Dociekliwy_Kotek 
Lubię drzewa, jesień, deszcz, mgłę, czerwone ubrania, zapach pomarańczowy i ciasteczka korzenne. Zdecydowanie nie lubię hałasu, coachingu, poradników i blogów lifestyle'owych, indeksowania na Facebooku oraz temperatur powyżej 28 stopni Celsjusza.
status: bibliotekarz, dodał: 187 książek, ostatnio widziany 2 tygodnie temu
Teraz czytam
  • Reszta jest hałasem. Słuchając XX wieku
    Reszta jest hałasem. Słuchając XX wieku
    Autor:
    W XX wieku życie muzyczne rozpadło się na niezliczone odłamy, z których każdy ma własne kanony i własny żargon. Jedne gatunki są bardziej popularne, inne mniej. Sama zaś dwudziestowieczna muzyka poważ...
    czytelników: 183 | opinie: 4 | ocena: 8,09 (32 głosy)
  • Traktat o historii religii
    Traktat o historii religii
    Autor:
    Traktat o historii religii należy do pierwszych, obok m.in. technik jogi, dzieł Mircei Eliadego, jakie ukazały się we Francji, gdy ten rumuński religioznawca i pisarz definitywnie wybrał emigrację. Na...
    czytelników: 306 | opinie: 4 | ocena: 7,76 (68 głosów)

Pokaż biblioteczkę
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2018-09-23 19:52:44
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, LGBT - G, Smakołyki - złe jak Szatan

Tutaj na okładce wydawca chwali się, że recenzent The New Yorker uważa autora tej książki za znawcę pożądania. Nie wiem, na ile autor tego zdania zna się z Acimanem, na ile jego opinia jest poparta rzetelnym doświadczeniem, ale jednego jestem pewna: nawet jeśli Aciman na pożądaniu się zna, to jego bohater, Elio, zdecydowanie nie.

Zaryzykowałabym nawet twierdzenie, że gdyby nie film i...
Tutaj na okładce wydawca chwali się, że recenzent The New Yorker uważa autora tej książki za znawcę pożądania. Nie wiem, na ile autor tego zdania zna się z Acimanem, na ile jego opinia jest poparta rzetelnym doświadczeniem, ale jednego jestem pewna: nawet jeśli Aciman na pożądaniu się zna, to jego bohater, Elio, zdecydowanie nie.

Zaryzykowałabym nawet twierdzenie, że gdyby nie film i podpowiedź wydawcy, przez blisko 200 stron (na nieco ponad 300) tego gniota nie bardzo bym wiedziała, o co chłopcu chodzi, ani z czym dokładnie ma problem. Elio nie ma problemu z introwertyzmem, raczej jest trochę za bardzo zadufany w sobie, żeby się z kimś dogadać. Elio nie ma też problemu z nieśmiałością, prędzej z komunikacją. Elio nie ma wreszcie problemu z seksem, skoro z koleżanką poczyna sobie dosyć pewnie i nie jest to dla niego żadne przełomowe doświadczenie. Zastanawiam się natomiast, z czym autor ma problem, że usilnie stara się przeflancować model gejowskiej powieści lat 80 (poczucie winy, strach przed zdemaskowaniem) na czasy współczesne?

Są tu jakieś popłuczki po strumieniu świadomości, ale przede wszystkim obrywamy pustosłowiem, laniem wody i przegadanymi wywodami o przemijaniu - ich jakość można usprawiedliwić tylko i wyłącznie tym, że Elio ma lat 17.

Żaden ze mnie znawca pożądania, ale tak myślę, że kiedy się kogoś pragnie, zauważa się w nim absolutnie wszystko, od piegów do wyboru sznurowadeł. Z jakiegoś tajemniczego powodu wytęskniony, ukochany, upragniony Oliver nie ma ani charakteru, ani znaków szczególnych, ani osobowości - w zasadzie nie wiemy nawet, dlaczego Elio tak go pragnie ani co go pociąga w wakacyjnym rezydencie. Prawdę mówiąc zastanawia mnie też, dlaczego jego pragnienie ogranicza się głównie do seksu analnego, jakby całe spektrum ludzkiego pożądania koncentrowało się tylko w jednej technice seksualnej.

To marnotrawstwo lasów liczy sobie, jak powiedziałam, stron nieco ponad trzysta. Teoretycznie niezła objętość, da się już zbudować jakichś bohaterów, jakąś fabułę, coś się może zadziać. Tymczasem zajęcia bohaterów można tu policzyć na palcach jednej ręki, akcji nie ma żadnej, a co do relacji bohaterów, to kusi mnie, żeby napisać, że stoi w miejscu - przy czym ten dobór słów nie jest zbyt szczęśliwy, bo pożądanie Elio jest zdumiewająco nieerotyczne i mało zmysłowe.

