Opinie użytkownika

Filtruj:
Wybierz
Sortuj:
Wybierz

Na półkach: , , , , , , ,

Za książkę zabierałem się kilka lat. W podobnym czasie dowiedziałem się, że planowany jest film i postanowiłem zaczekać. Byłem w kinie — film mnie zachwycił. Książka też zachwyciła.

Za książkę zabierałem się kilka lat. W podobnym czasie dowiedziałem się, że planowany jest film i postanowiłem zaczekać. Byłem w kinie — film mnie zachwycił. Książka też zachwyciła.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , , , , ,

Historia o białym smoku, który założył swój harem – to znaczy swoje stado.

Na początku byłem naprawdę podekscytowany. „Lutapolii” to historia słabego i wyśmiewanego smoka, który ucieka na dalekie południe. Tam, dzięki gorącym źródłom i nauce nurkowania, przechodzi zdumiewającą przemianę w potężnego drapieżnika. Bohater zakłada własne stado oparte na miłości i współpracy z czterema towarzyszkami, rzucając wyzwanie okrutnemu matriarchatowi i despotycznej królowej. Mimo ciężkich ran odniesionych w walce z krokodylem i dramatycznej rozłąki z rodziną, podczas której pomaga mu uratowana wcześniej wielorybia samica, smok wraca w samą porę, by w podniebnym starciu pokonać tyrana. Historia kończy się zwycięstwem nowego porządku i radosnym nadaniem imion pierwszemu pokoleniu piskląt w bezpiecznym, południowym sanktuarium.

Oto cała historia. Sporo tu elementów slice of life. (Czytałem kilka historii SoL z czego jedna jest w moim top). Sama fabuła jest prosta i naprawdę krótka. Niestety, im dalej, tym bardziej mój entuzjazm opadał. Ogromną część tekstu – połowę? – zajmuje polowanie, niekończące się rozmowy o jedzeniu/polowaniu i samo jedzenie. Bohaterowie praktycznie ciągle polują, jedzą albo planują kolejny posiłek. Odniosłem wrażenie, że to jakiś fetysz autora. Sprawia to, że spora część książki to dla mnie po prostu strata czasu. Nie chciałbym wracać do tej lektury po raz drugi, bo nie widzę w niej niczego, co mogłoby mnie do tego skusić.

Haremowe samice są płaskie. Tylko jedna wyróżnia się tym, że umie bardzo dobrze polować i pływać a pozostałe to w zasadzie kopiuj wklej. W ogóle nie pamiętam ich imion. Ogólnie nie mają zbytniej osobowości. Zamiast skupić się w tej jakże krótkiej książce na osobowościach postaci, autor postanowił położyć główny nacisk na... jedzenie.

Z drugiej strony, gdy odsiejemy połowę książki, „Lutapolii” okazuje się całkiem wartościową historią o transformacji i buncie przeciwko krzywdzącym stereotypom. Odrzucony Lutapolii udowadnia, że prawdziwa siła nie tkwi wyłącznie w mięśniach, lecz w inteligencji i zdolności do adaptacji. Autor umiejętnie kontrastuje toksyczną ambicję starego świata z autentycznymi więziami rodzinnymi. Strach i przemoc ustępują miejsca dobroczynności, współpracy oraz szacunkowi dla kolejnych pokoleń. Jest tu też bardzo wyraźny wątek ekologiczny. Lutapolii rozumie, że przetrwanie stada zależy od równowagi w naturze i ochrony zasobów - zwierząt łownych.

Historia o białym smoku, który założył swój harem – to znaczy swoje stado.

Na początku byłem naprawdę podekscytowany. „Lutapolii” to historia słabego i wyśmiewanego smoka, który ucieka na dalekie południe. Tam, dzięki gorącym źródłom i nauce nurkowania, przechodzi zdumiewającą przemianę w potężnego drapieżnika. Bohater zakłada własne stado oparte na miłości i współpracy z...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , , , , , , ,

Z tych 60 stron to tak na prawde 32 strony nowego Wingletu. Za krótkie.

Zadziwiło mnie też to, jak bardzo zainteresowały mnie postacie w ciągu zaledwie 32 stron, podczas gdy w nowym tomie nie zaciekawiły mnie one nawet przez 300 stron.

Z tych 60 stron to tak na prawde 32 strony nowego Wingletu. Za krótkie.

Zadziwiło mnie też to, jak bardzo zainteresowały mnie postacie w ciągu zaledwie 32 stron, podczas gdy w nowym tomie nie zaciekawiły mnie one nawet przez 300 stron.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , , , , , , ,

Seria dobiegła końca. Rokshan w końcu stał się smokiem, choć szkoda, że stało się to dopiero w samym finale. Było to nieco rozczarowujące, w aspekcie że od początku można było przewidzieć że moment tej przemiany będzie w finale i oczywiście że przyleci na ratunek. Zdecydowanie ciekawiej i bardziej zaskakująco byłoby, gdyby przemienił się już w połowie historii.

Niestety bohater niemal natychmiast opanował sztukę latania i lądowania. Liczyłem na to, że to Lamp go tego nauczy – byłoby to znacznie ciekawsze i bardziej realistyczne. Oczywiście mam świadomość, że w świecie pełnym przepowiedni, proroctw i bóstw mówienie o „realizmie” wypada... no cóż, dość średnio, ale mimo wszystko zabrakło mi tu jakiegokolwiek procesu nauki. Oczywiście nie latał tak dobrze jak Lamp ale nie miał z tum jakiś problemów.

Samo zakończenie to deus ex machina. Nie jest tragicznie złe, są znacznie gorsze, ale na tle całej książki to własnie zakończenie wypada najsłabiej.

Kolejną bolączką jest wątek artefaktu, który miał przemienić księcia. Zostaje on skradziony, a okoliczności tego zdarzenia są kuriozalne – bohaterowie po prostu zostawili go na ścianie w samym środku ambasady. Mimo że wcześniej zostali już raz okradzeni, a Depik odniósł rany, postacie zdają się o tym całkowicie zapominać. To spore niedociągnięcie.

Przez całą książkę kilkukrotnie powraca temat bliższej intymności między bohaterami. Za każdym razem dowiadujemy się, że nie mogą oni czerpać ze sobą przyjemności, co staje się irytujące. Autorka ani razu nie wyjaśniła, dlaczego tak jest. Ciągle tylko czytamy, że „nie mogą”. Co stoi na przeszkodzie? No właśnie – kompletnie nic. Jest to dla mnie całkowicie niezrozumiałe. Były by pewnie trudności ale mogą uprawiać sex którego od tak dawna oczekują.

Wątków fabuły jest trochę za dużo. Szczególnie jeden mógłby być usunięty bo to bardziej kłody pod nogi niż jakiś problem. A mam na myśli wątek Viveki - córki naszego antagonisty który przemienił Lamp. Nie rozwija się on zbytnio w żadnym kierunku a w pewnym momencie zostaje bardziej lub mniej urwany.

Cieszy mnie fakt, że pozostałe smoki, które nie miały kontaktu z ludźmi lub miały go bardzo mało, nie stały się nagle smokami z jeźdźcami. Niektóre książki podchodzą do tego strasznie trywialnie i jedyne rozwiązanie do pokonania głównego złego według jakiegoś autora to ludzie latający na smokach, które wcześniej nie miały kontaktu z ludźmi. Cieszy mnie, że smocza duma nie jest umniejszana i smoki pozwalają na lot tylko tym którzy zasłużyli na ich szacunek, mniej więcej.

Seria dobiegła końca. Rokshan w końcu stał się smokiem, choć szkoda, że stało się to dopiero w samym finale. Było to nieco rozczarowujące, w aspekcie że od początku można było przewidzieć że moment tej przemiany będzie w finale i oczywiście że przyleci na ratunek. Zdecydowanie ciekawiej i bardziej zaskakująco byłoby, gdyby przemienił się już w połowie historii.

