Setki oceanów

Okładka książki Setki oceanów
Paweł Stelmach Wydawnictwo: Mamiko kryminał, sensacja, thriller
454 str. 7 godz. 34 min.
Kategoria:
kryminał, sensacja, thriller
Tytuł oryginału:
Setki oceanów
Wydawnictwo:
Mamiko
Data wydania:
2018-12-14
Data 1. wyd. pol.:
2018-12-14
Liczba stron:
454
Czas czytania
7 godz. 34 min.
Język:
polski
ISBN:
9788365795359
Tagi:
sensacja akcja thriller handel bronią narkotyki mafia przeznaczenie popkultura stany ameryka teksas misjonarze somalia
Dodaj do pakietu
Dodaj do pakietu
Średnia ocen
8,3 8,3 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki

Porównaj ceny

i
Porównywarka z zawsze aktualnymi cenami
W naszej porównywarce znajdziesz książki, audiobooki i e-booki, ze wszystkich najpopularniejszych księgarni internetowych i stacjonarnych, zawsze w najlepszej cenie. Wszystkie pozycje zawierają aktualne ceny sprzedaży. Nasze księgarnie partnerskie oferują wygodne formy dostawy takie jak: dostawę do paczkomatu, przesyłkę kurierską lub odebranie przesyłki w wybranym punkcie odbioru. Darmowa dostawa jest możliwa po przekroczeniu odpowiedniej kwoty za zamówienie lub dla stałych klientów i beneficjentów usług premium zgodnie z regulaminem wybranej księgarni.
Za zamówienie u naszych partnerów zapłacisz w najwygodniejszej dla Ciebie formie:
• online
• przelewem
• kartą płatniczą
• Blikiem
• podczas odbioru
W zależności od wybranej księgarni możliwa jest także wysyłka za granicę. Ceny widoczne na liście uwzględniają rabaty i promocje dotyczące danego tytułu, dzięki czemu zawsze możesz szybko porównać najkorzystniejszą ofertę.
Reklama
Reklama

Podobne książki

Reklama

Oceny

Średnia ocen
8,3 / 10
6 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE

Sortuj:
avatar
532
393

Na półkach:

Bardzo dobry kunszt literacki. Historia Ver i Steve'a jest piękna, chyba moja ulubiona. Mogłaby z powodzeniem tworzyć fabułę do oddzielnej książki. Dobra, pełna filozofii książka, którą warto poznać.

Bardzo dobry kunszt literacki. Historia Ver i Steve'a jest piękna, chyba moja ulubiona. Mogłaby z powodzeniem tworzyć fabułę do oddzielnej książki. Dobra, pełna filozofii książka, którą warto poznać.

Pokaż mimo to

avatar
172
63

Na półkach:

Promotorzy czytelnictwa zapominają często o tym, że inne media nie są konkurencją dla książek, ale partnerami, dzięki którym można pełniej poczuć pulę życiowych doświadczeń i otworzyć się na większe spektrum poznawcze. Katechizujące wojny podjazdowe miłośników książek, którzy sakralizują papier, wąchają go niczym kadziło i obfotografują się w pieleszach, produkując odpustowe święte obrazki pod wezwaniem skarpeteczek, kawki i kota, dążą pewnie do wywyższenia swojego kościoła. Literatura pochłania jednak wszystko, wchodzi w nieoczywiste mariaże, nie boi się mezaliansów, tworzy synkretyczne totemy. Filmy odciążyły literaturę w kontekście detalicznego opisywania świata, pozwalając jej skupić się na językowej materii. Dorzuciły też myślenie o akcji w kategoriach montażowych, dowartościowały scenę jako ważną część fabularnego budulca. Rewolucja serialowa za to uczyniła nas chyba bardziej świadomymi tajników poetyki opowiadanej historii. Obserwujemy baczniej to, co się z nami dzieje podczas płynięcia wraz z opowieścią. Dzięki wspomnianemu telewizyjnemu przewrotowi bez problemu używamy takich haseł jak immersja, cliffhanger czy retrospekcja. Mówię o tym wszystkim dlatego, ponieważ „Setki oceanów” wydają się być książką specjalisty od wykładania historii, który raczej pobierał nauk nie z klasyki literatury, ale z seriali.

Zaskakujące jest to, że niektórzy oceniliby ostatnie zdanie jako deprecjonujące, a jest to tylko zwykłe przekazanie czytelniczej intuicji i stwierdzenie równoważne z takimi wypowiedziami jak: „napisał swoją książkę na podstawie obserwacji mrówek, pracy na stacji benzynowej, czytania gazet codziennych, podróży do Australii czy dociekań komparatystycznych w twórczości austriackich pisarzy powojennych”. Paweł Stelmach wzorem Palahniuka, a na naszym gruncie Żulczyka, wpuszcza nas na popkulturowe rodeo, gdzie specjalnością zakładu jest sprawność w żonglowaniu motywami, tłumaczenie decyzji i rozterek bohaterów przez piętrowe, a'la serialowe, retrospekcje oraz przelewanie wszystkich mocy twórczych ku chwale czytelniczej przyjemności i szlifowanie historii niczym otoczaka w górskim strumieniu. Ta specyficzna, wyżyłowana do granic możliwości, atrakcyjność dzieła powoduje to, że „Setki oceanów” wciąga się jak złoto, bijąc przy okazji kolejne rekordy przeczytanych stron na minutę i krzycząc na wzór Scytów wdzierających się do McDonald'sa: WIĘCEJ, WIĘCEJ, WIĘCEJ.