Zgaduję, że letarg, lenistwo i bezruch mają tworzyć senną, oniryczną, zmysłową czy jaką tam jeszcze atmosferę. Nie tworzą.
Dla mnie prywatnie gwoździem do trumny były te całe cholerne akapity na "opisy przyrody" i nieznośny lepki upał włoskiego lata przebijający się z każdej strony. Za porę lata poleciała dodatkowo jedna gwiazdka.

Niestety, film lepszy niż książka. Kto szuka prawdziwego pożądania w dekadenckim, śmiertelnym, sennym upale Włoch, niech sięgnie po "Śmierć w Wenecji".

pokaż więcej

 
2018-09-23 19:38:13
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Lata 20., lata 30. - w starym kinie

Patrząc na "modę" na lata 20, trudno w to może uwierzyć, ale były czasy, w których historia polskiego filmu interesowała nieliczną garstkę pasjonatów. Stefania Beylin miała świadomość, że pokolenie aktorów, reżyserów i twórców filmów powoli odchodzi, a do ostatnich przedstawicieli "wymierającego gatunku" coraz trudniej dotrzeć: rozsiane po świecie gwiazdy polskiego ekranu nie zawsze po wojnie... Patrząc na "modę" na lata 20, trudno w to może uwierzyć, ale były czasy, w których historia polskiego filmu interesowała nieliczną garstkę pasjonatów. Stefania Beylin miała świadomość, że pokolenie aktorów, reżyserów i twórców filmów powoli odchodzi, a do ostatnich przedstawicieli "wymierającego gatunku" coraz trudniej dotrzeć: rozsiane po świecie gwiazdy polskiego ekranu nie zawsze po wojnie kontynuowały karierę filmową, nie zawsze chciały wracać do wspomnień z młodości.

Stefania Beylin dotarła oczywiście do aktorek (Maria Dulęba, Seweryna Broniszówna, Jadwiga Smosarska, Maria Gorczyńska, Mieczysława Ćwiklińska, Elżbieta Barszczewska) i aktorów (Antoni Fertner, Władysław Neubelt, Władysław Grabowski, Adolf Dymsza, Jerzy Pichelski) - co ciekawe, sami zainteresowani film wspominają na ogół źle, jako dodatek do naprawdę ważnej kariery teatralnej, pracę może i dobrze płatną, ale fizycznie bardzo ciężką, a do tego, cóż, mocno nieprofesjonalną.

Dlaczego polski przemysł filmowy wyglądał tak, a nie inaczej, opowiadają reżyserzy (Wiktor Biegański, Włodzimierz Ordyński, Leonard Bruczkowski), ale również inni artyści filmu: operator Jan Skarbek Malczewski, realizator Stefan Dękierowski, scenarzysta i autor słów piosenek Ludwik Starski, a nawet... scenarzysta Anatol Stern.

Wszystkie te wspomnienia, mniej lub bardziej obrobione, przetworzone i przepisane, można znaleźć w każdej popularnej książeczce o polskim kinie lat 20. - i prawdę mówiąc nie są one wybitnie ciekawe.

Ale książeczka Beylin ma coś, czego inne opracowania nie mają: wspomnienia ludzi, których historia filmu w zasadzie pomija. Są tu zatem statysta Henryk Rzętkowski oraz charakteryzatorka Kazimiera Narkiewicz-Opalińska, siostra Konrada Narkiewicza, również charakteryzatora, często pojawiającego się we wspomnieniach bohaterów tej książki. Jest tu także ciekawa historia grupy START, opowiadana przez jej twórców - Wandę Jakubowską, Tadeusza Kowalskiego i Jerzego Toeplitza.

Za tą pozycją nie warto uganiać się po antykwariatach, ale jeśli ktoś będzie miał szansę ją przeczytać - dla tych trzech ostatnich "bohaterów" naprawdę warto.

pokaż więcej

 
2018-09-23 19:38:04
Dodał do serwisu książkę: A jak było, opowiem...
 
