Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.
Dociekliwy_Kotek 
Lubię kolor niebieski, szkło, anyż, obcasy powyżej 9 cm, muzeum w gdańskiej Oliwie i temperatury do 25 stopni Celsjusza. Zdecydowanie nie lubię hałasu, coachingu, poradników i blogów lifestyle'owych, indeksowania na Facebooku oraz temperatur powyżej 28 stopni Celsjusza.
status: bibliotekarz, dodał: 170 książek, ostatnio widziany 1 dzień temu
Teraz czytam
  • KINtop: Antologia wczesnego kina: część II
    KINtop: Antologia wczesnego kina: część II
    Autorzy:
    Pierwsza tak szeroko zakrojona antologia tekstów poświęconych wczesnemu kinu, jaka ukazuje się w języku polskim. Zebrano tu trzydzieści artykułów najważniejszych autorów nauki światowej zajmujących si...
    czytelników: 3 | opinie: 0 | ocena: 0 (0 głosów)
  • The Tale of Genji
    The Tale of Genji
    Autor:
    The first complete new translation for 25 years of the acknowledged masterpiece of Japanese literature. Lady Murasaki's great 11th century novel is a beautifully crafted story of love, betrayal and...
    czytelników: 89 | opinie: 0 | ocena: 7 (8 głosów)

Pokaż biblioteczkę
Aktywności
2017-05-08 21:42:12
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

No i znowu to samo - oceny na LC wysokie, a ja się zastanawiam, co inni czytelnicy widzą w tej lichej grafomanii?
Zacznijmy od tego, że nawet za bardzo nie wiadomo, co to jest: esej? Za dużo fabuły. Fabularyzowana biografia? Za mało faktów i żadna wartość merytoryczna. Powieść? Zbiór banalnych nowelek? To już prędzej, ale też nie do końca.

Rory Maclean stawia sobie zadanie karkołomne i,...
No i znowu to samo - oceny na LC wysokie, a ja się zastanawiam, co inni czytelnicy widzą w tej lichej grafomanii?
Zacznijmy od tego, że nawet za bardzo nie wiadomo, co to jest: esej? Za dużo fabuły. Fabularyzowana biografia? Za mało faktów i żadna wartość merytoryczna. Powieść? Zbiór banalnych nowelek? To już prędzej, ale też nie do końca.

Rory Maclean stawia sobie zadanie karkołomne i, śmiem twierdzić, przekraczające jego siły: sportretować miasto i jego dzieje widziane przez pryzmat losów jego mieszkańców. Pomijam już to, że jeśli o Berlin chodzi, to od pierwszej średniowiecznej osady do rzeczywistego rozwoju w XVIII wieku niewiele się tam działo, ale w porządku, pisarz z wyobraźnią czymś zapełni historyczne luki.
Kłopot w tym, że aby przekonująco i wiernie opisać kolejno wszystkie epoki w dziejach miasta potrzeba solidnego warsztatu, rzetelnej wiedzy i - co nie jest najważniejsze, ale jednak mile widziane - wyczucia stylu danej epoki, czegoś, co przekona, że średniowieczny truwer różni w mentalności i wrażliwości różni się czymś od klasycystycznego architekta.

Siłą rzeczy książka jest niespójna - postacie wymyślone przez autora przeplatają się z postaciami realnymi; postacie z ostatniego stulecia wyraźnie dominują ilościowo nad swoimi poprzednikami. Pojawia się poważne pytanie: po co w takim razie sięgać aż do średniowiecza, skoro jest to zwyczajne marnotrawstwo papieru?
Rory Maclean jest pisarzem miernym, niestety. Jego postacie są papierowe, kompletnie nieprzekonujące (średniowieczne małżeństwo otwarte? Takie rzeczy to u Boccaccia ewentualnie, ale i tak w innym stylu), do tego dochodzi bardzo mierny warsztat (bardzo proszę, aby czytelnicy przez chwilę spróbowali sobie wyobrazić, jak zrelacjonowaliby w liście do rodziny jakieś wydarzenie i następnie porównali z koszmarną epistołą, jaką teatralny pomocnik wysmażył o premierze "Opery..." Brechta), a ze znajomością tematu też bywa, delikatniej mówiąc, różnie (o czym zaświadczyć mogą fani Davida Bowie, z jakiegoś powodu sportretowanego w tej książce, pozostaje się cieszyć, że Maclean oszczędził np. Wima Wendersa).