Niestety...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , , , , ,

Sposób poprowadzenia fabuły nie do końca mi przypadł. Oczywiście wciąż mamy dziennik. Jednakże pojawia się też sporo listów, artykułów prasowych, oficjalnych dokumentów, raportów, notatek oraz – co najważniejsze – tłumaczeń drakoniańskich tabliczek. Chyba można to nazwać powieścią epistolarną?

Ma to swój urok, jednakże wolałbym trochę bardziej klasyczne podejście. Z drugiej strony jest to zdecydowanie druga najlepsza książka w cyklu, ale to zawdzięcza w całości postaci Kudshayna. Kudshayn jest drakonianinem. Czyli takim anthro smokiem. Chciałbym, aby występował jeszcze częściej w powieści. Szkoda, że fabuła bardziej nie skupiła się na nim. Albo żeby została jeszcze bardziej pokazana odmienność tej rasy w np rozmowach z bohaterką.

Bardzo podobały mi się opisy, w których Kudshayn obejmuje bohaterkę skrzydłami czy inne zwrócenie uwagi na jego np ostre pazury.

Świetne, że było wyjaśnienie, co oznaczają różne gesty, które wykonują nasze "smoki". W formie bardzo skróconej:

Skrzydła owinięte wokół ciała: Szacunek (odpowiednik ukłonu).

Skrzydła owinięte wokół innej osoby: Bliskość, pocieszenie (odpowiednik uścisku).

Skrzydła przyciśnięte do pleców: Dyskomfort psychiczny, chęć ochrony (jak pozycja embrionalna).

Skrzydła rozpostarte: Gniew, demonstracja siły lub wyzwanie (odpowiednik jeżenia futra).

Skrzydła opadające: Westchnienie, rezygnacja.

Grzechotanie skrzydłami: Śmiech.

Rozszerzanie nozdrzy: Ciekawość lub zdziwienie (jak uniesienie brwi).

Trzymanie pyska zamkniętego: Prośba o ciszę.

Sposób poprowadzenia fabuły nie do końca mi przypadł. Oczywiście wciąż mamy dziennik. Jednakże pojawia się też sporo listów, artykułów prasowych, oficjalnych dokumentów, raportów, notatek oraz – co najważniejsze – tłumaczeń drakoniańskich tabliczek. Chyba można to nazwać powieścią epistolarną?

Ma to swój urok, jednakże wolałbym trochę bardziej klasyczne podejście. Z...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , , ,

Część ważnych wydarzeń zostaje pominięta. Komiks jest za krótki.

Kreska jest zmienna. Raz bohaterowie wyglądają brzydko, w sumie to przez większość czasu, a innym razem ładnie.

Tła są ładne.

Część ważnych wydarzeń zostaje pominięta. Komiks jest za krótki.

Kreska jest zmienna. Raz bohaterowie wyglądają brzydko, w sumie to przez większość czasu, a innym razem ładnie.

Tła są ładne.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , , , , , ,

Jak się okazuje, na Pyrrhii żyło kiedyś dziewięć plemion. Jest to kompletna bzdura. Tui nagle uznała, że doda Robakoskrzydłe również na ten kontynent. Smoki te w ogóle nie przypominają oryginalnych plemion. Nie akceptuję zmian, które autorka nagle, po 15 latach, wprowadza do świata przedstawionego, twierdząc, że to właśnie stamtąd pierwotnie pochodzą. Wierutna bzdura. A tych zmian jest więcej.

Odnalezienie drogi do kolejnego kontynentu – może bardziej wyspy niż kontynentu – jest idiotyczne. (Sam fakt istnienia znów nowego kontynento-wyspy jest idiotyczny!) Droga do Pantali, (Z czego Pantala i tak mi się nie podobała), była dość trudna. Dla przeciętnego smoka, niebędącego Morskoskrzydłym, była to praktycznie misja samobójcza. Tymczasem trasa na nową wyspę okazuje się bardzo prosta. Co chwilę trafia się na wysepki z pożywieniem, które ułatwiają podróż. Fakt, że nikt wcześniej nie przekazał innym informacji, że są tam wyspy, jest głupia. Jak w ogóle smoki tam trafiają, poza tym? Mamy już tyle miejsc, gdzie smoki uciekają przed problemami jak na przykład Skorpion Den i jeszcze są inne. To skąd te wszystkie smoki się tam biorą? Wszystkie decydują, że polecą na południe, bo tak?

W książce pojawia się informacja, że na wyspę trafiają smoki z obu kontynentów, co znów jest nonsensem. Jest to praktycznie niemożliwe, a przynajmniej mam na myśli Pantalę – dla nich taka podróż byłaby w zasadzie niewykonalna. A tu wygląda jakby to był kurort, gdzie co jakiś czas trafiają smoki bo wiedzą gdzie lecieć.

Umber, brat Łupka, zakochuje się w smoku o imieniu Mulberry, który go uratował. Jest to miłość od pierwszego wejrzenia, a cała ich relacja opiera się na rozmyślaniu o tym, jak Mulberry jest piękny, przystojny i szlachetny. Nie jest to w żaden sposób zbudowane czy rozwinięte. Ale może i to na plus? Nie interesuje mnie czytanie książki o bohaterze geju. Robienie z postaci gejów tylko po to, by tanio przypodobać się skrajnej mniejszości ludzi o pewnej ideologii. Zdecydowana większość ludzi nie chce o tym czytać. (Bohater gej musi wybierać między nowo poznanym księciem a zrobieniem tego, co słuszne.)

Chciałbym wiedzieć, dlaczego Umber i Sora wychowani jako typowe Mudwingi przez Mudwingi nie zachowują się jak Mudwingi. Mudwingi nie mają partnerów! Spotykają się na jedną noc, robią ten teges z kimś i tyle! Oni w ogóle nie powinni być zainteresowani romansem z kimkolwiek. Nie są Clayem, który dorastał z dala od swojego plemienia. Również nie byli na tyle długo w szkole lub w kontakcie z innymi smokami, aby zmienić swój sposób myślenia. Tui stworzyła plemię i jego kulturę tylko po to aby nigdy tej kultury nie pokazać.

Książka w pewnym sensie bardziej przypomina fanservice, gdzie ludzie mogą się bawić w shipownanie różnych postaci, że sobą. Musi być dużo związków, bo tak. Sora znajduje swojego chłopaka, bo Tui sobie pomyślała, że nikogo nie ma i że fajnie, aby kogoś bo ludzie shipują postacie. Sporo dialogów jest bezużyteczna. Opinie o książkach są wysokie, ludzie dają maks gwiazdek, przynajmniej na GR, tylko dlatego że bohaterem jest czy to lesba czy gej. A fabuła i ciekawe postacie poboczne/towarzyszące są już nieistotne.

Szybko okazuje się, że wyspa, to magiczne więzienie stworzone ponad 3000 lat temu przez animusa o imieniu Precipice. Zostało zbudowane, by odizolować smoki zamieszane w zabójstwo królowej, ale karą objęto również ich rodziny i całe plemiona, które zostały uznane za winne spisku. W rzeczywistości cała sprawa była polityczną intrygą: królowe, które same potajemnie zleciły morderstwo, zdradziły wykonawców zlecenia. Skazały ich na uwięzienie na wyspie tylko po to, by prawda o ich udziale w zbrodni nie wyszła na jaw i by mogły bez przeszkód przejąć terytoria wygnanych plemion. Choć dla współczesnych mieszkańców – będących wielopokoleniowymi hybrydami – wyspa stała się domem, w rzeczywistości wciąż są oni jeńcami. Od reszty świata odcina ich niewidzialna, magiczna bariera, której (poza jednym wyjątkiem) nikt nie może opuścić.

