Zapowiada się piękny dzień, czyli jest jakaś przyszłość. Wywiad z prof. Jackiem Wiśniewskim

LubimyCzytać
09.06.2020

Rozmowa z prof. Jackiem Wiśniewskim, literaturoznawcą, synem Seweryny Szmaglewskiej –autorki świeżo wznowionych książek „Zapowiada się piękny dzień” i „Dymy nad Birkenau” – o spuściźnie literackiej matki, jej doświadczeniu pobytu w obozie oraz obecnej popularności książek o wojnie.

Zapowiada się piękny dzień, czyli jest jakaś przyszłość. Wywiad z prof. Jackiem Wiśniewskim

Kontynuacja „Dymów nad Birkenau", jednej z najważniejszych relacji o obozie Auschwitz-Birkenau.

Lepiej pełzać na czworakach, podpierając się odrąbanymi kikutami, ale żyć. Takie jest najpotężniejsze prawo człowieka. Chęć życia. Przymus życia. Nawet obóz tylko w nielicznych stłumił instynkt istnienia. Gryźć ręce z bólu, z rozpaczy, z utraty wszelkich złudzeń – ale żyć.
W styczniu 1945 roku hitlerowcy na wieść o zbliżającej się armii radzieckiej zaczęli zacierać ślady swojej zbrodni i ewakuowali więźniów Oświęcimia. Tysiące schorowanych i wygłodniałych ludzi pognano w marszu śmierci na zachód. Wiadomość o klęsce Niemców rodzi bunt. Trzem więźniarkom udaje się uciec. Po latach Oświęcimia muszą znaleźć siłę do walki o swą wolność, o swoje życie.
Wydanie zawiera fragmenty najważniejszych recenzji o książce.

Anna Wrzeciono: Podobno rozwiązał pan jakąś zagadkę, która od dawna nie dawała panu spokoju?

Prof. Jacek Wiśniewski: Tak, często zadawałem sobie pytanie: jak moja mama – młoda kobieta bez doświadczenia literackiego –zdołała tak szybko napisać tę obszerną i szczegółową książkę? Mam na myśli „Dymy nad Birkenau”. Bo mama uciekła z transportu więźniów z obozu Birkenau, kiedy to kobiety zostały stamtąd wypędzone i prowadzone na zachód w głąb Rzeszy, w styczniu 1945 roku, a książka ukazała się już w grudniu tego samego roku.

Mama miała wtedy zaledwie 29 lat. Z marszu śmierci udało jej się wrócić do swoich przybranych rodziców, do Piotrkowa Trybunalskiego, i niemal natychmiast przystąpiła do pisania.

Wstawała o 5.00 rano i spędzała długie godziny, siedząc w swoim pokoiku, przy szkolnym pulpicie sprowadzonym z jakiejś starej szkoły przez jej rodziców, którzy oboje byli nauczycielami. Co ciekawe, ten pulpit mam do dziś.

To musiał być ogromny wysiłek. Zastanawiałem się też, jak to możliwe, że pamięć jednej osoby mogła tyle pomieścić i przekazać. Dopiero później dowiedziałem się, na czym polegał ten fenomen. Od pani Ireny Mannowej, która bodajże jako 17-latka trafiła do obozu, i moja mama – trochę starsza i bardziej doświadczona jako więźniarka – zaopiekowała się nią i pomogła jej przetrwać te pierwsze najtrudniejsze tygodnie. Wtedy się zaprzyjaźniły i po wojnie mieliśmy również bardzo serdeczne, prawie rodzinne kontakty. I to właśnie z opowieści pani Ireny Mannowej dowiedziałem się, że moja mama jeszcze w obozie sporządzała notatki, zapisywała różne szczegóły, szkicowała mapę obozu, starała się dotrzeć do danych statystycznych i liczbowych dotyczących jego wielkości: ile osób przywożono w każdym transporcie, ilu więźniów mógł pomieścić każdy barak. Oczywiście, to było niebezpieczne, koleżanki z bloku ostrzegały ją, że jeśli ktokolwiek się o tym dowie i jakaś funkcyjna czy kapo doniesie, to grozi za to kula w łeb. Ale mama i tak przechowywała i ukrywała te zapiski, i nawet w tekście powieści „Zapowiada się piękny dzień” znalazłem tego potwierdzenie. Bo właśnie tam Anna – czyli bohaterka tej powieści a zarazem alter ego mojej mamy – przed wyjściem transportu z obozu sprawdza czy jej notatki oraz listy pisane przez mojego ojca są na swoim miejscu i wynosi je z obozu. Dlatego myślę, że zebrany już wtedy materiał dokumentalny pozwolił jej tak pewnie i wiernie opisać tę rzeczywistość obozową. Więc można powiedzieć, że na pomysł napisania książki o obozie Auschwitz-Birkenau mama wpadła już w latach 1943-44, a zrealizowała go w 1945 roku.

I w tym celu wstawała o 5.00 rano?

To wczesne wstawanie było przedłużeniem tego, czego doświadczyła w Oświęcimiu, gdzie poranny apel odbywał się bardzo wcześnie rano, a te biedne kobiety wypędzano z baraków często jeszcze przed świtem. Później o tej porze budzono też kobiety w transporcie, z którego mama zdołała uciec, więc w jakimś sensie one szły nadal każdego dnia, a ona w ten sposób im towarzyszyła.

Reklama

O tej ucieczce opowiada książka „Zapowiada się piękny dzień”. Tytuł niewinny, ale czy to nie jest kolejna smutna książka o wojnie i zagładzie?

