Paweł 
Wszystkich wartościowych książek i tak nie dasz rady przeczytać, ale próbować trzeba.
mężczyzna, Wrocław, status: Czytelnik, ostatnio widziany 41 minut temu
Teraz czytam
  • Agresja 17 września. Studium aspektów politycznych
    Agresja 17 września. Studium aspektów politycznych
    Autor:
    Polityczna i historyczna analiza napaści Sowietów na Polskę - pierwotnie wydana w II obiegu w PRL. Autor omawia temat bez gloryfikacji i upiększeń strony polskiej, wręcz odwrotnie - niektóre wnioski s...
    czytelników: 177 | opinie: 11 | ocena: 7,48 (66 głosów)
  • Droga
    Droga
    Autor:
    Ostatnie chwile naszej planety. Ostatni ludzie - krwiożercze bestie. Ostatnie ślady naszej cywilizacji - puszka coca-coli i strzępy starych gazet. Piekło apokalipsy spełnionej w uhonorowanej Nagrodą P...
    czytelników: 13557 | opinie: 843 | ocena: 7,7 (6531 głosów) | inne wydania: 6
  • Smuga cienia
    Smuga cienia
    Autor:
    Kolejna powieść Conrada przedstawiająca problem konfrontacji jednostki ze wspólnotą. Pokazuje bolesny proces przechodzenia od młodości ku dojrzałości, przekraczania symbolicznej smugi cienia , poza kt...
    czytelników: 826 | opinie: 38 | ocena: 6,74 (378 głosów) | inne wydania: 2
  • Steve Jobs
    Steve Jobs
    Autor:
    Ekskluzywna biografia twórcy firmy Apple -Steve'a Jobsa (jedyna napisana przy jego współpracy) pióra Waltera Isaacsona, autora bestsellerowych biografii Benjamina Franklina i Alberta Ein...
    czytelników: 8742 | opinie: 458 | ocena: 7,94 (3954 głosy) | inne wydania: 1

Pokaż biblioteczkę
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2018-12-16 18:45:42
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Popularnonaukowe
Autor:

Scenerią głównych wydarzeń opisywanych w książce jest plugawa historia rodu Potockich z Tulczyna. Ta swoista kronika rodzinna jednoznacznie pokazuje, jaka wielka jest przepaść mentalna między arystokratycznymi rodami z ziem polskich a resztą społeczeństwa. Nasza historia i klasyka literatury przynosi wiele przykładów na poparcie hasła „z polską szlachtą polski lud” i odwrotnie. Jednak ta... Scenerią głównych wydarzeń opisywanych w książce jest plugawa historia rodu Potockich z Tulczyna. Ta swoista kronika rodzinna jednoznacznie pokazuje, jaka wielka jest przepaść mentalna między arystokratycznymi rodami z ziem polskich a resztą społeczeństwa. Nasza historia i klasyka literatury przynosi wiele przykładów na poparcie hasła „z polską szlachtą polski lud” i odwrotnie. Jednak ta maksyma może odnosić się głównie do średniej i drobnej szlachty. Byli to w większości ludzie utożsamiający się z krajem, w którym żyli i ze społecznością w jakiej funkcjonowali. Mogąc korzystać z kultury i większej wolności jaką dawał majątek, mogli działać zarówno w interesie swoim jaki i prostego ludu, utożsamiając całość z tzw. sprawą narodową. Inaczej jednak ma się sprawa z arystokracją. Byli to ludzie całkowicie oderwani od spraw codziennych swoich regionów, o kraju nie wspominając. Legalne niewolnictwo czyli wyzysk pańszczyźniany chłopów, którzy żyli w biedzie i w ciemnocie, aby zapewniać bajońskie fortuny kosmopolitycznym pasożytom, dawało im materialne podstawy niezależności od reszty społeczeństwa. Ci ludzie bardzo często nie posługiwali się językiem polskim. Uważali się za dużo lepszych i swoje miejsce widzieli bardziej na salonach Paryża czy innych dworach monarszych niż między „szarakami”. Gdy na skutek rozbiorów uległa likwidacji państwowość polska, arystokraci w celu zabezpieczenia swoich majątków oraz praw do niewolniczej eksploatacji ludności kolaborowali z nowymi władcami ziem, na których znajdowały się ich dobra. Komiczne musiały być rozterki posiadaczy ziemskich majątków po dwóch stronach granicy państw zaborczych. Który władca ma być tym najważniejszym?
Wracając do właściwego tematu - początek familii, którą opisuje Jerzy Łojek, dali Szczęsny Potocki i jego druga żona Józefina Potocka, pospołu z trzecią żoną Szczęsnego, Zofią Wittową-Potocką. Protoplaści tego rodu byli iście fatalni. Szczęsny przeszedł do historii jako największy zdrajca narodu polskiego jaki chodził po tej ziemi. Jak udowadniają ówczesne przekazy, dopuszczał się swoich haniebnych czynów nie tylko ze złych intencji, ale bardziej z powodu niskiego poziomu inteligencji i wątłych sił charakteru. Jeden z wielu przykładów debila przy władzy. Józefina Potocka była kobietą nieobciążoną grzechami przeciwko narodowi, ale za to dość swobodną seksualnie. Przy sflaczałym Szczęsnym Potockim szukała spełnienia gdzie indziej. Skutek jest taki, że na jedenaścioro urodzonych przez nią dzieci tylko trójka jest bezspornie uznawana za spłodzonych przez Szczęsnego Potockiego. Na skutek czego w familii Potockich było niewielu Potockich z krwi. Trzecia żona, Zofia Wittowa-Potocka, greczynka rodem z Konstantynopola w wieku 17 lat została sprzedana jako luksusowa metresa polskiemu dyplomacie. Dzięki gangrenie moralniej polskiej i europejskiej arystokracji ta, jeszcze do niedawana stambulska kurtyzana, zawojowywała salony monarszo-arystokratyczne i została żoną najbogatszego magnata z dawnych ziem polskich. Piękna Zofia wydała na świat przyszłych spadkobierców feudalnej fortuny Potockich na Ukrainie. Wato wspomnieć, że jej syn z pierwszego małżeństwa, Jan de Witte, został generałem armii carskiej. Później ten dzielny chwat zdobywał Warszawę w czasie powstania listopadowego. Po jego zakończeniu, wykorzystując swój polski rodowód, infiltrował polskie środowiska konspiracyjne i wydawał je na żer carskich opresji. W latach 20-tych XIX w. panem na Tulczynie został Aleksander Potocki, który jednak nie cieszył się długo swoim majątkiem, za sprawą brata i machinacji koterii petersburskich został wyzuty z większości dóbr. W tym momencie przypominał sobie o sprawie narodowej i wsparł finansowo powstanie listopadowe, choć sam nie walczył. Gdy żył w dostatku i luksusie na zachodzie kontynentu, chętnie dotował środowiska konspiracyjne z kraju, które co prawda przyjmowały wsparcie, ale z wyraźnym obrzydzeniem, jako że była to darowizna od syna marszałka konfederacji targowickiej - Szczęsnego Potockiego. W majątku pozostał Aleksander Potocki, który przez butę rodową i zwykłą arogancję buntował się przeciwko władzy carskiej. Na przykład uciekł od swoich obowiązków wynikających ze służby wojskowej do bezpiecznych domowych pieleszy. Później odmówił gościny w swoim pałacu carowi Aleksandrowi I. Takich afrontów była cała masa, a nie przynosiły one nic dobrego ani rodzinie Potockich ani żywiołowi polskiemu w Rosji. Te wybryki był tak skandaliczne i niepojęte w despotycznym imperium Romanowów, że przez dłuży czas uchodziły bez kary. Głównym celem Aleksandra był transfer majątku rodziny Potockich na zachód. Owoc pracy wielu pokoleń chłopów był spieniężany i sukcesywnie trwoniony we Francji. Niezwykle symbolicznym zamknięciem tej łajdackiej rodziny był ostatni jej przedstawiciel, Alfred Potocki. Ten utracjusz dokończył dzieła zniszczenia i zaprzepaścił resztki wielkiej fortuny wypracowanej na polach kresów wschodnich. Alfred Potocki, jako arystokrata i bogaty człowiek, był ważną osobistością śmietanki towarzyskiej II Rzeczpospolitej. W czasie, gdy nastąpiła okupacja niemiecka, gościł wielokrotnie w swoich posiadłościach Hermana Goeringa. W czasie, gdy po udanym polowaniu Alfred przypalał marszałkowi III Rzeszy cygaro, na ulicach Warszawy rozstrzeliwano zwykłych ludzi za fakt samej przynależność do narodu polskiego. Gdy zbliżał się front wschodni, Alfred Potocki ewakuował resztki ruchomego majątku – głównie dzieła sztuki - na tereny III Rzeszy, gdzie wojsko niemieckie ochoczo pomagało w tej wywózce. Lata powojenne to już rozprzedawanie resztek majątku i pamiątek rodzinnych, aby zfinansować dekadencki styl życia ostatniego dziedzica fortuny z Tulczyna.
Podsumowując, wielki majątek najbogatszego rodu polskiego z XIX w. został roztrwoniony bez żadnej korzyści dla kraju. Boli to tym bardziej, że ten majątek był wyciśnięty w sposób ekstensywny z trudu prostych ludzi. Jest to nad wyraz symboliczne, że protoplasta opisywanej familii, Szczęsny Potocki, spiskował przeciwko własnemu krajowi z Carycą Katarzyną Wielką, zaś jego potomek, ostatni ordynariusz Łańcucki, Alfred Potocki, biesiadował z hitlerowskimi bonzami partyjnymi ( Herman Goring, Joachim von Ribbentrop) w czasie eksterminacji narodu polskiego przez niemieckiego okupanta. Gdy przyszedł czas rozliczeń, ostatni z Potockich wywiózł cały ruchomy majątek na Zachód, by go tam przetrwonić w kasynach i kabaretach. Żadna postać opisywana w książce Jerzego Łojka nie przysłużyła się narodowi, ani nie był godna większej sympatii czytelnika. Na dawnych ziemiach należących niegdyś do rodziny Potockich nikt już ich nie pamięta i zapewne pamiętać nie chce.

pokaż więcej

 
2018-12-13 20:20:46
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Literatura polska