2018-09-23 19:26:44
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Japonia - kultura i życie codzienne
Autor:

XV mistrz szkoły Urasenke pisze o samej istocie ceremonii herbaty - jej pozornej prostocie i duchowej głębi, całej filozofii i sztyce życia, jaka kryje się w przygotowaniu jednej czarki zielonego naparu.
Jest tu trochę historii samego mistrza, jest sporo buddyjskich koanów, ilustrujących sens pracy nad sobą i rozwoju filozoficznego adepta drogi herbaty. I wszystko to może brzmi bardzo mądrze,...
XV mistrz szkoły Urasenke pisze o samej istocie ceremonii herbaty - jej pozornej prostocie i duchowej głębi, całej filozofii i sztyce życia, jaka kryje się w przygotowaniu jednej czarki zielonego naparu.
Jest tu trochę historii samego mistrza, jest sporo buddyjskich koanów, ilustrujących sens pracy nad sobą i rozwoju filozoficznego adepta drogi herbaty. I wszystko to może brzmi bardzo mądrze, hermetycznie i nudno, ale ta maleńka książeczka jest wspaniałą lekturą: bezpretensjonalną i przystępną - życzliwość do czytelnika zdaje się emanować z każdego zdania.
Cacuszko.

pokaż więcej

 
2018-09-16 12:19:39
Autor:

Rzadko się zdarza, żebym dała książce znośne cztery gwiazdki, a przy tym zepchnęła ją do kategorii złych jak Szatan - ale w przypadku tego arcydzieła po prostu nie da się inaczej.

Cztery gwiazdki są za to, że nie zorientowałam się, kiedy połknęłam pierwsze dziesięć z dziewiętnastu rozdziałów, co zresztą zajęło mi jedno relatywnie miłe piątkowe popołudnie. Kategoria złych jak Szatan jest za...
Rzadko się zdarza, żebym dała książce znośne cztery gwiazdki, a przy tym zepchnęła ją do kategorii złych jak Szatan - ale w przypadku tego arcydzieła po prostu nie da się inaczej.

Cztery gwiazdki są za to, że nie zorientowałam się, kiedy połknęłam pierwsze dziesięć z dziewiętnastu rozdziałów, co zresztą zajęło mi jedno relatywnie miłe piątkowe popołudnie. Kategoria złych jak Szatan jest za to, że połykałam te rozdziały czekając, aż coś się zacznie dziać, przekonana, że akcja wreszcie się rozwinie w coś złożonego, rozbudowanego, wciągającego. Nie rozwija się: kolejne rozdziały to starannie, drobiazgowo opisane epizody tego samego wątku, prościutkiego, przewidywalnego i schematycznego.

Żeby to jeszcze było jakoś barwnie napisane - na przykład żeby autorka uraczyła nas zachwycającą, taką idealnie realistyczną jak z obrazka panoramą Londynu, angielskiej wsi, ostatecznie niech będzie, że solidną porcją zapożyczeń z powieści gotyckich, do czego usprawiedliwia fabuła o klątwie - ale nie, to powieścidło można by było wrzucić w austro-węgierską prowincję za panowania cesarzowej Teresy, do Prowansji w XXI wieku, do średniowiecznej Hiszpanii i po drobniutkich korektach w zasadzie nie zrobiłoby to żadnej różnicy.

Fabułę można z grubsza przewidzieć, ponieważ operuje dziesiątkami klisz, banalnych i zużytych do cna. Na całe szczęście autorka okrasza to drobniutkimi przebłyskami inwencji, zaczyna się nawet jakaś intryga, jakaś zagadka - szkoda tylko, że spisek przeciwko lordowi Crane rozwiązuje się tak szybko lub że nie jest rozwinięty na trochę większej przestrzeni powieści (nowelki?).
Trochę większy plus należy się za nieoczywistą relację siły i dominacji w przypadku pary głównych bohaterów. Gdyby nie to, tylko brak długich złotych włosów (zamiast krótkich złotych włosów) i brak zamkowej wieży uchroniłby lorda Crane przed losem uwięzionej bezbronnej księżniczki rodem ze średniowiecznej ballady. Duch Mary Sue unosi się w powietrzu, ale szczęśliwie na KJ Charles nie wpada na najgorsze mielizny, chociaż było blisko.

No i teraz wisienka na torcie (trochę przesuszona w kandyzowaniu wisienka na dość zakalcowatym placku), czyli seks w relacji głównych bohaterów. Od pierwszych stron wprawny czytelnik nie będzie miał wątpliwości, że cała ta bujda z klątwami i spiskami jest tylko po to, żeby główni bohaterowie się ze sobą przespali. Czytelnik czeka na to z umiarkowanym zainteresowaniem, bo rzecz nie w tym, czy w ogóle, ale kiedy i jak.
"Magpie lord" trafił do złych jak Szatan właśnie za to, że wszyscy wiemy, o czym jest to opowiadanie i po co jest, a cała erotyka między bohaterami nie jest warta funta kłaków. Pojawia się znikąd, dosłownie znikąd, nie jest poparta żadną chemią między nimi, żadną sympatią, żadną więzią, boże drogi, nawet żadnym pożądaniem. Nie żebym wychowawszy się na yaoi oczekiwała harlequinów, ale fajnie by było wierzyć, że lord Crane i jego obrońca mieli ze sobą wspólnego coś więcej niż naskórkowe doznania, do których zresztą autorka nie potrafiła mnie przekonać. W bonusie dostajemy jedną z najnudniejszych, najbardziej wtórnych pornografii, jakie czytałam. Po co ta pornografia tam jest? Ano po nic, bo ani nie buduje postaci, ani nie buduje ich relacji, ani nic nie wnosi. Na miejscu każdego z panów mógłby być ktokolwiek inny, a pozostałemu nie zrobiłoby to żadnej różnicy.

