem do kiosku, po coś tam. Byłem wtedy dwunastolatkiem zakochanym w Tytusie, Kleksie, Kajku i Kokoszu. Gdy wypatrzyłem dziwny komiks, z lekko przerażającą twarzą bladego kolesia z aparatem fotograficznym, zacząłem głośno wołać swoją mamę. „Kup mi, proszę!”, I się zaczęło. Całe kieszonkowe szło od tej pory na komiksy TM-Semic (kosztowały 9900 zł każdy, więc były raczej drogie w porównaniu do dotychczasowych).

Nie chcę pisać typowej recenzji „Zabójczego żartu” ani żadnej interpretacyjnej rozprawy. Przeczytałem przysłowiowe dziesiątki analiz, w tym tę bardzo głośną, autorstwa Granta Morrisona. Dwadzieścia siedem lat temu nie wiedziałem o czym czytam, nie zrozumiałem chyba nic. W pamięci zapadła głęboko psychodela, bezsensowna brutalność, żart o latarce zgaszonej w „połowie drogi”, Barbara padająca na ziemię w deszczu szkła, martwy właściciel wesołego miasteczka zastygły w wiadomej pozie, czerwony hełm bez otworów na oczy, biedne skorupiaki, komisarz Gordon na smyczy, szalony rollercoaster w lunaparku (sparodiowany po latach w „South Park”), enigmatyczne zakończenie i wspaniałe rysunki. To jest idealny przykład komiksu (w moim przypadku jedyny taki), który przeczytany w dzieciństwie, nie stracił nic podczas kolejnych odczytów – a była ich niezliczona ilość. Zmienia się oczywiście perspektywa, ale zachwyt pozostaje cały czas ten sam.

Teraz patrzę na to wszystko zupełnie inaczej, w inny sposób czytam i oglądam tę historię. Kto jest ostatecznie górą w tej rozgrywce? Batman czy Joker? Dopuszczam oczywiście tezę Morrisona, w której to Joker i jego racje są ostatecznie na wierzchu, choć w głębi duszy skłaniam się raczej ku tej popularniejszej – Batman pokazał, że Joker się myli. I cały czas nie jestem pewien jednego – jak dokładnie interpretować końcowy żart Jokera o dwóch szaleńcach uciekających z wariatkowa?

pokaż więcej

 
2018-04-28 00:27:51
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:
Cykl: Trylogia Nikopola (tom 1-3) | Seria: Plansze Europy

Surrealizm zaangażowany

Enki Bilal, jeden z najsłynniejszych europejskich twórców komiksowych, pochodzi z dawnej Jugosławii. Jego rodzina przybyła do Paryża z Belgradu w 1960 roku, wymykając się z kraju pozostającego we władzy Josipa Broza-Tito. Bilal często powtarzał, że widok zniszczonej jugosłowiańskiej stolicy pozostał z nim na całe życie i wpłynął na specyficzną, obskurną i lekko...
Surrealizm zaangażowany

Enki Bilal, jeden z najsłynniejszych europejskich twórców komiksowych, pochodzi z dawnej Jugosławii. Jego rodzina przybyła do Paryża z Belgradu w 1960 roku, wymykając się z kraju pozostającego we władzy Josipa Broza-Tito. Bilal często powtarzał, że widok zniszczonej jugosłowiańskiej stolicy pozostał z nim na całe życie i wpłynął na specyficzną, obskurną i lekko turpistyczną estetykę jego komiksów. Zajrzyjmy do jego najgłośniejszego dzieła, pierwszego w pełni autorskiego komiksu – nie zaczynam od początku, na to przyjdzie jeszcze czas. Owym legendarnym już komiksem jest „Trylogia Nikopola”, której albumy wychodziły kolejno w 1980, 1986 i 1992 roku.

Tryptyk otwierają „Targi nieśmiertelnych”. Jest to historia Alcyda Nikopola, skazanego w 1993 roku za zdradę narodu. Zahibernowany i wysłany za karę w przestrzeń kosmiczną budzi się trzydzieści lat później, w Paryżu skutym łańcuchami faszyzmu. Stolica niegdysiejszej Francji jest autonomicznym państwem-miastem, rządzonym twardą ręką przez Jeana-Ferdinanda Choublanca, który wprowadził w życie specyficzną odmianę faszyzmu – „fallokratyczny” szublankizm. To skrajnie mizoginistyczna odmiana rządów, redukująca kobiety do roli żywych inkubatorów i utrzymująca, za pomocą inżynierii genetycznej, udział mężczyzn w społeczeństwie na poziomie osiemdziesięciu procent. Choublanc ma problem – nad Paryżem zawisł dziwny statek kosmiczny o kształcie piramidy, którego pasażerami okazują się bóstwa znane z egipskiej mitologii. Anubis, Bast i reszta domagają się olbrzymiego trybutu w paliwie. Nikopol wrzucony zostaje w wir wydarzeń, które przekraczają nieco zdolność jego rozumowania. Dowiaduje się, że ma syna, Alcyda Juniora, który okazuje się być jego doskonałą kopią i rówieśnikiem oraz zostaje opanowany przez boga Horusa, zbiega z piramidy potrafiącego wejść w ciało innej żywej osoby i wykorzystywać je jako swojego awatara.

