Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.
Zgłosuj na książki roku 2017

Banany i cytrusy, czyli jedź do Azji

Wydawnictwo: Poligraf
6 (15 ocen i 5 opinii) Zobacz oceny
10
1
9
0
8
0
7
3
6
6
5
4
4
0
3
1
2
0
1
0
Edytuj książkę
szczegółowe informacje
tytuł oryginału
Banany i cytrusy, czyli jedź do Azji
data wydania
ISBN
9788378563839
liczba stron
208
język
polski
dodał
Artur

To nie jest typowa książka podróżnicza. Próżno w niej szukać oszałamiających opisów przyrody. Natknąć się za to można na siarczyste przekleństwa. I między innymi z tego powodu, książka nie jest przeznaczona dla młodzieży. I jeszcze z takiego, że czasem autor niebezpiecznie krąży wokół tematów związanych z seksem. Zawiera mnóstwo humoru i z pewnością może poprawić nastrój. Napisana została, nie...

To nie jest typowa książka podróżnicza. Próżno w niej szukać oszałamiających opisów przyrody. Natknąć się za to można na siarczyste przekleństwa. I między innymi z tego powodu, książka nie jest przeznaczona dla młodzieży. I jeszcze z takiego, że czasem autor niebezpiecznie krąży wokół tematów związanych z seksem. Zawiera mnóstwo humoru i z pewnością może poprawić nastrój. Napisana została, nie przez rasowego podróżnika, ale człowieka, który postanowił pojechać w daleki świat na własną rękę, a któremu znudziły się wczasy typu all inclusive, zanim choć raz na nie pojechał.

Z książki tej dowie się Czytelnik:

Jak śmierdzą duriany w Malezji?
Ile kosztuje prostytutka w Tajlandii i czy ladyboys są niebezpieczni?
Jak wyglądają chińskie sraczyki w pekińskich hutongach?
Czy w Mongolii na cmentarzu spod ziemi wystają trupy?
Czy Laos jest nudny, a w Mekongu są piranie?
Czy normalny facet może zapłakać w kambodżańskiej szkole?
Jak czuje się człowiek na Syberii żegnając się z życiem?
Czy betel w Birmie ma kopa?
Jak smakuje skorpion w Bangkoku, a jak pies w Nanning?

 

źródło opisu: http://bananyicytrusy.pl/

źródło okładki: http://bananyicytrusy.pl/

pokaż więcej

Brak materiałów.
książek: 174
Gracjan Triglav | 2016-01-24
Na półkach: Przeczytane
Przeczytana: 24 stycznia 2016

Książka „Banany i cytrusy” to typowy blog, przeniesiony z medium cyfrowego do formy papierowej. Osobiste, pełne kolokwializmów (a także elementów gwary internetowej) zapiski mają charakter bezpośredniego komunikatu oddającego emocje i przyswojone wcześniej informacje. I ma to pewien urok. Jednak prowadzony amatorsko dziennik internetowy, pisany z pasji i potrzeby refleksji – to coś innego niż pełnoprawny twór literacki. Zagłębmy się w ten problem. Książka została wydana w drugiej połowie 2015, ostatnia z trzech opisanych wycieczek została odbyta przez autora w maju tego samego roku (poprzednie kolejno w 2013 i 2014). To dosyć szybkie tempo. Sprzyja to tak pochopnym decyzjom, powstawaniu niedociągnięć, jak i uniemożliwia eliminacje oczywistych błędów, oraz mniejszych wpadek które umykają z początku uwadze pisarza (tekst z reguły musi trochę poleżakować i zatrzeć się w pamięci piszącego przed ostatecznymi poprawkami). Brak opieki redakcyjnej – zwłaszcza w przypadku debiutanta – nie jest czymś co świadczy dodatnio o wydawnictwie autora „Bananów i cytrusów” (choć akurat w interesie tego wydawcy nie jest odrzucanie czegokolwiek, czy też skłanianie do poprawek*). Korektorki i korektor (których w stopce redakcyjnych jest trójka) nie popisali się, w tekście konsekwentnie powielane są stale te same błędy (ZA zamiast ZZA, ZAWIEŚĆ zamiast ZAWIEŹĆ), zdarzy się literówka, błędna odmiana, nieprawidłowe użycie myślnika... niemniej co by nie robili – bez konkretnej ingerencji redaktorskiej, tekst będzie pozostawiać wiele do życzenia.