Komu się spodoba? Fanom homoerotycznych wątków w pisarstwie Anne Rice. Opowiadanko KJ Charles to właśnie taki fanfick, z tą tylko równicą, że mniej pretensjonalny.
Elektroniczna wersja tej książeczki na Kindle kosztuje około trzech dolarów, czyli mniej więcej 12 złotych. Jeśli ktoś potrzebuje, na AO3 można znaleźć za darmo pisaninę bardzo podobnej niskiej jakości. Kto poszuka dokładniej, znajdzie pisaninę znacznie przyzwoitszą.

pokaż więcej

 
2018-09-16 11:49:46

Tak, ja wiem, że dzisiaj się już tak o ekspresjonizmie niemieckim - albo w ogóle o niemym kinie niemieckim - ani nie pisze, ani nie uczy. Ciekawość była jednak silniejsza niż zdrowy rozsądek i przebrnęłam przez koszmarnie dłużące się 190 stron luźnych dywagacji, gdybań, interpretacji mniej lub bardziej śmiałych, przyczynków i swobodnych analiz.

Tom otwiera oczywiście esej Alicji Helman,...
Tak, ja wiem, że dzisiaj się już tak o ekspresjonizmie niemieckim - albo w ogóle o niemym kinie niemieckim - ani nie pisze, ani nie uczy. Ciekawość była jednak silniejsza niż zdrowy rozsądek i przebrnęłam przez koszmarnie dłużące się 190 stron luźnych dywagacji, gdybań, interpretacji mniej lub bardziej śmiałych, przyczynków i swobodnych analiz.

Tom otwiera oczywiście esej Alicji Helman, który próbuje nakreślić sztywne ramy mało uchwytnego zjawiska, jego źródła, rozwój i estetykę. Wszystko oczywiście w odniesieniu do mocno dziś dyskusyjnej pracy Kracauera o ekspresjonizmie niemieckim jako zapowiedzi totalitaryzmu.

Dalej mamy esej Marka Hendrykowskiego o tym, czy filmy Langa były ekspresjonistyczne, czy jednak nie i co mówił o tym sam reżyser i jak to się ma do jego poszukiwania tematów atrakcyjnych dla masowego odbiorcy, a jednak dających możliwość stworzenia (ekspresjonistycznej), subiektywnej wizji świata przedstawionego.

Dopiero trzeci esej, Andrzeja Gwoździa, wnosi trochę świeżości - autor zajął się rzadko eksploatowanym, a bardzo ciekawym tematem filmu ekspresjonistycznego w kontekście prądów estetycznych, również (uwaga, uwaga) propagowanych mocno w szkole Bauhausu. Nareszcie nie ma ani słowa o "Doktorze Mabuse" lub o "Gabincie doktora Caligari", za to autor błyskotliwie i oryginalnie stawia eksperymenty filmowe np. Hansa Richtera w perspektywie ekspresjonizmu, jako jego przedłużenie.

W dalszej części książki mamy omówione tak ciekawe zagadnienia, jak młode kino RFN w kontekście tradycji ekspresjonizmu niemieckiego (Jan Słodkowski) oraz Werner Herzog a ekspresjonizm (Tadeusz Miczka).

Dopiero kolejne teksty wracają do interesującej nas epoki. Są to:
- "Gabinet figur wyobraźni. Szkic o kinie niemieckim lat dwudziestych" Ernesta Wilde'a, o bardzo dalekiej analogii między teologią Marcina Lutra, ekonomią wykupienia duszy i gotycko-romantyczną psychologią niemych filmów niemieckich
- "Obraz jako opowiadanie. O poetyce filmu niemieckiego lat dwudziestych" Joanny Kłyszcz, w którym autorka analizuje tendencję ekspresjonistów do tworzenia subiektywnych wizji świata i stawia tezę, że niemiecki film Kammerspiel również jest ekspresjonistyczny
- "Sztuka aktorska w niemieckim ekspresjonistycznym teatrze i filmie" Tadeusza Pacewicza, gdzie autor analizuje technikę aktorską w niemieckim teatrze (autonomiczność i symbolika gestu) oraz jej przeniesienie na ekran.

