O tym, że słowa mają znaczenie

Adam Horowski
11.07.2021

Pewnego dnia, brnąc przez jeden z anglojęzycznych tekstów, trafiłem na słowo, które zmusiło mnie do sięgnięcia po słownik angielsko-polski. Nie żeby była to nadzwyczajna sytuacja – w rzeczywistości z tegoż słownika korzystam nad wyraz często, ale tym razem zapoznanie się z odpowiednim hasłem nieoczekiwanie wywołało we mnie reakcję emocjonalną. Uśmiech nie schodził mi z twarzy jeszcze długo po tym, jak po raz pierwszy trafiłem na: fidrygałki.

O tym, że słowa mają znaczenie
Reklama

W 1995 roku, kiedy adaptowanie twórczości Philipa K. Dicka nie było jeszcze fiksacją ludzi ze świata kina, premierę miał film o jakże wyrazistym tytule – „Screamers”, zrealizowany właśnie na podstawie jednego z opowiadań „amerykańskiego Borgesa”. Na półki polskich wypożyczalni kaset wideo trafił jako „Tajemnica Syriusza”, ale specyfiką szalonej dekady wieńczącej milenium było między innymi to, że każde oficjalne wydanie zagranicznego filmu miało co najmniej jeden piracki odpowiednik. I właśnie w tym partyzanckim obiegu przekazywanych sobie pokątnie kaset VHS zrodziło się dzikie, obłędnie esencjonalne słowo, które posłużyło do oznaczenia alternatywnego tytułu: wrzeszczoty.

Podium zamyka słowo, które można wyłuskać chociażby z lektury „Zamieci” Stefana Żeromskiego. Uświadamia ono z całą mocą, że o niebo przyjemniejsze byłoby wysłuchiwanie serii niezręcznych rad i nachalnych pytań padających podczas rodzinnych spotkań, gdyby cała owa tyrada została zwieńczona przez jakiegoś zakurzonego wujka odpowiednim epitetem. Kto nigdy nie doświadczył: kiedy znajdziesz sobie dziewczynę/chłopaka, kiedy się ustatkujesz, znów zaczniesz jeść mięso, przygarniesz psa, weźmiesz kredyt, kupisz porządne łóżko na miejsce tego zapchlonego materaca, przeżyjesz prawdziwą przygodę all inclusive w Egipcie i przede wszystkim – kiedy wreszcie weźmiesz odpowiedzialność za własne życie, ty świszczypało!

Wyznaję, mam swoje ulubione słowa. Obsesja na punkcie pojedynczych wyrazów – w przeciwieństwie do ich złożeń, zdań, dłuższych sentencji czy nawet całych powieści – rozwinęła się u mnie do tego stopnia, że z literackich podróży przywożę (i od razu umieszczam w notatniku) znacznie więcej takich izolowanych słówek niż choćby cytatów. Wśród nich są takie, które przypadkowym pojawieniem się w mojej przestrzeni akustycznej potrafią mnie rozbawić, zasmucić, zdenerwować, wywołać zadumę, przywołać złe lub dobre wspomnienia. Zdarzyło mi się już rozpocząć przyjaźń (dosłownie) od jednego słowa, przekonać kogoś za pomocą jednego słowa do przeczytania książki, a nawet dać komuś słowo w prezencie. Uważam za fascynujące to, z jaką prostotą każdy z nas potrafi pojedynczym słowem wyrazić wdzięczność, skruchę, sympatię, a nawet poinformować wszystkich dookoła o swym doznaniu nagłego bólu czy dobitnie poprosić, by ktoś inny opuścił aktualnie zajmowane przez siebie miejsce prędziutko. Wreszcie – niezwykle sobie cenię pisarzy, którzy z zimną krwią potrafią za pomocą obsesyjno-maniakalnego słownictwa zbudować wyjątkowy nastrój dzieła.