Wielka liczba negatywnych komentarzy czytelników zgorszonych po książce Jakuba Żulczyka jest dla mnie w pełni zrozumiała. To z pewnością nie jest książka uniwersalna i przeznaczona dla każdego. Tematyka wydarzeń, język używany przez postaci, miejsca i okoliczności mogą być szokujące i niewiarygodne. Ale niestety, bądź też „stety”, od mniej więcej 15 lat młodzi ludzie i wszelkiego rodzaju... Wielka liczba negatywnych komentarzy czytelników zgorszonych po książce Jakuba Żulczyka jest dla mnie w pełni zrozumiała. To z pewnością nie jest książka uniwersalna i przeznaczona dla każdego. Tematyka wydarzeń, język używany przez postaci, miejsca i okoliczności mogą być szokujące i niewiarygodne. Ale niestety, bądź też „stety”, od mniej więcej 15 lat młodzi ludzie i wszelkiego rodzaju „freaki” w dużych akademickich miastach mają możliwość naśladowania nocnego stylu życia na modłę zachodnich metropolii. Finalnie mamy pod nosem wymyślne kluby nocne, dostęp do najbardziej znanych alkoholi, używek i narkotyków. Jest to świat szpanu, snobizmu, ale i zabawy, odreagowania i „wyszumienia się”. Całość jest przeplatana wulgarnym i szybkim seksem. Tam, gdzie jest nieokiełznanie, używki i rywalizacja, pojawia się też przemoc. Taka jest cena stawania się nowoczesnym, konsumpcyjnym społeczeństwem z epoki postindustrialnej. Każdy, kto regularnie imprezuje lub, tak jak w moim wypadku, imprezował nie będzie fabułą książki i używanym w niej językiem aż tak bardzo zaszokowany. Tak to wygląda i tak się mówi w nocnym życiu wielkich miast. Główny bohater tej metropolitalnej odysei jest młodym mężczyzną w wieku ok. 30 lat, który kiedyś przyjechał do Warszawy na studia plastyczne i w poszukiwaniu lepszej jakości życia niż w swoich rodzinnych stronach. Osiągnął to realizując swoją nowoodkrytą pasję – handel. Zamiast, jak wielu mu podobnych, zostać w takim wypadku handlowcem w jakiejś firmie postanowił realizować się jako dealer heroiny. Jednak odróżnia się od innych nocnych komiwojażerów śmierci pod dwoma względami. Pierwszy, to swoisty kodeks zawodowy. W tkacie swojej „pracy” nie pije, nie ćpa i nie zabawia się na imprezach, czyli w miejscach swojej działalności. Do swoich klientów oraz całego otoczenia podchodzi z dystansem i wyniosłością. To powoduje, że jest integrujący dla innych, a jego pseudointeligenckie proste zdania prowokują rozmówców do długich monologów. Druga wyróżniająca go cecha, to dość elitarna klientela, złożona z celebrytów i wszelkiego rodzaju chłopaków z miasta w stylu Jarosława Piskuty z filmu „Chłopaki nie płaczą”. Za to ostatnie jest doceniany przez bossów narkotykowego podziemia. W tym miejscy historia jest dla mnie nieco naiwna. W przestępczej hierarchii dealer jest na jej nizinach. To osoba, która się codziennie naraża, wychodzi na zewnątrz przestępczego kręgu, wykonuje niewdzięczną robotę detalicznej dystrybucji. Takie osoby podwyższonego ryzyka, nie są dopuszczane do kluczowych informacji i znajomości. W każdym momencie, choćby przypadkowo, mogą być aresztowane i przyciśnięte przez policję. W wypadku naszego bohatera jest inaczej, wie wszystko, wie kto i co. A przed wszystkim kontaktuje się bezpośrednio z bossami mafijnymi, hurtownikami itp. Autor stara się nadać pracy swojego dealera jakieś wyższe, choć nieprawdopodobne, cele. Więc przez większość książki słuchamy jak to narkotykowy towar jest panaceum na codzienne egzystencjalne bolączki zwykłych ludzi, którzy tylko w ten sposób mogą rozproszyć nagromadzony stres i chroniczne zmęczenie z przepracowania. Generalnie książka jest dość ciekawa, ze względu na styl autora i jego dość osobliwy język. Sama historia jest dynamiczna i trzyma w napięciu. Jest to dość spotęgowany, ale jednak prawdziwy obraz współczesnego nocnego życia. Ja potraktowałem tę książkę jako taki pobudzający przerywnik w mojej codziennej biblioteczce, aby już tak całkiem nie zardzewieć.

pokaż więcej

 
2018-12-10 21:34:46
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Historia Literatury
Autor:

Eurypides - jeden ze słynnej trójki greckich tragików okresu klasycznego starożytnej Grecji. Tworzone przez niego tragedie, choć mocno nawiązujące do helleńskiej mitologii oraz ówczesnych problemów społecznych, są wielkim studium psychologicznym człowieka w sytuacji kryzysu. Eurypides celował w osadzaniu w głównych rolach swoich tragedii kobiet, które ze względu na złożoną osobowości i... Eurypides - jeden ze słynnej trójki greckich tragików okresu klasycznego starożytnej Grecji. Tworzone przez niego tragedie, choć mocno nawiązujące do helleńskiej mitologii oraz ówczesnych problemów społecznych, są wielkim studium psychologicznym człowieka w sytuacji kryzysu. Eurypides celował w osadzaniu w głównych rolach swoich tragedii kobiet, które ze względu na złożoną osobowości i bardziej emocjonalne reagowanie na świat stanowiły wdzięczny materiał dla sztuk odgrywanych w antycznym teatrze. Życie samego Eurypidesa również mogło być kanwą dla ciekawej sztuki. Największe tryumfy świecił już jako człowiek dojrzały. Cała zachowana po nim spuścizna artystyczna dotyczy tylko jego schyłkowego okresu działalności, gdy był już niemalże starcem. Wielka szkoda, że nie możemy choć poglądowo mieć wgląd w to, jak kształtowała się jego kilkudziesięcioletnia droga artystycznego rozwoju. Dodatkowo okres jego największej aktywności przypada na smutne lata bratobójczej Wojny Peloponeskiej. Ten destrukcyjny konflikt załamał prymat Aten w świecie greckim, a co za tym idzie, dał kres systemowi demokratycznemu. Po tej niszczycielskiej wojnie kultura grecka już nigdy nie powróciła do swojej szczytowej formy. Eurypides, jako mieszkaniec Aten, był świadkiem jak kilkadziesiąt lat wojny niszczyło kraj i gubiło ludzi. Sama śmierć wielkiego tragika była niczym z jego utworów. Już jako przeszło 80-letni sędziwy starzec rezydował na dworze jednego z królów macedońskich, gdzie w wyniku makabrycznego incydentu został rozszarpany przez królewskie psy gończe.
Jako twórca teatralnych przedstawień szokował swoich współczesnych łamaniem sztywnej konwencji odgrywania klasycznej sztuki greckiej. Chętnie eksperymentował i wprowadzał nowości, takie jak odgrywane interwencje bogów z olimpijskiego panteonu, tzw. słynne „deus ex machina”. Jak już wspomniałem, najchętniej osadzał w głównych rolach kobiety i to kobiety silne, władcze oraz mściwe. To bardzo gorszyło ateńską widownię, z tego względu, że status kobiet helleńskich był bardzo upośledzony społecznie i sprowadzony głównie do roli piastunki domowego ogniska. Nawet role kobiece w teatrze ogrywali mężczyźni w kobiecych maskach. Skutek był taki, że pośmiertna sława Eurypidesa znacznie przewyższyła tę, gdy oglądał za życia swoją piękną ojczyznę. Coś jednak w tym jest. Jego bohaterki, nawet dzisiaj, to bardzo kontrowersyjne studium psychologiczne kobiet. Postać w jednej z jego tragedii, Elektra, mści się na swojej matce za wcześniejsze zamordowanie ojca. Ta dość szokująca sytuacja stała się odniesieniem dla współczesnej psychologii, tworząc tzw. kompleks Elektry. Najbardziej dla mnie wstrząsająca jest jednak postać Medei. Kobiety porzuconej przez swojego męża dla innej. Medea bierze sprawy w swoje ręce i morduje rywalkę. Ale tego jej mało, chce dalej mścić się na swoim wiarołomnym mężu i aby zadać mu najgłębszy cios morduje swoje dzieci. Widmo „samounieszczęśliwienia” siebie tym czynem na całe życie jest słabsze od rządzy zemsty i rewanżu. Dla antycznych widzów tego było za wiele i sztuka była bardzo mało popularna. Co ciekawe, w XX w. ruch feministyczny chętnie sięgał po motyw Medei, czyniąc z niej kobietę symbol, która walczy o samodzielny wpływ na swoje życie w świecie zdominowanym przez mężczyzn.

pokaż więcej

 
2018-12-08 09:42:25
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Popularnonaukowe

Po bardzo solidnej, mocno monograficznej pracy Barbary Tuchman pod tytułem „Sierpniowe salwy” spodziewałem się kontynuacji tego poziomu także i w tej pozycji. Już na samym początku tytuł „Szaleństwo władzy” wskazywał na coś zupełnie odwrotnego i tak zresztą jest. Tytuł książki prowokujący niczym z okładki „Superexpressu” czy innego „Faktu” jest dość adekwatny do jej treści. Badaczka wysnuwa... Po bardzo solidnej, mocno monograficznej pracy Barbary Tuchman pod tytułem „Sierpniowe salwy” spodziewałem się kontynuacji tego poziomu także i w tej pozycji. Już na samym początku tytuł „Szaleństwo władzy” wskazywał na coś zupełnie odwrotnego i tak zresztą jest. Tytuł książki prowokujący niczym z okładki „Superexpressu” czy innego „Faktu” jest dość adekwatny do jej treści. Badaczka wysnuwa tezę, że w historii często można się spotkać z działaniami państw czy indywidualnych przywódców, które są w sposób oczywisty szkodliwe, bądź nawet samobójcze dla autorów. Pomimo to czynią oni swoje, nie bacząc na konsekwencje. Moim zdaniem ocenianie historii z perspektywy dzisiejszej, gdy się tę historię zna, jest bardzo wygodne i niesprawiedliwe zarazem dla tych, co ją tworzyli. Z drugiej strony pokusa osądzania minionych pokoleń jest bardzo kusząca i sam ją maniakalnie uprawiam. Poza tym, jest to najprostszy sposób, aby wyciągnąć jakieś wnioski z poczynań wcześniejszych pokoleń. Nie wiem czemu, ale Barbara Tuchman rozpoczęła swoją pracę od wojny trojańskiej i przeprowadziła jej analizę tak, jakby była ona w pełni udokumentowania i wiarygodna. Antyczni Ilionczycy według autora wykazali się karygodną głupotą polityczną, zaciągając w mury swego miasta konia trojańskiego. Traktując tę historię dosłownie, pewnie tak można ich ocenić, ale przecież wiadomo, że cała legenda z makietą konia jest tylko alegorią na odśrodkowe zdemontowanie obrony miasta. Większość skutecznych oblężeń miast w starożytności i średniowieczu było rozwiązywanych przez odśrodkowy sabotaż, np. przekupiona część ludności otwierała bramy miejskie napastnikom. Ale czy nie przyjemniej jest czytać o wielkim drewnianym koniu, w którym czai się zastęp zbrojnych wojowników? 😉 Kolejna sprawa, którą roztrząsa autor to degeneracja i całkowite bankructwo moralne papiestwa w dobie renesansu. Wszytko to, co opisała badaczka, jest prawdą. Ale trzeba pamiętać, że ówcześni papieże to były dzieci swoich czasów, sprawowali rządy w stylu, w jakim to można było zaobserwować dokoła państwa kościelnego. Byli to tacy mali, włoscy tyranii, jak ich ziomkowie z sąsiednich miast-państw. Więc trudno się dziwić, że zamiast dbać o sprawy duchowe, to papież Juliusz II preferował brutalną wojaczkę z sąsiadami, gdzie mógł nasycić swoją rządze sławy i łupów. Identycznie zachowywali się jego sąsiedzi, to przecież z nimi walczył. Czy papież Aleksander VI, który pochodził z najwyższej warstwy arystokracji włoskiej, naprawdę tak dalece odbiegał od swoich współczesnych jawną rozpustą seksualną i ostentacyjnym hedonizmem? Taka była wtedy obyczajowość północnowłoskich tyranów. Trzecia tematyka poruszona przesz autora dotyczy polityki brytyjskiej w stosunku do jej kolonii w Nowym Świecie. Imperium Brytyjskie przez cały okres swego istnienia było nastawione na jednotorową eksploatację swoich kolonii i nie inaczej poczynało sobie w Ameryce Północnej. Dlaczego ówcześni decydenci brytyjscy mieli zakładać, że ten niemalże bezludny, półdziki kontynent za 200 lat wytworzy państwo, które zdetronizuje Wielką Brytanie w dominacji nad Światem? Co jak co, ale brytyjska polityka zagraniczna korony brytyjskiej była i jest stała i konsekwentna od 300 lat. Każdy wiedział czego może się spodziewać od zamorskiego imperium. Na przykład stare porzekadło, że ‘Anglia walczy do ostatniego żołnierza swojego sojusznika’ było znaną maksymą na salonach dyplomatycznych. Tej gorzkiej prawdy nie rozumiał minister Józef Bak w 1939 r. Na samym końcu znajduje się temat współczesny dla autora, mianowicie wojna w Wietnamie. Z proporcji, jakie wytworzyły się między tym ostatnim rozdziałem a resztą książki należy wywnioskować, że tak naprawdę o ten temat autorowi chodziło, a reszta to takie sztuczne uniwersalizowanie tez, które stawiała Tuchman amerykańskiemu rządowi ws. jego polityki w Indochinach. Oczywiście oceniając te wydarzenia post factum łatwo jest mówić, że ta przegrana i brudna wojna była głupotą polityczną. No tak, ale czy tak samo ocenimy bardzo podobny konflikt koreański? Tam udało się powstrzymać komunizm pomimo sporych strat w ludziach i zniszczeń. Czy ten zwycięski dla USA konflikt również był głupota polityczną? To jest normalne, że każdy kraj stara się chronić i możliwie najbardziej rozszerzać swoje strefy wpływów. Tak to robili amerykanie w Wietnamie, tak teraz robi to samo Putin na Ukrainie. Jednym słowem historia słynie z tego, że nie do końca uczy swoich miłośników. Wraz z każdym nowym pokoleniem polityków przychodzą te same stare błędy, popełniane tylko w innej inscenizacji, właściwej dla danych czasów.