W drugiej części trylogii, „Kobiecie pułapce” mamy okazję dowiedzieć się nieco więcej o samym świecie i jego geopolityce. Jednym z największych mocarstw na naszej planecie jest państwo Czechosowietów, czyli tak naprawdę Układ Warszawski, który przetrwał do 2025 roku. W świecie Bilala panuje tam inny totalitaryzm niż ten paryski – a mianowicie monstrualny komunizm. W Wielkiej Brytanii zapanował hiperliberalizm, spełnienie mokrego snu Ayn Rand i Margaret Thatcher. Londyn jest jednym wielkim, już nawet nie multinarodowym, lecz multigatunkowym kotłem – obok ludzi żyją w nim również Zuben’Ubijczycy, przybysze z innego wymiaru, żywiący się naszymi, ziemskimi narkotykami. Berlin jest permanentnym, trójkątnym polem bitwy pomiędzy chrześcijaństwem, islamem i dziwnymi kosmitami składającymi gigantyczne jaja w pobliżu miejsc religijnych kultów. Między tymi wszystkim miejscami podróżuje angielska dziennikarka, Jill Bioskop, opłakująca śmierć swojego kochanka-kosmity, który zginął w zamachu Zuben’Ubijczyków na londyńską społeczność Afro-Pakistańską. Jill zażywa podejrzany środek o nazwie HLV, który rzekomo tłumi emocje. Jak się okazuje, HLV całkowicie odkształca rzeczywistość rejestrowaną przez Jill, czyniąc ją niewiarygodnym narratorem. Fantasmagoryczna podróż dziennikarki przez europejskie metropolie wiedzie ją ostatecznie na spotkanie z bohaterami pierwszej części – Horusem i towarzyszącym mu mimowolnie Alcydem Nikopolem Seniorem.

Ciąg dalszy na:
http://plejbekpisze.blogspot.com/2018/04/trylogia-nikopola.html

pokaż więcej

 
2018-04-24 10:08:14
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Cykl: Kaznodzieja [HC] (tom 4) | Seria: Klub Świata Komiksu

W poszukiwaniu drugiej szansy

Jesse, Tulip i Cassidy nadal szukają Boga. Chcą mu zadać serię niewygodnych pytań. Czwarty tom „Kaznodziei” przynosi wyraźne przyspieszenie akcji oraz powrót groteskowego Herr Starra, nowego Wszechojca tajnej organizacji Graal. Bierzemy udział w największej i najbardziej spektakularnej zadymie jak do tej pory. A do tego (co stało się już regułą) otrzymujemy aż...
W poszukiwaniu drugiej szansy

Jesse, Tulip i Cassidy nadal szukają Boga. Chcą mu zadać serię niewygodnych pytań. Czwarty tom „Kaznodziei” przynosi wyraźne przyspieszenie akcji oraz powrót groteskowego Herr Starra, nowego Wszechojca tajnej organizacji Graal. Bierzemy udział w największej i najbardziej spektakularnej zadymie jak do tej pory. A do tego (co stało się już regułą) otrzymujemy aż trzy historie specjalne, przybliżające nam ważne drugoplanowe postacie. Powoli, lecz nieodwołalnie, szykujemy się na finał.

Odcinki specjalne, podobnie jak miało to miejsce w trzecim tomie, rysowane są przez nowych twórców. Historię dwóch zabójczo niebezpiecznych rednecków z luizjańskich bagien, których znamy z pierwszego tomu „Kaznodziei”, ilustruje znany grafik – Carlos Ezquerra. Opowieść zupełnie nic nie wnosi do głównego wątku, jednak nie wyobrażam sobie, aby mogło jej zabraknąć. Ennis w rozbrajający sposób parodiuje kiczowate filmy akcji sprzed trzydziestu lat, robiąc z Jody’ego (prześladowcy rodziny małego Jessego) współczesnego Conana z blondyną owiniętą wokół uda.

Richard Case zabiera nas do pierwszej połowy lat dziewięćdziesiątych – czasów garażowych brzmień prosto z Seattle, flanelowych koszul w kratę i buntowniczych tekstów Kurta Cobaina. Dowiadujemy się w jaki sposób Gębodupa – którego zostawiliśmy w momencie, gdy zaczął robić karierę w showbiznesie – zasłużył sobie na swój przydomek. Przygnębiający odcinek, w którym nie ma tak naprawdę pozytywnych postaci: ojciec, ultrakonserwatywny oszalały wojskowy, żywcem wyjęty z filmu „American Beauty”; matka-alkoholiczka udająca, że nie widzi przemocy wobec swojego dziecka i w końcu syn, całkowicie oderwany od rzeczywistości egocentryk z obsesją na punkcie własnej niedoli – kopia bohatera komiksu „Śmierć: Wysoka cena życia” Neila Gaimana.