Weźmy chociażby opowiadania Edgara Allana Poe. Niektóre z nich – zwłaszcza te tłumaczone przez Bolesława Leśmiana – wyróżniają się całkowicie obezwładniającą atmosferą grozy. Można poprzestać na stwierdzeniu, że mamy tu do czynienia z rzadko spotykanym połączeniem pisarskiego talentu i translatorskiego kunsztu, ale teza ta jest tyleż prawdziwa, co zupełnie niesatysfakcjonująca. W ten sposób bowiem nic nie wyjaśniamy i nawet nie ocieramy się o warstwę językową. Dopiero po głębszym wgryzieniu się w tekst odsłania się przed nami niespotykane wręcz nagromadzenie skojarzeniowych słów – osaczających z każdej przeczytanej strony, będących miodem na uszy dla każdego miłośnika horroru. Noc, obłęd, lęk, strach, zgroza, agonia, cierpienie, dreszcze, mogilny, widma, niebyt, grobowiec, drżenie, konwulsje, męka, ciemność, śmierć, skrzypnięcie, tortury, trwoga, mrok, kaźń, potworny, pradawny, ostry jak brzytwa, piekło, majaczenie, utrata zmysłów, ogłupiała rozpacz, plugastwo, strzępy, wstręt, szatańskie postacie, krwawy, złowieszczy, migotliwe ślepia demonów, zmora, dygotanie, brzeg otchłani, krzyk rozpaczy… I to wszystko w zaledwie jednym kilkunastostronicowym opowiadaniu! [Chodzi o opowiadanie „Studnia i wahadło” w przekładzie Bolesława Leśmiana – przyp. red.]. W przybranych okrutnie słowach ku rozdygotanej piersi bohatera zbliża się nieubłaganie śmiercionośne ostrze wahadła.

W jakże odmiennej tonacji utrzymana jest „Lolita”. Tak jak Poe potrafi słowem czytelnika osaczyć i pozbawić poczucia bezpieczeństwa, tak lektura najsłynniejszego dzieła Vladimira Nabokova to nieustanny, monumentalny wręcz flirt z czytelnikiem, którego istnienie odsłania się wraz z odsunięciem na dalszy plan warstw fabularnej, moralnej i obyczajowej. Robert Stiller, wybitny tłumacz i językoznawca, nie pozostawił zresztą wątpliwości, że każde erotyczne skojarzenie czy odczucie dwuznaczności nie jest konsekwencją czytelniczej obsesji, lecz zamierzonym, precyzyjnie obliczonym na stymulowanie najczulszych punktów wyobraźni, działaniem Nabokova. Trudno odnaleźć jedną stronicę w tej powieści, która byłaby pozbawiona choćby najdelikatniejszego bodźca wywołującego kosmate myśli. Wystarczy, że główny bohater, Humbert Humbert, zbliży się do swego obiektu miłosnego, fizycznie bądź w umyśle, a już kolejne zdania i akapity rozkwitają brzoskwiniowym puszkiem, ciepłotą włosów, czuleniem się, dygotaniem, rozchylonymi i uróżowanymi ustami, wzdętymi spódniczkami, pieścidełkami, bezwstydnie niewinnymi biodrami, lepkimi szyjami, słodką wilgocią, gęstwą rozkładających się puszcz, rozkosznym czmychem rozbawienia czy wieloma innymi bezwzględnymi stymulantami fantazji.

Mało tego, Nabokov wzmacnia erotyczną grę z czytelnikiem poprzez wprowadzenie kontrastu. Jak tylko na horyzoncie, w miejsce ukochanej nimfetki Humberta, pojawi się jakaś kobieta, całkowicie zmienia się ton narracji. Praktycznie wszystkie nie-Lolity to baby, żałosne i nudne obiekty, budzące odruchy wstrętu i rejterady, niezgrabne foki, o grubych łydkach i udach, mówiące koszmarną francuszczyzną, nieszczęsne, śliskie stworzenia, z ustami jak ryby i wargami jak łapczywe szkarłatne mięczaki. I dopiero w tej wyrażającej się w słowach dysproporcji między afirmacją obecności Lolity a niechęcią, wręcz odrazą do wszystkiego i wszystkich, co nią nie jest, amerykański autor pozwala nam odkrywać bynajmniej nie zdrowe, czyste, niewinne uczucie, lecz obsesję, fiksację i perwersję.

Prawdziwie ożywcze literackie ćwiczenie w zabawie słowami przeprowadził Stanisław Lem w „Bajkach robotów”. Wychodząc bowiem od scenerii fantastycznej, upstrzonej królami, dworakami, rycerzami, księżniczkami, potworami i czarodziejami, zmieszał ją bezwstydnie z wszystkim, co znaleźć można w podręcznikach do matematyki, fizyki, kosmologii i inżynierii. Dokonał szeregu krzyżówek i scaleń językowych, w wyniku których istoty mechaniczne zajmują się łuskaniem atomów i łkają łzami topazowymi, warowne planety otoczone są fosami grawitacyjnymi, budowle urojone wznoszone są podług ujemnej architektury, w cybergąszczach cybergajów latają cybermuchy i cyberosy, a poza tym mieszkańcami tego bajkowego kosmosu okazują się również elektrycerze i elektrosmoki, nierdzewni dostojnicy, inżynierowie kosmogonicy, astrozłodzieje, gwiazdołowcy, cybernatorzy, abstraktorzy, kosmoludy, maszynki-okruszynki i kryształki-śmiałki, a nawet Automateusze i Automki. Przy czym gry językowe Lema wykraczają znacznie poza stylistykę, parodię i radosne słowotwórstwo – tutaj cały bajkowy świat, jak słusznie zauważył Jerzy Jarzębski, rządzi się nie tylko prawami fizyki i logiki, ale również gramatyki. Wystarczy zwykłe, z pozoru niewinne przejęzyczenie i zamiast elektroskoku pojawia się elektrosmok, a z elektrosmoka robi się elektrosmoła – i ma to dla opowieści przeogromne konsekwencje. A takie zdarzenie jest możliwe wyłącznie w ramach tego jednego jedynego, osobliwego wszechświata – dzięki materii słownej, z której jest zbudowany.

