Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.
Dociekliwy_Kotek 
Lubię kolor niebieski, szkło, anyż, obcasy powyżej 9 cm, muzeum w gdańskiej Oliwie i temperatury do 25 stopni Celsjusza. Zdecydowanie nie lubię hałasu, coachingu, poradników i blogów lifestyle'owych, indeksowania na Facebooku oraz temperatur powyżej 28 stopni Celsjusza.
status: bibliotekarz, dodał: 172 książki, ostatnio widziany 2 dni temu
Teraz czytam
  • KINtop: Antologia wczesnego kina: część II
    KINtop: Antologia wczesnego kina: część II
    Autorzy:
    Pierwsza tak szeroko zakrojona antologia tekstów poświęconych wczesnemu kinu, jaka ukazuje się w języku polskim. Zebrano tu trzydzieści artykułów najważniejszych autorów nauki światowej zajmujących si...
    czytelników: 3 | opinie: 0 | ocena: 0 (0 głosów)
  • The Tale of Genji
    The Tale of Genji
    Autor:
    The first complete new translation for 25 years of the acknowledged masterpiece of Japanese literature. Lady Murasaki's great 11th century novel is a beautifully crafted story of love, betrayal and...
    czytelników: 90 | opinie: 0 | ocena: 7 (8 głosów)

Pokaż biblioteczkę
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2017-07-09 11:25:51
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Japonia - sztuka
Autor:

I co można napisać o takiej książce? Może tyle, że żałuję, jak straszliwie żałuję, że nie widziałam wystawy, do której ten katalog został wydany.

Nietypowy format. Edytorsko piękna robota. Wspaniałe reprodukcje - nadal nie wierzę, że takie skarby są w posiadaniu polskich muzeów. Do tego naprawdę przemyślany układ treści - rzadko spotyka się rozdziały tak spójnie i logicznie powiązane ze...
I co można napisać o takiej książce? Może tyle, że żałuję, jak straszliwie żałuję, że nie widziałam wystawy, do której ten katalog został wydany.

Nietypowy format. Edytorsko piękna robota. Wspaniałe reprodukcje - nadal nie wierzę, że takie skarby są w posiadaniu polskich muzeów. Do tego naprawdę przemyślany układ treści - rzadko spotyka się rozdziały tak spójnie i logicznie powiązane ze sobą. I jeszcze całkiem przyzwoity poziom merytoryczny tekstu, chociaż przyznaję, że w kilku miejscach został mi niedosyt wyjaśnień i opisu kontekstu kulturowego.
Na usprawiedliwienie autorki należy dodać, że rozpoznanie motywów w konwencji mitate czy biegła znajomość tematów sztuk kabuki wymaga doskonałej znajomości kultury japońskiej i katalog mógłby zwyczajnie nie udźwignąć takiej mnogości zagadnień, jakiej by wymagało szczegółowe omówienie.

Zupełnie nie rozumiem natomiast, jaki jest sens przytaczania obszernych cytatów z katalogu pierwszej europejskiej wystawy prac Utamaro, autorstwa Edmonda de Goncourta. Tłumaczenie jest słabe, z większości tekstu nic nie wynika (wyliczenia kolorów lub rodzajów strojów), a tłumaczenie było jednym z najbardziej irytujących punktów tego skądinąd wspaniałego albumu.

Przy okazji: czy ktoś spotkał się w literaturze około-japonistycznej z praktyką odmiany nazwisk i nazw własnych zakończonych na -o? Pani Król nietypową fleksją zafundowała mi skoki poziomu irytacji przy naprawdę przyjemnej lekturze zanim jeszcze dotarłam do "Malarza Zielonych Domów" Goncourta. Nie zasłużyłam na to.

pokaż więcej

 
2017-07-09 11:23:56
Dodał do serwisu książkę: Utamaro. Inne spojrzenie. A Different View
Autor:
 
2017-07-09 10:50:37
Autor:

Wiecie, jaki jest problem z Ibsenem? Nie da się go zapomnieć. To dość frustrujące - sztuki, które mają sto lat z okładem, okazują się boleśnie trafne i aktualne.
Weźmy "Dom lalki", sztukę otwierającą ten tom. Niewątpliwie sto lat temu była to sztuka obrazoburcza i skandalizująca, skoro na jeden szali kładzie obowiązki kobiety jako matki, pani domu i ozdoby swojego męża, a na drugiej -...
Wiecie, jaki jest problem z Ibsenem? Nie da się go zapomnieć. To dość frustrujące - sztuki, które mają sto lat z okładem, okazują się boleśnie trafne i aktualne.
Weźmy "Dom lalki", sztukę otwierającą ten tom. Niewątpliwie sto lat temu była to sztuka obrazoburcza i skandalizująca, skoro na jeden szali kładzie obowiązki kobiety jako matki, pani domu i ozdoby swojego męża, a na drugiej - obowiązki kobiety wobec samej siebie, obowiązki kobiety jako człowieka obdarzonego pewną moralną wrażliwością.
Dzisiaj żona spokojnie może wziąć kredyt za plecami męża i nie spadnie na nią społeczne odium, bo z jakiego powodu. A mimo to sztukę Ibsena czyta się z zapartym tchem właśnie dlatego, że konflikt nie rozgrywa się na poziomie ograniczeń nakładanych przez kulturę, ale bardzo indywidualnych wyborów, które dotyczą takich niemodnych, ale wciąż żywych i potrzebnych wartości, jak szlachetność, prawość, uczciwość względem samego siebie.