Mulberry oszukuje głównego bohatera i zataja przed nim fakt że z więzienia nie można uciec, ponieważ powstrzymuje przed tym magia. Umber oczywiście ani trochę nie jest zły na Mulberry’ego za oszustwo i zwabienie go w pułapkę. Mimo że wcześniej w myślach deklarował, że chce wrócić do rodzeństwa, teraz twierdzi jedynie, że „nie potrafi być zły” na obiekt swoich westchnień, bo to nie jego wina. To jakiś żart.

Tui już nie potrafi pisać tak dobrych książek. Od napisania Darkstalkera jej poziom zaczął spadać i od lat szoruje dno. Teraz, aby pokazać, że bohaterowie krzyczą, musi używać WIELKICH LITER BO INACZEJ SIĘ NIE DA. Czegoś takiego – KRZYCZENIA - nie było w pierwszym, ani chyba nawet w drugim cyklu. W trzecim zaczęło się to pojawiać (pamiętam to zwłaszcza z 14 tomu), a teraz jest używane bez przerwy przez większość postaci.

Doceniam jednak to, że Umber w obliczu niebezpieczeństwa staje się żołnierzem kierowanym przez instynkt. Przynajmniej pokazano, że te smoki rzeczywiście brały udział w wojnie i potrafią walczyć. Umber nikogo nie zabija, ale skutecznie unieruchamia napastników. To mi się podobało. Niestety już nigdy więcej to nie powraca. To była chyba jego najlepsza scena w książce.

Prawie bym zapomniał – niektóre smoki wyglądają niemal jak karykaturalne potwory. Są to potomkowie wielokrotnych hybryd. Nowe, kolejne plemię smoków tym razem stworzone z hybryd na kiju. Wildwings. W jednym przypadku ktoś jest mieszanką tylko dwóch plemion a w innym przypadku z czterech. Nie mają oni też żadnej kultury. To po prostu zbieranina losowych hybryd.

Umber i Mulberry, mimo że znają się krótko i nie spędzają ze sobą zbyt wiele czasu, ogromnie za sobą tęsknią przy każdej rozłące. Podkreślę to jeszcze raz: prawie się nie znają, a zachowują się, jakby łączyła ich jakaś większa więź.

Sama fabuła wydaje się nawet i trochę intrygująca (Jednakże to znów to samo, starożytne zło sprawia problem i uciska maluczkich), jednak otoczka świata przedstawionego i zmiany, które Tui wprowadza na siłę, by dopasować ten tom do reszty, są beznadziejne. Dlaczego nie możemy otrzymać historii o znanych nam plemionach na starym kontynencie? Stworzono tyle ciekawych postaci i wątków, które aż proszą się o rozwinięcie – chociażby kwestia animusów u Deszczoskrzydłych czy ich asasynów. Im dalej brnę w tę serię, tym bardziej doceniam fanfiki, które bywają znacznie lepsze od oficjalnych książek. Jest masa świetnych perełek.

Książka kładzie ogromny nacisk na kwestię hybryd. Ten temat powraca nieustannie – przodkowie, mieszanie krwi, ciągle tylko hybrydy i hybrydy. Autorka usilnie stara się też pokazać, jak bardzo złe i skrajne ksenofobiczne i wszystko co się da -fobiczne były królowe, które sprzeciwiały (brzydziły) się mieszaniu plemion (Dziwnym trafem wszystkie były fobiczne). Jest to zrobione do przesady i wygląda karykaturalnie. Można się też domyślić do jakich współczesnych problemów to może nawiązywać. To co pokazał arc 1-2 w odniesieniu do hybryd było intrygujące. Świetnie było móc samemu wybrać jakieś plemię i się w taki sposób identyfikować (Trochę jak z Wojowniczych kotów i klanów). Każde plemię ma swoją kulturę i było na swój sposób wyjątkowe i unikalne. A hybrydy przez to, że nie było ich dużo były własnie też takim fajnym egzotycznym wątkiem. Można było je spotkać, ale nie było to coś pospolitego. Teraz hybrydy to po prostu pospolita rzecz, która, założę się, że została dodana, bo ci tak zwani „fani” tworzyli abominacje łącząc połowę plemion smoków w jedną hybrydę i Tui tychże „fanów” chciała zadowolić. Smoki mają różne moce różnych plemion będąc bardziej „cool” (wcale nie).

Dawno temu, kiedy okazało się, że Sunny jest hybrydą było to dużym wydarzeniem dla czytelnika. A teraz kiedy ktoś jest hybrydą? „Aha, ok”. Lubię wątki łączenia się w pary smoków z innych plemion, ale zrobienie z tego czegoś na porządku dziennym całkowicie zabija fajność tego.

Nie podoba mi się dopisywanie nowych plemion do terytoriów znanych z pierwszego cyklu. Robakoskrzydłe, kompletnie odmienne od reszty, miałyby rzekomo żyć tuż obok lasu deszczowego. NIE.

Na plus zasługuje fakt, że Umber, myśląc o swojej siostrze, nazywa ją morderczynią i nie unika tematu faktu, że zabiła dwa smoki. Byłem przekonany, że autorka spróbuje wybielić ten wątek, ale tak się nie stało. Powiedzmy…

Bohaterowie:
Mamy tu cztery ważniejsze postacie:
• Umber – Nie uważam go za jakoś ciekawego, ale jest to stety niestety najlepsza postać w tej rzeczy, która nazywa się książką. Prawdopodobnie dlatego, że jest głównym bohaterem…

• Platypus – połączenie Snowfall i Sundew. Dosłownie co drugie zdanie MUSI KRZYCZEĆ BO SIĘ UDUSI. Buntownicza nastolatka, która ciągle krzyczy i chce się z każdym bić. Jest nieciekawa; miała być najwyraźniej nową wersją Kinkaju, ale wyszło to kiepsko. Również strzela jadem i również jest wspominane o „magical death spit”. Zresztą nie tylko ona – wiele smoków (w tym monarchowie), nadużywaj WIELKICH LITER BO INACZEJ SIĘ UDUSZĄ.

• Mulberry –Potrafi odczytywać emocje smoków i zwierząt oraz komunikować się z nimi. Jest też zupełnie nieinteresującą, płaską i chyba najgorszą postacią tego tomu. I nie, nie dlatego że jest gejem. Również przez sporą część książki w ogóle go nie widzimy. Ich relacja pojawi się z powietrza i z powietrza jest kontynuowana, aby z powietrza na końcu bohaterowie byli razem.

• Quokka – To po prostu Crickiet.

(Jest jeszcze Paua – pra pra rpa i jeszcze kilka razy pra wnuczka Fathoma, Aurora - piosenkarka, Borealis – perkusista, Snakeroot – król, Dugong – strażnik.. i jeszcze z 10 innych postaci których nie chce mi się wymieniać a są postaciami drugoplanowymi i są związani z fabułą. Postaci jest po prostu dużo za dużo!)

Jest jeszcze Sora… która w zasadzie po prostu „jest” i nic więcej o niej nie można powiedzieć. Jest nieistotna. Ma traumę i koszmary, PTSD… a potem idzie na jeden koncert i kręci się trochę po bibliotece i zostaje uleczona. W zasadzie jest tylko pretekstem, dla którego bohater trafia tam, gdzie trafia. Na szczęście pod koniec tomu stwierdza, że powinna poddać się karze królowych, jeśli kiedyś wróci na Pyrhię. Więc to na plus, póki co, bo sądziłem, że Tui ją wybieli. Ale są jeszcze 2 książki z cyklu więc równie dobrze może się to jeszcze stać.

Mamy też kilku antagonistów, między innymi:
Taipan – Jest zły, bo jest zły.
Beryl – Jest zła, bo jest zła i chce tronu. Słaba kopia Scarlet.