pokaż więcej

 
2018-12-06 21:23:21
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Literatura anglojęzyczna
Autor:

Książka niezwykła i zjawiskowa, posiadająca „olbrzymią siłę rażenia” czytelnika, pomimo upływu prawie 50 lat od dnia jest powstania. Jest to katastroficzna wizja przyszłości, gdzie ludzkość wymiera na skutek nieobliczalnej nuklearnej zagłady. Temat był niezwykle nośny i aktualny w czasach, w których Nevil Shute snuł swoją opowieść. Właśnie wtedy, pod koniec lat 50-tych, ludzkość była jeszcze... Książka niezwykła i zjawiskowa, posiadająca „olbrzymią siłę rażenia” czytelnika, pomimo upływu prawie 50 lat od dnia jest powstania. Jest to katastroficzna wizja przyszłości, gdzie ludzkość wymiera na skutek nieobliczalnej nuklearnej zagłady. Temat był niezwykle nośny i aktualny w czasach, w których Nevil Shute snuł swoją opowieść. Właśnie wtedy, pod koniec lat 50-tych, ludzkość była jeszcze świeżo po upiornych doświadczeniach pierwszego użycia bojowego bomby atomowej przeciwko ludziom. Mam tutaj na myśli zagładę Hiroszimy i Nagasaki. Były to czasy, gdy do grona atomowych potęg: USA i ZSRR, przystąpiły Chiny Ludowe. Państwo natenczas zupełnie nieobliczalne i prowadzące bandycką politykę międzynarodową. Eskalacja wyścigu zbrojeń i napięcia w czasie zimnej wojny powodowały, że przeciętni ludzie o dużej wyobraźni lękali się o swoją przyszłość, a także przyszłość człowieka jako gatunku. W owym czasie w Stanach Zjednoczonych firmy budowlane reklamowały się z usługą budowy przydomowego schronu przeciwatomowego dla całej rodziny, które były wkomponowanie w ogródki amerykańskich przedmieść, tak dobrze nam znanych z filmów familijnych. W szkołach i zakładach pracy po obu stronach Żelaznej Kurtyny organizowano szkolenia na wypadek ataku atomowego. W 1961r. świat wstrzymał oddech, gdy w czasie kryzysu kubańskiego atomowa konfrontacja wisiała na włosku. Związek Radziecki, aby zatrwożyć świat, na polarnym poligonie na Nowej Ziemi zdetonował największy ładunek nuklearny w historii, tzw. Car Bombę o sile 58 megaton, to znaczy, że ta bomba była kilkaset razy mocniejsza od tych użytych przeciwko Japonii w 1945 r. W wizji atomowego Armagedonu według Nevila Shute, konflikt jest sprowokowany przez małe i nieobliczalne państwa, w tym wypadku była to Albania (sic!), które swoimi prowokacyjnymi działaniami wojennymi uruchamiają cała maszynę międzynarodowych sojuszy i zależności, w skutek czego do konfrontacji stają supermocarstwa. Efekt, to w ciągu niewielu dni samounicestwienie się ludzkości. W literackiej wizji autora, peryferyjna Australia cudownie przeżywa tę hekatombę i staje się jedną z ostatnich ostoi żywiej ludzkiej cywilizacji na globie. Ale ten stan rzeczy nie może trwać długo, radioaktywne powietrze znad północnej półkuli globu ziemskiego nieuchronnie nadciąga i tutaj. Całkowite wymarcie ludzkości jako gatunku jest tylko kwestią czasu.
Aby jednak nie było zbyt mrocznie i beznadziejnie, pisarz zaserwował nam także dość interesujący romans na rodzącym się post apokaliptycznym tle. Kapitan amerykańskiego okrętu atomowego Dwight Towers, który wraz z całą załogą dziwnym splotem wydarzeń przeżywa walki na Północy, dociera na nietknięty jeszcze wojną brzeg Australii. Tutaj ten zasadniczy i uparty mężczyzna spotyka ekscentryczną i nieustatkowaną Moirę Davidson, która przez lata nie mogła znaleźć dla siebie pasującej drugiej połowy. Wreszcie jej się to udaje, tyle że na krótką chwilę, przed absolutnym końcem. Jej żywa i niejednoznaczna osobowość rozjaśnia niewesołe rozdziały książki poświęcone samozagładzie ludzkości. Spodziewany przez ocalałą cześć ludzkiej cywilizacji koniec jest przyjmowany spokojnie, wręcz chłodno. Bohaterowie książki starają się żyć tak, jakby się nic nie stało i borykają się z nowymi problemami, takimi jak brak paliwa, czy brak towarów z importu. Ojciec Moiry, poczciwy farmer, cały czas pracuje na swojej ziemi, planuje działania na przyszłość i dba o wszystko, tak aby służyło dalszym pokoleniom. Żona australijskiego oficera marynarki, Petera Holmesa, poprawia ostanie niedociągnięcia w remontowanym domu, a przydomowy ogródek jest zagospodarowywany tak, aby najpiękniejsze kwiaty zakwitły w roku następnym (a tego, jak wiemy, już nie będzie). Sklepikarze prowadzą swoje interesy dopóki mają towar i przychodzą do nich klienci. Wydawało mi się to początkowo naiwne i nierzeczywiste. Przecież ludzie, którzy wiedzą, że nie mają już przed sobą zbyt wiele życia powinni robić coś szalonego lub przynajmniej buntować się i żyć w dekadencji. I w tym miejscu przypomniałem sobie o kilku przypadkach z mojego życia, gdzie obserwowałem z daleka ludzi śmiertelnie chorych, świadomych swojego wyroku. I w żadnym z tych wypadków nie zaobserwowałem, aby ktoś spełniał jakieś swoje ekscentryczne marzenia czy robił szalone rzeczy. Wręcz przeciwnie, skupiali się na swojej codzienności i zachowywali się tak, jak gdyby nigdy nic. Pewnie psychologicznie można to wytłumaczyć fazą akceptacji lub przeciwnie, wypieraniem ze świadomości brutalnych faktów. Strasznie przykry był dla mnie opis sytuacji, gdy małżeństwo Holmesów kłóciło się o to, czy mają zażyć tabletki skracające przedśmiertne konanie w wyniku choroby popromiennej. Co zrobić z ich kilkuletnią córką? Czy matka lub ojciec może dokonać prewencyjnej eutanazji własnego dziecka? Czy może mają pozwolić na sytuację taką, w której umrą wcześniej przed córką, a osamotniane dziecko będzie żyło dzień, dwa może więcej, samo bez pomocy, w brudzie i głodzie wymierającego świata?
Książka jest bardzo pesymistyczna i przygnębiająca. Od samego początku można wyczuć, że w tej historii happy end’u nie będzie. Jest strasznie smętna, ale taka właśnie ma być. Ten utwór to wielki pacyfistyczny manifest, który miał przemówić do wielkich i małych tego świata i wezwać do opamiętania się. I chyba to się w jakimś stopniu udało, film miał dwie ekranizacje, ta pierwsza - z Gregory Packiem, była wielkim hollywoodzkim wydarzeniem wyświetlanym na całym wolnym Świecie. Myślę, że z tą książką musiał zapoznać się m.in. Ronald Regan, być może też Michaił Gorbaczow. Być może miało to w jakimś stopniu przełożenie na ich decyzje o stopniowym wygaszaniu zimniej wojny i ograniczeniu rozbudowy arsenału nuklearnego w obu państwa.

pokaż więcej

 
2018-12-02 17:35:16
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Biografie i wspomnienia