To samo można powiedzieć o bodaj jeszcze bardziej skandalizujących "Upiorach", w których cechy często przypisywane kobietom w XIX-wiecznej literaturze - bezmyślność, niewrażliwość, rozwiązłość, lekceważenie obowiązków - są pokazane również u mężczyzn, nie po to, aby wybielić lub oczernić któregoś z małżonków, ale żeby pokazać, jak krzywdzące są standardy podwójnej moralności.

Do sięgnięcia po ten tom skłonił mnie rewelacyjny "Wróg ludu" w reżyserii Klaty (kto nie widział, niech się spieszy) - byłam naprawdę ciekawa, czy tym razem też zaczarował grafomanię w doskonałą sztukę, czy materiał wyjściowy był trochę lepszy. Teraz nie jestem pewna, czy bardziej podobał mi się tekst Ibsena, czy krakowska interpretacja.

W ten sposób można omawiać każdy dramat Ibsena z tego tomu - wyraziste postacie, z których żadna nie jest jednowymiarowa; pozornie proste sytuacje, w jakich się znajdują, jednym słowem, jednym zdaniem zmienione w dramatyczne konflikty.
Kogo nie obchodzą ludzkie zmagania z życiem lub nie chce się kłopotać szukaniem odpowiedzi na pytania postawione sto lat wcześniej, niech czyta Ibsena dla jego warsztatu. Misterna konstrukcja tych sztuk, w których nie ma ani jednej niepotrzebnej sceny, ani jednego niepotrzebnego zdania powinna znaleźć się w Sevres jako wzorzec dla dramaturgów tuż obok Sofoklesa.

Creme de la creme.

pokaż więcej

 
2017-07-09 10:20:01
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Kultura

Wiecie, co jest najlepsze w tej książce? Jest o nas samych.
Nie wierzę, że ktokolwiek, kto posiada konto na FB, nie znajdzie w niej chociaż akapitu o sobie albo nie doświadczył chociaż jednej z opisanych sytuacji.

Osobiście miałam konto na FB trzy razy i za każdym razem kasowałam je po najwyżej pół roku - nie akceptuję dość cynicznej polityki prywatności (a raczej jej braku) serwisu i nie...
Wiecie, co jest najlepsze w tej książce? Jest o nas samych.
Nie wierzę, że ktokolwiek, kto posiada konto na FB, nie znajdzie w niej chociaż akapitu o sobie albo nie doświadczył chociaż jednej z opisanych sytuacji.

Osobiście miałam konto na FB trzy razy i za każdym razem kasowałam je po najwyżej pół roku - nie akceptuję dość cynicznej polityki prywatności (a raczej jej braku) serwisu i nie podobało mi się to, co FB robił z moją głową. Jeśli ty też fundujesz sobie codzienną dawkę stresu, bo nie masz dystansu do tego, jak fantastycznie wygląda życie twoich znajomych w porównaniu do twojego, spotykasz się z bierną agresją albo wdajesz się w niepotrzebne pyskówki - to jest książka, która pokazuje, jak sobie z tym radzić bez rezygnowania z FB.

To właśnie najbardziej podoba mi się w książce dr Flores. Nie narzeka, że FB jest do niczego, że trzeba zarządzić masowy odwrót, a serwery FB polać niegaszonym wapnem. Nie ma w niej krytyki portalu, bo serwis nie jest niczemu winien.
Dlatego właśnie dr Flores rzeczowo tłumaczy, dlaczego nasza psychika i FB tak wspaniale się ze sobą zgrały, że wcale nie chcemy lub nie umiemy się wylogować.
Tłumaczy też, jakie są ciemne strony funkcjonowania ludzkiej głowy i które z nich mogą sprawić, że FB zamiast pomagać zaczyna niszczyć. Dr Floers nie narzeka, nie strofuje, nie krytykuje ani nie piętnuje tych, którzy nie mogą żyć bez FB. Stawia natomiast mądre pytania, które skłaniają do namysłu i pomagają postawić granice tak, żeby mieć kontrolę nad FB, a nie na odwrót.