Całość zamyka, jakżeby inaczej, esej o stylu filmowym Murnaua (Andrzej Kołodyński), z którego jasno wynika, że Murnau był, ale nie był ekspresjonistą.

Jako źródło wiedzy - nie warto. Jako rozrywkę w postaci patrzenia, jak filmoznawcy wiją się między ciasną szufladką "ekspresjonizm" a próbami rozszerzenia jej tak, żeby było o czym pisać i na czym robić doktoraty - tylko na jedno popołudnie.

pokaż więcej

 
2018-09-16 11:31:08
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Azja - Południowo-Wschodnia

Uwielbiam bajki, więc dużo obiecywałam sobie po tym zbiorze, ale niestety spotkało mnie rozczarowanie. Może jestem za bardzo europocentryczna i niepotrzebnie oczekuję od baśni rozbudowanych fabuł i morałów (albo przynajmniej jakiejś sensownej pointy), może miałam za wysokie oczekiwania, ale ani fabularnie, ani kulturowo, ani językowo książka mnie nie zachwyciła.

Zbiór otwierają (znane,...
Uwielbiam bajki, więc dużo obiecywałam sobie po tym zbiorze, ale niestety spotkało mnie rozczarowanie. Może jestem za bardzo europocentryczna i niepotrzebnie oczekuję od baśni rozbudowanych fabuł i morałów (albo przynajmniej jakiejś sensownej pointy), może miałam za wysokie oczekiwania, ale ani fabularnie, ani kulturowo, ani językowo książka mnie nie zachwyciła.

Zbiór otwierają (znane, bardzo znane z wielu różnych opracowań) baśnie japońskie, ale z całego bogactwa bajek i legend autor wybrał właśnie te, które są o duchach, kobiecych demonach poślubiających mężczyzn, zjawach zza grobu i innych podobnych przyjemnościach.
Największą część zbioru stanowią drugie w kolejności bajki chińskie, w których rozpiętość tematów jest już trochę większa - od pochwał cnót konfucjańskich aż po wyjaśnienia niektórych zjawisk. To chyba również najciekawsza część zbioru: autor zauważył, że Chiny to kraj mniejszości etnicznych i plemion, więc oprócz bajek "rdzennie" chińskich dołączył do kolekcji bajki ludów odrębnych kulturowo.

A dalej jest już mniej ciekawie: sześć mongolskich baśni bazujących mocno na tamtejszym folklorze, cztery koreańskie, osiem filipińskich, głównie wyjaśniających zjawiska naturalne, dziewięć wietnamskich, chyba najbardziej różnorodnych z całego tomu, i wreszcie cztery baśnie kambodżańskie, znowu z wyjaśnieniami takich czy innych zjawisk.

To, co w tych baśniach może zaskoczyć, to "promowanie" wzorców zachowań i zasad etycznych, które w naszych baśniach albo nie występują w ogóle, albo pojawiają się w nieco innej postaci (synowska wierność, rywalizacja między braćmi, zdobywanie księżniczki, związek z zaklętą królewną lub demonem o funkcji opiekuńczej). Lektura nie boli, ale szukać po antykwariatach nie warto.

pokaż więcej

 
2018-09-06 22:29:19
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Miasto - flanerie, XIX wiek - kultura
Autor:
Cykl: Victorian London Ebooks (tom 4)

Lee Jackson jest pasjonatem historii XIX-wiecznego Londynu oraz realiów życia w tym mieście. Ta książka jest po prostu fenomenalnym zbiorem fragmentów z pamiętników, poradników i instrukcji, publicystyki, raportów miejskich, wszelkiej maści wycinków prasowych i innych wspaniałości, z których wyłania się obraz mieszkańców Londynu sprzed stu lat: rozrywkowych, zapracowanych, przedsiębiorczych,... Lee Jackson jest pasjonatem historii XIX-wiecznego Londynu oraz realiów życia w tym mieście. Ta książka jest po prostu fenomenalnym zbiorem fragmentów z pamiętników, poradników i instrukcji, publicystyki, raportów miejskich, wszelkiej maści wycinków prasowych i innych wspaniałości, z których wyłania się obraz mieszkańców Londynu sprzed stu lat: rozrywkowych, zapracowanych, przedsiębiorczych, zepsutych, jednym słowem: żywych.
Jackson nie koncentruje się na nadającej ton arystokracji, ale na najliczniejszej grupie: mieszczanach, urzędnikach, drobnych przemysłowcach, rzemieślnikach, pracownikach fabryk; "pisze" o miejskiej biedocie, o marynarzach i pomocach domowych, "pisze" o targowiskach, o przedmieściach, o pociągach, metrze i omnibusach; pisze o pubach, "public houses", o "pijaniach ginu" i jego jakości; "pisze" o mieście.
Można się przy tym śmiać do łez albo do łez wzruszać, można się rozmarzyć na przepiękne impresje londyńskich flaneurów, a można też z niedowierzaniem czytać o brudzie i nędzy, które dziś nie mieszczą się w głowie.
Wspaniała książka, również dlatego, że jej bohaterowie wydają się bliżsi niż to prawdopodobne. Plus nieocenione źródło wiedzy.