Jest to kolejna autobiografia z szerokiego nurtu wspomnień okupacyjno-obozowych. Jednak jest kilka elementów we wspomnieniach wojennych Karoliny Lanckorońskiej, arystokratki i dziedziczki znanego rodu Lanckorońskich, które sprawiają, że jest to pozycja dość wyjątkowa.
Wojna zastała bohaterkę wspomnień we Lwowie, gdzie pracowała na Uniwersytecie Jana Kazimierza. Ta cześć kraju znalazła się pod...
Jest to kolejna autobiografia z szerokiego nurtu wspomnień okupacyjno-obozowych. Jednak jest kilka elementów we wspomnieniach wojennych Karoliny Lanckorońskiej, arystokratki i dziedziczki znanego rodu Lanckorońskich, które sprawiają, że jest to pozycja dość wyjątkowa.
Wojna zastała bohaterkę wspomnień we Lwowie, gdzie pracowała na Uniwersytecie Jana Kazimierza. Ta cześć kraju znalazła się pod okupacją sowiecką, więc Lanckorońska miała wątpliwą przyjemność poznać uroki komunistycznego raju. Jako Polka i arystokratka była celem przeróżnych represji nowej władzy. W tym miejscu, poza opisem okropności okupacji, autorka nie szczędzi nam zabawnych historyjek o tym jak zacofani Rosjanie przezywali szok cywilizacyjny w zderzeniu z nowoczesnym miastem, jakim był wtedy Lwów. Przyznam się, że mnie to średnio śmieszyło, bo czytałem wcześniej niejedne wspomnienia żołnierzy niemieckich z Polski, którzy nie mogli się nadziwić biedzie i prymitywizmowi warunków życia ludności polskiej, szczególnie na wsi. Właśnie te wojenne stereotypy są kanwą dla wciąż żywych określeń, jak „polnische witrschaft” – czyli polskie dziadowskie gospodarowanie, czy określenie „polskie drogi” – co oznacza w praktyce brak tych dróg. Mając to na uwadze zalecam wstrzemięźliwość z tymi sarkazmami, aby nie okazało się, że przygadywał kocioł garncowi.
Karolina Lanckorońska dość szybko przedarła się na stronę okupacji niemieckiej. I tutaj zaczyna się najbardziej oryginalna część książki. Jeszcze nie czytałem wspomnień wojennych osoby, która tak jak Lanckorońska jawnie przyznawała się do pracy w organach publicznych kontrolowanych przez Niemców. Arystokratka, która ukończyła szkołę średnią i studia w Wiedniu, posługiwała się językiem niemieckim w sposób płynny. Niemcy mieli dla niej poważanie jako reprezentantki wyższej warstwy społecznej, ponoć, w jakiś niewyjaśniony przez autorkę sposób, skoligaconą z włoską rodziną królewską. Wykorzystując tę pozycję Lanckorońska pracuje w legalnych organizacjach okupacyjnych. Tym działaniom przyświeca szczytny cel, jakim jest pomoc więźniom, zwłaszcza politycznym. Godne pochwały przesłanki nie zmieniają stanu rzeczy, że była to jednak jakaś forma kolaboracji. Siłą rzeczy musiała codzienne spotykać się z funkcjonariuszami władz niemieckich. Nie chcę tego oceniać, ale pamiętajmy, że na przykład „granatowa policja”, która głownie robiła to samo, co przed wojną, jest jednoznacznie potępiona za swoją kolaborację z okupantem. Pewnie ci liczni panowie mogliby powiedzieć, że tylko robili swoje, że to ich praca zawodowa, a ich motywacją była osłona społeczeństwa przed dużo brutalniejszą interwencją żandarmerii niemieckiej. To są bardzo trudne i niejednoznaczne sprawy. Gdy Karolina Lanckorońska po jakimś czasie zostaje aresztowana przez Niemców, też nie jest traktowana jak pozostali więźniowie, sama to przyznaje i ubolewa nad tym. Posiadała ewidentnie status uprzywilejowany, który towarzyszył jej także w obozie koncentracyjnym w Ravensbruck. Dość mało wiarygodna jest dla mnie postawa bohaterki w czasie jej przesłuchań w katowni Gestapo. Jest wyniosła i dumna, gani swoich oficerów prowadzących, rzuca im wyzwania i tak dalej. A działo się to w miejscu, gdzie każdego opornego łamano maltretowaniem, torturowaniem, słowem stosowano wszystko to, z czego znane jest Gestapo. No, ale być może wyjątkowa pozycja Lanckorońskiej i jej wyniosła postawa były rzeczywiście jakimś, niestandardowym co prawda, ale jednak sposobem obronny. Udało jej się szczęśliwie doczekać końca wojny, który zastał ją w kobiecym obozie koncentracyjnym, gdzie była świadkiem eksperymentów medycznych na więźniarkach.
Po swoich przeżyciach ze Lwowa, gdzie obserwowała naocznie co oznacza wschodni komunizm, postanowiła osiąść na emigracji we Włoszech. Jest to wielka strata dla naszego powojennego społeczeństwa, że tak wiele wartościowych osób musiało opuścić nasz kraj wydając resztę narodu na łup długoletniej komunistycznej propagandy i infiltracji.

pokaż więcej

 
2018-12-01 19:01:12
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Popularnonaukowe
Autor:
Seria: Z medalionem

Często zastanawiam się czym kierują się w swoim działaniu ludzie jednoznacznie potępieni, zarówno przez swoje ówczesne środowisko, jaki i przeklęci przez następne pokolenia. Intryguje mnie jakie to racje przyświecają osobom, które łamią elementarne prawa moralne, naturalne, elementarne zasady obowiązujące w danym środowisku w danych czasach. Próbuję ustalić jakie logiczne motywacje powodują... Często zastanawiam się czym kierują się w swoim działaniu ludzie jednoznacznie potępieni, zarówno przez swoje ówczesne środowisko, jaki i przeklęci przez następne pokolenia. Intryguje mnie jakie to racje przyświecają osobom, które łamią elementarne prawa moralne, naturalne, elementarne zasady obowiązujące w danym środowisku w danych czasach. Próbuję ustalić jakie logiczne motywacje powodują takimi „wujkami samo zło”. Bohater, a właściwie antybohater książki Jerzego Łojka, to największy zdrajca w historii narodu polskiego - Szczęsny Potocki. Jego osoba całkowicie wyłamuje mi się z dotychczasowej metody oceniania takich indywiduów. Po pilnej lekturze książki wnioskuję, że ten człowiek, który uczestniczył w zniewalaniu naszej ojczyzny na 123 lat, nie miał żadnych zdefiniowanych motywacji. Jego działania były skierowane między innymi przeciw własnej warstwie społecznej, przeciwko swoim własnym interesom. Autor tłumaczy tę dziwaczną postawę trzema głównymi przesłankami. Pierwsza to - dosłownie cytując autora - debilizm intelektualny. Szczęsny Potocki nie odebrał żadnego wykształcenia poza nauczaniem domowym, pozostawione po nim pisma i listy świadczą, że nie potrafił formułować swoich myśli. Aby odcyfrować jego zapiski z języka francuskiego, bo takim się niby posługiwał, potrzebne były specjalne prace a la kryptologiczne, aby dociec, co autor miał na myśli. Druga przesłanka to absolutny brak poczucia honoru i określonej linii moralnej, zarówno w życiu społecznym jak i, co najbardziej zatrważające, w życiu rodzinnym. Trzecia przesłanka to niejasne pewnie dla samego Szczęsnego Potockiego miraże o zdobyciu korony Rzeczpospolitej. Zdaje się, ze jeszcze nigdy nie analizowałem postawy życiowej antybohatera tak jednoznacznie negatywnego. Który na żadnym etapie swojego życia nie błysnął niczym pozytywnym lub co najmniej akceptowalnym.
Stanisław Szczęsny Potocki urodził się w rodzinnie możnego magnata z Ukrainy, znanego z antykrólewskich poczynań. Co ciekawe, ojciec haniebnego zdrajcy popierał w 1733r. kandydaturę do tronu polskiego Stanisława Leszczyńskiego, stronnika Francji i zwolennika reform. Salezy Potocki, jako możny magnat, pełnił wszelakie urzędy tytularne w Rzeczpospolitej, które gwarantowały mu swobody i dawały możliwość wpływania na kształt polityki kraju. Był z definicji antyrosyjski i obawiał się despotyzmu wschodniego sąsiada. Niestety dla nas wszystkich, jego przygłupi syn nie rozumiał tej prostej zależności. Rówieśnicy Szczęsnego Potockiego uczęszczali gremialnie do kolegiów jezuickich, aby pobierać nauki i zdobywać doświadczenie życiowe. Nasz „orzeł z Talczyna” z niejasnych powodów był nauczany przez domowe nauczycielki i nigdy nie skalał się nauką w jakimkolwiek ośrodku kształcenia. Wykazywał się słabym charakterem, miał problemy z podejmowaniem decyzji. Tak więc z wieku młodzieńczego Szczęsny Potocki wychodził jako ignorant, nieobyty ze światem i ludźmi, z niskim ilorazem inteligencji, ale jednocześnie przepojony dumą rodową i świadomością najbogatszego obywatela Rzeczpospolitej. Z połączenia manii wielkości ze zwykłą głupotą niedouczonego umysłu nie mogło w przyszłości wyniknąć nic pozytywnego.
18 letni Panek z największym majątkiem w kraju był bardzo ponętną partią matrymonialną. Trwały targi rodzinne o jak najkorzystniejsze wyswatanie dziedzica. Tym czasem Szczęsny Potocki nawiązał potajemny romans z Gertrudą z Komornickich. Najprawdopodobniej średnioszlachecka rodzina dziewczyny starała się rozmyślnie wmanewrować przebogatego młodzieńca w związek z Gertrudą. Jakby się jednak sprawy nie miały, młodzian współżył ze swoją lubą i finalnie, potajemnie przed rodziną Potockich, zawarł związek małżeński. Pikanterii dodawał fakt, że Gertruda stawała do ślubu brzemienna. Gdy senior Potocki dowiedział się o tym mezaliansie i poczynaniach głupiego syna, nasłał na nieszczęsną dziewczynę swoich ciurów nadwornych i płatnych kozaków, którzy porwali jego synową w drodze nocnej napaści na dwór. Uprowadzenia dokonali w samym środku mroźnej zimy i wywieźli młodą Panią Potocką w nieznanym kierunku. Fatalna synowa nie przeżyła nocnego rajdu przez zaśnieżone stepy, była przecież porwana w nocy w stroju, w jakim była zastana przez nasłanych zbirów. Zwłoki martwej dziewczyny porzucono pod lodem zamarzniętej rzeki. Mąż i niedoszły ojciec Szczęsny Potocki zmienił front i błagał swojego rodziciela o przebaczenie mu dokonanego mezaliansu i słabości charakteru. Na Ukrainie zawrzało - napaść zbrojna na dwór szlachecki, zabójstwo Panny ze szlacheckiego rodu, to były największe zbrodnie w świecie kresowej szlachty, ścigane wyjątkowo surowo. Cóż, wtedy jak i dzisiaj trudno wyegzekwować sprawiedliwość na bogatym i wpływowym człowieku. Salezy Potocki za pomocą pieniędzy i nadwornych kozaków uchronił się przed każąca ręką sprawiedliwości, jednak niesława po tym czynie będzie ciążyła na nim do końca jego marnych dni. Symboliczna jest tutaj postawa Szczęsnego Potockiego, który jako młody kochanek, mąż i ojciec nienarodzonego dziecka, wyparł się całego swojego w tym udziału i nie poczuwał się do żadnej odpowiedzialności. Czy ta kreatura miała jakiekolwiek wyrzuty sumienia? Szczerze wątpię, gdy Polska zniknęła z mapy Europy i wszyscy zgodnie obwiniali jego za to nieszczęście, ani razu nie wykazał skruchy bądź jakiegoś krytycznego myślenia o tym co zrobił. Znamiennym jest, że ten arystokrata nie posiadał ani krzty honoru i moralnej odpowiedzialności za swoje czyny. Kilka lat później, jak gdyby nigdy nic, zawarł kolejny związek małżeński, z kobietą temperamentną i inteligentną – przeciwieństwo Szczęsnego, który był wyjątkowo mało aktywny w amorach – pamiętajmy, że był to okres historyczny słynący z wyjątkowej rozwiązłości seksualnej. Młoda, rezolutna kobieta wiedziała, że nie może konkurować ze swoim przebogatym mężem majątkiem, wiec przez całe życie prowadziła podwójną grę. Skutkiem podwójnego życia urodziła jedenaścioro dzieci, z czego tylko troje było poczętych przez Szczęsnego Potockiego. Ten arcyrogacz akceptował ten stan rzeczy, aby uniknąć skandalu, uznawał swoje ojcostwo, ale dla dzieci był zimny i nie troszczył się zbytnio ich losem. Aby skończyć żałosną intymną sferę życia zdrajcy z Tulczyna, trzeba wspomnieć, że już w wieku średnim związał się z nieznanego pochodzenia pięknością z Konstantynopola, Zofią Galvani. Ta hetera, znana powszechnie z niezwykłych wdzięków kobiecych i chytrego charakteru, stapiała w swoich zmysłowych rękach kolejnych możnych panów, aż trafiło na Szczęsnego Potockiego. Ten nie był wymagająca ofiarą, szybko go urobiła, zdobyła nad nim przemożny wpływ. Doprowadziła do jego rozwodu- porzucona żona popełnia samobójstwo. Co ciekawe, nawet piękna Zofia, będąca już panią Potocką, dzieliła się swoimi wdziękami szeroko i ofiarnie. Cieszy mnie to, że ta kreatura Szczęsny Potocki na kilka lat przed śmiercią musiał znieść informację, że jego piękna Zofia odbywa stałe kontakty seksualne z jego najstarszym synem. Jest to najlepsza wizytówka moralności obyczajowej w familii Potockich z Tulczyna. Efekt był taki, że schorowany i umierający Potocki nie chciał przy swoim łożu widzieć nikogo ze swojej najbliżej rodzinny.
No ale Szczęsny Potocki to nie tylko krzywoprzysięzca i rogacz jakich mało, ale to przede wszystkich niewydarzony polityk i największy zdrajca narodu. Jako największy magnat Rzeczpospolitej był upatrywany na naturalnego przywódcę magnaterii. Uczestniczył w obradach Sejmu Czteroletniego, gdzie przedstawił swoją kontrofertę reformatora kraju. Postulował, aby zlikwidować centralny rząd w Polsce i wprowadzić luźną federację województw rządzonych przez różnych lokalnych kacyków, jak Szczęsny Potocki. Stawianie takich projektów w czasie Rewolucji Francuskiej i umacniania się mocarstw zaborczych było szczytem zwykłej głupoty j i brakiem wyczucia jakichkolwiek realiów politycznych. Już samo to całkowicie dyskredytuje Szczęsnego Potockiego jako męża stanu. Ale przyszły marszałek konfederacji targowickiej nie poprzestał na tym. Gdy zorientował się, że jego krecia robota w reformowaniu kraju nie przynosi mu posłuch wśród rodaków, wyjechał za granicę, aby podburzać obce potęgi przeciwko reformującej się Polsce. Gdy dowiedział się o uchwalenia pierwszej w historii europejskiej konstytucji, czyli Konstytucji 3 Maja, skierował się do Petersburga z błaganiami o interwencję wojskową i przywrócenie wcześniejszego status quo. Caryca Katarzyna II chętnie posłużyła się poręcznym narzędziem, jakim była klika polskich zdrajców i zaatakowała swego zachodniego sąsiada. Już za kilka miesięcy Szczęsny Potocki i inny sprzedawczycy uzmysłowili sobie, że nie są żadnymi partnerami dla Carycy. Ich konfederacja targowicka to tylko fasadowa organizacja dla okupacji i podzielenia kraju. Ten mały człowiek, po ostatecznym zlikwidowaniu państwowości polskiej, opowiedział się Rosjaninem po wsze czasy i wystąpił po rosyjski stopień wojskowy. Ostatnie lata swojego życia spędził w wygodnym i pasożytniczym stylu, jako posiadacz ziemski na zachodnich kresach Cesarstwa Rosyjskiego. Ciężko było mi zaakceptować fakt, że taka wyjątkowa kreatura uszła zasłużonej karze, gdy jednocześnie tylu szlachetnych ludzi cierpiało i ginęło. A jednak sprawiedliwość dopełniła się, co prawda w małym stopniu i w sposób mało elegancki. Po wspomnianym przeze mnie romansie jego najstarszego syna ze swoją trzecią żoną, ten niezbyt silny psychicznie człowiek wpadł w manię prześladowczą i dobrowolnie odseparował się od wszystkich bliskich osób. Gdy jego żałosne życie dobiegło końca, zwłoki Szczęsnego Potockiego zostały złożone na noc w kaplicy w mundurze i odznaczeniach rosyjskich. Tejże nocy nieznani rabusie, z pewnością nie byli to patrioci, ograbili truchło Szczęsnego Potockiego z odznaczeń i przyodziewku, a nagie ścierwo porzucili pod ścianą. Ten symboliczny, bezczeszczący czyn anonimowych dla historii ludzi, jest najlepszym podsumowaniem całego (godnego jednoznacznego potępienia) życia tego człowieka.