I w końcu najlepszy i najbardziej istotny odcinek specjalny, narysowany przez Petera Snejbjerga. Poznajemy przeszłość Herr Starra, który w czwartym tomie staje się praktycznie bohaterem pierwszoplanowym. Starr to człowiek ciężko doświadczony w dzieciństwie, który postanawia zaprowadzić na świecie ład i porządek – taki na własną modłę. Nie jest ważne, ilu ofiar będzie to wymagało, ile przeleje się krwi i łez – zepsuty, skorumpowany i groteskowo obrzydliwy świat musi zostać ściśle zorganizowany według jego woli. I jak to już wiemy z poprzednich tomów, środkiem do osiągnięcia tego celu jest nikt inny jak Jesse Custer.

Ciąg dalszy na:
http://plejbekpisze.blogspot.com/2018/04/kaznodzieja-tom-czwarty.html

pokaż więcej

 
2018-04-18 19:13:01
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Cykl: Takeshi Kovacs (tom 2)

Stukanie w monolit

„Upadłe anioły” to powieść w kilku aspektach podobna do „Modyfikowanego węgla”. Obie są brutalnymi, spływającymi posoką, nieprzebierającymi w subtelnościach, trochę pulpowymi przedstawicielami science fiction, nieaspirującymi do miana literackiego objawienia. Richard Morgan zmienił jednak nieco środki wyrazu i sam pomysł na użycie fantastycznych akcesoriów. Druga powieść o...
Stukanie w monolit

„Upadłe anioły” to powieść w kilku aspektach podobna do „Modyfikowanego węgla”. Obie są brutalnymi, spływającymi posoką, nieprzebierającymi w subtelnościach, trochę pulpowymi przedstawicielami science fiction, nieaspirującymi do miana literackiego objawienia. Richard Morgan zmienił jednak nieco środki wyrazu i sam pomysł na użycie fantastycznych akcesoriów. Druga powieść o Takeshim Kovacsu to już nie jest rasowy, gibsonowy cyberpunk w noirowych barwach. Tym razem dostajemy militarne SF, space operę z dynamiczną fabułą, nieoczekiwanymi zwrotami akcji, elementami grozy oraz gore.

Kovacs nie jest już detektywem do wynajęcia, lecz po prostu awanturnikiem i wojennym najemnikiem. Jedna jego cecha pozostaje niezmieniona – to twardziel zbudowany z metaforycznego diamentu – autor uczynił go wręcz nadczłowiekiem, który, tracąc krew z dziesięciu ran, potrafi jednocześnie otwierać piwo kością z otwartego złamania. Napędza go pragnienie śmierci i nieusuwalna trauma z przeszłości. Jako były Emisariusz musi żyć na tzw. pełnej petardzie, ponieważ jeśli tylko pozwoli sobie na chwilę zadumy, w jego głowie zwizualizują się potworne sceny masowych mordów, miliony spadających łusek po nabojach oraz widoki płonących miast. Kovacs każdego poranka czuje zapach dwudziestosześciowiecznego odpowiednika napalmu. Ten swąd przyprawia go o mdłości.


Na początku powieści zastajemy go liżącego swe rany w szpitalu Protektoratu na planecie Sanction IV. Właśnie wrócił z kolejnej bitwy z siłami rewolucjonisty, niejakiego Joshuy Kempa, który postanowił obalić tamtejszy rząd. Kovacs, jako najemnik w szeregach oddziałów rządu, wiedzie egzystencję przepełnioną nieustanną przemocą, licząc na jakąś odmianę sytuacji. I oto jest nadzieja. Dziwny, podejrzany typ o nazwisku Schneider namawia go na dezercję. Podobno na terenach największych walk, gdzieś przy Północnej Grani, leży zakopany w głęboko w ziemi potężny artefakt starożytnych Marsjan. Tak, Marsjan – nazwano ich tak dlatego, że to na czerwonej planecie odkryto pierwsze ślady ich cywilizacji przewyższającej technologicznie naszą o milenia. Trzeba tylko uwolnić słynną panią archeolog z obozu dla uchodźców. Tanya Wardami dołącza do dwóch straceńców, którzy, aby wykonać swoją mission impossible, muszą dokonać kilku niemożliwych rzeczy. Powinni przedostać się niezauważeni na teren frontu. Należy też zdobyć jakichś sojuszników w megakorporacjach, którzy zaoferują potrzebną techniczną pomoc oraz znaleźć kupca na artefakt. Przede wszystkim jednak trzeba zrozumieć czym ów artefakt jest i jak go użyć. I przeżyć to wszystko w jednym kawałku.