pokaż więcej

 
2018-09-06 22:28:55
Dodał do serwisu książkę: Daily Life in Victorian London
Autor:
Cykl: Victorian London Ebooks (tom 4)
 
2018-09-06 22:22:01
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Lata 20., lata 30. - w starym kinie

Cóż, książeczka ta ma swoje lata i trudno nie zauważyć, że na świecie - bo nie w Polsce - w ten sposób już się o kinie nie pisze (zainteresowanych odsyłam do doskonałej antologii Kintop w dwóch tomach). Z drugiej strony był to chyba pierwszy przyczynek w polskim filmoznawstwie do prezentacji badań nad starym niemym kinem z jego początkach, pozbawiony przekonania, że wczesny film był medium... Cóż, książeczka ta ma swoje lata i trudno nie zauważyć, że na świecie - bo nie w Polsce - w ten sposób już się o kinie nie pisze (zainteresowanych odsyłam do doskonałej antologii Kintop w dwóch tomach). Z drugiej strony był to chyba pierwszy przyczynek w polskim filmoznawstwie do prezentacji badań nad starym niemym kinem z jego początkach, pozbawiony przekonania, że wczesny film był medium niedojrzałym i prymitywnym.

Zbiór otwiera ciekawy esej poświęcony technice filmowej i realizacji nagrań pierwszych filmów Lumierów. To, co bierzemy za sytuacje "z życia wzięte", uchwycone "na gorąco" lub faktyczne widoki z określonych miejsc - gór, jezior - okazuje się często zainscenizowane i w pewnym sensie realizowane według "scenariusza".
Kolejne eseje omawiają szczegółowo technikę innego mistrza dawnego kina, Geogres'a Meliesa, i jego fantastyczne tricki, oraz subtelne i wielopoziomowe podobieństwa między kubizmem w sztukach wizualnych a filmami D.W. Griffitha. Mamy też oczywiście polski akcent w postaci eseju o ekranizacjach klasyki polskiej literatury.

Najlepsze eseje dotyczą związków między XIX-wiecznym malarstwem a konstrukcją obrazu i kadru oraz realizacji dźwięku. Wszyscy wiemy, że za muzykę w czasie projekcji odpowiadał taper, ale co taper grał? Skąd brał nuty? Kim w ogóle był? Co z odgłosami "z offu" i opowiadaczami?

Całości dopełniają eseje o filmie religijnym w Rosji sowieckiej oraz hagiograficznych produkcjach francuskich, działalności kinooperatorów w przedwojennej Europie oraz działalność "reporterów" i filmowców na frontach I wojny światowej.

Książeczka ta jest stosunkowo ciężko dostępna. Czy warto się za nią uganiać? Dla świetnego eseju o akustyce seansów tak - jeśli oczywiście ktoś jest pasjonatem :)

pokaż więcej

 
2018-09-06 21:36:16
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Podróże - za kołem podbiegunowym
Seria: EKO

Nieprawdopodobnie ciekawa. Świetnie, barwnie napisana. Trochę reportaż, trochę książka naukowa, trochę wspomnienia, trochę książka podróżnicza.
Autor, z wykształcenia biolog, a z zawodu obecnie pilot wycieczek po rejonach polarnych, opisuje oba krańce globu.

Na północy zabiera nas na wycieczkę: opływamy z nim wybrzeża Rosji, Grenlandię oraz wybrzeża Kanady: są i zabawne epizody z wycieczek...
Nieprawdopodobnie ciekawa. Świetnie, barwnie napisana. Trochę reportaż, trochę książka naukowa, trochę wspomnienia, trochę książka podróżnicza.
Autor, z wykształcenia biolog, a z zawodu obecnie pilot wycieczek po rejonach polarnych, opisuje oba krańce globu.