Nie mam nic przeciwko wyobraźni w literaturze. Mam natomiast bardzo dużo przeciwko sentymentalnym mrzonkom. Oczywiście "wolnoć Tomku w swoim podświadomku", ale jednak stawianie znaku równości między rojeniami snutymi na fali iście romantycznej miłości do miasta, którego historii nie chciało się zgłębić, a samą historią, to już trochę wstyd.
Z książki Macleana o Berlinie dowiadujemy się tylko tyle, że autor jest zachwycony swoim wyobrażeniem o historii miasta, w którym żyje. Ze swojej strony życzę autorowi, żeby żył w Berlinie jak najdłużej, ale znalazł sobie jakieś godziwe zajęcie, np. leśnika. Lasy giną, papier trzeba oszczędzać.

pokaż więcej

 
2017-05-08 21:41:50
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Smakołyki - flanerie

Prawdopodobnie jestem po prostu do szpiku kości zepsuta przez angloamerykańskich kulturoznawców i ich niebywale szczegółowe, wnikliwe i rzeczywiście miejscami odkrywcze analizy (niech ktoś pobije analizę "Can you forgive her" Sharon Marcus) i dlatego książka Nowaczewskiego zostawiła we mnie pewnego rodzaju niedosyt.
Wspaniałe jest to, że w swoim opracowaniu sięga do pozycji mniej znanych lub...
Prawdopodobnie jestem po prostu do szpiku kości zepsuta przez angloamerykańskich kulturoznawców i ich niebywale szczegółowe, wnikliwe i rzeczywiście miejscami odkrywcze analizy (niech ktoś pobije analizę "Can you forgive her" Sharon Marcus) i dlatego książka Nowaczewskiego zostawiła we mnie pewnego rodzaju niedosyt.
Wspaniałe jest to, że w swoim opracowaniu sięga do pozycji mniej znanych lub prawie zapomnianych, że przybliża je czytelnikowi i podrzuca tropy do dalszych poszukiwań. Rozczarowują mnie natomiast analizy czy to przytoczonych fragmentów, czy wątków występujących w twórczości danego pisarza - rzadko kiedy wychodzą poza to, co z cytatu wynika, niewiele wnoszą i nie za bardzo pogłębiają.
Ale to wciąż opracowanie o miejskich włóczęgach i spacerach po mieście. Dobre i to.

pokaż więcej

 
2017-05-06 13:01:03
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Wiecie, jaki jest problem z Azją Południowo-wschodnią? Nie ma o niej książek. Ktoś gdzieś pojechał na wakacje, ktoś gdzieś mieszkał przez rok, ale to nie są książki, z których można dowiedzieć się czegoś więcej.
(Przy okazji - jeśli ktoś z was zna i może polecić dobre opracowanie o kulturze tego regionu, a nie tylko dekolonizacji i jej konsekwencjach, bardzo proszę o kontakt).

"Birma..."...
Wiecie, jaki jest problem z Azją Południowo-wschodnią? Nie ma o niej książek. Ktoś gdzieś pojechał na wakacje, ktoś gdzieś mieszkał przez rok, ale to nie są książki, z których można dowiedzieć się czegoś więcej.
(Przy okazji - jeśli ktoś z was zna i może polecić dobre opracowanie o kulturze tego regionu, a nie tylko dekolonizacji i jej konsekwencjach, bardzo proszę o kontakt).

"Birma..." Torzeckiego to rzeczywiście książka, która wypełnia pewną lukę. Nie koncentruje się na politycznej historii Birmy w XX wieku, ale sięga dalej w przeszłość, do królestw, które zajmowały tereny obecnej Birmy i władców, których panowania są podwalinami birmańskiej tożsamości i "mitologii" politycznej. Nadal nie zaspokoiła mojego głodu wiedzy o kulturze tego regionu (jakaś literatura, jakiś teatr, muzyka?), ale przynajmniej sporo się dowiedziałam o korzeniach niezwykłych związków birmańskiego buddyzmu i władzy.