W posłowiu Malek pisze: „nie jestem literatem, a ta książka nie jest porządna, ale mam nadzieje ze nie była mdła i nudna”. Wszystko to uczciwe stwierdzenia, i z grubsza trzymające się prawdy. Pod kątem stylistycznym faktycznie nie jest najlepiej, ale tekst nie nuży, i na ogół jest logiczny. Mimo jednak pewnych powtarzających się błędów, nieśmiesznych żartów i stricte internetowych praktyk komunikacyjnych, to nie jest to całkowicie zła publikacja. W wielu miejscach narracja prowadzona jest ciekawie, a przynajmniej przyzwoicie (choć efekt niweczą powtórzenia, mała liczba synonimów i brak gotowości do szerszego określenia dlaczego to i tamto obdarzone jest takim a nie innym epitetem). Błędów jest sporo. Na przykład nigdy nie komunikuje się czytelnikowi po użyciu określonego terminu by na dany temat doczytał sobie gdzie indziej, ani nie odsyła się go do googla; jeśli coś jest mało ważne dla autora, zwyczajnie to przemilcza – co przejdzie bez zgrzytu w świecie cyfrowym, kiedy po takiej sugestii otwiera się w przeglądarce nową kartę i idzie za radą autora, nie będzie uskuteczniane w czasie klasycznej lektury. (Ogólnie rzecz biorąc wyjątkiem od tego będą wtrącenia dygresyjne, niezwiązane z główną treścią publikacji X czy Y). Co jeszcze razi? Często w książce pojawiają się stwierdzenia że coś jest nie do opisania, że nie da się tego oddać słowami ani techniką cyfrową. Że to czy tamto trzeba samemu zobaczyć, na własne oczy. Wierzę i podzielam to zdanie. Niemniej pisarz to jest taki diabeł który mając świadomość iż mimo że nie może dać czegoś czytelnikowi, stara się chociaż zaoferować tego iluzję, złudzenie, choćby nakreślić przed nim z czym miał co czynienia bądź przekonać go do tego że to co zrodziła jego głowa jest prawdą. Taki zawód. Pisarz powinien choć zbliżyć odbiorcę do tego co widział, odczuwał, dać mu namiastkę. Niestety – autor się tu nie stara. A przynajmniej nie zawsze.

Gdyby jakiś redaktor usiadł, i wyjaśnił co jest nie tak, zapewne dałoby radę poprawić te zapiski. Miejscami rozwinąć, coś wyrzucić, pobyć się nielicznych błędów językowych. Blogowe wpisy autora mają pewien potencjał. Po pewnych poprawach stylistycznych, i usunięciu oczywistych błędów mogłoby z tego być dobre czytadełko dla ludzi myślących o wyprawie do Indochin czy na Daleki Wschód. Taki zbiór sugestii i przestróg, oraz turystyczna inspiracja. Ale pośpiesznie wydano to co wydano.
Autor zdecydowanie jest człowiekiem szczerym i myślącym, ale takie hobbystyczne pisanie, które może utrwalać złe wzorce literackie, nie powinno być praktykowane. Zabrakło pomocnej dłoni i czasu. Właściwie jestem przekonany że autor potrafiłby zrobić to lepiej, gdyby tylko miał czas, a idzie założyć że tego mu brakuje.

Blogerka Ela Sidi napisała całkiem fajną, osobistą książkę o Izraelu, pęczniejącą od rozmaitych informacji z pierwszej ręki. Miłość do literatury jej w tym wybitnie pomogła. Anna Ikeda genialnie opowiedziała o swoim życiu na japońskiej prowincji, fenomenalnie bawiąc się kolokwializmami – poprzez co dała świadectwo giętkości swego umysłu, dystansu i wnikliwości spojrzenia. Eseje Anny Sawińskiej o Korei (pierwotnie umieszczane na jej blogu) to intelektualne rozważania najwyższych lotów, które aż proszą się o szerszą dystrybucję. Wymienione wyżej panie są debiutantkami – jak autor „Cytrusów i Bananów)”. I wydały całkiem dobre książki. A tutaj mamy dość słaby tekst. Informuje tylko o pewnych kwestiach, nie kreśląc pełniejszego obrazu. Wynika to z odmiennego zainteresowania językiem jako takim. Dla pana Malka ma on walor głównie użytkowy, praktyczny. Informacyjny. Stąd i takie efekty. Tekst nie jest totalnie do dupy, bo autor wie co pisze i ma świadomość co robi. I chyba tylko to go częściowo rozgrzesza, oraz fakt ze sam sfinansował niskonakładowy druk swojej książki, ale ciężko o jednoznacznie pozytywny, entuzjastyczny odbiór. Niemniej każdy ma prawo do hobby. Na jednej ze stron swojej książki Malek apeluje: „pojedźcie do Azji Południowo-Wschodniej. To jest główny cel mojego pisania. Zachęcić, zaintrygować, zaciekawić, pokazać, że nie trzeba do tego jakichś wielkich talentów, odwagi czy zawrotnych sum pieniędzy”. Ta sama myśl zawarta jest w tytule. Każdy tekst ma swojego odbiorcę. A podróże kształcą. Bezsprzecznie warto się trochę powłóczyć – zwłaszcza świat się nam jakby skurczył od czasów Marco Polo, a kolejne bariery, dzięki rozwojowi techniki i globalizacji, rozpadają się na naszych oczach.