Czego mi zabrakło? Elementu nowości. Zaskoczenia. Efektu "aha!".
To, o czym pisze dr Flores, niemal wszyscy znamy z własnego doświadczenia. Nowatorstwo tej książki polega głównie na tym, że nikt wcześniej nie spisał naszych doświadczeń, historii, zwierzeń. Nikt nie poddał ich gruntownej analizie, żeby wskazać "środki zaradcze" na zmiany społeczne, które zaszły szybciej, niż mogliśmy się do nich dostosować.
Nie dowiecie się z tej książki nic nowego o FB. Dowiecie się natomiast jednego - FB będzie tym, na co pozwolicie mu być.

pokaż więcej

 
2017-06-17 16:09:23

Sama się o to prosiłam. Sama się prosiłam, bo na pierwszy rzut oka widać, że to self-publishing, więc chałupnicza robota, określenia "Samotny" i "duch" zapowiadają grafomanię spod znaku oświecenia duchowego, a jeśli o tymże oświeceniu duchowym i sposobach na życie pisać będzie 28-letni szczyl po ZSG, to co trzeba wiedzieć więcej, żeby nie tykać tego kijkiem przez papierek?

Proszę nie...
Sama się o to prosiłam. Sama się prosiłam, bo na pierwszy rzut oka widać, że to self-publishing, więc chałupnicza robota, określenia "Samotny" i "duch" zapowiadają grafomanię spod znaku oświecenia duchowego, a jeśli o tymże oświeceniu duchowym i sposobach na życie pisać będzie 28-letni szczyl po ZSG, to co trzeba wiedzieć więcej, żeby nie tykać tego kijkiem przez papierek?

Proszę nie zrozumieć mnie źle. Nie mam nic do ludzi po jakiejkolwiek ZSZ - moim wykładowcą filozofii antycznej był jeden z lepszych "platonistów" w kraju, który oprócz doktoratu z filozofii miał też wyuczony użyteczny fach spawacza, ale ten człowiek posiadał piękną cechę nienawracania nikogo.

Co my tu mamy? 28-letnia jednostka duchowo rozwinięta bierze życie za bary i jedzie na dwa tygodnie do Japonii. Nie bardzo rozumiem, dlaczego to taki wyczyn, skoro nie trzeba się tam przedzierać miesiącami przez pustynię na wielbłądzim grzbiecie oraz statkiem przez burzliwe morze, ale jaki człowiek, takie wyzwania.
Wyzwanie było chyba spore, bo przed podróżą jakoś za trudno było już nawet nie zaplanować to i owo, bo niech będzie, że puszczanie na żywioł polega na tym, żeby marnować możliwości, jakie daje cokolwiek kosztowna podróż. Trudno było nawet przeczytać to i owo, żeby nie popełniać głupich faux pas albo docenić, co się widzi, więc czytelnik obdarzony minimalnym taktem czy wrażliwością czasem ma ochotę zapłakać nad losem tych, którzy z naszą istotą duchową musieli się spotkać w ziemskim wymiarze.
Kłopot w tym, że głupota pewnych zachowań i płytkość pewnych spostrzeżeń nie wynikają z ignorancji, tylko ze zdumiewającej wręcz naiwności. Śmiem twierdzić, że naiwność ta leży też u źródła powstania książki. Nie wiem, czym innym wyjaśnić głębokie przekonanie, że kogoś może obchodzić, jak to autor przepłacał za hotele czy podróże, jak zwiedzał atrakcje turystyczne, jak nie mógł się zdecydować, czy obcowanie z uprzejmymi Japończykami wyznacza właśnie ścieżkę jego duchowej przemiany, czy jednak jest niemożebnie irytujące.
Jasne, ta naiwność jest na swój sposób i rozbrajająca, i rozczulająca, i orzeźwiająca - ale czy autor nie mógłby zdobywać takich doświadczeń gdzieś bliżej? W jakimś miłym miejscu, które nie wymaga lotu na drugą półkulę i zwiększania emisji CO2? Nie mógłby wydawać tych swoich banałów, skoro już naprawdę musi, w jakimś ebooku?

Gdyby jakieś literackie bóstwo wytypowało moje skromne życzenie do spełnienia, chciałabym prosić o cofnięcie czasu i zapobieżenie publikacjom książek Paulo Coelho. Grafoman ten odpowiada bowiem za ośmielenie jemu podobnych domorosłych "filozofów" i "myślicieli" do publikacji nikomu niepotrzebnych bajdurzeń, a tym samym przyczynia się do wycinki lasów.
Gdyby ktoś wątpił w słuszność mojego życzenia, proszę wniknąć w siebie i szczerze odpowiedzieć, co ma bardziej duchowy wymiar - spacer po lesie czy lektura gniotów w typu "Samotny duch Japonii"?