Miłym akcentem był Nightwing, który aktywnie czyta w myślach i mówi na głos, co inni myślą. Szkoda tylko, że mówi ze 4 zdania przez całą ksiązkę.

Z nie do końca zrozumiałych powodów wszyscy traktują Mulberryego jak gwiazdę i najważniejszego smoka na wyspie. Każdy chce się z nim przyjaźnić. Jest to co prawda częściowo wyjaśnione tym, że jako jedyny może opuszczać magiczną barierę więzienia, ale mam wrażenie, że autorka na siłę kreuje go na „fajnego”, aby i ludzie go uznali za fajnego. Guess what, nie jest fajny.

W finale Umber przekonuje strażników antagonistów do zmiany stron. Jak? Wykorzystuje swoja wiedzę na tematy tychże smoków pokazując, że są dla niego osobami, a nie mięsem armatnim. Wie co ich trapi, co chcą robić, jak maja na imię. Problem w tym, że czytelnik nie widział wcześniej budowania tych relacji. Umber zachowuje się, jakby ich znał, a my widzimy jakieś randomowe smoki które Umber przekonuje jakąś losową gadką. Jest to kompletnie z du… z powietrza.

W książce jest mowa, że smoki jedzą lody. Jak robią lody? Ano ze śniegu w górach... i mleka. Ciekawe skąd biorą owe mleko? A nie interesuj się i nie zadawaj tyle pytań!

Na sam koniec Umber i Mulberry decydują się zostać ojcami dla smoczątka z przepowiedni, które ma pomóc obalić magiczne mury więzienia. Mamy hybrydę chrząszczo-morza-liścia-deszczu-marchewki-pietruszki-jabłka-można-tutaj-dodac-cokolwiek-bo-to-nie-ma-znaczenia, która uratuje świat.

Magia animusa była dziwna. Zostało wyjaśnione, że musi być przywiązana do przedmiotu, aby mogła działać. Co, jak wiemy, jest kłamstwem. Ewentualnie bohaterowie tego nie wiedzą i dlatego tak mówią/myślą.

Z niezrozumiałego powodu w książce pojawia się Blob - ośmiornica zaczarowana przez Fathoma. Po co? Bo fanserwis.

Mamy również *kolejne* nowe plemię. Tym razem zaklętych przez animusa małych roboto smoków które zostały stworzone, aby być strażnikami. Dziwnym trafem mają też wytrychy/klucze(?) do każdego pomieszczenia, mimo iż pozostałe rzeczy zostały zbudowane setki lat po stworzeniu tych robotów. Nie jest to realne plemię i niezbyt mówią. Mają swój program, który muszą wykonywać, ale starają się też być bardziej niezależne i po prostu żyć mimo nałożonych na nich ograniczeń. To jedna z niewielu ciekawszy rzeczy w tym tomie.

Dziwnym trafem Snakeroot, król, hybryda liścio-noco który przybył na wyspę ma najwyraźniej moc przewidywania przyszłości i wygłasza przepowiednię. Jest też trochę? trochę bardzo? szalony. Szansa na jego istnienie jest prawie zerowa. Nie dość, że jest hybrydą plemion, które oddziela śmiercionośna przeprawa to jeszcze wykluł się pod księżycem i trafił na wyspę. Tsaaa już to widzę.

W epilogu dowiadujemy się, że królowe wszystkich plemion nagle znikają. Założę się, że Sora (Oczywiście wraz z bratem i resztą bohaterów) je uratuje dlatego nie dostanie żadnej kary za zamordowanie dwójki uczniów.

Wracając do fanserwisu. W książce jest tak wiele nawiązań do rzeczy z tych lepszych książek, że tui zdecydowanie wciska to na siłę, aby przypodobać się w jakikolwiek sposób fanom. Fanom bez cudzysłowu, bo mówię o tych normalnych fanach. Umber nie może wytrzymać pięciu sekund bez wspomnienia Claya. O ile Claya średnio lubię tak zdecydowanie bardziej wolałbym czytać książkę z jego perspektywy, bo byłaby tam pozostała plejada smoków, na których mi zależy. Mamy Bloba, magiczna ślinę śmierci i pewnie jeszcze kilka innych rzeczy, które przeoczyłem.

Zauważyłem również że smoki z biegiem książek stają się coraz mniej smokami. Tui zaczyna strasznie mocno je antropomorfizować. Wiem że to już było ale z każdą ksiązką coraz bardziej się to dzieje. Między innymi używa złego slownictwa w odniesieniu do czteronożnych smoków.

Najlepiej, gdyby ta pozycja nie istniała, nie zasługuje, aby być oficjalną książką. Fanfiki są lepszym wofem niż książki tui.

Jak się okazuje, na Pyrrhii żyło kiedyś dziewięć plemion. Jest to kompletna bzdura. Tui nagle uznała, że doda Robakoskrzydłe również na ten kontynent. Smoki te w ogóle nie przypominają oryginalnych plemion. Nie akceptuję zmian, które autorka nagle, po 15 latach, wprowadza do świata przedstawionego, twierdząc, że to właśnie stamtąd pierwotnie pochodzą. Wierutna bzdura. A...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Okładka książki Widmo nad Innsmouth H.P. Lovecraft, Gou Tanabe
Ocena 8,2
Widmo nad Innsmouth H.P. Lovecraft, Gou Tanabe

Na półkach: , , , ,

Myślę, że najlepszym sposobem na czytanie "Kolekcji Lovecrafta" jest najpierw przeczytanie "Lovecraft w ilustracjach Barangera".

Uważam, że efekt wtedy będzie najlepszy i samą "Kolekcję.." będzie można jeszcze bardziej docenić.

Myślę, że najlepszym sposobem na czytanie "Kolekcji Lovecrafta" jest najpierw przeczytanie "Lovecraft w ilustracjach Barangera".

Uważam, że efekt wtedy będzie najlepszy i samą "Kolekcję.." będzie można jeszcze bardziej docenić.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , , , ,

Jest to ledwo poprawna pozycja o przygodach naszej kojocicy. Ni mniej, ni więcej.

Książka bardzo długo się rozkręca. Dopiero w połowie zaczyna się dziać coś bardziej istotnego i angażującego, ale wciąż akcji nie ma za dużo. Jest jakaś tajemnica, nawet i intrygująca, lecz wszystko dość szybko... szybko w powolny sposób? zostaje rozwiązane. (Wszystko rozwija się bardzo powoli przez dosłownie całą książkę, ale jednocześnie odkrycie głównego problemu jest szybkie). A byłem strasznie zaangażowany. Spodziewałem się tutaj klimatu Agathy Christie. Mamy naszych bohaterów oraz posiadłość zasypaną śniegiem i straszną zamieć. Liczyłem, że będziemy powoli zbierać poszlaki i dochodzić do tego "kto zabił" (W tym przypadku bardziej "kto ukradł").

Część wątków postaci drugoplanowych (Ale nie tylko. Adam dowiaduje się, że pracownik jego firmy ochroniarskiej — wilkołak? — umarł i wysyła kogoś innego na zbadanie sytuacji. I nie, z tego nie ma żadnego rozdziału.) była ciekawa, aczkolwiek wszystkie całkowicie są zbędne i niepotrzebne. Nie zostają one w żaden sposób wyjaśnione, czy rozwinięte.

Mercy straciła część swojej osobowości w tej książce przez wydarzenia z poprzedniej.

Zdecydowanie książka jest za długa. Dodatkowo zdecydowanie trzeba pamiętać poprzedni tom, bo jest bardzo dużo odniesień.

Wątek skupia się przede wszystkim na naszej parze. Mało tu watahy bądź innych znanych postaci. Sporo z nich jest tylko wspomniane słowem.