W najlepszym filmie science fiction w dziejach kina mamy pamiętną scenę, w której wokół czarnego monolitu o idealnie prostokątnym kształcie zbiera się zgraja naszych owłosionych przodków. Małpoludy próbują zrozumieć to, na co patrzą – nie mają jednak szans, przepaść cywilizacyjna jest zbyt wielka. Richard Morgan dosłownie w ten sam sposób rozstawia ludzi wokół ruin świata Marsjan. Ci nieobecni już obcy byli tytanami wiedzy i hegemonami kosmosu w czasach, gdy na Ziemi panowała jeszcze epoka lodowcowa. Biorąc do ręki dowolny przedmiot pochodzący od Marsjan, nie wiemy, czy patrzymy na dzieło sztuki, ozdobę garderoby, komputer, jakiś żywy organizm, twór natury, a może skamieniałe odchody. Zbyt szybko odkryliśmy resztki tej zaginionej cywilizacji. Nie zasługujemy na to, nie umiemy się posługiwać tym znaleziskiem, nie wiemy w ogóle, czym jest – a i tak będziemy gotowi dla tego przelewać krew niewinnych ludzi. Autor wyraźnie zaznacza, że groza przed nieznanym została w tym przypadku wyparta przez małpią ciekawość i ludzką chęć zysku. Jesteśmy tak stworzeni przez naturę, że nigdy nie oprzemy się możliwości stukania palcem w czarny monolit. I choć nigdy nie poznamy jego prawdziwej natury, zawsze będziemy wokół niego tańczyć.

Dalszy ciąg na:
http://plejbekpisze.blogspot.com/2018/04/upade-anioy.html

pokaż więcej

 
2018-04-14 14:01:58
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:
Cykl: Hellboy (the deluxe edition) (tom 2) | Seria: Hellboy

Rysowanie konturów

W pierwszym tomie nowej edycji przygód Hellboy’a mogliśmy przeczytać dwie dłuższe opowieści, które fabularnie były dość wyraźnie z sobą powiązane. Tajne plany rosyjskiego czarownika Rasputina, w których nasz czerwony przybysz z piekła ma odegrać niebagatelną rolę, stanowiły oś wydarzeń. Drugi tom jest skonstruowany zupełnie inaczej. Otóż tym razem dostajemy zbiór piętnastu...
Rysowanie konturów

W pierwszym tomie nowej edycji przygód Hellboy’a mogliśmy przeczytać dwie dłuższe opowieści, które fabularnie były dość wyraźnie z sobą powiązane. Tajne plany rosyjskiego czarownika Rasputina, w których nasz czerwony przybysz z piekła ma odegrać niebagatelną rolę, stanowiły oś wydarzeń. Drugi tom jest skonstruowany zupełnie inaczej. Otóż tym razem dostajemy zbiór piętnastu opowiadań, pulpowych opowieści niesamowitych, połączonych tylko poprzez postać głównego bohatera. Najważniejszy wątek serii, czyli przeznaczenie Hellboy’a i tajemnica jego pochodzenia, jest tu zepchnięty zdecydowanie na dalszy plan (choć nie całkowicie), podobnie zresztą jak całe Biuro Badań Paranormalnych i Obrony.

Wszystkie historie z drugiego tomu „Hellboy’a” powstały jeszcze przed 2001 rokiem, kiedy to światło dzienne ujrzała kolejna długa „powieść” o piekielnym chłopcu – „Czerw zdobywca”. Niektóre z nich, te dość wczesne, zebrane zostały kiedyś w „Spętanej trumnie”; inne, późniejsze, złożyły się na „Prawą rękę zniszczenia”. Scott Allie w przedmowie nazywa ostatnie lata dwudziestego wieku „środkowym okresem Mike’a”, kiedy to autor „Hellboy’a” tworzył przede wszystkim krótkie formy, czyli to, co lubi najbardziej. Zupełnie jak w serialu „Z archiwum X” mamy do czynienia zarówno z opowiadaniami bezpośrednio budującymi mitologię świata Mignoli, jaki i z epizodami pojedynczymi, oderwanymi od głównego wątku. Najczęściej jest tak, że Mike Mignola bierze na tapetę jakieś stare ludowe podanie (głównie staroangielskie lub irlandzkie) i czyni jego założenia realnymi w świecie komiksu. Następnie wysyła czerwonego diabła w sam środek piekielnej zadymy, aby ten zrobił porządek z nadnaturalnym zagrożeniem.