Bartyzela na półkę "Niech zapłaci grzywnę od wiersza", tuż obok Regel, Brożko i Kolasy.

pokaż więcej

 
2017-06-17 15:49:24
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Pytania - co w trawie piszczy

Najbardziej w tym wszystkim wkurza mnie moja własna naiwność, na przykład dlatego, że idiotycznie zapominam, że rynek książki to nadal rynek i koniunktura swoje robi. Dzięki niewytłumaczalnej dla mnie popularności tego gniota "Sekretne życie roślin" mamy zatem wysyp książczyn poświęconych rzekomo "przełomowym" lub "niezwykłym" faktom z dziedziny biologii. Wiecie, w czym jeszcze tkwi problem?... Najbardziej w tym wszystkim wkurza mnie moja własna naiwność, na przykład dlatego, że idiotycznie zapominam, że rynek książki to nadal rynek i koniunktura swoje robi. Dzięki niewytłumaczalnej dla mnie popularności tego gniota "Sekretne życie roślin" mamy zatem wysyp książczyn poświęconych rzekomo "przełomowym" lub "niezwykłym" faktom z dziedziny biologii. Wiecie, w czym jeszcze tkwi problem? Jeśli koniunkturę nakręci gniot, żaden wydawca nie pokusi się o wydanie czegoś bardziej ambitnego, bo a nuż się nie sprzeda.

Efekt? Książeczka pani Dautheville. Czego się z niej dowiemy? Ano tego, że roślin okrytozalążkowych jest więcej niż nagozalążkowych. Że drzewa chętnie wchodzą w symbiozę z grzybami i że to się nazywa mikoryza. Że dzięki roślinom mamy tlen (efekt uboczny fotosyntezy), jedzenie, a jak zgniją, to również kompost i żyzną glebę. Niesamowite, nie? Że niektóre kwiatki otwierają kielichy w innej porze, niż pozostałe. Że używają kolorów do wabienia lub odstraszania owadów. Że kwiatki są świetnie przystosowane do warunków, w jakich żyją (róża jerychońska) lub dopasowane budową do owada, który je zapyla. Nie żebym coś, ale tego typu rewelacje przewidywał już Darwin. Albo że odkryto ostatnio sporo nowych gatunków świecących grzybów. Nadal nie wiem, dlaczego ani po co grzyby świecą, nie wiem, jakie gatunki i gdzie odkryto, ale wiem, że odkryto!

Innymi słowy: jest to zbiór informacji i informacyjek, które w żaden sposób nie wpłyną na rozumienie świata, nie powiększą jego świadomości ekologicznej ani nie zwiększą sumy wiedzy (zaznaczam: wiedzy, nie bezużytecznych ciekawostek).

Dla kogo zatem jest ta książka?
- dla mieszkańców pustyni, bo tych mogą zainteresować rewelacje pani Dautheville;
- dla niechlujnych redaktorów serwisów informacyjnych typu "clickbite";
- dla tych, którzy biologii uczyli się jeszcze przed reformą edukacji (znaczy tą poprzednią, nie obecną) i mają ochotę na literacką podróż sentymentalną, bo treść tej książki idealnie dubluje treść podręczników do biologii klasy V i VI szkoły podstawowej.
Jeśli wiesz, na czym polega fotosynteza i pamiętasz, co to jest mikoryza, odpuść - są książki bardziej warte czasu i uwagi.

pokaż więcej

 
2017-06-17 15:37:59
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Japonia - miscellana

Na oko jest to zbiór esejów napisanych przez studentów ostatnich lat lub świeżo upieczonych doktorantów wszelkiej maści uczelni, nie tylko kierunków japonistycznych, żeby "nastukać" sobie publikacji. Innego sensu ani celu w tym nie widzę, przy czym bardzo żałuję, że ktoś wydał to w wersji papierowej, bo e-book spełniłby te same cele, a przynajmniej mniej człowiekowi żal drzew.

Niech będzie,...
Na oko jest to zbiór esejów napisanych przez studentów ostatnich lat lub świeżo upieczonych doktorantów wszelkiej maści uczelni, nie tylko kierunków japonistycznych, żeby "nastukać" sobie publikacji. Innego sensu ani celu w tym nie widzę, przy czym bardzo żałuję, że ktoś wydał to w wersji papierowej, bo e-book spełniłby te same cele, a przynajmniej mniej człowiekowi żal drzew.