Tak, miejscami są dłużyzny. Tak, książka mogłaby być napisana sprawniej i zgrabniej, ale jakby na to nie patrzeć, jest to opracowanie o historii politycznej i tu nie zawsze się da rozwinąć dobry warsztat. Tak, ma pewne wady - ale nadal jest to jedyna taka pozycja na rynku. Brać i nie narzekać.

pokaż więcej

 
2017-05-06 12:50:55
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Japonia - podróże

Niedobrze mi się robi, kiedy natrafiam i z braku laku czytam kolejne książki ludzi, którzy bez pomysłu pojechali do Azji i czują się - paradoksalnie - jakby ta ich kilkutygodniowa wycieczka była odkryciem Ameryki. Po takich doświadczeniach nastawienie miałam od początku złe i podchodziłam do tego albumu o Japonii (kolejnego albumu o Japonii) mocno uprzedzona - te 7 gwiazdek oceny to naprawdę... Niedobrze mi się robi, kiedy natrafiam i z braku laku czytam kolejne książki ludzi, którzy bez pomysłu pojechali do Azji i czują się - paradoksalnie - jakby ta ich kilkutygodniowa wycieczka była odkryciem Ameryki. Po takich doświadczeniach nastawienie miałam od początku złe i podchodziłam do tego albumu o Japonii (kolejnego albumu o Japonii) mocno uprzedzona - te 7 gwiazdek oceny to naprawdę niezły wynik. Wynik, dodajmy, w pełni zasłużony.

Jane, że są opowieści gaijinów, którzy po raz pierwszy trafili do Japonii, którzy musieli w niej żyć i jakoś się zaaklimatyzować, ale tym razem podane bez nieznośnego "nawrócenia na Japonię", bez żadnych pretensji do bycia ekspertem, bez "patrzenia z góry" na czytelnika.
Najbliżej mogłabym tę książkę porównać do "Bezsenności w Tokio" Bruczkowskiego - z uwzględnieniem oczywiście różnic w objętości, ale to podobnie przyjazny styl i podobnie, no właśnie, bezpretensjonalne traktowanie różnic kulturowych. Moje ulubione fragmenty? O tym, jak cenne są jabłka, o japońskich emerytach zrzeszonych w hobbystycznym osiedlowym klubie tenisa stołowego oraz o spotkanym w metrze profesorze polonistyki.

No i zdjęcia. Nie potrafię przypomnieć sobie albumu z równie ładnymi zdjęciami. Nie jestem pewna, czy rzeczywiście są warte tyle, ile sugeruje wydawca, ale kto będzie miał okazję, niech chociaż obejrzy.

pokaż więcej

 
2017-05-06 12:37:41

To było tak: autor miał odprowadzić czyjś jacht z Tajlandii do Polski, dostał na to zlecenie, kupił sobie bilet lotniczy na Tajlandię, ale reszta załogi wystawiła go do wiatru, bo poszło po babę (autor wyjaśnia szczegółowo, dlaczego nie chciał baby na pokładzie, jakby czytelnika to coś obchodziło), a że bilet był klepnięty, to dzielny globtroter pojechał do Tajlandii, bo co było robić.

Po...
To było tak: autor miał odprowadzić czyjś jacht z Tajlandii do Polski, dostał na to zlecenie, kupił sobie bilet lotniczy na Tajlandię, ale reszta załogi wystawiła go do wiatru, bo poszło po babę (autor wyjaśnia szczegółowo, dlaczego nie chciał baby na pokładzie, jakby czytelnika to coś obchodziło), a że bilet był klepnięty, to dzielny globtroter pojechał do Tajlandii, bo co było robić.

Po tych dla nikogo nieistotnych szczegółach następują kolejne nieistotne szczegóły - gdzie i za ile mieszkał, czym i za ile poruszał się po kraju oraz jaką wycieczkę w lokalnym biurze podróży kupił.
Proszę nie dać się oszukać: ten Laos i Kambodża to są maksymalnie kilkudniowe wypady, podane w formie równie nieciekawej, co peregrynacje po Tajlandii.

Kto potrzebuje rzeczywiście się czegoś dowiedzieć, niech od razu poszuka sobie dobrego przewodnika. Z ilustracjami i cennikami z prawdziwego zdarzenia.

pokaż więcej

 
2017-05-06 12:26:40

Nie wiem, czy też to zauważyliście, ale większość książek poświęconych art deco przyjmuje ten styl bezkrytycznie - zachwyca się jego dekoracyjnością, eklektyzmem, wielością połączonych w nim wpływów i inspiracji. W ekstremalnych przypadkach autorzy sami dokonują arbitralnego wyboru, co już jest, a co jeszcze nie jest art deco, przyznając, że trudno tu o jakieś mocno sprecyzowane i ustalone... Nie wiem, czy też to zauważyliście, ale większość książek poświęconych art deco przyjmuje ten styl bezkrytycznie - zachwyca się jego dekoracyjnością, eklektyzmem, wielością połączonych w nim wpływów i inspiracji. W ekstremalnych przypadkach autorzy sami dokonują arbitralnego wyboru, co już jest, a co jeszcze nie jest art deco, przyznając, że trudno tu o jakieś mocno sprecyzowane i ustalone granice.