W kilku wczesnych opowiadaniach nie da się nie zauważyć pewnej wtórności i trudno pozbyć się uczucia, że czytamy ciągle to samo. Takie opowieści jak: „Żelazne buty” ( szort o goblinie czyhającym w ruinach na przechodniów); „Wilki ze świętego Augusta” (historia o klątwie rzuconej przez zakonnika na rodzinę czcicieli antychrysta), „Baba Jaga” (wiadomo, o Babie Jadze) czy wreszcie „Gwiazdka w zaświatach” (zgrabne przetwarzanie toposu wampira i całej związanej z nim symboliki) nie wyłamują się z pewnego schematu. Jest zło, które coraz śmielej sobie poczyna, nagle wpada Hellboy, rach-ciach i pojawia się Big Boss do pokonania. Hellboy spuszcza manto potworowi i przechodzi do kolejnej historii. Piszę to trochę prowokacyjnie, bo przecież uwielbiam te historie – w przypadku „Hellboy’a” wzorcowo wręcz sprawdza się prawo inżyniera Mamonia. Najbardziej podoba się nam to, co już znamy.

Ciąg dalszy na:
http://plejbekpisze.blogspot.com/2018/04/hellboy-tom-2.html

pokaż więcej

 
2018-04-14 14:01:44
Dodał książkę na półkę: Chcę przeczytać
Autor:
Cykl: Hellboy (the deluxe edition) (tom 3) | Seria: Hellboy
 
2018-04-11 21:58:45
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

Recenzja pochodzi z
http://plejbekpisze.blogspot.com/

Wieczne teraz

Grudzień 2011. Do Edynburga zbliża się huragan Jajwór(!). Według opinii światowych specjalistów będzie to wydarzenie przełomowe, po nim nic już nie będzie w Szkocji takie samo. Tylko, że tu ciągle piździ i leje, co tam Jajwór, nikt go nawet nie zauważył! Bohaterowie ostatniej powieści Irvine’a Welsha mają, jak to się teraz...
Recenzja pochodzi z
http://plejbekpisze.blogspot.com/

Wieczne teraz

Grudzień 2011. Do Edynburga zbliża się huragan Jajwór(!). Według opinii światowych specjalistów będzie to wydarzenie przełomowe, po nim nic już nie będzie w Szkocji takie samo. Tylko, że tu ciągle piździ i leje, co tam Jajwór, nikt go nawet nie zauważył! Bohaterowie ostatniej powieści Irvine’a Welsha mają, jak to się teraz mówi, wywalone na wszystko. Teraźniejszość, mimo tego, że właściwie nie istnieje, płynnie przechodząc z przyszłości do przeszłości, jest dla nich jedynym wycinkiem czasu, godnym uwagi i refleksji.

„Słodki” Terry Lawson to czterdziestokilkuletni taksiarz-seksoholik z Edynburga. Jego życie to nieustanna „niezła jazda” – kokaina i „ryćkanie”. Dużo jednego i drugiego. Terry zna ulicę, wie, jak się poruszać po mieście, jak załatwić dragi i skołować laseczki. Jego dzieci rozsiane są po całym Edynburgu, ale prawie żadne nie nosi jego nazwiska. Życiowym motto Terry’ego jest: „Człowiek nigdy nie jest aż tak zajęty, żeby nie mieć czasu na dymanko”. Pewnego dnia do jego taksówki wsiada Ronald Checker, amerykański celebryta, który przybył do Edynburga w pewnej tajnej misji. Terry zostaje prywatnym szoferem Ronniego i powoli wprowadza go powoli w tajniki „niezłej jazdy”. Gdyby tego było mało, miejscowy gangster o pseudonimie „Pedzio” zleca Terry’emu doglądanie mafijnego domu publicznego podczas swojej nieobecności. Naszego bohatera czekają same kłopoty, okazuje się bowiem, że życie teraźniejszością prędzej czy później zaczyna odbijać się czkawką – diagnoza serducha mówi, że trzeba wstrzymać wyrywającego się wciąż konia i przyhamować nieco ze swoim nałogiem.

Irvine Welsh znowu zaprasza czytelników na spacer po najbardziej zakazanych miejscach Edynburga. Choć tak naprawdę „Bar Bez Nazwy” gdzie zbierają się największe męty i obiboki, sauna-burdel kontrolowana przez gangsterów czy rynsztok przy głównej ulicy bledną w porównaniu z tym, co wyprawia się w najzwyklejszych z pozoru mieszkaniach. Jednym z wątków powieści jest historia Jinty i Jonty’ego. Jinty to prostytutka ukrywająca swój fach przed swoim chłopakiem, Jontym. Jonty natomiast to „trochę powoli myślący, prosty chłopak z jakiejś pipidówy”, który, co tu dużo gadać, ma przekichane w życiu. Jego narracja, przemyślenia i absurdalne przygody jeżą włos na głowie. To, co Welsh wyprawia z tym pozbawionym szczęścia szkockim Forrestem Gumpem, przekroczyło moje najśmielsze oczekiwania. A przecież podziewałem się „niezłej jazdy”.

