Pieśń dla Elli Grey

Tłumaczenie: Karol Sijka
Wydawnictwo: Zielona Sowa
5,62 (65 ocen i 17 opinii) Zobacz oceny
10
7
9
1
8
7
7
11
6
8
5
7
4
8
3
8
2
6
1
2
Edytuj książkę
szczegółowe informacje
tytuł oryginału
A Song for Ella Grey
data wydania
ISBN
9788380732414
liczba stron
304
język
polski
dodała
popiszsieplay

David Almond w mistrzowski sposób łączy znane nam mity ze współczesnym światem, w którym nie brakuje telefonów komórkowych i celebrytów rodem z brytyjskiego „Mam Talent”. Bohaterowie powieści chodzą do szkoły. Młodzież „zakuwa”, ale też marzy o miłości, o wolności… Czasy się zmieniają, ale pewne rzeczy są stałe. Claire, Ella i ich przyjaciele czują się ze sobą tak silnie związani, że zdaje im...

David Almond w mistrzowski sposób łączy znane nam mity ze współczesnym światem, w którym nie brakuje telefonów komórkowych i celebrytów rodem z brytyjskiego „Mam Talent”. Bohaterowie powieści chodzą do szkoły. Młodzież „zakuwa”, ale też marzy o miłości, o wolności…
Czasy się zmieniają, ale pewne rzeczy są stałe.

Claire, Ella i ich przyjaciele czują się ze sobą tak silnie związani, że zdaje im się, iż nic nie jest w stanie rozerwać ich przyjaźni. Pewnego dnia pojawia się on – inny od nich i niesamowicie przystojny – Orfeusz. Spacerując po plaży gra na lirze i śpiewa swoją pieśń. To on odkrywa przed nastolatkami zadziwiający, nowy sposób rozumienia i poznania siebie. Ella jest zauroczona najbardziej, najszybciej i najgłębiej – a Claire, widząc to, czuje ból, ból porzucenia…

 

źródło opisu: materiały wydawnictwa

źródło okładki: materiały wydawnictwa

pokaż więcej

Brak materiałów.
książek: 238
quidportavi | 2017-06-29
Na półkach: Przeczytane, Posiadam
Przeczytana: 28 czerwca 2017

Przeczytaliście opis? Ok. Myślicie, że to tylko jakaś zajawka? Nie moi drodzy. To jest precyzyjnie streszczona książka. Calutka. Serio.
Byłam pewna, że opis na okładce to jedynie drobna część Pieśni dla Elli Grey. Wiecie, tak jak to zwykle bywa – ogólny zarys fabuły, który ma zaciekawić a jednocześnie nie zdradzić nam zakończenia. No i okej, zakończenia nie zdradza (opis, ale już pierwsze zdania powieści owszem - mówią nam jak książka się skończy…). I zadziałało. Zaintrygował mnie. Z resztą nie tylko ja, bo kilka znajomych po sprawdzeniu opisu również pomyślało: „Hej, to może być niezłe!”. Byłam ciekawa jak Almond wplecie w nasz świat, świat nastolatków mit o Orfeuszu. I wiecie co? W tym przypadku ciekawość nie była pierwszym krokiem do piekła. Ona była pendolino do piekielnych czeluści.

ANO
Ano właśnie… Te trzy litery doprowadzały mnie do szału od samego początku. „Ano” pojawiło się w tej książce pewnie około 100-150 razy. A książka ma 299 stron (teoretycznie, bo w praktyce po odjęciu stron pustych, ozdobnych itp. Treść zajmuje znacznie mniej). Wyobraźcie więc sobie, że to cholerne „ano” bohaterowie umieli użyć w jednym dialogu kilkanaście razy. A królem anowania stał się dla mnie Orfeusz. Ale o nim opowiem w osobnym akapicie, bo…. Bo jest o czym.

Orfeusz był absolutnie najgorszą postacią, jaką do tej pory spotkałam w książkach. Właściwie.. ciężko to nazwać spotkaniem, bo nasz mityczny chłopina pojawił się w książce cztero albo pięciokrotnie, łącznie na około piętnastu, może dwudziestu stronach. Tak moi drodzy, jedna z trzech najważniejszych dla książki postaci praktycznie w niej nie występowała. A nawet kiedy już przypęzła, to ograniczała się do otumaniania ludzi lirą (wielka szkoda, że robił to w sposób pokojowy, bo śpiewem i grą na instrumencie. O wiele ciekawiej byłoby, gdyby otumaniał ich solidnym ciosem ów lirą w potylicę. Myślę, że to mogłoby uratować tę książkę.), znikania w najmniej odpowiednich momentach (wszystkich czterech!), oraz oczywiście mówienia „ANO”. W końcu „ano” wyraża wiecej niż tysiąc słów… a przynajmniej wydaje mi się, że tak mogłoby brzmieć motto Orfeusza.