pokaż więcej

 
2018-11-25 21:06:34
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Literatura polska

Na co dzień staram się czytać literaturę popularnonaukową lub klasykę literatury światowej, czasami polskiej. Aby jednak nie doprowadzać się do samoograniczenia, czasami robię wycieczki do nieznanych mi dotąd krain literackich. Słyszałem dobre opinie o stosunkowo młodym polski pisarzu – niemalże mój rówieśnik 😉- który w bardzo ciekawym stylu opisuje otaczającą nas rzeczywistość, odbieraną... Na co dzień staram się czytać literaturę popularnonaukową lub klasykę literatury światowej, czasami polskiej. Aby jednak nie doprowadzać się do samoograniczenia, czasami robię wycieczki do nieznanych mi dotąd krain literackich. Słyszałem dobre opinie o stosunkowo młodym polski pisarzu – niemalże mój rówieśnik 😉- który w bardzo ciekawym stylu opisuje otaczającą nas rzeczywistość, odbieraną głównie przez ludzi młodych lub bardzo młodych. Już od początku książki postanowiłem być ostrożny, gdyż Jakub Żulczyk używa bardzo wulgarnego języka i knajackich powiedzonek, więc czasami miałem wrażenie, że słucham dialogów swoich mniej ogarniętych kolegów lub stoję w tramwaju z młodzieżą wracającą ze szkoły. Jednak giętki język autora i błyskotliwe interpretacje naszej codzienności wciągały mnie w głąb powieści. Główny bohater to 24-25 latek studiujący na ostatnim roku prawa, gdzieś w okolicach 2006r. w naszym ciekawym kraju. Poczułem pewną sympatię dla bohatera, ponieważ też w tym czasie kończyłem studia prawnicze i tak samo jak główna postać książki Żulczyka lubiłem sobie filozofować i sarkastycznie komentować ówczesną rzeczywistość. Książka dostarcza nam obszerny opis świata ówczesnej młodzieży studenckiej, świata w którym dominuje alkohol, lekkie narkotyki, wulgarny seks, nieprzerwana impreza, ale też oczekiwania w stosunku do swojej przyszłości i co jest kanwą da całej książki – uczucia jakim jest miłość - serwowana jednak w wydaniu niecodziennym. Niezdefiniowany życiowo Dawid zakochuje się na zabój w 15 letniej Kaśce, która jest bardzo niedojrzała, a jej krótkie jak dotąd życie upływa głównie na permanentnym przechodzeniu gier video. Relacja jaka rodzi się między nimi jest dość pokrętna, a tour po Polsce jaki zafundowali sobie bohaterowie nieubłaganie zbliża do siebie tych dwoje różnych ludzi. Aby oddać klimat i styl autora opisującego emocje bohaterów posłużę się cytatem książki: „Wciskaj mi najgorszy kit na świecie. Nie chcę nic oprócz twoich farmazonów. Oprócz twoich bajek. Oprócz twojego udawania dorosłej. Szukania dziury w całym. Pragnę, byś mnie bez przerwy wkurwiała."

pokaż więcej

 
2018-11-24 10:30:29
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Popularnonaukowe

W połowie XIX w. na Podolu, z rzeki Zbrucz wydobyto kamienny posąg pochodzący z IX w. nazwany w literaturze fachowej Światowidem ze Zbrucza. Posąg jest bardzo tajemniczy, a jego słowiańska proweniencja, tak chętnie propagowana jako pewnik, jest tylko jedną z wielu możliwych hipotez. Możliwe, że ten domniemany słowiański „bałwan” był elementem kultu np. szczepów celtyckich czy nawet azjatyckich... W połowie XIX w. na Podolu, z rzeki Zbrucz wydobyto kamienny posąg pochodzący z IX w. nazwany w literaturze fachowej Światowidem ze Zbrucza. Posąg jest bardzo tajemniczy, a jego słowiańska proweniencja, tak chętnie propagowana jako pewnik, jest tylko jedną z wielu możliwych hipotez. Możliwe, że ten domniemany słowiański „bałwan” był elementem kultu np. szczepów celtyckich czy nawet azjatyckich nomadów przetaczających się przez tereny dzisiejszej zachodniej Ukrainy. Tak więc jego słowiański rodowód przyjęty na wiarę w literaturze popularnonaukowej jest zaklinaniem rzeczywistości. Jesteśmy po prostu tak mocno spragnieni jakichkolwiek materialnych zabytków pierwotnej kultury Słowian, że jesteśmy gotowi widzieć je nawet tam, gdzie ich nie ma. Już sam nazwa Światowid jest błędnym nawiązaniem do słowiańskiego Świętowita, który jednak dość gruntownie różni się w pozostałych po nim przekazach od „bałwana” wydobytego z nurtu Zbrucza. Z całym tym monumentem jest związanych więcej pytań niż daje on odpowiedzi. Na pewno nie znajdziemy w nim wiarygodnego klucza do mrocznego zamku starych wierzeń słowiańskich. Poza tym zestawianie Świętowita, znanego tylko z lokalnych wierzeń jednego z licznych plemion Słowian Połabskich na wyspie Rugii nie za bardzo uprawnia do stosowania bezpośredniej analogii i wyciągania identycznych wniosków dla innego lokalnego kultu oddalonego o ponad 1200 km gdzieś na przedpolach stepów ukraińskich. Pamiętajmy, że wtedy nie było praktycznie żadnych traktów handlowych, teren dzisiejszej Polski był porośnięty jedną wielką dziewiczą puszczą, nieuregulowane rzeki rozlewały się szeroko tworząc wielkie bagniska osłaniane przez prastary drzewostan. Nie wierzę, że w takich warunkach mogła istnieć jakakolwiek kulturowo-religijna łączność pomiędzy zamkniętymi w swoim rodowym kręgu szczepami słowiańskimi.
Przechodząc do samej książki, to jest ona napisana przyjemnym stylem , który w przystępnych słowach wprowadza czytelnika w treść. I tutaj zaczyna się zgrzyt. Gdyby ta książka była pracą magisterską musiałbym ją uwalić jako napisaną nie na temat. Jak to bywa ze wszystkimi publikacjami na temat pierwotnych wierzeń Słowian, ze względu na szczupłość danych, autorzy mocno abstrahują od właściwego tematu. Jerzy Głosik z każdą kolejną stroną książki wyprowadza nas hen, daleko spoza „kręgu Światowida”, aby poruszać się w oklepanych i powszechnie znanych tematach związanych z przekazami Galla Anonima o początkach Państwa Polskiego. Z pomocą autorowi przychodzi również Ibrahim ibn Jakub, żydowski handlarz niewolników na służbie Murów, okupujących ówczesną Hiszpanię. To zabawne, że ten człowiek jest określany w literaturze jako podróżnik, geograf i kupiec. Czyli niby taki Cejrowski z doby Mieszka I. Ten handlarz żywym towarem, którego słowiańszczyzna nie szczędziła od czasów wczesnego średniowiecza, przybył na tereny naszego kraju w latach 965-966, a co najważniejsze - w kilku zdaniach zachował swoje spostrzeżenia na temat Słowian w kronice „Księga dróg i królestw”. Z racji tego, że kronika powstała w świecie kultury arabskiej, nie była znana w Europie aż do połowy XIX w. Zapiski poświęcone Słowianom Zachodnim są jednak bardzo interesujące, na przykład pada tam współczesna nazwa określająca gród nad dolną Wisła czyli Kraków. Mieszko I jest określany przez kronikarza jako „Król Północy” i brzmi to dla mnie trochę jak opis akcji z książki o Conanie Barbarzyńcy.