Niech będzie, że niektóre tematy są naprawdę ciekawe (np. otwierający książkę esej Macieja Tybusa o tym, jak europejscy kartografowie postrzegali i umieszczali Japonię na mapach świata czy zamykająca tom praca Ewy Witkowskiej o konnym łucznictwie yabusame), ale większość zostawia człowieka w stanie pewnej konsternacji, z wielkim pytaniem "po co marnujecie swój i mój czas?".
Żeby nie być gołosłowną: jaki jest sens pisania eseju o tym, jak zmieniły się miejsca znane ze "Stu słynnych widoków Edo", skoro wymienione jest sześć, aż czego pięć można podsumować "teraz jest tu beton, ulica i budynki"? Jaki jest sens badania turystyki kulturowej Polaków do Japonii, skoro operuje się tak małą grupą badawczą, że nie sposób jest wyciągnąć żadnych wniosków? Co może powiedzieć dwadzieścia osób na temat tego, jak polscy emigranci postrzegają Japończyków? Jeśli to miały być przyczynki do dalszych badań, to może by tak przeprowadzić badania i wtedy publikować, co?

Na tym tle oprócz wspomnianych już dwóch esejów na uwagę zasługują jeszcze dwa dotyczące japońskich pamiątek z podróży oraz roli jedzenia w tychże, napisanych odpowiednio przez Karolinę Przybylińską i Katarzynę Podhorską.

Cztery eseje na dziesięć znośne. Cztery gwiazdki na dziesięć to uczciwa ocena, nie?

pokaż więcej

 
2017-06-17 15:09:37
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Japonia - poezja

Tomik składa się z kilku dzienników podróżnych Basho. Są to "The Records of a Weather-exposed Skeleton" (Nozarashi Kikō) wraz z "A Visit to the Kasima Shrine" (Kashima Kikō), "The Records of a Travel-worn Satchel" (Oi no Kobumi znany też jako Utatsu Kikō) wraz z "A Visit to Sarashina Village" (Sarashina Kikō) oraz najdłuższy i uznawany za najlepszy z nich, "The Narrow Road to the Deep... Tomik składa się z kilku dzienników podróżnych Basho. Są to "The Records of a Weather-exposed Skeleton" (Nozarashi Kikō) wraz z "A Visit to the Kasima Shrine" (Kashima Kikō), "The Records of a Travel-worn Satchel" (Oi no Kobumi znany też jako Utatsu Kikō) wraz z "A Visit to Sarashina Village" (Sarashina Kikō) oraz najdłuższy i uznawany za najlepszy z nich, "The Narrow Road to the Deep North" (Oku no Hosomichi).

Czytelnik dociekliwy lub mocno zainteresowany tematem zauważy zapewne, że dwa z wymienionych tu utworów zostały już (mistrzowsko!) przełożone na polski i wydane w tomiku "Z podróżnej sakwy": są to Oi no Kobumi i Sarashina Kikō.
Kto ma w pamięci doskonały przekład Agnieszki Żuławskiej-Umedy może się poczuć zniechęcony angielskim tłumaczeniem.
Mnie osobiście bardzo przeszkadza tłumaczenie haiku zaproponowane w tym zbiorze. Nawet uwzględniając argumenty tłumacza podane we wstępie (takie jak rytm i prozodia angielszczyzny oraz chęć operowana długością wiersza odpowiadającą długością naturalnej wypowiedzi), nadal uważam, że w zaproponowanych przekładach ginie gdzieś aluzyjność, a na domiar złego nie da się zauważyć ironicznego poczucia humoru, jakie przecież cechowało ten nurt poezji, reprezentowanej zwłaszcza w poetyce Basho. Czytanie 13-sylabowej poezji przełożonej bez zachowania liczby sylab to trochę jak czytanie antycznej poezji, której tłumacz zlekceważył rytm, bo wygodniej mu było całość zrymować.

Tym, którzy mają dostęp i do angielskiego przekładu, i do polskiej wersji, polecam "lekturę równoległą". Pomijając już styl i język, w przekładzie angielskim ginie bezpowrotnie wiele przysłów, aluzji literackich i nawiązań do klasycznych utworów. Te Agnieszka Żuławska-Umeda wyraźnie zaznacza, natomiast edycja Penguin pomija je całkowicie, bez choćby jednego przypisu.
Największe różnice dotyczą jednak osoby, która "mówi" w konkretnym szkicu. Prawdopodobnie Basho wzorem klasycznych japońskich pamiętnikarzy nie używał (lub używał wymiennie) zaimka "ja" zamieniając go bardziej eleganckim "on". Kłopot (nie tylko dla tłumacza) w tym, że czasem całkowicie zmienia to sens zdania: trudno powiedzieć, kto z wysiłkiem wspinał się po wzniesieniu, przewodnik czy poeta? Komu brakowało doświadczenia w wędrówkach, "wypożyczonemu" słudze czy samym podróżnikom?