Ta książka jest inna. Od pierwszych zdań widać, że autor art deco nie lubi, że ma o nim zdanie złe - począwszy od tego, że Wystawa z 1925 roku była poronionym pomysłem, pogrzebanym przez rządową administrację, która wtrącała się w działania twórców, skończywszy na tym, że art deco była uproszczoną, zbanalizowaną i przykrojoną do mieszczańskiego gustu wersją kubizmu z naleciałościami kolonialnymi, skierowaną do wąskiej grupy odbiorców i przez to bezużyteczną.

Z Cabannem można się zgadzać albo nie, ale za tę książkę albo on, albo on i osoba odpowiedzialna za tłumaczenie, powinni smażyć się w piekle. Nie mam tu czystego sumienia, ale nawet moja zdania są krótsze i mniej złożone (i mimo wszystko na pewno mniej chaotyczne) niż to, co wyprodukował pan Cabanne.
Książka jest mętna, niejasna, nieuporządkowana i przebrnięcie przez nią jest podobną przyjemnością, jak łupanie kamieni na drodze. Cabanne czepia się głównie pawilonów na Wystawie w 1925 roku, o sztukach plastycznych pisze tyle o ile, za to analizuje skrupulatnie meblarstwo i architekturę, na złość czytelnikowi sypiąc nazwiskami (samymi nazwiskami) na wpół zapomnianych francuskich twórców. Co z tego wynika? Ano nic, poza tym, że Cabanne nie lubi francuskiego art deco, a woli niemiecki Bauhaus, holenderski De Stijl i rosyjskich konstruktywistów.

Dlaczego to coś nazywa się encyklopedią nie umiem powiedzieć: połowa miejsca poświęcona jest na wywody Cabanne'a, drugą połowę zajmuje słownik francuskich twórców. Polski wydawca między jedną a drugą upchnął jeszcze krótki tekścik Anny Sieradzkiej o polskim art deco (Rytm, Ład, polski pawilon na Wystawie), z którego wynika równie mało - tyle, że łatwiejszy do przeczytania.
Jeśli ktoś nie musi, to niech nie rusza.

pokaż więcej

 
2017-05-06 11:25:37
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Kultura - kobiety

Do Dity von Teese mam stosunek mocno ambiwalentny: z jednej strony jej w pełni świadoma autokreacja i żelazna konsekwencja, z jaką wprowadza ją w życie, budzą mój podziw, z drugiej - dyskutowałabym, czy rzeczywiście sprowadzanie "sztuki życia" do kultywowania wyglądu, image'u, jest zjawiskiem pozytywnym.
Jeśli w odmętach internetów natrafiam na jakieś wzmianki o Dicie, opatrzone są zwykle...
Do Dity von Teese mam stosunek mocno ambiwalentny: z jednej strony jej w pełni świadoma autokreacja i żelazna konsekwencja, z jaką wprowadza ją w życie, budzą mój podziw, z drugiej - dyskutowałabym, czy rzeczywiście sprowadzanie "sztuki życia" do kultywowania wyglądu, image'u, jest zjawiskiem pozytywnym.
Jeśli w odmętach internetów natrafiam na jakieś wzmianki o Dicie, opatrzone są zwykle kilkoma zabójczo dobrymi zdjęciami. Kilkoma, podkreślam. Nie całą wielką paczką w wysokiej rozdzielczości. Dlatego właśnie - przyznaję - dałam się uwieść okładce, skuszona okazją do napatrzenia się do woli na obrazki HQ.
No to się napatrzyłam.

Proszę nie lekceważyć tej książki. Nie można lekceważyć czegoś, co waży jakieś pół tony, jest wielkie, nieporęczne i z daleka wydziela intensywną woń papieru kredowego i druku. Znaczy - zapach czytelniczego luksusu i glamouru. Czytelniku, czytelniczko - tej książki się nie wozi w żadnym tam dziadowskim zbiorkomie, tu potrzeba pięciodrzwiowego kombi z tragarzem (wiem, o czym mówię, bo przytargałam tomiszcze w badziewnej nieglamowej płóciennej siatce za pomocą zbiorkomu i miałam za swoje. Dobrze, że zasuwam na płaskim, a nie na szpilkach i bez makijażu, bo by mi tapetka spłynęła z buźki).