Na blogu autora są piękne zdjęcia, które wspaniale dopełniają tekst, aż przyjemnie popatrzeć:
http://bananyicytrusy.blogspot.no/
Zdecydowanie rekompensują one w pewnym stopniu to co pominięto w papierowej wersji „Bananów i cytrusów”. Tekst bez nich jest trochę jak nosorożec z upiłowanym rogiem. Cóż, postowanie i pisanie książek to dwie różne rzeczy, tak samo jak prywatna rozmowa i publicystyka.
Nie sztuka jest uprawiać krytykanctwo, i napisać w kilku zdania że „mi to się nie podobało, i że jest do kitu”. Sęk w tym by jako uargumentować swój sąd, nie opierając się jednocześnie tylko i wyłącznie na osobistych odczuciach. Wtedy jest to krytyka, i jako taka ma jakąś wartość. Stąd i długość mojego wywodu.

A teraz tak na marginesie: jako osoba będąca od czasu do czasu konsumentem masła orzechowego, spieszę z informacją że nie jest ono słodkie, a słone. Autor myli na dwieście pierwszej stronie wszelkie kremy czekoladowe w rodzaju Nutelli i nutellopodobnych wynalazków z pysznymi, zmiażdżonymi orzeszkami ziemnymi, jednym z narodowych smarowideł do pieczywa numer jeden w USA i Kanadzie. Niepotrzebnie, i nieproporcjonalnie do wagi błędu nadmierne rozwodzę się nad tym masłem orzechowym, bo i sam autor sporo pisze o jedzeniu. Z uwagi na jego praktyki komunikacyjne i zwyczaje żywieniowe, kojarzy mi się to trochę z fuzją podróżniczych książek Maxa Cegielskiego z odcinkami youtube’owego Mocnego Vloga. Z Cegielskim bo plecak, Azja i penetracja przestrzeni lokalnych, z vlogiem bo obszernie mowa jest o miejscowych smakach, i tych ulicznych, i fastfoodowych, i restauracyjnych. (W zasadzie pod kątem praktycznym są to przydatne informacje – tak samo z cenami usług turystycznych i przestrogami).

Ciężko polecać z czystym sercem tę książkę, ale na bloga na pewno warto wejść. Cieszy oko.

*Wydawnictwo Poligraf nie jest standardowym przedsiębiorstwem na rynku książkowym, specjalizuje się w niskonakładowych publikacjach, finansowanych de facto przez ich autorów (!). Z jednej strony genialna inicjatywa dla ludzi którzy chcą wydać coś niszowego, za rozsądne pieniądze i w dobrej jakości (profesjonalny druk i oprawa graficzna), z drugiej zaś spełnienie snów wielu grafomanów, którzy później będą trzymać niesprzedający się towar na pokojach (czyli koszmar na jawie). Nie jest to jedyna firma na polskim rynku świadcząca takie usługi. Niestety to stosunkowo nowe zjawisko ma tyleż plusów co minusów. Ale dobrze że jest, bo nożem można i zabić, i oskrobać ziemniaki na obiad.

Pokaż wszystkie opinie o tej książce
Już teraz nowa funkcja: pakiety. Dowiedz się więcej jak kupić kilka książek w najlepszej cenie >>>
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading

Opinie czytelników


O książce:
Jesteś moja, dzikusko

Bardzo fajna historia to muszę przyznać;) szkoda tylko, że wszystko było tak skrócone, a niektóre dialogi całkowicie bez sensu, bez dobrej składni jęz...

zgłoś błąd zgłoś błąd