* * *

Kiedy nie czytam książek, czytam codzienną prasę, w której czuć ducha Poego: wojna, głód, śmierć, zamach, łapówka, eksmisja, wypadek, smog, pandemia, celebryci, podatki, depresja… – i czuję ten dreszcz emocji wynikający z osaczenia nasączonymi grozą słowami. Na forach, w komentarzach i social mediach dostrzegam echa literackiej gry Nabokova – to unikalne napięcie między afirmacją a niechęcią, między miłym słowem a krytyką, między komplementem a obelgą, wybrzmiewające w każdej przypadkowej dyskusji. Internet, w przeciwieństwie do literatury, pozbawiony jest jednak obiektu miłosnego, który zachęcałby do generowania słów o pozytywnym wydźwięku.

Reklama

A może to nie o brak obiektu miłosnego chodzi? Wszak skojarzenia i metafory powinny mieć swoje granice. Na myśl przychodzi samotny, zblazowany bohater Houellebecqa, który wydaje się kierować swego rodzaju imperatywem: krytykuj, kiedy nadarzy się okazja, mów miłe rzeczy, kiedy nie ma innego wyjścia. Pozytywne myśli nie znajdują zewnętrznego wyrazu, negatywne panoszą się w przestrzeni publicznej. Aktorzy na scenie teatru życia codziennego wyrażają wzajemną i stanowczą dezaprobatę wobec stylu bycia, którego sami dla siebie nie wybrali.

Załóżmy, że chcielibyśmy zmienić reguły takiej gry językowej. Czy jest to możliwe? Nie globalnie – byłoby to szaleństwem – ale jednostkowo. Powiedzmy przez zamianę akcentów: za każdym razem, kiedy pomyślisz o innym coś pozytywnego, powiedz mu to, krytykuj wtedy, kiedy nie ma innego wyjścia (bo np. komuś dzieje się krzywda). Taki osobisty projekt, jako wypływający z obcowania z literaturą, powinien być pozbawiony górnolotnych celów i wsparcia w postaci etyki – istnieć jako eksperyment literacki, w zgodzie jednak z przekonaniem, że grzechem niewybaczalnym jest czynienie literatury bezużyteczną dla świata fizycznego.

A gdzie w tym wszystkim podział się Lem? Spróbujmy: czy da się za pomocą przejęzyczenia przekształcać świat? Co do zasady – nie. Można jednak, podobnie jak polski pisarz i filozof, bawić się radośnie językiem. Dlatego też nie tylko z tekstów kultury wyciągam frapujące słowa, ale także przyjaciół i znajomych podpytuję o ich ulubione i skrzętnie notuję: araukaria, podkurek, kićkać się, zbisurmanić się, szorstki i czerstwy, wihajster, chmurodrapacz, dzbanuszek, chyżo, szpej, wątpia, imponderabilia, lepianka, męczy- i jęczybuła, śryż, absztyfikant, czułość, szkieł, rozpierducha, ochędożyć, melepeta, dżdżanie, zgiergielały, szarlotka, żółtko, ździebko, finfa, lufcik, lukrecja.

Reklama

komentarze [12]

Sortuj:
Aby napisać wiadomość zaloguj się
SekstusEmpiryk 18.07.2021 10:20
Czytelnik

Niech żyją "Muminki". Przecież te wszystkie Migotki, mimble, Buki, paszczaki, filifionki i inne - z samymi Muminkami na czele - to są zabawy ze słowami.

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post
Virgo13 12.07.2021 19:00
Czytelnik

Świetny artykuł, bardzo interesujący temat. Wspomnianych wielu wybitnych autorów, których bardzo cenię i właśnie za maestrię w żonglowaniu słowami, nie tylko treść.