Jakie są zatem sekrety tego ekscentrycznego piękna? W skrócie sprowadzają się do kilku zaledwie zasad: wysypiaj się, jedz zdrowo, ćwicz regularnie, dbaj o siebie nieustannie, stosuj kosmetyki odpowiednie dla twojej skóry, a nie drogie, rozpieszczaj się czasem, bądź konsekwentna, nie zmieniaj stylu, bądź tym, kim chcesz być, a jak nie możesz, to albo to zaakceptuj, albo się zmień.
Na pierwszy rzut oka widać, że część z porad Dity ma głęboki sens, choć daleko im do jakichś rewolucyjnych prawd; że część można zaadoptować na swoje potrzeby tylko, jeśli ktoś cię utrzymuje i dba o twoje sprawy, podczas gdy ty szorujesz uda gąbką z trukwy egipskiej; a część jest - przynajmniej dla mnie - mocno przygnębiająca.
Dlaczego przygnębiająca? Bo zrobiłam sobie krótki rachunek stylu: przez ostatnie 20 lat swojego życia przeszłam etap noszenia się jak metal, jak got, jak rasowy przedstawiciel japońskiej sceny rockowej połączony z choinką (serio), jak dziwadło i wreszcie tak, żeby dało się nałożyć ciuchy szybko i bez wewnętrznego fuj - jak widać, im starsza jestem, tym bardziej mój styl grawituje do mało stylowego "czysto i w kolorze, jaki lubię, są naprawdę ważniejsze rzeczy w życiu". Na samą myśl o tym, że wzorem Dity miałabym przez kolejne dziesięć lat nosić się tylko w jeden sposób i robić makijaż tylko w jeden sposób robi mi się trochę smutno i trochę żal.
I dotyczy to nie tylko ciuchów - chodzi o całość: o dom, w jakim mieszkasz, o rzeczy, jakimi się otaczasz, o wybory, jakie podejmujesz. Wymyślasz siebie na resztę życia i praktykujesz tak długo, aż naprawdę staniesz się tym kimś.
O tym mniej więcej jest ta książka i w ujęciu Dity sprowadza się do tego, żeby z bezwzględną konsekwencją dbać o swój wizerunek i pielęgnować urodę. Brzmi jak mentalne więzienie o zaostrzonym rygorze? Cóż, tu się właśnie objawia mój ambiwalentny stosunek do Dity: wierzę, że ona jest w tym szczęśliwa, a sztywny gorset zasad i żelazna konsekwencja dają jej życiowe spełnienie, ale serdecznie współczuję dziewczynom, które nie będąc jak Dita zrobią wszystko, żeby stać się jej odpowiednikiem.

Co zatem mamy w książce? Część poświęconą pielęgnacji - od diety i ćwiczeń po styl życia. Mamy część poświęconą tylko makijażowi i układaniu włosów - bez zbędnej złośliwości, ale są blogerki i vlogerki, z których stron dowiecie się więcej niż od Dity, bo tu wszystko sprowadzi się do tony korektora, sztucznych rzęs, tony pomadki i tony lakieru do włosów. Mamy również rozdział poświęcony poprawianiu urody (casus "nie akceptujesz sobie, to zaakceptuj, a jak nie możesz, to popraw, co trzeba, bo od tego jest skalpel, żeby z niego korzystać") i wreszcie obszerny opis, jak wyglądają profesjonalne przygotowania do profesjonalnego występu - to tak gdyby ktoś miał wątpliwości, dlaczego ekscentryczny glamour nijak się ma do zwyczajnego życia.

Przez pierwsze 100 stron (czyli pierwszy rozdział) książka sprawia niezłe wrażenie: jest trzeźwa i rozsądna. Niestety pada ofiarą swojej własnej objętości - nie da się przeczytać tego na raz bez uczucia narastającej frustracji, zniechęcenia, obrzydzenia powierzchownością, płytkością i kultem wyglądu amerykańskich starletek. Momentami człowiek ma ochotę potrząsnąć "Bądź piękna" (ha, dlatego ta książka jest taka wielka! nie da się p[otrząsnąć!) i zapytać, czy naprawdę nie liczy się nic poza wyglądem?