UMRZYJCIE, PROSZĘ
Pierwszy raz w życiu chciałam śmierci wszystkich bohaterów. Dosłownie – wszystkich. Nie mam pojęcia w jakim świecie żyje pan Almond, ale wykreowana przez niego zgraja nastolatków nie ma absolutnie nic wspólnego z tym, jaka w rzeczywistości jest dzisiejsza młodzież. Sama mam dziewiętnaście lat, więc jestem zaledwie o dwa lata starsza od bohaterów Pieśni dla Elli Grey, i śmiem twierdzić, że jeszcze pamiętam jak to było te dwie wiosny temu. I może ja byłam niestandardową siedemnastką, ale przez myśl mi nie przeszło, żeby wyzwać mojego polonistę od (tu cytaty z książki) „zużytej parówy”, „bezużytecznego wora”, czy „niepolerowanego antyku”. Nie miałam też w zwyczaju łazić boso po plaży zasłanej cholernymi żmijami, bo zdążyłam już ogarnąć, ze te cholery mogą zrobić niezłe kuku. Nie uważam się też za szarą myszke, ale żeby tak naskakiwać na plaży na Bogu ducha winnych turystów z japą krzycząc, że jestem dzikusem, ale ich nie zjem? Oj nie zdarzyło mi się jeszcze. Szczerze mówiąc czytając tę książkę miałam wrażenie, ze oni byli cały czas ujarani i to czymś mocnym. Srogie grzyby…
Dorośli wcale nie byli lepsi. Wiecie jak profesor zareagował na tekst o parówie? Cytuję: „Wracaj (…) Do szlamu, z którego wypęzłaś, suko…”. Wyobrażacie sobie taki tekst na lekcji polskiego, w połowie omawiania fraszek? Bo ja ni cholery. Kolejnym absurdalnym tworem byli rodzice Elli. A właściwie rodzice zastępczy, bo dziewczyna będąc niemowlęciem została adoptowana. Wiecie jak zwraca się po tak długim czasie do swoich opiekunów? Nie mamo i tato. Nawet nie jakiś tam wujku i ciociu. Nie moi drodzy, ona mówi o nich po nazwisku. Serio. Grey’owie natomiast są tak staroświeccy i zacofani, że nie sposób uznac ich za rzeczywistych. Nie ma bata i już. Do tego dochodzą rodzice Claire, czyli najlepszej przyjaciółki Elli… ale chyba oszczędzę wam ich opisu. W każdym bądź razie są równie beznadziejni, co cała reszta bohaterów.

NAJGORSZA HISTORIA MIŁOSNA EVER!
Ja nie wiem, czy mam prawo nazwać to historią miłosną. Właściwie mam wrażenie, że to nie była miłość, tylko nadal działanie dragów. Bo wiecie, całą historię opowiada nam Claire i mówi nam najwidoczniej tylko o rzeczach, których była świadkiem. Tak więc wiemy, że spotkała Orfeusza na plaży podczas biwaku, na który Ella nie mogła pojechać. Wiemy, że chłoptaś brzdąkał na lirze i śpiewał tak pięknie, że Claire musiała zadzwonić do swojej najlepszej przyjaciółki, żeby mogła go usłyszeć. Wiemy, że on nagle zajumał naszej narratorce telefon i zaczął śpiewać specjalnie dla Elli… której w sumie nie znał, ale pokochał od pierwszego… telefonu? Czort go wie. Szkopuł w tym, że Ella odwzajemniła uczucie i uroiła sobie, że Orfeusz jest miłością jej życia. Wiemy też, że w połowie lekcji polskiego zobaczyła przez okno, że pod drzewem stoi jakiś typek… więc uznała, że to Orfeusz być musi, wstała i wyszła. Tak o. W połowie lekcji. A pamiętajcie, że ona nie miała pojęcia jak wygląda Orfeusz, także nie pojmuję skąd ta pewność, że ziomek pod drzewem to on. Ale to nadal nic! Wiecie co się dzieje zaraz po jej wyjściu z sali. Kończy się rozdział. A wiecie jak zaczyna się kolejny? UWAGA, UWAGA! Ella oznajmia, że ona musi wyjść za Orfeusza. Nie, nie żartuję. Po jednym spotkaniu postanawia się hajtnąć. Nie będę mówiła wam więcej, bo mam wrażenie, że już pojmujecie jak idiotyczny jest tutaj wątek romantyczny. A jeśli nie, to dajcie znać w komentarzu, chętnie opowiem wam więcej.