pokaż więcej

 
2018-11-19 18:26:56
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Literatura francuskojęzyczna

Zastanawiam się teraz, z bezpiecznej perspektywy lat, dlaczego ta dość wymagająca i dojrzała w swojej treści książka znalazła się w kanonie lektur dla licealisty? Opisywana obyczajowość paryskiego mieszczaństwa i arystokracji sprzed 200 lat jest już nieco przeterminowana. Konflikt postaw ludzkich i ich wartości w konfrontacji z brutalną rzeczywistością można przedstawić za pomocą... Zastanawiam się teraz, z bezpiecznej perspektywy lat, dlaczego ta dość wymagająca i dojrzała w swojej treści książka znalazła się w kanonie lektur dla licealisty? Opisywana obyczajowość paryskiego mieszczaństwa i arystokracji sprzed 200 lat jest już nieco przeterminowana. Konflikt postaw ludzkich i ich wartości w konfrontacji z brutalną rzeczywistością można przedstawić za pomocą aktualniejszych i bardziej wymownych współczesnych powieści. Myślę, że bardziej niż o wartości moralne, chodziło o zapoznanie młodych ludzi z wielkimi zabytkami literatury jaką jest imponująca spuścizna literacka Honoriusza Balzaka. Zapewne gdyby nie przymus szkolny, wielu młodych ludzi nigdy by się nie dowiedziało o jego istnieniu, a przy tym o wielkiej tradycji powieściopisarstwa XIX-wiecznej Francji.
Tytułowym bohaterem jest niejaki Goriot, człowiek już zawansowany wiekiem, który prowadzi nijaką egzystencję w pensjonacie pani Vauquer, który jest przytuliskiem dla wszelkiej maści paryskich outsiderów, ludzi zagubionych lub po prostu z niewielkimi środkami finansowymi na utrzymanie. Goriot ze względu na swoją nieporadność i dziwaczność budzi kpiny i żarty wśród innych pensjonariuszy. Wśród kpiarzy znajduje się również młody student prawa Eugeniusz de Rastignac, który jest na tyle już rezolutny żeby wiedzieć, że nie nauką zbuduje sobie pozycję społeczną, a bardziej salonowym życiem z szeroką siecią koneksji wśród wpływowych Paryżanek i Paryżan. De Rastigniac którejś nocy nakrywa papę Goriota, gdy własnoręcznie niszczy piękne przedmioty ze srebra, które mają dla niego wielką wartość sentymentalną, aby sprzedać je jako złom szlachetnego kruszcu. Pojawia się cała seria pytań, skąd taki wagabunda posiada taki majątek, dlaczego pomimo przywiązania się do pięknych przedmiotów niszczy je, a wreszcie: co robi ten mało wymagający starzec z pozyskanym kapitałem? Sytuacja robi się jeszcze bardziej intrygująca, gdy zgrzybiałego starca odwiedzają dwie wytworne damy w powozach. Otoczenie w całym pensjonacie aż huczy od plotek, tylko młody Eugeniusz próbuje poznać tajemnicę papy Goriota…
Balzak mocno koncentruje się w swojej smutnej powieści na ówczesnym załamaniu się tradycyjnych wartości rodzinnych i moralnych wśród najwyższych sfer francuskiej stolicy. Książka powstała prawie 200 lat temu i ówczesne zepsucie czy nikczemność w stosunku do najbliższej rodziny dzisiaj nie jest tak porażające jak wtedy. Chciałbym zobaczyć jaką książkę z cyklu „Komedia ludzka” spłodziłby Balzak, gdyby przejrzał współczesny „Super Ekspres” czy inny brukowiec, co ten surowy sędzia duszy ludzkiej pomyślałby sobie o drodze jaką przeszła ludzkość?
Książka pozostawia po sobie wielkie pytania. Gdzie są granice miłości, a szczególnie miłości rodzicielskiej? Jak rozgraniczyć czystą i bezinteresowną miłość do dziecka z daleko posuniętą naiwnością. delikatnie mówiąc, która w gruncie rzeczy jest destrukcyjna dla obu stron? Czy miłością jest bezwiedne uleganie wszelkim pragnieniom i zachciankom ukochanej istoty? Czy nie jest czasem dojrzałą formą tego pięknego uczucia wyznaczanie pewnych granic, stawianie wymagań? Przede wszystkim samemu sobie, aby swoją postawą i zachowaniem stanowić wzór, który będzie drogowskazem życiowym dla kolejnego pokolenia.

pokaż więcej

 
2018-11-18 20:28:10
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Popularnonaukowe
Autor:

Książka opisuje niezwykle ciekawy, a zarazem tajemniczy epizod z historii Polski. Jest jednak w swojej istocie tak profesjonalna i tak szczegółowa, co powoduje, że nie jest to lektura lekka. Dodatkowo czuć mocne i osobiste zaangażowanie autora w jej treść. To wszystko powoduje, że po jej przeczytaniu byłem zupełnie zemdlony nadmiarem informacji, wśród których często gubiło się sedno rzeczy.... Książka opisuje niezwykle ciekawy, a zarazem tajemniczy epizod z historii Polski. Jest jednak w swojej istocie tak profesjonalna i tak szczegółowa, co powoduje, że nie jest to lektura lekka. Dodatkowo czuć mocne i osobiste zaangażowanie autora w jej treść. To wszystko powoduje, że po jej przeczytaniu byłem zupełnie zemdlony nadmiarem informacji, wśród których często gubiło się sedno rzeczy. Pozwolę sobie zrobić poniżej mini wykładzik o przedmiocie książki Jerzego Eislera.
Tematyka tzw. wydarzeń marcowych z 1968 r. w historii peerelowskiej Polski w dziwaczny sposób przeplata się w mojej jaźni z filmem Radosława Piwowarskiego „Marcowe migdały”. Oglądałem wspomniany film po raz pierwszy w telewizji jako 10-latek i nie za bardzo rozumiałem jego wymowy politycznej, ale ziarno zostało już zasiane. Bunt części społeczeństwa polskiego 1968 był mocno wpisany w wydarzenia ogólno światowe, a także był symptomem rodzącego się nowoczesnego społeczeństwa polskiego, które po latach wojen i stalinowskiego zamordyzmu zaczęło mieć większe niż tylko socjalne oczekiwania. Marcowy zryw jest mało popularny we współczesnej historiografii zapewne dlatego, że o wolność słowa i wartości demokratyczne walczyła ówcześnie stosunkowo nieliczna grupa społeczna, jak studenci z największych miast i nieliczni intelektualiści. Z kolei władza, poza użyciem brutalnej siły aparatu państwa w stosunku do niepokornych, dodatkowo napuściła na protestujących środowiska robotnicze. Używając ordynarnej manipulacji, dezinformacji, czy po prostu wykorzystując oportunizm prostych ludzi, przekupując ich premiami, darmowymi wczasami, podjudziła do poskromienia inteligencików, którym się w „dupach z nieróbstwa poprzewracało”. Na końcu miał miejsce najbardziej odrażający epizod w historii PRL-u, a mianowicie ślepa nagonka antysemicka. Wydawało się to niewyobrażalne, że po ponad 20 latach po II Wojnie Światowej, gdy jeszcze piece krematoryjne w obozach zagłady mchem nie porosły, odbyło się zbiorowe polowanie na „fałszywych Polaków” czyli Żydów. Komunistyczna partia o postępowych poglądach społecznych, o internacjonalistycznych hasłach ponadnarodowej solidarności ludzkiej, przeprowadziła taką ochydną akcję, która znalazła poklask u większości społeczeństwa. Na usprawiedliwienie tego można tylko powiedzieć, że antysemityzm w bloku sowieckim wypływał z Moskwy i był podniecany w „demoludach”. Poza tym sami sprawcy całego zamieszania (swoiste kuriozum), czyli „komunistyczni narodowcy” pod wodzą Mieczysława Moczara mieli chrapkę na stanowiska i przywileje, które były blokowane przez „syjonistów”. A taki skok na kasę musi mieć jakieś „wyższe” usprawiedliwienie…
Przyczyn wybuchu buntu społecznego było wiele. I sekretarz KC PZPR, Władysław Gomułka, po przejęciu władzy w 1956 r. oszukał społeczeństwo i zamiast demokratyzacji zaserwował siermiężne, autokratyczne państwo pozbawione dobrobytu i swobód obywatelskich. Wspomniany wcześniej Mieczysław Moczar, minister spraw wewnętrznych, strasznie rwał się do władzy. Aby zrealizować swój osobisty cel stworzył wokół siebie frakcję partyzantów, czyli „takich dobrych komunistów”, którzy spędzili wojnę w Polsce działając lub walcząc w partyzantce lub Ludowym Wojsku Polskim. „Partyzanci” uważali się za swojaków i „narodowych komunistów”. Stawiali siebie w opozycji w stosunku do nominatów z Moskwy, którzy przyjechali do Polski razem z Armią Czerwoną, aby robić komunizm. Bezspornym faktem jest to, że wśród nich było nadzwyczaj dużo działaczy pochodzenia żydowskiego. Ale trudno się dziwić, że po piekle holokaustu, mniejszość narodowa opowiada się za nowymi porządkami obiecującymi ponadnarodową jedność, która nie była podchwytywana przez lwią cześć konserwatywnej ludności Polski. Tak więc wewnątrzpartyjne walki o władzę upubliczniły i wzmożyły nigdy niewygasły w Polsce antysemityzm. Z drugiej strony, na świecie, malutkie państwo Izrael rozwaliło w kilka dni wielką koalicję państw arabskich w Wojnie Sześciodniowej w 1967 r. Związek Radziecki w tym czasie popierał państwa arabskie, więc polskie komunistyczne lemingi grały na tę samą antyizraelską nutę. Mało tego, posądzili Polaków o pochodzeniu żydowskim, że są w całej swojej masie agentami złego Izraela czyli tzw. „Syjonistami”. Atmosferę podgrzała dodatkowo bratnia Czechosłowacja, która pod wodzą Alexandra Dubceka przeprowadzała demokratyczne reformy wbrew Moskwie i ich twardogłowym nominatom w bloku wschodnim. I w tym całym nerwowym czasie, w Teatrze Narodowym w Warszawie, wystawiono niewinną przecież sztukę „Dziady” Adama Mickiewicza. Antyrosyjskie, a właściwie antycarskie elementy dzieła Mickiewicza budziły aplauz publiczności teatralnej, co niezwykle złościło cenzurę oraz Wydział Kultury pod kierownictwem Wincentego Kraśki. Pewnie wszyscy znamy jego wnuka, który od ponad 20 lat robi karierę w telewizji. Pamiętam jeszcze małego Piotra Kraśko, kiedy występował młodzieżowym programie „5-10-15”. Spektakl, w którym w postać Gustawa wcielił się Gustaw Holoubek (szkoda, że nie ma żadnego nagrania tej sztuki) został ostentacyjnie zdjęty z repertuaru przez naciski z samej góry. Dla młodzieży studenckiej było to wydarzenie detonujące, które skupiało jak w soczewce całą brutalną, permanentnie cenzurowaną rzeczywistość. Młodzież złożyła kwiaty przed pomnikiem Adama Mickiewicza i wznosiła hasła przeciwko cenzurze. Spontaniczną manifestację rozbiła milicja. Wśród zatrzymanych był młody student Szkoły Teatralnej Andrzej Seweryn. Symbolem represyjnych działań rządu w stosunku do niepokornych studentów było relegowanie ze studiów dwóch najbardziej aktywnych „buntowników” - Adama Michnika i Henryka Szlajfera. To wydarzenie spowodowało, że brać studencka upomniała się o swoich kolegów i zorganizowała 8. marca 1968 r. demonstrację na terenie Uniwersytetu Warszawskiego. Władza nasłała na pokojowych demonstrantów „aktyw robotniczy”, który za pomocą domowej produkcji pałek przekonywał studentów, że nie mają racji. Pomimo rokowań przedstawicieli studentów, w składzie mi.in z Ryszardem Bugajem i Jadwigą Staniszkis, milicja prowadziła brutalną bitwę uliczną z młodzieżą akademicką. Aby wzmocnić mandat społeczny dla swojej działalności, rząd w całym kraju organizował masówki w zakładach pracy, gdzie etatowi wodzireje partyjni wznosili okrzyki typu „studenci na studia”, „syjoniści do Syjonu”… Podobne wydarzenia jak warszawskie miały miejsce w innych centrach akademickich kraju, jak chociażby we Wrocławiu i Gdańsku. Po spacyfikowaniu protestów, władza przystąpiła do rozliczeń i akcji propagandowej, czego efektem były wielogodzinne przemówienia mega nudziarza Władysława Gomułki, który określał polskich intelektualistów, jak chociażby Pawła Jasienicę, mianem człowieka o moralności alfonsa 😉. Bardziej dalekosiężnym skutkiem marcowej pacyfikacji było zmuszenie do emigracji dużej grupy Polaków pochodzenia żydowskiego. Między innymi wyrzucono z kraju reżysera głośnego filmu „Krzyżacy”, Aleksandra Forda. Kopa od władzy dostał też słynny filozof Leszek Kołakowski, którego chętnie przygarną uniwersytet w Oksfordzie. W efekcie tych wydarzeń w socjalistycznej Polsce, światowy stereotyp Polaka-antysemity dostał solidną dawkę pożywki, na której w dużej mierze pasie się do dziś.