Historia Terry’ego jest najbardziej komediową, zabawną i rozrywkową powieścią autora. Trzeba jednak zaznaczyć wyraźnie, że śmieszyć i fascynować będzie przede wszystkim tych czytelników, którzy czytali jego wcześniejsze książki, znają jego sposób na literaturę i dokonują wyboru „Niezłej jazdy” świadomie. Welsh pisze językiem przesyconym wulgaryzmami i specyficznym slangiem. Co chwilę żartujemy na temat penisów, seksu, porno, ćpania, dymania, chlania i to w bardzo niewybredny sposób. Miejsce akcji, czyli szkocka stolica urasta tu do rangi jakiegoś komiksowo przerysowanego miejsca, o którym jeden z bohaterów ma pod koniec powieści jednoznaczną opinię: „Padam na kolana i drę się na nich wszystkich, waląc pięścią w tę ohydną poplamioną wykładzinę w zawszonym pokoju i klnąc na tych wszystkich gnojków jak stary szewc! Modlę się, żeby wrócił tu prawdziwy huragan i zmiótł, proszę cię, Boże, ten sracz z powierzchni ziemi! ZABIJ ICH, PANIE BOŻE! PANIE JEZU, ZABIJ ICH! NIECH WRÓCI TU TEN CHOLERNY HURAGAN, TEN WÓRJAJ!!!”

Warto jednak zwrócić uwagę na to, co przebija spod grubej warstwy narracyjnego śluzu. Otrzymujemy bardzo ostrą, jadowitą i oczywiście wyolbrzymioną satyrę pewnego wycinka społeczeństwa. Ci uwięzieni w teraźniejszości bohaterowie, okazują się również mocno zakuci w kajdany przeszłości – swej i swoich rodziców. Powtarzają dokładnie te same błędy i mimowolnie walczą o to, aby historia zatoczyła koło. Ojcowie nie kochają swoich dzieci, bo nigdy nie są pewni, czy bachory są ich. Zaniedbane przez rodziców pokolenie Terry’ego ignoruje i zaniedbuje pokolenie swoich potomków. Wszystkie błędy i przekleństwa przeszłości wracają jak bumerang a jedynym sposobem ucieczki jest życie wyłącznie teraźniejszością. Tylko wtedy bohaterowie mogą na chwilę wyciszyć poczucie winy, wyrzuty sumienia, poczucie zmarnowanych szans, nienawiść i wrażenie beznadziei swego życia. A przecież w głębi duszy są poczciwymi ludźmi.

Ostatnia powieść Irvine’a Welsha to naprawdę niezła jazda. Kilka razy śmiałem się w głos, czasem opadała mi szczęka z niedowierzania – a strony przewracały się same.

pokaż więcej

 
2018-04-05 18:47:17
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Cykl: 100 Naboi (The Deluxe Edition) (tom 1) | Seria: Vertigo

Zemsta wcale nie smakuje

„100 naboi” to jeden z moich ulubionych komiksów. Piętnaście lat temu zaczytywałem się egzemplarzami pożyczonymi od kumpla. Przerabiałem to po kilka razy, zachwycony rysunkami i fabułą. Teraz, gdy Egmont wydał pierwszy tom zbiorczej edycji, przyszedł czas na weryfikację. I po przeczytaniu tej ponad 450-stronicowej cegły nadal uznaję „100 naboi” za rzecz genialną. To...
Zemsta wcale nie smakuje

„100 naboi” to jeden z moich ulubionych komiksów. Piętnaście lat temu zaczytywałem się egzemplarzami pożyczonymi od kumpla. Przerabiałem to po kilka razy, zachwycony rysunkami i fabułą. Teraz, gdy Egmont wydał pierwszy tom zbiorczej edycji, przyszedł czas na weryfikację. I po przeczytaniu tej ponad 450-stronicowej cegły nadal uznaję „100 naboi” za rzecz genialną. To czysta esencja tego, czym komiks jest i powinien być, wzorcowy przykład tego medium.

Wyobraź sobie, że spotkała cię w życiu wielka krzywda i niesprawiedliwość. Lądujesz niesłusznie w więzieniu, ktoś zabija ci bliską, ukochaną osobę, twoje życie zostaje zniszczone. Musisz je budować na nowo, musisz żyć, choć nie widzisz już celu. I wtedy spotykasz pewnego starszego jegomościa z tajemniczym neseserem. Facet mówi ci, że w tej walizce są dowody obciążające winnego twojej tragedii, pistolet i sto naboi. Możesz sam wymierzyć sprawiedliwość. Pociski są nie do namierzenia. Policja, nawet jeśli przyłapie cię na gorącym uczynku, otrzyma dziwny telefon i błyskawicznie wyjdziesz na wolność. Ślady twojego aresztowania zostaną nieodwracalnie usunięte.