Nabokov i Lem, Poe, absolutnie tak.

Skoro autor tekstu lubi Poego to nie wiem, jak mógł nie wspomnieć o Lovecraftcie. Polecam Zgroza w Dunwich i inne przerażające opowieści

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post więcej
Róża_Bzowa 12.07.2021 11:03
Bibliotekarka

Ach, też mam swoje ulubione słowa i fidrygałki do nich należą, podobnie jak przecudna filiżanka, filigranowa, emablować, sempiterna, feblik, pantałyk, cymes, absztyfikant, bibeloty.

Cenię neologizmy Leśmiana, ale także nieoczywiste frazy Stachury, język (styl) Herty Müller i (ostatnio) Elfriede Jelinek.

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post
sulibrat 11.07.2021 20:00
Bibliotekarz

Ala ale, nie zapomnijcie o tłumaczach! Świetnym przykładem jest tłumaczenie wiersza "Jabberwocky": https://pl.wikipedia.org/wiki/Jabberwocky

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post
FioletowaRóża 11.07.2021 17:06
Czytelniczka

Tytuł wieszcza narodowego nieprzypadkowo otrzymał Adam Mickiewicz. Do dziś zastanawiam się, jak w jego głowie zrodziły się niektóre pomysły literackie, a już napisane "Dziadów" uważam za jego największy sukces. Co ważne, jest to dla mnie o wiele ważniejszy tekst, niż sam "Pan Tadeusz". Uwielbiam też wracać do jednej ballady, mam na myśli "Lilije". Kocham ten tekst, bo autor...

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post więcej
SekstusEmpiryk 18.07.2021 10:15
Czytelnik

Jeśli chodzi o naszego wieszcza to ja szczególnie cenię jego przekłady z Schillera: "Znasz-li ten kraj" ("Kennst du das Land") czy "Rękawiczka" ("Die Handschuh"). Znam wersje oryginalne i stwierdzam, że Mickiewicz pokazał tu swój geniusz. W dodatku w obu są drobne gierki słowne.

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post
FioletowaRóża 18.07.2021 11:41
Czytelniczka

"Rękawiczka" jest cudna, a ja dodatkowo na "Dziady" chodzę do teatru. Miałam też szczęście, bo pojawiły się na mojej maturze. Prawie podskoczyłam na krześle:)) 

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post
Aby napisać wiadomość zaloguj się
Anna-Maria 11.07.2021 15:56
Czytelniczka

Dla mnie mistrzem słowa jest przede wszystkim Bolesław Leśmian. Jego Znikomki, ludzieńkowie, czy frazy typu "nigdy dość się nie umiera" są przepiękne. Uważam też, że niepodrabialny jest język "Pana Tadeusza" A. Mickiewicza i opowiadań Brunona Schulza. 

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post
Almara 11.07.2021 14:41
Czytelnik

Wielu pisarzy można by wyróżnić ze względu na szczególne walory językowe ich twórczości, chociażby wspomniani już Nabokov czy Tokarczuk, ale też Rushdie, Schulz, Marquez albo Wass (prawdopodobnie nikt nie potrafi opisywać nieokiełznanej przyrody tak pięknie jak ten ostatni).
Jednak prawdziwym mistrzem zabawy słowem w moich oczach pozostaje Witkacy.
To, co on wyrabiał z...

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post więcej
awita 11.07.2021 14:24
Czytelniczka

Świetny artykuł! Bardzo dziękuję. Dla mnie też ogromnie ważny jest język książki, a najpiękniejsze/najważniejsze są te z nich, które mają swój język oryginalny, swoisty, a nawet tworzony specjalnie dla niej. Na przykład: 
 "Krótka historia siedmiu zabójstw" Marlona Jamesa. Jamajski pisarz język traktuje jak materię, którą można dowolnie zmieniać - igra z gramatyką,...

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post więcej
 Krótka historia siedmiu zabójstw  Kąkol  Listowieść
AgaGaga 11.07.2021 11:42
Czytelniczka

Językowo bogaty mi się zdaje Perez-Reverte. I Tokarczuk. Niestety, łykam głównie kryminały, a w nich słownictwo nie powala... 
Ach, jeszcze "Gargantua i Pantagruel".  Tam to słówka powalają obfitością. W końcu "gargantuiczny" nie wziął się znikąd. 
A moje ulubione słówka? Wątpia,  truchło,  albowiem, kanikuła, klątwa, grzybień biały i grążel żółty. I cale mnóstwo innych,...

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post więcej
Adam Horowski 11.07.2021 10:01
Czytelnik

Zapraszam do dyskusji.

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post
zgłoś błąd