Wątek brata Mercy również jest bezużyteczny. Autorka wykorzystuje go tylko po to, aby pociągnąć całą fabułę tzn, aby Mercy udała się tam, skąd chłopak przybył. Ze sobą bohaterowie nie zamieniają ani jednego słowa. I nie, nie dlatego że są na siebie źli czy coś. Po co go więc wprowadzać? Nie ma żadnego powodu.

Tak naprawdę chciałbym zobaczyć książkę o Warrenie, Sherwoodzie i Darrylu. Może to właśnie oni powinni być bohaterami tego tomu a Mercy z Adamem tłem? Wiemy, że stado ma problemy związane między innymi z hierarchią. Ale nigdy się w to nie zagłębiamy, bo autorka się na tym nigdy nie skupia. Myślę, że to właśnie oni przejmują pałeczkę ciekawszych postaci od Adama i Mercy.

Mogę się założyć, że jeśli Adam i Mercy będą mieli kiedyś dziecko, to zostanie porwane.

Wrzucenie cholernego trans żołnierza w jednym zdaniu, aby tylko pokazać, że Adamowi tacy nie przeszkadzają, było żałosne. Z drugiej strony na szczęście nie było nic więcej.

Pozycja ma cholerne 500 stron a całość można zamknąć w maks 300.

Nie było tutaj żadnych irytujących postaci. Na bardzo duży plus. (Ex Adama była wkurwiająca za każdym razem, jak się pojawiała, autorka robiła sztuczny konflikt). Samą książkę również szybko się czyta.

Książka to wypełniacz, nie jest zła, ale wciąż jest wypełniaczem. Nie zasługuje na wyższą ocenę niż 6. A ja dam albo 4 albo 5.

Jest to ledwo poprawna pozycja o przygodach naszej kojocicy. Ni mniej, ni więcej.

Książka bardzo długo się rozkręca. Dopiero w połowie zaczyna się dziać coś bardziej istotnego i angażującego, ale wciąż akcji nie ma za dużo. Jest jakaś tajemnica, nawet i intrygująca, lecz wszystko dość szybko... szybko w powolny sposób? zostaje rozwiązane. (Wszystko rozwija się bardzo...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

Niby "Ja, Smok" a jednak bardziej "Ja, Smok na dwie sceny"

Graficznie brzydkie. Cena horrendalnie wysoka. Smoki wyglądają jak latające ksenomorfy. Nie wspominając, że praktycznie ich nie ma. Szybko zapomni się o tym komiksie, nie ma tu nic większego do zapamiętania.

Całość przypomina mi trochę motyw z Saskią z wiedźmina.

Niby "Ja, Smok" a jednak bardziej "Ja, Smok na dwie sceny"

Graficznie brzydkie. Cena horrendalnie wysoka. Smoki wyglądają jak latające ksenomorfy. Nie wspominając, że praktycznie ich nie ma. Szybko zapomni się o tym komiksie, nie ma tu nic większego do zapamiętania.

Całość przypomina mi trochę motyw z Saskią z wiedźmina.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , , , ,

Smok na okładce a w książce smoka bra.... nooo dobra, jednak jest. Bardzo mało i w dodatku bardzo marny z niego ten smok. Zachowuje się jak zamożny i nieco ekscentryczny szlachcic na emeryturze mieszkający w jaskini wyglądającej jak salon arystokraty.

Jak ktoś chce przeczytać tę książkę ze względu na smoka to nie polecam.

Smok na okładce a w książce smoka bra.... nooo dobra, jednak jest. Bardzo mało i w dodatku bardzo marny z niego ten smok. Zachowuje się jak zamożny i nieco ekscentryczny szlachcic na emeryturze mieszkający w jaskini wyglądającej jak salon arystokraty.

Jak ktoś chce przeczytać tę książkę ze względu na smoka to nie polecam.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Okładka książki Guerres et Dragons T04: Pearl Harbor David Courtois, Nicolas Jarry
Ocena 7,0
Guerres et Dragons T04: Pearl Harbor David Courtois, Nicolas Jarry

Na półkach: , , , , , , , ,

Zdecydowanie najlepszy tom z całej serii. Wreszcie mamy dużo większe skupienie na „smokach”. Dlaczego w cudzysłowie? Bo to raczej istoty smokopodobne niż prawdziwe smoki.

Dostajemy też nieco wyjaśnień dotyczących relacji ludzi ze smokami. Wątek ten nie jest może bardzo rozwinięty, ale poprzednie tomy oferowały w tej kwestii... no właśnie... kompletnie nic.

Smoki przedstawione jako zwykłe (lub nieco bardziej inteligentne) zwierzęta nie są zbyt angażujące. Co innego, gdyby posiadały inteligencję, ale – na przykład – nie potrafiły mówić ludzkim głosem.

Cała seria jest jednym wielkim rozczarowaniem i nie warto jej polecać, ale ten ostatni tom się broni. Skoro części nie są ze sobą ściśle powiązane fabularnie, najlepiej przeczytać tylko tę i na niej skończyć. To najlepsze wyjście.

Ocena: 6-7

Zdecydowanie najlepszy tom z całej serii. Wreszcie mamy dużo większe skupienie na „smokach”. Dlaczego w cudzysłowie? Bo to raczej istoty smokopodobne niż prawdziwe smoki.

Dostajemy też nieco wyjaśnień dotyczących relacji ludzi ze smokami. Wątek ten nie jest może bardzo rozwinięty, ale poprzednie tomy oferowały w tej kwestii... no właśnie... kompletnie nic.

Smoki...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , , , , , , ,

Bohaterka zostaje zmieniona w człowieka już na pierwszych stronach. Byt, któremu przeszkodziła Lamprophyre, wykorzystuje do tego celu człowieka oraz magiczną różdżkę stworzoną z rzadkiego kamienia. Teraz Lamprophyre musi znaleźć sposób, jak znów stać się smokiem.

Więc jaki mam problem z tą książką? Ano z faktu, że Lamprophyre jest człowiekiem przez praktycznie całą historię. Sięgam po książkę o smokach po to, aby czytać o smokach w smoczych formach.

Lamprophyre już wcześniej zachowuje się dość mało "smoczo", a w ludzkiej postaci jest jeszcze gorzej. Oczywiście, nie rozumie wszystkiego, co robią ludzie, ani tego, co sama musi teraz robić, będąc w ludzkim ciele, ale mam wrażenie, że przemiana nie wpłynęła na nią aż tak bardzo, jak powinna. Oczywiście, nienawidzi swojego nowego, ludzkiego i kruchego ciała, ale uważam, że nie zostało to zaprezentowane w sposób, który stwarzałby większy problem. Co prawda, są elementy, które pokazują jej niewiedzę na temat bycia człowiekiem – na przykład początkowe trudności z chodzeniem na dwóch nogach – ale uczy się dość szybko. Chyba nic nie stanowi dla niej większej przeszkody.

Co więcej, Lamprophyre jest jeszcze bardziej uległa jako człowiek niż jako smok. Dość rzadko stawia na swoim, sprzeciwiając się czemuś. Chyba tylko raz była taka sytuacja, i była związana z obroną Rokshana słowami.

Jest mowa, że król potrzebuje sojuszy ze smokami.
"Not that he would use your temporary weakness against you, but if he can garner goodwill
from Hyaloclast by helping you, he’ll take that opportunity."
W takim razie gdzie podziało się zyskiwanie przychylności w poprzednim tomie, skoro smoki zostały praktycznie wyrzucone z miasta? Jedyną sceną, którą pamiętam, była ta, w której król rozstrzygał spór między kapłanami a Lamprophyre i orzekł na korzyść Lampy. To wszystko. To zdecydowanie za mało, biorąc pod uwagę, że królestwo mogłoby zostać zaatakowane po zerwaniu sojuszu z tego co mówi fabuła książki.