Całość sprawia wrażenie dość schizofreniczne. Z jednej strony jest manifestem, z drugiej poradnikiem. Z jednej strony zachęca dziewczyny, żeby robiły swoje i czuły się sobą, z drugiej - tylko jeśli w ten sposób będą wyglądały inaczej niż inni. Z jednej strony wreszcie Dita stara się przedstawić swój styl życia jako możliwy do zaadoptowania w codzienności przeciętnego człowieka z jego ośmiogodzinnym dniem pracy i dziećmi w domu, z drugiej na każdym kroku wychodzi, że jednak nie, nie bardzo, do tego trzeba mieć sporo czasu i motywacji zysków, jakie dają te wszystkie poświęcenia.
Bądź lepszą wersją siebie. Lepszą, ładniejszą, zgrabniejszą, zdrowszą, bardziej zdeterminowaną, bardziej konsekwentną, bardziej zniewoloną swoimi własnymi oczekiwaniami, wiecznie na twoim własnym cenzurowanym i zapomnij o luzie.

Na koniec dwie jeszcze uwagi.
W jednym miejscu Dita stwierdza wprost, że jeśli ma do wyboru rozmawiać z kimś, kto wygląda oryginalnie i kimś przeciętnym, zdecydowanie wybierze tego pierwszego. Przepraszam, jeśli zabrzmi to okropnie mentorsko, ale jeśli jakaś młodsza i mniej pewna siebie czytelniczka Dity trafi na tę recenzję - kochanie, to nie działa w ten sposób, nie jesteś tym, jak wyglądasz, ale tym, co myślisz i nie daj sobie wmówić, że jest inaczej, szczególnie jeśli wmawia ci to wymalowana cizia, która żyje z pokazywania sztucznych piersi (nawet jeśli są to mistrzowsko zrobione sztuczne piersi i nawet jeśli robi to w naprawdę piękny i artystyczny sposób).
W innym miejscu Dita dowodzi z kolei, że dobry wygląd to kwestia priorytetów. Jeśli masz do wyjścia 20 minut, zdążysz przypudrować nosek, zrobić dziobek i schować oczy za okularami, narzucić sukienkę i włożyć baletki. Z drugiej strony zauważa, że są dziewczyny, które w 20 minut wolą wbić się w rurki, nastroszyć włosy i nałożyć grubą warstwę tapety na twarz. Co wolisz? Wybór należy do ciebie.
Głęboko zastanowił mnie ten ustęp. Dziewczyna z nałożoną szminką w sukience i w baletkach wygląda, cóż, jak dziewczyna w sukience, czyli zupełnie przeciętnie. Mało tego, jeśli celem kultywowania ekscentrycznego piękna wybierze sukienkę bardziej "strojną", bez pełnego makijażu można wyglądać w niej dość niechlujnie. Z kolei za dziewczyną z natapirowanymi tlenionymi włosami i makijażem a'la japońska gyaru na sto procent wzbudzi zainteresowanie. I co jest teraz bardziej glam i ekscentryczny? Kto łamie konwenanse i drwi z mody, bo ma własny styl?
Wszystkim, którzy rano mają 20 minut do wyjścia serdecznie polecam, żeby zjedli śniadanie. W pracy przed kompem to nie to samo, co w domu i na spokojnie. A bez makijażu skóra trochę odpocznie i wolniej się zestarzeje. Przepraszam, jeśli nie brzmi to dość ekscentrycznie i glamour.

Dziewczynom, którym naprawdę zależy na kultywowaniu piękna, wszystko jedno, jak je zaszufladkujemy, serdecznie polecam książkę Dity schować głęboko na półce, od czasu do czasu wyciągać, żeby obejrzeć jedno zdjęcie - nie ma potrzeby więcej, bo na każdym Dita wygląda w zasadzie tak samo - i robić swoje po swojemu, bez cudzych rad.

Wszystkim PT Czytelniczkom i Czytelnikom z dużą ilością wolnego czasu i odpowiednim zacięciem zwracam uwagę, że nie mamy jeszcze na rynku książki o tym, jakie lektury wybierać, aby kultywować swój ekscentryczny glamour i tworzyć odpowiedni wizerunek za pomocą swojej biblioteczki na LC. Dostrzegam tu poważny marketingowy brak. Proszę tylko, aby umieścić mój nick w podziękowaniach na ostatniej stronie.

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
1139 1114 8610
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (213)

Ulubieni autorzy (9)
Lista ulubionych autorów
Ulubione cytaty (1)
lista cytatów
zgłoś błąd zgłoś błąd