Na północy zabiera nas na wycieczkę: opływamy z nim wybrzeża Rosji, Grenlandię oraz wybrzeża Kanady: są i zabawne epizody z wycieczek statkiem, i wspaniałe opisy przyrody, i - oczywiście - trochę historii wypraw w tamte rejony.
Na południu z kolei Golachowski zabierze nas na polską stację polarną i opowie o swoich badaniach słoni polarnych, a potem również na krótką wycieczkę między Argentyną i Antarktydą.

Wspaniała książka: i historia, i porywający opis fauny i flory, i- co być może jest najważniejsze - materiał do refleksji nad decyzjami, które podejmujemy każdego dnia. Podziwiać czy fotografować? Bezmyślnie deptać czy zachować dystans? Zostawić coś nienazwane, odległe, dalekie, czy być turystą zawsze i pod każdą szerokością geograficzną?

Uwielbiam książki "polarne" i nic nie sprawia mi większej radości niż rzeczy napisane z taką werwą i pasją jak "Czochrałem antarktycznego słonia", ale wiecie co w książce Mikołaja jest najpiękniejsze? Pierwsze rozdziały, poświęcone jego pierwszym interakcjom ze zwierzętami: pies, wróbel, koty.
Gdyby wszyscy mieli tyle bezwarunkowej miłości i szacunku do żywego stworzenia, niezależnie od ilości nóg i sposobu odżywiania, świat byłby lepszym miejscem.

Obowiązkowo nie tylko dla "polarników".

pokaż więcej

 
2018-09-06 21:29:53
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Japonia - kultura i życie codzienne
Seria: Mundus

Poprawnie, przyzwoicie, przeciętnie. To jednak z tych książek, które czyta się łatwo, a zapomina jeszcze szybciej - wciągająca, okraszona ciekawymi szczegółami i kilkoma satysfakcjonującymi anegdotkami, ale nie wnosząca nic poza tym, co można przeczytać w bardziej szczegółowych monografiach.
W przeciwieństwie do monografii historycznych "Tokio" Mansfielda nie koncentruje się na jednej epoce,...
Poprawnie, przyzwoicie, przeciętnie. To jednak z tych książek, które czyta się łatwo, a zapomina jeszcze szybciej - wciągająca, okraszona ciekawymi szczegółami i kilkoma satysfakcjonującymi anegdotkami, ale nie wnosząca nic poza tym, co można przeczytać w bardziej szczegółowych monografiach.
W przeciwieństwie do monografii historycznych "Tokio" Mansfielda nie koncentruje się na jednej epoce, ale prowadzi nas przez dzieje Tokio od jego początków w grząskiej, bagnistej ziemi zatoki, aż po moloch z betonu i szkła. Z jednej strony to dobre rozwiązanie dla czytelników, którzy nie mają ochoty doktoryzować się z całej historii okresu Muromachi, Edo, Meiji i dalej - dostajemy jak na tac dokładnie tyle, ile szukaliśmy, odpowiednio efektownie i barwnie podane.

Z drugiej strony takie ujęcie ma też swoje wady: zwłaszcza w ostatnich częściach, poświęconych już nie Edo, ale Tokio, czytelnik musi zachować napiętą uwagę, ponieważ autor nie zawsze wyjaśnia wszystkie zdarzenia historyczne czy polityczne niuanse, a do tego miejscami pozwala sobie na dość mocne skróty myślowe. Nie wprowadza czytelnika w błąd, ale natłok informacji może zniechęcić.

pokaż więcej

 
2018-09-06 21:18:17
Autor:

Jeden z najlepszych reportaży, jakie czytałam: nie krzyczy, nie pakuje w oczy cudzej krzywdy, nie epatuje teatralnymi kontrastami. To bardziej spacer, w czasie którego mądra autorka delikatnie chwyta za rękę i mówi cicho: popatrz w oczy tego człowieka, posłuchaj swoich myśli. Co ty, jako człowiek, czujesz w tak złożonej sytuacji? Co uważasz, że możesz zrobić i dlaczego chcesz zrobić właśnie... Jeden z najlepszych reportaży, jakie czytałam: nie krzyczy, nie pakuje w oczy cudzej krzywdy, nie epatuje teatralnymi kontrastami. To bardziej spacer, w czasie którego mądra autorka delikatnie chwyta za rękę i mówi cicho: popatrz w oczy tego człowieka, posłuchaj swoich myśli. Co ty, jako człowiek, czujesz w tak złożonej sytuacji? Co uważasz, że możesz zrobić i dlaczego chcesz zrobić właśnie to?