Tak mniej więcej rysuje się fabuła każdego odcinka „100 naboi”. Wszystkie części połączone są jednym, na razie bardzo niejasnym, wątkiem – tajemniczy agent Graves rozdający walizki z bronią, bliżej nieokreślona organizacja nazywana Firmą, a w tle krystalizuje się powoli tak zwany „większy obraz”. Autorzy zabierają nas do podejrzanych dzielnic amerykańskich metropolii, do środowiska nizin społecznych, gdzie na co dzień mamy przemoc policji, porachunki gangów a wieczorem można dostać kosę pod żebro. „100 naboi” przypomina mi nieco serialowe arcydzieło, jakim było „Prawo ulicy”, choć pozbawione jest oczywiście tego gigantycznego ciężaru problematyki społeczno-obyczajowej. Świat komiksu to odrapane osiedlowe boiska do koszykówki; ciemne zaułki spowite zapachem marihuany; przepełnione place zabaw, gdzie dzieci wychowują dzieci; obskurne knajpy, z których z hukiem wylatuje co kilka minut jakiś pijak; bary ze striptizem, pełne nieszczęśliwych ludzi, uciekających od codzienności; posterunki policji, w których nie ma już miejsc w areszcie; rogi ulic pełne prostytutek, drobnych oszustów, hazardzistów, handlarzy narkotyków i skorumpowanych glin. To w końcu tanie mieszkania, w których nie znajdziemy szuflady bez spluwy w środku.

Ciąg dalszy na:
http://plejbekpisze.blogspot.com/2018/04/100-naboi-tom-pierwszy.html

pokaż więcej

 
2018-03-30 13:13:07
Dodał książkę na półkę: Chcę przeczytać
 
2018-03-30 08:40:13
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Ewolucja potwora

Dwanaście lat temu „Wieki światła” Iana R. MacLeoda otworzyły najlepszą jak na razie fantastyczną serię wydawniczą w Polsce. „Uczta wyobraźni” zwolniła obecnie tempo, ale jakość pozostaje wysoka. Ostatnio znów pojawił się w niej MacLeod. „Czerwony śnieg” to jego najnowsza powieść, literacka podróż przez ostatnie wieki ludzkiej cywilizacji i ponowne przetwarzanie toposu...
Ewolucja potwora

Dwanaście lat temu „Wieki światła” Iana R. MacLeoda otworzyły najlepszą jak na razie fantastyczną serię wydawniczą w Polsce. „Uczta wyobraźni” zwolniła obecnie tempo, ale jakość pozostaje wysoka. Ostatnio znów pojawił się w niej MacLeod. „Czerwony śnieg” to jego najnowsza powieść, literacka podróż przez ostatnie wieki ludzkiej cywilizacji i ponowne przetwarzanie toposu wampira. Trzeba jednak wyraźnie zwrócić uwagę na jedną rzecz – użycie figury krwiopijcy nie jest tutaj celem samym w sobie, lecz drogą do niego. Autorskim narzędziem do rzeźbienia wielce frapującej idei.

Trzy życia, trzy pragnienia i trzy tragedie. Troje bohaterów naznaczonych, pierwotnym złem, uosobieniem idei antydobra obecnego w każdej kulturze od zarania dziejów. Trzy nici połączone ze sobą powstającymi i upadającymi ideologiami, splątane wiatrem historii i obciążone brzemieniem straszliwej klątwy wywiedzionej prosto z mitów.

Karl Haupmann, kapitan–medyk w wojskach Północy podczas Wojny Secesyjnej. Podczas jednej, najmroczniejszej nocy w życiu, spotyka przerażającą poczwarę żywiącą się krwią na zasłanym trupami polu bitwy. Karl jest od tej pory wieczny, potężny,, nieustannie cierpiący, nieludzki i potwornie samotny. Ezekiel Morel, francuski osiemnastowieczny artysta malarz, restaurator dzieł sztuki. Pewnego dnia, w przededniu koszmaru epoki gilotyn, odwiedza go przepiękna Sybilla, zdająca się wymykać erozji upływającego czasu. Zlecenie namalowania serii portretów tajemniczej damy zmienia wszystko – Ezekiel skazany zostaje na ciągłą mękę i ból duszy. I w końcu Harriet „Harry” Mackenna, nowojorska rewolucjonistka i komunistka, pragnąca wypalić żywym ogniem zarazę rozhulanej Ameryki lat dwudziestych XX wieku. Gdy podczas próby podpalenia teoretycznie pustego zakładu krawieckiego ginie człowiek, Harry wpada w sidła szantażysty o bardzo demonicznej osobowości. Wyrusza w podróż, która pozwoli jej poznać samą siebie i zrozumieć własną historię, choć za bilet musiała zapłacić niewyobrażalnie wysoką cenę.