Podobają mi się elementy które Lamprophyre zauważa jako człowiek których wcześniej nie widziała. Mianowicie to jak ogromną istotą jest jej matka. A co za tym idzie w pewnym sensie oddaje większy szacunek Rokshanowi, że stał przed królową bez strachu.

Podoba mi się, że nie rozumie w pełni ludzkiej kultury i wszelkich niuansów. Ale nie popełniła z tego powodu większego błędu. Właśnie chciałbym, aby mimo wszystko była bardziej odmienna od ludzi, w końcu smoki to nie ludzie nawet jeśli mieszkają obok siebie.

Podczas swoich poszukiwań jest w bibliotece, szukając różnych książek. Za którymś razem okazuje się, że bibliotekarz mówi, że książka której poszukuje, została zgubiona/zapodziana. Uznaje, że nie ma to większego znaczenia, bo z dotychczasowych książek żadna jej nie pomogła więc i tamta byłaby bezużyteczna. Oczywiście od razu doskonale wiedziałem, że to pewnie będzie ta ksiązka która będzie przydatna. Oczywiście miałem rację i w dalszej części historii Lamp sobie to uświadamia. Mimo wszystko strasznie zirytowała mnie ta scena. Czy przesadzam w tym przypadku?

Kilkakrotnie pojawia się stado Lamp, aby jej pomóc bądź porozmawiać. Nie ma tego za dużo, ale chyba jest porównywalnie z poprzednim tomem.

Cieszę się, że królowa smoków pojawia się, aby pomóc z problemem. Że w ogóle zostaje o tym poinformowana. Okazuje się też, że miała spory wpływ na wydarzenia.

W dalszej części historii bohaterowie wiedzą, że złole chcą zabić Lamp. Próbowali już kilka razy. Więc co robi Rokshan, kiedy Lamp ma pójść do krawca na przymierzenie sukienki? Zostaje wysłana z jednym strażnikiem. Jak się można domyśleć, strażnik zostaje zabity, a Lamp zostaje ciężko ranna. Po chwili jak się okazuje, nie umiera, bo trafia na nią lekarz który tamuje krwawienie. Płatni zabójcy najwyraźniej są kiepskimi zabójcami.

Bliżej końca książki Rokshan ZNÓW ją zostawia, wierząc, że w towarzystwie, w posiadłości, nic jej nie grozi. Najwyraźniej w posiadłości gdzie jest również księżniczka, nie ma żadnych strażników czy innych "tajniaków". W przypadku kiedy król wiedział, że ktoś planuje zabójstwa na podstawie wcześniejszych doświadczeń. Również sami szpiedzy królestwa wykonują kiepską robotę, ponieważ przez całą książkę nie dostarczają żadnych przydatniejszych informacji.

Czy ja wymagam a dużo?

Na szczęście w tym tomie nie ma żadnych wątków z bezdomnymi.

Bardzo fajna końcówka. Jednakże sam tom również uważam za trochę nudniejszy względem poprzednich.

Nasi bohaterowie mają ze sobą niewielki konflikt. Lamp, co jest zrozumiałe, nie chce być człowiekiem. Jednak Rokshan zakochuje się w niej i chciałby, aby została z nim. Bliżej końca Lamp uświadamia sobie, że ona również kocha Rokshana i nie chce wracać do swojego ciała. Tym razem to Rokshan bardziej ją przekonuje, że byłaby nieszczęśliwa. Oboje są też nieszczęśliwi, ponieważ nie będą razem. Tylko... co niby stoi na przeszkodzie? Przecież Rokshan kocha ją jako osobę, a nie tylko jej ciało. Więc jej większe smocze ciało nie powinno stanowić dla niego problemu, jeśli ją naprawdę kocha. I dokładnie to samo dotyczy drugiej strony. Pewne problemy mogą się pojawić, ale nic, co by im rzeczywiście przeszkodziło.

"They weren’t the same species, and couldn’t share physical intimacy." Nie mogli, bo co? Kompletnie nie widzę, dlaczego by nie mogli. Jasne, ona jest wielkości stodoły, a on przy niej jest jak połowa jej łapy. Ale czy to im to kategorycznie uniemożliwia? Ani trochę! Więc w czym problem? Dlaczego nie mogą? Nikt im nie zabroni.

Bohaterka zostaje zmieniona w człowieka już na pierwszych stronach. Byt, któremu przeszkodziła Lamprophyre, wykorzystuje do tego celu człowieka oraz magiczną różdżkę stworzoną z rzadkiego kamienia. Teraz Lamprophyre musi znaleźć sposób, jak znów stać się smokiem.

Więc jaki mam problem z tą książką? Ano z faktu, że Lamprophyre jest człowiekiem przez praktycznie całą...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , , ,

Zakończenie historii.

Komiks był fajny. Z pewnością, gdyby była to zwykła książka, to nie sięgnąłbym po nią. Jest naprawdę pięknie wydany i narysowany.

Ale czy jest to dzieło wybitne? Ani trochę.

Przeczytałem, obejrzałem piękne grafiki, fabuła była całkiem ciekawa, ale nie widzę najmniejszego sensu powrotu do tej historii drugi raz.

Zakończenie historii.

Komiks był fajny. Z pewnością, gdyby była to zwykła książka, to nie sięgnąłbym po nią. Jest naprawdę pięknie wydany i narysowany.

Ale czy jest to dzieło wybitne? Ani trochę.

Przeczytałem, obejrzałem piękne grafiki, fabuła była całkiem ciekawa, ale nie widzę najmniejszego sensu powrotu do tej historii drugi raz.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Świetne anime przy którym można się często pośmiać. Manga ma bardzo ładną kreskę. Takie ala Pan i pani Smith.

Świetne anime przy którym można się często pośmiać. Manga ma bardzo ładną kreskę. Takie ala Pan i pani Smith.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

Dosyć niezrozumiały jest powód, dlaczego Louis zostaje głową Shishigumi. Pomysł nie jest zły, ale wyjaśnienie jest złe. Gdyby to chociaż było na zasadzie "Zabiłeś naszego szefa, więc teraz ty nim zostajesz" wypadłoby lepiej. A tak mamy co? Chcą ocieplić swój wizerunek w świecie zdominowanym przez roślinożerców. Ale... po co? Są mafią, a burmistrzem jest mięsożerca. Po co mieliby ocieplać swój wizerunek?

Dosyć niezrozumiały jest powód, dlaczego Louis zostaje głową Shishigumi. Pomysł nie jest zły, ale wyjaśnienie jest złe. Gdyby to chociaż było na zasadzie "Zabiłeś naszego szefa, więc teraz ty nim zostajesz" wypadłoby lepiej. A tak mamy co? Chcą ocieplić swój wizerunek w świecie zdominowanym przez roślinożerców. Ale... po co? Są mafią, a burmistrzem jest mięsożerca. Po co...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Okładka książki V jak Vendetta David Lloyd, Alan Moore
Ocena 8,2
V jak Vendetta David Lloyd, Alan Moore

Na półkach: ,

Bardzo brzydka kreska, lepiej obejrzeć film.

Bardzo brzydka kreska, lepiej obejrzeć film.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , , , , , , ,

Drugi tom uważam za lepszą książkę w porównaniu z pierwszym.

Nasza Naydrus, jako młody smok, ma wiele do nauki. Dlatego zostaje przydzielona do grupy z innymi młodymi smokami, żeby mogła uczyć się jak przeżyć. Każdy ze smoków pochodzi z innego gatunku, co fajnie pokazuje różnice międzygatunkowe. Aczkolwiek potencjał tego nie został w pełni wykorzystany.

Cieszę się, że autor pamiętał, iż niektóre rzeczy, które Naydrus robiła wcześniej, wychodziły jej lepiej niż reszcie smoków z grupy. Głównie mam tu na myśli polowanie, w którym jest dobra. W końcu sama musiała przeżyć na własną rękę przez kilka miesięcy. Albo zianie ogniem, a raczej kulą ognia. Została tego nauczona, więc wiedziała lepiej od innych, co robić.