ZROBIŁAM EKSPERYMENT
Taki mój malutki test. Dałam tę książkę moim znajomym i rodzinie. Ludziom w różnym wieku, o różnych gustach, różnych charakterach. Kazałam otworzyć na losowej stronie i przeczytać ją na głos. Wynik: każdy po paru linijkach zaczynał czytać to jak zapiski wariata, z przesadnym patosem, z pompą, machając łapami albo intonując w komiczny sposób. A, no a mój tata uznał, że może z pomocą wina tekst nabrał sensu. Nawet chciałam przetestować tę metodę, ale na marne. Nic nie pomogło. David Almond zabił mnie swoim stylem pisania. To było tak beznadziejnie poetyckie, tak zapchane środkami stylistycznymi, tak dziwaczne i nieistotne, że równie dobrze możnaby połowę książki pominąć. Serio, sprawdziłam to. Pominęłam dwie strony, dokończyłam rozdział, po czym wróciłam do nich, żeby sprawdzić, czy ominęło mnie coś istotnego. Nie, nie ominęło. Spokojnie można by więc czytać same dialogi. A nawet nie koniecznie.
A teraz jeśli chcecie, sami spróbujcie przeczytać sobie jeden z dialogów (bo hipisowskie opisy wam podaruję):

„- Ja tylko poszłam się odlać! – jęknęła. – A one już tam były! Żmije! Chrzanione żmijska!
Z trudem łapała oddech.
- Carlo je dorwał! – powiedziała. – Szast-prast, łup-siup – tak je zdzielił wielkim kijskiem, serio!
Podniosła gady na wysokość oczu.
- Węże! Fuuuj! Przeklęte węże!
- Ano! – uspokoiła Carla, który do niej podszedł. – Ano! U mnie wszystko gra, stary!
Carlo zademonstrował, jak przeprowadził egzekucję.
- Gińcie, węże! Gińcie! – warczał, tłukąc plażę kijem.
Bianka wywinęła żmijami w powietrzu, po czym owinęła je sobie wokół gardła i zatańczyła na piasku, niesiona dreszczem grozy i fascynacji.”

I to był przypadkowy fragment, który przed chwilą otworzyłam na chybił-trafił. Są gorsze. Wierzcie mi. Ale nie ma opcji, żeby otwierając tę powieść na dowolnej stronie nie trafić na jakąś chorą sytuację. Serio.

PLUSY?
Są dwa. Wydanie Pieśni dla Elli Grey jest naprawdę śliczne: część książki, w której wkraczamy w podziemia jest napisana na czarnych stronach, dialogi potworów z piekła napisano demoniczną czcionką, nie zwykłym pismem, a tekst niejednokrotnie rozłożono na stronie w sposób niestandardowy. To było świetne. Ponadto poszczególne części książki oddzielały ciemne grafiki. Zielona Sowa się postarała, to muszę przyznać.
Drugim plusem jest duża czcionka i szerokie marginesy. Dzięki nim książkę czytało się ekspresowo, bo na stronie było niewiele tekstu. Pierwszy raz tak mnie to cieszyło.

KOŃCZĄC
Nie mogę polecić wam tej książki z czystym sumieniem. Dawno się tak nie zawiodłam, poważnie. Pieśń dla Elli Grey to jeden wielki zbiór wad. Język, jakim napisano książkę drażni i nie pozwala uwierzyć w tę historię. Bohaterowie są nierzeczywiści, irytujący i bezpłciowi, wypruci z emocji. Właściwie cała ta historia jest z nich wyprana i wypada sztucznie. Wątek mitologiczny spartaczono doszczętnie, bo w zasadzie nic w nim nie zmieniono – to był najzwyklejszy mit o Orfeuszu, tylko zamiast Eurydyki była Ella. Mam nadzieję, że dotrwaliście do końca. I proszę, nie dajcie się nabrać opisowi. Wystaczy, że mnie on oczarował i otumanił. Ehh… już wolałabym dostać w łeb tą lirą.

Nie zapytam, czy się skusicie. Zapytam, czy dostatecznie wam zobrazowałam beznadziejność tej książki? A może mimo wszystko macie odruch masochistyczny? Piszcie co sądzicie o Elli w komentarzach, bo zżera mnie ciekawość!
\

Pokaż wszystkie opinie o tej książce
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Już teraz nowa funkcja: pakiety. Dowiedz się więcej jak kupić kilka książek w najlepszej cenie >>>
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading

Opinie czytelników


O książce:
Yellow bahama w prążki

Targetowana do młodzieży gimnazjalnej i rzeczywiście jest to książka dla tej grupy wiekowej. Co nie odbiera przyjemności czytania także starszemu czyt...

zgłoś błąd zgłoś błąd