Czytając książkę Stelmacha, odkrywamy powoli kryptocytaty, nawiązania, cegły, z których (czasem może nie zdając sobie z tego sprawy – konstrukcje i fabularne przebłyski lubią zostać nam w świadomości, zatajając szybko miejsce, z którego pochodzą) sztukował swoją zwariowaną, sensacyjno-humorystyczną powieść. Klimaty rodem z prozy, poza wspomnianymi Palahniukiem i Żulczykiem, może też Irvingiem i Kingiem, przychodzą nam podczas lektury „Oceanów” do głowy rzadziej, za to wyświetlają się nam obrazy, wizje i estetyki z klasowych współczesnych seriali. W tej opowieści o czwórce dziwacznych, poszarpanych postaci, których losy powoli się splatają, ciągle zapala nam się serialowe światełko. Gdy poznajemy strumienie handlarzy bronią i narkotykami, którzy przewalają się po pylastym południu Stanów, widzimy „Breaking Bad”, a gdy jesteśmy trochę bardziej na północ „Ozark”. Gdy penetrujemy amerykańską prowincję, spotykamy dziwność, a atmosfera przybiera barwę stali, migocze „Detektyw”. Kiedy autor na szali ustawia dobro i zło, które szachują się we wspólnej walce i dążą do harmonii, wspominamy, trochę już zapomniany, serial „Carnivale”. W momentach mniej poważnych, naznaczonych komediowym sznytem i przebąkiwaniem o fikcjonalności całej tej zabawy, machają do nas z odległego klifu bracia Coen i elementy „świadomej siebie sensacji” znane z „Fargo”, serii na podstawie dorobku słynnych filmowych braciszków.

Mimo tego, że autor tak przygotował swoją, przypominającą olbrzymią kałamarnicę, opowieść, abyśmy lecieli przez strony z szybkością światła, nie zapomniał o „znaczeniu”, czyli często podnoszonej sprawie w kontekście dzieł Tarantinowskich, które bazują na wielu wzorcach i składnikach tworzących odpowiedni koktajl. Stelmach w swojej szalonej, atrakcyjnej książce opowiada o emocjonalnym wyjałowieniu spowodowanym przyśpieszeniem i utowarowieniem każdego elementu rzeczywistości. Zastanawia się nad „sztafetą traumy” i złem, które przekazujemy niczym gruźlicę, często wcale tego nie chcąc. Jego bohaterowie – niezależnie, czy to ksiądz misjonarz, podejmujący się chrystianizacji niemożliwej w pogrążonej wojną domową Somalii, handlarz bronią z przeszłością, prawnik żyjący halucynacjami, czy też porzucona przez rodziców dziewczyna, której nie imają się kule, są emocjonalnie odrętwiali i za wszelką cenę pragną coś poczuć, aby na chwilę zapomnieć o zmorach przeszłości. Te postaci jawią się niczym maszyny napędzane złymi wspomnieniami i potrzebą zmiany, wypalające za sobą ziemię i relacje, pragnąc zagadać swoją uczuciową pustkę i wytłumaczyć się przed sobą sprytnie dobieranymi bonmotami. Przy pływaniu w „Ocenach” przypomina się „Pierwszy krok w chmurach” Hłaski (który nota bene też rozpoczynał od prozy gatunkowej, a dokładnie westernu) z zawartą w tym opowiadaniu ideą o noszeniu zawsze przy sobie kułaczka napakowanego złem, które ktoś nam kiedyś uczynił. W odpowiednim momencie to my zadamy zło, pozbywając się naszego balastu i puszczając przed siebie ognistą kulę, którą ktoś poda dalej.

Nie można żyć dłużej w izolacji, na uczuciowych peryferiach, w swoim tunelu, bańce i oceanie. Ci bohaterowie to wiedzą i pragną metafizycznie się zbratać, być razem przez chwilę jak chłopaki z „Fight Clubu”. Pomagają w tym zaskakujące siły, odwieczne bożki opowieści. Nie mogę jednak zdradzić tutaj niczego więcej, aby nie zepsuć zabawy pływakom, którzy zamiast wisieć na klifie, skoczą w świat przygotowany pieczołowicie przez Stelmacha. Palahniuk, w którymś ze swoich małych nieformalnych wykładzików, pytał, dlaczego mam wejść akurat w świat tej książki, czy tego filmu, dlaczego mam poświęcić swoje cenne godziny, swojego jednorazowego życia na to akurat dzieło, a nie na tysiące innych? Przy „Setkach oceanów” odpowiedź jest prosta: warto, bo to świetnie skonstruowana powieść z rodziny literatury niewyczerpanej, łakomej na elementy pobierane z innych sztuk, z żywymi bohaterami, mocną akcją, filozoficzną wkładką i niecodziennym światem przedstawionym, w którym płynnie mieszczą się strzelaniny, kokaina i Maria Pawlikowska-Jasnorzewska.

Promotorzy czytelnictwa zapominają często o tym, że inne media nie są konkurencją dla książek, ale partnerami, dzięki którym można pełniej poczuć pulę życiowych doświadczeń i otworzyć się na większe spektrum poznawcze. Katechizujące wojny podjazdowe miłośników książek, którzy sakralizują papier, wąchają go niczym kadziło i obfotografują się w pieleszach, produkując...

więcej Pokaż mimo to

avatar
11
7

Na półkach:

Pomysłowa, błyskotliwa, ciekawa, dająca do myślenia.

Pomysłowa, błyskotliwa, ciekawa, dająca do myślenia.

Pokaż mimo to

Reklama

Cytaty

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Setki oceanów


Reklama
zgłoś błąd