Co zostaje z samego Basho? Chwilami raczej nużące zapiski o przebytych odległościach i odwiedzonych miejscach. Chwilami przepiękne fragmenty o widokach lub głębokim wzruszeniu, jakie ogarnia go na widok dowodów na przemijalność świata. Kilka anegdot o uczniach, mecenasach i przyjaciołach. Poezja, której uroku bardziej można się domyślać niż rzeczywiście go doświadczyć.

Na Amazonie książeczka kosztuje grosze, więc kto chce, niech kupuje i czyta. Ale kto może, niech szuka lepszego tłumaczenia.

pokaż więcej

 
2017-06-03 12:18:14
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Azja - Południowo-Wschodnia

Książek o Wietnamie jak do tej pory znalazłam niewiele, więc cieszy mnie każda, która mi wpadnie w ręce. "Wietnam dla początkujących" - o czym świadczy już sam tytuł - nie rości sobie pretensji do bycia wyczerpującym kompendium ani frapującym zapisem przygód podróżnika.
Ten niewielki albumik składa się w dużej mierze ze zdjęć; śmiem twierdzić, że mniej więcej takich, jakich oczekuje czytelnik...
Książek o Wietnamie jak do tej pory znalazłam niewiele, więc cieszy mnie każda, która mi wpadnie w ręce. "Wietnam dla początkujących" - o czym świadczy już sam tytuł - nie rości sobie pretensji do bycia wyczerpującym kompendium ani frapującym zapisem przygód podróżnika.
Ten niewielki albumik składa się w dużej mierze ze zdjęć; śmiem twierdzić, że mniej więcej takich, jakich oczekuje czytelnik zainteresowany Wietnamem, a który nie ma jeszcze o tym kraju żadnej wiedzy.
Znajdziemy tu i garść informacji o najważniejszych wietnamskich zabytkach, i wplecione w opisy wzmianki o wydarzeniach historycznych (łącznie z wiadomościami o królestwie Czamów), i trochę szczegółów związanych z wietnamskim folklorem i kulturą.
Rzadko się zdarza, żebym po takich małych, niszowych wydawnictwach nie miała czytelniczego niesmaku, jednak wyjątkowo mogę powiedzieć, że nie zmarnowałam czasu na lekturze.

pokaż więcej

 
2017-06-03 12:17:50
Dodał do serwisu książkę: Wietnam dla początkujących
 
2017-06-03 12:08:59
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Pytania - co w trawie piszczy

Ze względu an tytuł liczyłam na książkę w stylu "Podróż, która zmieniła świat", ze względu na serię wydawniczą - na reportaż lub podróżniczą relację. Tymczasem książce Nichollsa bliżej do przewodnika po faunie i florze niż do publicystyki, reportażu czy książki podróżniczej.
Autor w kolejnych rozdziałach opisuje historię geologiczną i powstanie Galapagos, prądy morskie, które ukształtowały...
Ze względu an tytuł liczyłam na książkę w stylu "Podróż, która zmieniła świat", ze względu na serię wydawniczą - na reportaż lub podróżniczą relację. Tymczasem książce Nichollsa bliżej do przewodnika po faunie i florze niż do publicystyki, reportażu czy książki podróżniczej.
Autor w kolejnych rozdziałach opisuje historię geologiczną i powstanie Galapagos, prądy morskie, które ukształtowały mikroklimat wysp, faunę i florę kolejno wód przybrzeżnych i "interioru", aż wreszcie porusza - jakżeby inaczej - niszczycielską działalność człowieka na "Wyspach zaczarowanych".
Miejscami jest nużąco, miejscami czytałam z większym zainteresowaniem (na przykład - co dziób zięby Darwina mówi o ewolucji i jak wytępić gatunki zawleczone na Galapagos?), ale prawdę mówiąc spodziewałam się czegoś więcej.

pokaż więcej

 
2017-06-03 11:56:17
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Azja - Południowo-Wschodnia