Nie do końca rozumiem, dlaczego smoki nie zajmują się aspektami leczenia. Generalnie wiedzą medyczną. Wygląda na to, że smoki nie mają o tym aż tak dużej wiedzy. Podobnie jest w opiece nad jajami. Dlaczego tym zajmują się smoczy strażnicy, a nie smoki? Również znajdowaniem i odzyskiwaniem jaj.

Pomimo iż smoki mają swoją społeczność, to mam wrażenie, że dwunożni zajmują się za dużą ilością spraw za smoki. Niezbyt mi to pasuje. Dziwnie jest to przedstawione.

Naydrus w końcu pokazuje, że wcale nie nienawidzi wszystkich dwunożnych. Podczas jednej z misji, jakie ma wykonywać dla przystani, transport jaj zostaje zaatakowany. Mam wrażenie, że liczba atakujących była zdecydowanie za duża, ale to mniejsza. Nasz ludzki wybawca smoczycy — Gar, zostaje ciężko ranny. Naydrus na początku nie rozumie, że umiera. Myśli tylko, że ją oszukuje i zaraz wstanie. Lecz kiedy wyczuwa, że jego serce już nie bije, lecą jej łzy. Dodatkowo staje się trochę mniej agresywna i nawet potrafi użyć słowa „przepraszam”. W pewnym momencie odcina się od swoich kolegów z grupy, bo im wyrastają skrzydła a jej nie. Jest z tego powodu zła, lecz nabiera trochę ogłady. Jej koledzy również się o nią częściej martwią niż na samym początku. Generalnie powoli wyciąga lekcje i się zmienia. Fajnie było to zobaczyć.

Gdzieś w połowie książki Naydrus wraz ze swoją grupą i jednym dorosłym smokiem zostają wysłani z misją nawiązania kontaktu z inną smoczą przystanią. W pewnym momencie Naydrus wraz z kolegą rozdzielają się od reszty grupy, bo natrafili na potwora, który ich zaatakował. Trochę słaby ten dorosły smok, co miał ich pilnować i zapewniać im bezpieczeństwo.

Tak czy inaczej, dwójka bohaterów ucieka do wielkiej dżungli, z której nie da się wylecieć ponad korony drzew. Błąkają się tam przez dłuższy czas, a sama Naydrus prawie umiera, gdyby nie pomoc jej towarzysza. Był to dość nudny i średnio interesujący fragment historii. Nużył mnie.

Bohaterom w końcu udaje się wydostać i przedostać się przez góry na pustynię, gdzie trafiają na smoczą przystań. Jak się okazało, nasza Naydrus jest w ciąży. Tak, za jakiś czas ma złożyć jaja. Skąd się one wzięły? Ano z dupy. W tekście nie ma ani jednej wzmianki, że bohaterowie się ze sobą przespali albo mieli seks. Sami są też bardzo zdziwieni tym faktem, a Naydrus jest wściekła, prawie dusząc niedoszłego ojca jajek.

To była chyba najbardziej irytująca rzecz w historii. Nie ma żadnej informacji w jakikolwiek sposób nawiązującej, że bohaterowie cokolwiek mieli ze sobą robić. A jajka pojawiają się najwyraźniej na potrzeby fabuły. Naydrus jest również całkowicie zaskoczona faktem ich posiadania.

Myślę, że najgorszą częścią książki to podróż. Jej szkolenie wraz z grupą było fajne. Jest to mniej więcej połowa książki. Oraz fajne było to, co działo się po dotarciu do smoczej przystani. Wykluły się małe smoczki! Co prawda dość dziwnie i osobliwe.

Pojawiają się kolejne gatunki smoków. Z czego jeden to w ogóle wyglądał jak glicz z jakiejś gry. Dosłownie, w dodatku potrafi się teleportować na bardzo bardzo krótkie dystanse.

Kolejna rzecz to okazuje się, że smoki z przystani wcale nie są normalne. Wszystko, co tam się dzieje jest bardziej dziwne w porównaniu z innymi miejscami i nikt nie zauważa ani nie mówi, że jest tam coś nie tak. Dla przykładu, w drugiej smoczej przystani smoki są zszokowane, słysząc, że tamtym młodym smokom skrzydła rosną w rok. Kiedy normalnie trwa to kilka lat. Nikt nigdy tego nie słyszał. Nikt nic nie wie. A smoki żyjące w tamtym miejscu również nie zdają sobie sprawy, że u nich rzeczy dzieją się inaczej. Nawet sami strażnicy którzy podróżują po świecie, szukając smoków, nie mówią nic na ten temat. Niby mają zapiski w książkach na temat smoków i całej reszty a nikt nigdy nie zwrócił na to uwagi. Jest to bardzo dziwne i nie powinno mieć miejsca. Takich przykładów jest więcej.

Uważam, że autor nie do końca przemyślał budowę świata.

Ocena: 5 albo 6. Nie umiem w pełni stwierdzić, na którą bardziej książka zasługuje.

Drugi tom uważam za lepszą książkę w porównaniu z pierwszym.

Nasza Naydrus, jako młody smok, ma wiele do nauki. Dlatego zostaje przydzielona do grupy z innymi młodymi smokami, żeby mogła uczyć się jak przeżyć. Każdy ze smoków pochodzi z innego gatunku, co fajnie pokazuje różnice międzygatunkowe. Aczkolwiek potencjał tego nie został w pełni wykorzystany.

Cieszę się, że...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , , , , , , ,

Naydrus jest najbardziej hipokrytyczną, naiwną, uprzedzoną postacią, jaką widziałem. Od samego wyklucia się nienawidzi ludzi i nimi gardzi. Zapytacie, jak do tego doszło? Otóż brakuje zbytniego wyjaśnienia. Jej przodkowie nauczyli ją tej nienawiści, gdy była jeszcze w jajku i śniła. Nie ma jednak jasnego wytłumaczenia, dlaczego przodkowie akurat tego ją uczyli. Prawdopodobnie sami nienawidzili ludzi, ale brak jest o tym wzmianki.

W rezultacie, przez całą książkę bohaterka nienawidzi każdego człowieka. Nie podobają się jej również smoki, które współpracują z ludźmi. Mam tu na myśli nie tylko sytuacje, gdy smoki są niewolnikami lub są wykorzystywane, lecz także te, w których wolne smoki czerpią korzyści z wymiany z dwunogami. Dwunogami, bo mamy tu więcej ras niż tylko ludzi. Smoki, w zamian za coś, czego nie potrzebują, dostają to, co jest im niezbędne. Czyli handel. Naydrus sprzeciwia się temu, twierdząc, że takie smoki nie są prawdziwymi smokami.

Dotyczy to wszystkiego, co wiąże się z kontaktami z dwunożnymi lub z ich kulturą. Przykładowo, nawet samo zapożyczenie zwyczaju, w którym starsi klanu smoków zbierają się w jaskini w okręgu, by wysłuchać smoka, który ma coś do powiedzenia, budzi w niej złość.

(Jej rodzice jak i rodzeństwo są zgoła inne. Lubią ludzi i troszczą się o nich tak jak ludzie o nich. Są też innym gatunkiem, Naydrus jest anomalia. Jednakże smoki w mieście gdzie się wykluła nie wydają się być wykorzystywane czy pogardzane. Być może są za bardzo uległe przez takie wychowanie kilku/nastu pokoleń, ale nie wygląda, aby to miało być naprawdę złe. Pytanie, czy smoki miałyby wybór nie chcieć ludzkiego partnera bądź odmówić czegoś. Na początku poznajemy smoka z ludzkim partnerem, gdzie ich relacja wydaje się całkiem w porządku).