Nie da się tego uniknąć: grupa jednostek jest łatwiejsza do ogarnięcia rozumiem, jeśli zredukuje się ją do masy. Ten reportaż z masy wydobywa właśnie jednostki z całą ich oszałamiającą złożonością: afrykański imigrant, turecki imigrant, rosyjski imigrant. I dla pamięci, żeby się nikomu nie wydawało: polski imigrant. Tak, my też uciekaliśmy i uciekamy.

Oczywiście, że nie wszystkich obchodzi złożony problem emigracji, odpowiedzialności, wtapiania się w społeczeństwo i rasizm nasz powszedni, często pozbawiony złej woli, po prostu obecny w prostym - i często w konsekwencji potwornie krzywdzącym - stwierdzeniu, że ktoś jest "inny".
Ale tę książkę warto - a dla studentów dziennikarstwa powinna być obowiązkowa jak cholerne wykłady z etyki - przeczytać tę część, w której autorka punkt po punkcie prostuje, koryguje, wyjaśnia i odkłamuje wywiad, którego pewna Polka, rzekomo właścicielka domu w miejscowości rzekomo najechanej i zniszczonej przez uchodźców, udzieliła ogólnopolskiemu dziennikowi o ustalonej renomie. To jest esej, który powinien stać na półce obok "Wykładu o Ruandzie" z "Hebanu" Kapuścińskiego.

pokaż więcej

 
2018-09-06 21:06:16
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Poezja

Problem ze starą poezją jest taki, że to, co było nowatorskie i odkrywcze w technice czy wrażliwości - w tym wypadku na przykład subiektywizm uczuć czy traktowanie Laury jako istoty fizycznej, z krwi i kości - dzisiaj jest, cóż, no poetyckim standardem.

Jalu Kurek zrobił w tych przekładach, co mógł, ale ta poezja jest po prostu śmiertelnie nudna. Człowiek przez dwadzieścia lat wzdycha i...
Problem ze starą poezją jest taki, że to, co było nowatorskie i odkrywcze w technice czy wrażliwości - w tym wypadku na przykład subiektywizm uczuć czy traktowanie Laury jako istoty fizycznej, z krwi i kości - dzisiaj jest, cóż, no poetyckim standardem.

Jalu Kurek zrobił w tych przekładach, co mógł, ale ta poezja jest po prostu śmiertelnie nudna. Człowiek przez dwadzieścia lat wzdycha i płacze za jedną kobietą, której w zasadzie nigdy nie poznał - zdrowo myślący czytelnik podejrzewa, że albo miał pewne problemy natury emocjonalnej, albo cała ta poetycka konstrukcja ma tyle wspólnego z rzeczywistością, ile Urszulka Kochanowskiego (bardziej prawdopodobne wydaje mi się to drugie).

Około 40 utworu w zbiorze nabrałam przemożnej ochoty potrząśnięcia Petrarcą i poproszenia, żeby się ogarnął, znalazł sobie jakieś hobby, cel w życiu czy cokolwiek, bo 20 lat nieustających łez to prawie niepoważne.

pokaż więcej

 
2018-09-06 21:01:05
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Kultura
Seria: 10/17

Mam dużą słabość do reprintów tych staroświeckich drobiazgów, jakimi czasem raczy nas doskonałe słowo/obraz terytoria, ale to jedno nieco mnie zawiodło.
Edycja jest jak zawsze urzekająca, rycinki ślicznie reprodukowane, ale... ale z marnego autora najlepsze wydawnictwo nic nie wyciśnie. Przykro mi. Dzisiejszego czytelnika pseudonaukowe uzasadnienia znudzą, a to, co zwykle cieszy w takich...
Mam dużą słabość do reprintów tych staroświeckich drobiazgów, jakimi czasem raczy nas doskonałe słowo/obraz terytoria, ale to jedno nieco mnie zawiodło.
Edycja jest jak zawsze urzekająca, rycinki ślicznie reprodukowane, ale... ale z marnego autora najlepsze wydawnictwo nic nie wyciśnie. Przykro mi. Dzisiejszego czytelnika pseudonaukowe uzasadnienia znudzą, a to, co zwykle cieszy w takich książeczkach, czyli absurdy pisane kwiecistym stylem i z pełnym przekonaniem, są tu nad wyraz rzadkie. Jedyne, co mnie solidnie ubawiło, to pomysł, że zęby psują się od spania z zamkniętymi ustami, ponieważ niszczą je wapory z żołądka. Dla samych waporów z żołądka nie warto.

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
1249 1224 11700
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (250)

Ulubieni autorzy (10)
Lista ulubionych autorów
Ulubione cytaty (1)
lista cytatów
zgłoś błąd zgłoś błąd