„Czerwony śnieg” to historie ludzi pragnących zmienić coś w otaczającym ich świecie. Karl chce leczyć, nieść pomoc rannym i chorym. Ezekiel chce tworzyć, ubogacać ducha. Harry chce wyzwolić biednych i uciśnionych. Jednak ciągle coś staje im na drodze, coś przeszkadza w realizacji ich szczytnych przecież celów. Bratobójcza wojna, rewolucja „teraz k… my”, naiwne nadzieje i opacznie rozumiane czerwone obietnice. Bo przecież to nie wampiry są tu największymi potworami, lecz idee. A dokładnie ludzka realizacja założeń tychże.

Ciąg dalszy na:
https://plejbekpisze.blogspot.com/2018/03/czerwony-snieg.html

pokaż więcej

 
2018-03-30 08:38:17
Ma nowego znajomego: Monika Werner
 
2018-03-29 09:57:57
Ma nowego znajomego: Paweł
 
2018-03-28 21:12:15
Ma nowego znajomego: adawid
 
2018-03-26 13:34:52
Dodał książkę na półkę: Chcę przeczytać
 
2018-03-18 18:47:11
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Niezniszczalne idee

Powieść graficzna, opowiadająca o pewnym zamaskowanym anarchiście, sfilmowana dwanaście lat temu przez twórców „Matrixa”, jest pierwszym wielkim dokonaniem Alana Moore’a. Właśnie przeczytałem zbiorcze wydanie wszystkich odcinków „V jak Vendetta”. Komiks powstawał przez długie lata – autor szczegółowo opisuje dzieje jego pisania w posłowiu, gdzie możemy dowiedzieć się jak...
Niezniszczalne idee

Powieść graficzna, opowiadająca o pewnym zamaskowanym anarchiście, sfilmowana dwanaście lat temu przez twórców „Matrixa”, jest pierwszym wielkim dokonaniem Alana Moore’a. Właśnie przeczytałem zbiorcze wydanie wszystkich odcinków „V jak Vendetta”. Komiks powstawał przez długie lata – autor szczegółowo opisuje dzieje jego pisania w posłowiu, gdzie możemy dowiedzieć się jak zawiła i wyboista była droga prowadząca do jego publikacji. „V jak Vendetta” to szereg krótkich kilkustronicowych rozdziałów drukowanych oryginalnie w czasopiśmie „Warrior”. Złożone razem i zaprezentowane w formie powieści graficznej, składają się idealnie dopasowaną całość, bez jakichkolwiek widocznych szwów.

Anglia A.D. 1997, znajduje się w rękach faszystowskiej partii Norsefire. Partia ta, zgodnie z rzymską myślą o jednej rózdze łamiącej się łatwo, a wielu rózgach trwających w sile, zaprowadziła w kraju autorytarny ład i porządek, którego gwarantem jest strach i terror. Zimna wojna doprowadziła do bliżej nieokreślonej nuklearnej hekatomby – wiemy tylko tyle, że znad Europy wieje radioaktywny wiatr śmierci. Wszyscy, którzy nie są białymi, heteroseksualnymi chrześcijanami, lądują w obozach koncentracyjnych, gdzie uczy się ich jedynego dozwolonego spojrzenia na świat lub poddaje przerażającym eksperymentom. Wszystko po to, aby zredukować człowieka do kolejnej, tak samo wyglądającej, myślącej i zniewolonej, potulnej rózgi. Jednej z milionów, tworzących razem pęk owinięty niezniszczalną z pozoru ideą.

Czasem przy zbyt silnym struganiu kijka można się zaciąć w palec. Główna bohaterka, Evey Hammond, sierota po zabitych przez wojnę lub reżim rodzicach, zostaje pewnej nocy przyłapana na prostytucji przez partyjną obyczajówkę. Od strasznego losu ratuje ją tajemniczy, zamaskowany przybysz, przebrany za Guy’a Fawkesa – jednego z uczestników tzw. „spisku prochowego” z 1605 roku. Mściciel ów, wyglądający niczym aktor, który dopiero co zszedł ze sceny, każe mówić o sobie „V” i wciąga Evey w świat, którego nigdy do tej pory nie znała. Jest ona jak ślepy od urodzenia, któremu ktoś zaczyna opowiadać o kolorach. V jest rózgą, której ociosywanie wymknęło się spod kontroli faszystowskiemu wikliniarzowi. To anioł zemsty, cyniczny anarchista doskonale świadomy tego czym anarchia jest i czym nie jest, kieruje się kodeksem stanowiącym idealne przeciwieństwo zasad głoszonych przez wodza Norsefire. V i partia to dwie strony tej samej monety. V zaczyna od miejsca, w którym poległ przywoływany Fawkes – wysadza budynek angielskiego parlamentu i przy współudziale Evey zaczyna destrukcję faszystowskiego ładu.

Dalszy ciąg na:
http://plejbekpisze.blogspot.com/2018/03/v-jak-vendetta.html

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
996 224 5030
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (134)

Ulubieni autorzy (38)
Lista ulubionych autorów
Ulubione cytaty (2)
lista cytatów
zgłoś błąd zgłoś błąd