pokaż więcej

 
2018-11-11 22:32:58
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Polska klasyka, Ulubione
Cykl: Trylogia Sienkiewicza (tom 3)

Za sprawą słynnego filmy Jerzego Hoffmana, a także telewizyjnego serialu „Przygody Pana Michała”, bardzo trudno mi dzisiaj czytać ten ostatni tom trylogii Henryka Sienkiewicz bez nawiązania wyobraźnią do dobrze zapamiętanych scen i postaci filmowych. „Pan Wołodyjowski” charakteryzuje się dużo lżejszą fabułą niż wcześniejsze tomy serii. Większą część książki stanowi opis nieco niezdarnego, ale... Za sprawą słynnego filmy Jerzego Hoffmana, a także telewizyjnego serialu „Przygody Pana Michała”, bardzo trudno mi dzisiaj czytać ten ostatni tom trylogii Henryka Sienkiewicz bez nawiązania wyobraźnią do dobrze zapamiętanych scen i postaci filmowych. „Pan Wołodyjowski” charakteryzuje się dużo lżejszą fabułą niż wcześniejsze tomy serii. Większą część książki stanowi opis nieco niezdarnego, ale uroczo czystego romansu Pana Michała i Panny Basi Jeziorkowskiej. Całość powieści nie ma takiego poważnego epickiego charakteru jak chociażby „Potop”, a jest bardziej rodzajem rozczulającej ballady. Dla której kanwą jest naiwny, ale jednak szczytny idealizm „małego rycerza”, który od lat wiernie stoi przy wielkiej sprawie jaką jest obrona Rzeczypospolitej. Przez całe swoje życie Michał Jerzy Wołodyjowski nie wykazywał się zmysłem praktycznym, żył bardziej jako błędny rycerz, skutkiem czego żadna białogłowa nie chciał połączyć swojego losu z tym kresowym Don Kichotem. Aż wreszcie po wielu latach spotkał na swojej drodze kresową szlachciankę, która pokochała go właśnie za jego idealizm, niezdarność życiową, ale i wielką sławę wojenną, jaką cieszył się między szlachtą. Do tego szczęścia walnie przyczynił się rezolutny Jan Onufry Zagłoba, który w tej części trylogii jest już sędziwym starcem, którego jednak „fortel” nie opuszcza i jest idealnym wsparciem dla słynnego szermierza Wołodyjowskiego. Najbardziej lubię postać Zagłoby właśnie w tym ostatnim wydaniu, gdy jest takim sarmackim dziadkiem snującym bez przerwy stare historie i drzemiącym z czarą miodu przy piecu.
Kiedy swego czasu zagłębiałem się w biografię Sienkiewicza, to postać Wołodyjowskiego z całą pewnością jest jego alter ego. Sienkiewicz nie grzeszył posturą, gdy jako 16-latek zgłosił się na ochotnika do powstania styczniowego, to w mało elegancki sposób podziękowano mu za wsparcie. Żył z tym kompleksem już zawsze. Jego wielki rywal literacki, Bolesław Prus, mógł się poszczycić przejściem chwalebnego szlaku walk powstańczych. Sienkiewicz, podobnie do Pana Michała, był bardzo kochliwy, a jego zaloty były obśmiewane w środowisku jako niezdarne i napuszone. Miał w swoim życiu trzy żony i wszystkie nosiły to samo imię - Maria.
Książka nic a nic się nie starzeje i na pewno będę do niej jeszcze wiele razy wracać, tak jak to robiłem dotychczas. Przez jakiś czas eksperymentowałem z nowym nurtem literackim w tej tematyce, kreowanym przede wszystkim przez Jacka Komudę. Powiem jednak szczerze, że wolę jeszcze raz przeczytać całą trylogię i więcej mam z tego przyjemności, niż zgłębiając takie niezbyt wprawne naśladownictwo wzbogacone o wymogi współczesnych wydawnictw. Należą do nich sztucznie archaizowane wulgaryzmy, zahaczanie fabułą o prostytutki i polujących na nie zwyrodnialców. Ja wolę oczami wyobraźni przemierzać z kompanią Wołodyjowskiego na rączym rumaku stepy kresowe i prowadzić pojedynki podjazdowe z nikczemnymi Tatarami…

pokaż więcej

 
2018-11-11 22:31:54
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Popularnonaukowe

Książka wyszła spod pióra brytyjskiego orientalisty arabskiego pochodzenia. Jedno i drugie mocno czuje się w tekście. Książka jest arcyschematyczna, niczym szkolne wypracowanie gorliwego ucznia. Szczegółowość i drążenie niuansów specyfiki arabskiej historii nie jest moim zdaniem potrzebne europejskiemu czytelnikowi. Oczekiwałem bardziej uporządkowanej monografii poświęconej historii Arabów i... Książka wyszła spod pióra brytyjskiego orientalisty arabskiego pochodzenia. Jedno i drugie mocno czuje się w tekście. Książka jest arcyschematyczna, niczym szkolne wypracowanie gorliwego ucznia. Szczegółowość i drążenie niuansów specyfiki arabskiej historii nie jest moim zdaniem potrzebne europejskiemu czytelnikowi. Oczekiwałem bardziej uporządkowanej monografii poświęconej historii Arabów i wypuklenia pewnych swoistych dla tej kultury kamieni milowych, a w zamian dostałem kazuistyczną wyliczankę faktów i szczególików, które niewiele wnosiły do tematu, a jedynie gubiły czytelnika w meandrach, bądź co bądź obcego cywilizacyjnie, świata.
Przechodząc do samego tematu książki, uzmysłowiłem sobie, że Arabowie w swojej prakolebce na Półwyspie Arabskim byli ludźmi rasy białej. Późniejsze błyskotliwe podboje militarne spowodowały tygiel rasowy, który panuje w świecie arabskim do dziś. Arabowie pojawili się w zapisach historii starożytnej w okolicach połowy II tysiąclecia p. n.e. O Arabach wspomina też Biblia, a za nią zapewne i Koran, które każą nam wierzyć, że antenatem wszystkich Arabów jest starotestamentowy Sem, jeden z trzech synów Noego. Dzisiaj przyjmuje się, że tzw. Arabów żyje na całym świcie ponad 500 mln, a Egipt jest najludniejszym arabskim państwem. Arabowie przez całą starożytność, oddzieleni bezkresnymi pustyniami, żyli na marginesie wydarzeń historycznych i kulturalnych. Rewolucyjna zmiana tego faktu pojawiła się wraz z działalnością proroka Mahometa, który w VII w. skonsolidował arabskich nomadów pod hasłem krzewienia nowej i jedynie prawdziwej wiary. Efekt był imponujący, Islam na niemalże 1,5 tysiąca lat wyparł judaizm z tzw. Ziemi Świętej. Kolebka chrześcijaństwa, jaką był Bliski Wschód, Azja Mniejsza i Afryka, zostały trwale do dnia dzisiejszego wyczyszczone z kultu chrystusowego. Średniowiecze jest na ogół przyjmowane w europejskiej historiografii jako pewne zwyrodnienie kultury Zachodu i ledwie przedsionek do nowej wspaniałej przyszłości. Dla kultury arabskiej zaś średniowiecze jest okresem jej największego rozkwitu i sukcesów. Wtedy ostatecznie ukształtowała się, trwająca właściwie do dziś, arabska architektura, obyczajowość i formuła kultywowania Islamu. Czasy nowożytne przyniosły głęboki kryzys dla świata arabskiego, który był najpierw militarnie wypychany z zajętych terenów, jak chociażby hiszpańską rekonkwistą, czy późniejsze podporządkowanie sobie państw arabskich przez europejskie mocarstwa kolonialne. Czasy najnowsze dokonały gwałtownego zwrotu na korzyść Arabów. Mianowice czarne złoto XX i XXI w., jakim jest ropa naftowa, obficie występuje w państwach arabskich, a postindustrialne społeczeństwa Europy Zachodniej są sprzyjającym gruntem do kulturowej i demograficznej ekspansji. Francja, która przez ponad wiek kolonizowała i europeizowała Arabów, ma w swoich metropolitalnych granicach ponad 6 mln wyznawców Islamu. Niemcy, które jeszcze 70 lat temu próbowały realizować brutalną politykę oczyszczenia rasowego Europy, stanowią dziś swoisty tygiel wielonarodowościowy. Te wydarzenia pokazują jak koło historii toczy się nieustanie i każdy porządek cywilizacyjny ma swój kres.