W tym samym czasie smoczyca od czasu do czasu korzysta z technologii dwunożnych. Używa bukłaka, który może nosić na szyi i napełniać wodą. Co więcej, może jeść metalowe przedmioty wytworzone przez dwunogi, by jej łuski mogły odrosnąć, ponieważ smoki muszą jeść metal. A skąd go zdobywa? Od dwunożnych: czy to martwych, czy kradnąc, czy zbierając rzeczy przez nich pozostawione. Są łatwiej dostępne niż naturalne skały.

Na swojej drodze spotyka człowieka, który ratuje jej życie, pomaga i uczy walczyć. Zaprowadza ją nawet do bezpiecznej smoczej przystani. W sumie towarzyszy jej mniej lub bardziej aż do końca książki. I co? Na końcu wciąż czuje do niego wstręt.

Oczywiście, wiele ludzkich rzeczy jest dla niej obrzydliwych, ale tylko w sytuacji, gdy jej się one nie podobają. Bukłak? Korzysta z niego przez jakiś czas, bo ułatwia jej życie. Gips na złamaną nogę? Dwunożne obrzydlistwo. Najwyraźniej przodkowie wyprali jej mózg, a ona sama nie zadaje sobie żadnych pytań.

Smoczyca szuka dzikich, wolnych smoków, z którymi chciałaby zamieszkać jak najdalej od dwunogów. Oni — dzikie smoki — również średnio jej się podobają, mówiąc w dużym uproszczeniu. Zapożyczyli trochę rzeczy od dwunożnych, a jak już wiadomo, wszystko, co pochodzi od dwunożnych, jest złe.

Liczyłem, że książka doprowadzi bohaterkę do zrozumienia, że to, czego ją nauczono, jest błędne. Że nie wszystko jest złe i nie wszyscy ludzie są źli, a czasem nie przeżyje bez ich pomocy.

Niestety, ten tom tego nie pokazał. Uważam, że smoczyca nie zmienia się przez całą książkę. Nawet jeśli akceptuje pomoc to z myślą, że wykorzysta tę osobę i ewentualnie później się jej pozbędzie.

Po przeczytaniu 2/3 jej... cała jej osoba stała się męcząca. Dopiero kilka stron przed końcem książki mówi sobie, że ma trochę do przemyślenia. Ale na to jest już za późno i sam wątek jest urwany przez inną postać.

Niektóre wątki fabularne zdają się pojawiać znikąd, by równie szybko zostać porzucone, gdy przestaną być potrzebne.

W miarę rozwoju historii poznajemy różne gatunki smoków. Jej rodzice i rodzeństwo to rodzaj masywnych skalnych smoków. Poznajemy też bardziej zwinne białe D.er. Jeszcze inne są czteroskrzydlate, kolejne kolczasto niebieskie również masywnożółte, a nawet gatunek smoków, który musi nosić maski na pysku, ponieważ nie może oddychać powietrzem na powierzchni. (Co pewnie dla naszej Naydrus jest obrzydliwe i wstrętne, że smoki używają technologii dwunożnych do życia). Również jest wspomniany półwodny gatunek, ale żadnego nie poznajemy. Przydałby się na końcu książki jakaś krótka charakterystyka każdego gatunku.

Ocena: 5 albo 6. Nie umiem w pełni stwierdzić, na którą bardziej książka zasługuje.

Naydrus jest najbardziej hipokrytyczną, naiwną, uprzedzoną postacią, jaką widziałem. Od samego wyklucia się nienawidzi ludzi i nimi gardzi. Zapytacie, jak do tego doszło? Otóż brakuje zbytniego wyjaśnienia. Jej przodkowie nauczyli ją tej nienawiści, gdy była jeszcze w jajku i śniła. Nie ma jednak jasnego wytłumaczenia, dlaczego przodkowie akurat tego ją uczyli....

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , , ,

Anne McCaffrey jest jedną z najważniejszych i najbardziej wpływowych autorek w historii science fiction i fantasy.

Anne McCaffrey również była pierwszą kobietą z nagrodami Hugo i Nebula.

W 2005 roku otrzymała nagrodę Grand Master Award w uznaniu za całokształt twórczości i wybitny wkład w gatunki science fiction i fantasy.

W ogóle jedna z pierwszych kobiet piszących scifi.


"Z okazji pięćdziesiątej rocznicy powstania serii „Dragonriders of Pern” Gigi sprawia dumę swojej matce, kontynuując rodzinną tradycję tworzenia fascynujących opowieści o przygodach dzielnych mieszkańców odległej planety, którzy walczą z bezlitosnym przeciwnikiem znanym jako Nici."

Znając już dorobek Anny czy teraz jej dzieci mogą w jakikolwiek sposób jej dorównać? No... nie mogą. A mogą go nawet popsuć.

Gigi zapomniała o bardzo istotnej rzeczy. Świat Pernu nie jest jej światem nawet jeśli jest jej w aspekcie otrzymania go po matce. Do czego zmierzam? Do wydarzeń kanonicznych napisanych przez Anne które zostają zmienione przez Gigi. To już jest bardzo zła rzecz, że Gigi nie poświęciła albo nie chciała poświęcić czasu, aby DOKŁADNIE przeanalizować uniwersum i odpowiednio do niego wejść. Tym bardziej że jej książka dzieje się podczas wydarzeń z książki Biały smok. Jeśli myślała, że fani nie zauważą albo machną ręką, to była straszną ignorantką.

Gigi bierze znane i lubiane postacie i robi z nich głównych bohaterów, nie umiejąc oddać tego, kim byli kiedy wychodzili spod pióra Anny. Dopisuje również nową fabułę do już dość mocno rozwiniętego wątku.

O nie, smoki znowu są chore, o czekaj, oto starożytne lekarstwo. O nie, nie mamy wystarczająco dużo smoków, aby walczyć z zagrożeniem, czekaj, czekaj, znów przeskok bohaterów w czasie! Todd nadużywał pewnych elementów, a Gigi idzie zaraz za nim.

W tym przypadku Todd wybrał dużo rozsądniej nie chcąc wchodzić buciorami w linię czasu stworzoną przez Annę. Fani nie mogą się czepiać, że zmienia wydarzenia kanoniczne, bo kanon się jeszcze zbytnio nie wydarzył. A to, co się wydarzyło, mogło zostać zapomniane. W końcu jego książki dzieją się setki lat po lądowaniu ludzi na planecie oraz setki, bliżej ponad tysiąca, lat przed główną osią fabuły Pernu. Więc ma większe pole do zmieniana niektórych rzeczy. No i też ma tylko kilka książek z których musi czerpać informacje, a nie kilkanaście. Nie zmienia to co prawda faktu nie najlepszych umiejętności pisarskich. I w tym miejscu Gigi jest zdecydowanie poniżej jego umiejętności, to właśnie Gigi weszła buciorami, nie mając żadnego doświadczenia.

Kolejny problem jaki widzę to to, że piszą pod znaną i kochaną marką jaką jest Pern i nazwiskiem. Co gdyby pisali jako nieznana osoba coś swojego? Czy wtedy ich prace zostałyby zdecydowanie bardziej zjechane?

Jest to po prostu płatny fanfik. (Chociaż jest to też trochę krzywdzące określenie, bo niektóre fanfiki które czytałem są na bardzo wysokim poziomie).

Anne McCaffrey jest jedną z najważniejszych i najbardziej wpływowych autorek w historii science fiction i fantasy.

Anne McCaffrey również była pierwszą kobietą z nagrodami Hugo i Nebula.

W 2005 roku otrzymała nagrodę Grand Master Award w uznaniu za całokształt twórczości i wybitny wkład w gatunki science fiction i fantasy.

W ogóle jedna z pierwszych kobiet piszących...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to