Wyjątkowo jestem w stanie zgodzić się, że średnia ocena tej książki na LC (6,5 gwiazdki) jest w pełni zasłużona i usprawiedliwiona.
Książka Pałkiewicza jest dobra - nie wybitna, nie olśniewająca, ale uczciwie i porządnie dobra. Przypomina trochę bardzo szczegółowy, pięknie zilustrowany przewodnik po Angkorze, po wielkich i małych świątyniach starej Kambodży. Być może z przewodnika...
Wyjątkowo jestem w stanie zgodzić się, że średnia ocena tej książki na LC (6,5 gwiazdki) jest w pełni zasłużona i usprawiedliwiona.
Książka Pałkiewicza jest dobra - nie wybitna, nie olśniewająca, ale uczciwie i porządnie dobra. Przypomina trochę bardzo szczegółowy, pięknie zilustrowany przewodnik po Angkorze, po wielkich i małych świątyniach starej Kambodży. Być może z przewodnika turystycznego można dowiedzieć się o tym, o czym Pałkiewicz nie pisze (o historii politycznej i społecznej państwa Khmerów, o dziejach ich kultury i sztuki), ale nie sądzę, żeby gdzieś jeszcze można zobaczyć tak piękne fotografie.
"Angkor" zostawił mi pewien niedosyt pod względem merytorycznym, chociaż rozumiem, że źródła dotyczące państwa Khmerów są fragmentaryczne i wiele z dziejów tego państwa pozostaje zagadką. Pałkiewicz posługuje się jednak bardzo miłą w odbiorze polszczyzną, miejscami gawędziarką, miejscami poetycką. To właśnie sprawia, że opisy zatopionych w dżungli kamiennych miast mogą pobudzać wyobraźnię.
Mam tylko takie zastrzeżenie, że w niektórych miejscach brakuje konsekwencji. Jeśli autor czuje się tak zatroskany losami miast dosłownie rozdeptywanych przez turystów, dlaczego zachęca licznych czytelników, aby sami udali się podziwiać kamienne cuda Kambodży?

A pomijając już wszystko inne - zachęcam, żeby tę książkę obejrzeć. Nawet nie przeczytać, ale obejrzeć. Grafik, który przygotował tę edycję, miał pomysł prosty i zadziwiająco efektowny. Miła odmiana po innych albumach podróżniczych.

pokaż więcej

 
2017-06-03 11:40:51
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Japonia - podróże

Do tej pory miałam nieprzyjemność przeczytać jedną książkę Wiesławy Regel o Japonii ("Japonia niekończące się odkrycie") i nie ukrywam, że koszmarne wspomnienia pierwszej początkowo rzutowały na odbiór drugiej.
Muszę jednak przyznać, że tym razem jest odrobinkę, odrobinkę lepiej - tradycyjnie wszystko, o czym pisze Regel i czym się zachwyca, można znaleźć w lepiej opracowanych i...
Do tej pory miałam nieprzyjemność przeczytać jedną książkę Wiesławy Regel o Japonii ("Japonia niekończące się odkrycie") i nie ukrywam, że koszmarne wspomnienia pierwszej początkowo rzutowały na odbiór drugiej.
Muszę jednak przyznać, że tym razem jest odrobinkę, odrobinkę lepiej - tradycyjnie wszystko, o czym pisze Regel i czym się zachwyca, można znaleźć w lepiej opracowanych i dokładniejszych przewodnikach, więc po tej książeczce proszę sobie nie obiecywać za dużo.
Tym razem całość okraszona jest pseudopowieściowym wyjaśnieniem "genezy" wycieczki - autorka postanawia spełnić wieloletnie marzenie swojej przyjaciółki Alicji i zabrać ją na wycieczkę do Japonii. W praktyce oznacza to również, że rozmówki autorki z Alicją będą ilustrować zaliczanie kolejnych żelaznych atrakcji turystycznych, więc proszę się od razu nastawić na głębię, doskonały warsztat i ogromne znaczenie, jakie to popychanie banałów będzie miało dla całości.

Na ogół lektura jest tyleż bezbolesna, co bezwartościowa. Mimo korekty dokonanej przez córkę autorki jest kilka bolesnych wpadek leksykalnych, ale nadal mniej, niż zakładałam.
Ja wiem, że ta broszurka to zaledwie 60 stron, więc szkoda społeczna relatywnie niewielka. Domyślam się, że nakład był symboliczny. Ale nadal trochę mi przykro, że pani Regel z uporem godnym lepszej sprawy po każdej większej podróży płodzi jakąś książkę - drzewa rosną wolno.

pokaż więcej

 
2017-05-08 21:42:12
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

No i znowu to samo - oceny na LC wysokie, a ja się zastanawiam, co inni czytelnicy widzą w tej lichej grafomanii?
Zacznijmy od tego, że nawet za bardzo nie wiadomo, co to jest: esej? Za dużo fabuły. Fabularyzowana biografia? Za mało faktów i żadna wartość merytoryczna. Powieść? Zbiór banalnych nowelek? To już prędzej, ale też nie do końca.

Rory Maclean stawia sobie zadanie karkołomne i,...
No i znowu to samo - oceny na LC wysokie, a ja się zastanawiam, co inni czytelnicy widzą w tej lichej grafomanii?
Zacznijmy od tego, że nawet za bardzo nie wiadomo, co to jest: esej? Za dużo fabuły. Fabularyzowana biografia? Za mało faktów i żadna wartość merytoryczna. Powieść? Zbiór banalnych nowelek? To już prędzej, ale też nie do końca.