pokaż więcej

 
2018-11-04 14:06:32
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Popularnonaukowe

Jak na dzisiejsze czasy i stan wiedzy ta książka trąca już myszką. Przedstawia nieaktualne lub zdeformowane hipotezy naukowe w sposób na dzisiaj już nieco nużący. Sięgnąłem po tę książkę głównie dlatego, że tematyka czarnych dziur występujących we Wszechświecie jest niezwykle tajemnicza, a swoją zagadkowością i potęgą oddziaływania pobudza moją wyobraźnię. Na co dzień staram się być... Jak na dzisiejsze czasy i stan wiedzy ta książka trąca już myszką. Przedstawia nieaktualne lub zdeformowane hipotezy naukowe w sposób na dzisiaj już nieco nużący. Sięgnąłem po tę książkę głównie dlatego, że tematyka czarnych dziur występujących we Wszechświecie jest niezwykle tajemnicza, a swoją zagadkowością i potęgą oddziaływania pobudza moją wyobraźnię. Na co dzień staram się być człowiekiem racjonalnym i sceptycznie podchodzę do większości informacji czy nowinek. Jednak świadomość, że istnieją w wielkim Uniwersum gigantyczne siły, które być może umożliwiają podróże w czasie lub przejście do innych wymiarów bardzo mnie ekscytuje. Współczesna astronomia co rusz odkrywa nowe tego typu „obiekty”. Są przypuszczenia, że w centrum naszej galaktyki istnieje gigantycznych rozmiarów (być może o masie 4 milionów słońc) czarna dziura, która oddziaływuje na całą Drogę Mleczną. To, co dzisiaj przyjmuje się jako pewnik to teza, że czarne dziury są wielkim skupieniem materii na małej przestrzeni, której grawitacja jest tak silna, że pochłania całe światło. Granicą czarnej dziury jest tzw. horyzont zdarzeń, po przekroczeniu którego nie ma już powrotu. Przyznam się, że bardzo mi jest trudno w pełni pojąć to, co spekuluje na ten temat współczesna nauka. Wszystko to, co wpadnie do czarnej dziury nie może się już z niej wydostać. Ponieważ wszystkie drogi czasoprzestrzeni są tak zakrzywione, że zawsze prowadzą do środka czarnej dziury. Obrazowo można to przedstawić próbą marynarza wypłynięcia statkiem na „koniec świata”, lecz po długiej podróży będzie on opływał coraz to nowe morza i oceany naszego globu, aby wreszcie powrócić do tego samego punktu. Gorzej idzie mi ze zrozumieniem teorii o spowolnieniu czasu w horyzoncie zdarzeń, gdzie na samej jego granicy upływ czasu nie istnieje. Ale dlaczego i jak nie umiem sobie tego wytłumaczyć. Czarne dziury najprawdopodobniej rodzą się z umierających gwiazd, gdy z powodu wypalonego wodoru zapadają się do swojego centrum tzw. zapadnięcie grawitacyjne.
Temat jest fascynujący, ale niezwykle trudny do pojęcia przez człowieka żyjącego tu i teraz, borykającego się z problemami małymi i dużymi wynikającymi z codzienności. Trzeba naprawdę pozwolić swojemu umysłowi na wielkie abstrakcyjne wakacje, a i tak nie wiadomo dokąd taka wycieczka rozumowa prowadzi. Mam dość irytujące mnie przeświadczenie, że i naukowcy sami nie wiedzą jak to naprawdę jest z tą sprawą. Przerabiamy od 30-40 lat kolejne teoretyczne hipotezy lub oderwane od badań empirycznych matematyczne wyliczenia. Należy pamiętać, że tematyka czarnych dziur obejmuje zagadnienia, których nie można zmierzyć ani zważyć czy poddać jakimś testom. To jest cały czas czysta abstrakcja, wspomagająca się co najwyżej okruchami danych dostarczanych z ułomnych przecież ludzkich obserwacji Wszechświata.

pokaż więcej

 
2018-11-02 19:00:15
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Literatura polska, Ulubione
Autor:

Bardzo osobiście potraktowałem treść książki i jej klimat. Co prawda jestem nieco młodszy pokoleniowo od głównego bohatera, małego chłopca z początku lat 80-tych Adasia, ale szara rzeczywistość agonalnej fazy PRL-u została mi mocno wdrukowana w głębokie zakamarki pamięci. Także mój ojciec, który za dużo nie dokazał jako człowiek jakiejkolwiek idei, miał swoją wielką chwilę w czasie... Bardzo osobiście potraktowałem treść książki i jej klimat. Co prawda jestem nieco młodszy pokoleniowo od głównego bohatera, małego chłopca z początku lat 80-tych Adasia, ale szara rzeczywistość agonalnej fazy PRL-u została mi mocno wdrukowana w głębokie zakamarki pamięci. Także mój ojciec, który za dużo nie dokazał jako człowiek jakiejkolwiek idei, miał swoją wielką chwilę w czasie wprowadzenia stanu wojennego. 13-ty grudnia zastał go na nocnej zmianie w wielkiej kopalni. Górnicy samorzutnie postanowili zaprotestować. Bawili się z ZOMO i Ludowym Wojskiem Polskim w kotka i myszkę przechodząc podziemnymi korytarzami od szybu do szybu w promieniu kilkunastu kilometrów. Jednak kilka tysięcy ludzi nie może za długo siedzieć pod ziemią i trzeba było wyjść. A tutaj już czekało „MOMO” i „sikawki”, które brutalnie pacyfikowało wszelki opór. Swoistym azylem dla protestujących był budynek kościoła, którego „MOMO” forsować nie chciało.
Wracając do samej książki, autor zastosował w genialny sposób alegorię koszmaru sennego małego chłopca jako przedstawienie rzeczywistości pierwszych dni „wojny polsko-jaruzelskiej”. Całość, pomimo bajkowo-mrocznego klimatu i pomysłowych metafor na PRL-owski aparat ucisku, przedstawia się bardzo realistycznie i osoby znające realia życia za tzw. komuny bez problemu odnajdą się w tym świecie. Autor zadziwia mnie swoją fantazją, a także prostotą w wymyślaniu bajkowo/horrorowych postaci, organizacji czy struktur państwa policyjnego. Głównym wrogiem bohatera jest niejaki Wroniec, który stoi na czele całego aparatu ucisku. Skojarzenie jest w tym wypadku proste. Jaruzelski ze swoją juntą wojskową powołał Wojskową Radę Ocalenia Narodowego, w skrócie WRON. Do tego, jako były szlachcic, posiadał swój herb rodowy Ślepowron. Bajkowe „MOMO” to oczywiście Zmotoryzowane Odziały Milicji Obywatelskiej w skrócie ZOMO. Koordynujące zadanie wyznaczone przez Wrońca Bubeki to oczywiście Urząd/Służba Bezpieczeństwa, tzw. UB-ecy. Najbardziej znanym popkulturowym ubekiem jest Franz Mauer z filmu „Psy”. Wszechwładne w świecie Adasia „Członki” to oczywiście partyjni bonzowie Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, w skrócie PZPR. Książkowa maszyna-szarzyna to nic innego jak beznadziejna rzeczywistość życia codziennego z okresu zdychającego komunizmu w Polsce. Brak perspektyw na przyszłość, brak gospodarności i nonsens życia społecznego. W efekcie polskie społeczeństwo na tle zachodnio-niemieckich katalogów wyglądało jak szara i beznadziejnie zabiedzona masa ludzka. Są jednak elementy w bajcie Dukaja właściwe tylko i wyłącznie dla tego gatunku, jakim jest chociażby postać Pana Betona. Ten niemłody już mężczyzna wcześniej był przodownikiem pracy, który jako murarz wykonywał swoją pracę ponad tzw. normę. Gdy wypowiada swoje sakramenckie powiedzenie „temi ręcyma” uzyskuje ponadludzką siłę i wbija w beton tajników, szpicli i rozbija całe odziały „milipantów” niczym Obelix centurie legionów rzymskich. Autor ma naprawdę wielką wyobraźnię i zastosował wiele ciekawych postaci i porównań, które bardzo mocno uatrakcyjniają całą fabułę książki. Generalnie historia kończy się wybudzeniem chłopca z mary sennej, ale po przeczytaniu tej bajki pozostaje uczucie przygnębienia i smutku. Pewnie jest to zamierzony efekt, gdyż czasy pierwszych dni stanu wojennego nie były sielanką dla naszego narodu. Z jednej strony Wroniec, czyli gen. Jaruzelski, przeprowadził go tak sprawinie, że przy takiej gigantycznej operacji wojskowo-policyjnej ofiary były stosunkowo nieduże. Z drugiej stronny skutecznie zwichnął wszelki zorganizowany opór przeciwko rzeczywistości i pozbawił społeczeństwo entuzjazmu jaki wykazywało przy narodzinach ruchu społecznego „Solidarność”. Co gorsza naród pozbawiony nadziei popadł w apatię i zniechęcenie. Efekt, to masowa emigracja zagraniczna najbardziej przedsiębiorczych jednostek i wegetacja reszty w kraju. Lata 80-te to jedna wielka strata dla rozwoju społeczno-gospodarczego Polski. Przepaść naszego zacofanego kraju do Zachodu przez te lata zwiększyła się znacznie, skutki tego odczuwamy po dziś dzień.

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
532 181 16705
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (295)

Ulubieni autorzy (10)
Lista ulubionych autorów
Ulubione cytaty (3)
lista cytatów
zgłoś błąd zgłoś błąd