Rory Maclean stawia sobie zadanie karkołomne i, śmiem twierdzić, przekraczające jego siły: sportretować miasto i jego dzieje widziane przez pryzmat losów jego mieszkańców. Pomijam już to, że jeśli o Berlin chodzi, to od pierwszej średniowiecznej osady do rzeczywistego rozwoju w XVIII wieku niewiele się tam działo, ale w porządku, pisarz z wyobraźnią czymś zapełni historyczne luki.
Kłopot w tym, że aby przekonująco i wiernie opisać kolejno wszystkie epoki w dziejach miasta potrzeba solidnego warsztatu, rzetelnej wiedzy i - co nie jest najważniejsze, ale jednak mile widziane - wyczucia stylu danej epoki, czegoś, co przekona, że średniowieczny truwer różni w mentalności i wrażliwości różni się czymś od klasycystycznego architekta.

Siłą rzeczy książka jest niespójna - postacie wymyślone przez autora przeplatają się z postaciami realnymi; postacie z ostatniego stulecia wyraźnie dominują ilościowo nad swoimi poprzednikami. Pojawia się poważne pytanie: po co w takim razie sięgać aż do średniowiecza, skoro jest to zwyczajne marnotrawstwo papieru?
Rory Maclean jest pisarzem miernym, niestety. Jego postacie są papierowe, kompletnie nieprzekonujące (średniowieczne małżeństwo otwarte? Takie rzeczy to u Boccaccia ewentualnie, ale i tak w innym stylu), do tego dochodzi bardzo mierny warsztat (bardzo proszę, aby czytelnicy przez chwilę spróbowali sobie wyobrazić, jak zrelacjonowaliby w liście do rodziny jakieś wydarzenie i następnie porównali z koszmarną epistołą, jaką teatralny pomocnik wysmażył o premierze "Opery..." Brechta), a ze znajomością tematu też bywa, delikatniej mówiąc, różnie (o czym zaświadczyć mogą fani Davida Bowie, z jakiegoś powodu sportretowanego w tej książce, pozostaje się cieszyć, że Maclean oszczędził np. Wima Wendersa).

Nie mam nic przeciwko wyobraźni w literaturze. Mam natomiast bardzo dużo przeciwko sentymentalnym mrzonkom. Oczywiście "wolnoć Tomku w swoim podświadomku", ale jednak stawianie znaku równości między rojeniami snutymi na fali iście romantycznej miłości do miasta, którego historii nie chciało się zgłębić, a samą historią, to już trochę wstyd.
Z książki Macleana o Berlinie dowiadujemy się tylko tyle, że autor jest zachwycony swoim wyobrażeniem o historii miasta, w którym żyje. Ze swojej strony życzę autorowi, żeby żył w Berlinie jak najdłużej, ale znalazł sobie jakieś godziwe zajęcie, np. leśnika. Lasy giną, papier trzeba oszczędzać.

pokaż więcej

 
2017-05-08 21:41:50
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Smakołyki - flanerie

Prawdopodobnie jestem po prostu do szpiku kości zepsuta przez angloamerykańskich kulturoznawców i ich niebywale szczegółowe, wnikliwe i rzeczywiście miejscami odkrywcze analizy (niech ktoś pobije analizę "Can you forgive her" Sharon Marcus) i dlatego książka Nowaczewskiego zostawiła we mnie pewnego rodzaju niedosyt.
Wspaniałe jest to, że w swoim opracowaniu sięga do pozycji mniej znanych lub...
Prawdopodobnie jestem po prostu do szpiku kości zepsuta przez angloamerykańskich kulturoznawców i ich niebywale szczegółowe, wnikliwe i rzeczywiście miejscami odkrywcze analizy (niech ktoś pobije analizę "Can you forgive her" Sharon Marcus) i dlatego książka Nowaczewskiego zostawiła we mnie pewnego rodzaju niedosyt.
Wspaniałe jest to, że w swoim opracowaniu sięga do pozycji mniej znanych lub prawie zapomnianych, że przybliża je czytelnikowi i podrzuca tropy do dalszych poszukiwań. Rozczarowują mnie natomiast analizy czy to przytoczonych fragmentów, czy wątków występujących w twórczości danego pisarza - rzadko kiedy wychodzą poza to, co z cytatu wynika, niewiele wnoszą i nie za bardzo pogłębiają.
Ale to wciąż opracowanie o miejskich włóczęgach i spacerach po mieście. Dobre i to.

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
1150 1125 8980
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (216)

Ulubieni autorzy (10)
Lista ulubionych autorów
Ulubione cytaty (1)
lista cytatów
zgłoś błąd zgłoś błąd