Ależ ja znalazłem w tej książce bardzo wiele nut optymistycznych! Po pierwsze: nieprawdopodobna wola życia i przetrwania. To jest taka, można by powiedzieć, „survival story”. Opowieść o tym, że w okropnych warunkach te kobiety z marszu śmierci jednak za wszelką cenę pragną przeżyć, pragną wrócić do swoich rodzin. A po drodze spotykają się z życzliwością obcych ludzi. Nawet sam tytuł jest wyraźnie optymistyczny: „Zapowiada się piękny dzień” – czyli jest jakaś przyszłość.

Dla kontrastu: „Dymy nad Birkenau” to był tytuł, który miał ostrzegać, miał przypominać o tym, co się stało z tymi nieszczęsnymi ludźmi zagazowanymi w komorach i następnie spalonymi w krematoriach. Tworzył obraz okrucieństwa i zagłady.

Tymczasem książka „Zapowiada się piękny dzień” to w pewnym sensie „success story”. Mówi: udało się! Udało się uciec, udało się przetrwać. Oczywiście nie wszystkim. Bo niektóre kobiety z tej grupy wokół głównej bohaterki jednak nie decydują się na ucieczkę. Nie chcą ryzykować, boją się, że stracą życie, więc zostają. Kilka kobiet ginie w czasie tego marszu – nawet spośród tych młodych, energicznych, wydawałoby się zdrowych dziewczyn, jak na przykład góralka o imieniu Janka, która na kilka dni przed wyzwoleniem ginie z rąk esesmana.

No właśnie, w Auschwitz-Birkenau zamordowano ponad milion ludzi. Co sprawiło, że mama przetrwała?

Mama spędziła w obozie niemal tysiąc dni. Przetrwanie w takich warunkach było nadludzkim wysiłkiem. I zawsze powtarzała, że udało jej się tylko dlatego, że była młodą zdrową dziewczyną wychowaną na wsi. Do tego była harcerką, potrafiła tak się sobą zaopiekować, żeby zwiększyć swoje szanse na przeżycie. Jak na przykład ten pomysł z prześcieradłem: przed wymarszem z obozu mama i jej towarzyszki zdobyły wielkie białe prześcieradło, żeby później przy ucieczce móc się nim przykryć w rowie zasypanym śniegiem.

Mama miała w sobie nie tylko niezwykłą wolę życia, ale jakąś wręcz zaciekłość: żeby przetrwać, żeby wrócić do swoich. I może jeszcze jedną dodatkową motywację: żeby zdać sprawę z tego, co się wydarzyło, żeby przeżył ktoś, kto to wszystko wiernie i dokładnie opisze. Więc to ją wyróżniało. A warto wiedzieć, że mama chorowała w obozie: dwukrotnie miała tyfus, do tego owrzodzenie nóg, owrzodzenie gałek ocznych, po wojnie była silnie krótkowzroczna, miała kłopoty z krążeniem, opuchniętymi nogami... Ale przeżyła.

Rzeczywiście, w tytule swojej powieści zapowiedziała piękny dzień i sama tych pięknych dni przeżyła później wiele. Odnalazła się z książkowym Piotrem, czyli w rzeczywistości z pana tatą Witoldem, i to była historia niemal jak z filmu.

Tak, mama i tata zawsze mówili, że jak się w Oświęcimiu spotkało kogokolwiek znajomego, kogoś z tego dawnego świata sprzed wybuchu wojny, to była wielka sprawa. A oni znali się wcześniej, ale nie byli ze sobą blisko. Zacieśnili znajomość dopiero w Oświęcimiu, gdzie tata, jako absolwent budownictwa i architektury został przydzielony do tzw. Bauleitungu, czyli drużyny remontowo-budowlanej i miał szansę poruszania się po terenie całego obozu.

Zresztą, ta ekipa mogła wychodzić nawet poza obóz. A wtedy miała okazję, żeby zdobyć trochę żywności i przemycić ją do środka. Więźniowie mężczyźni nie mieli wstępu na teren obozu kobiecego, natomiast Bauleitung był wyjątkiem. Bo czasem trzeba było coś naprawić czy zbudować i to była okazja, żeby przekazać jakiś gryps albo listy, może odrobinę żywności. I tak ta historia się rozwijała, aż do momentu, kiedy transport męski wyszedł z obozu jesienią 1944 roku i mama straciła kontakt z ojcem.

Odnaleźli się w niemal cudowny sposób...

Tak, tekst książki „Dymy nad Birkenau” został włączony do akt oskarżenia procesu w Norymberdze i mamę zaproszono, by w nim zeznawała. W lutym 1946 roku pojechała więc do Norymbergi i złożyła zeznania. Tymczasem ojciec przebywał w Niemczech, jako wyzwolony przez armię gen. Pattona, i zgłosił się do służby w kompaniach wartowniczych, gdzie miał za zadanie pilnować instalacji przemysłowych.

Mama zaś, będąc w Norymberdze, starała się wykorzystać znajomość z prokuratorami radzieckimi i amerykańskimi, prosząc ich, by sprawdzili w obozach na terenie Niemiec tak zwanych „dipisów”, czyli „displaced persons” – ludzi bez miejsca, którzy znaleźli się poza krajem. Prosiła, by sprawdzili, czy taki Witold Wiśniewski gdzieś tam się znajduje. A jednocześnie ojciec zobaczył w niemieckiej gazecie artykuł o procesie, gdzie wymienione było jej nazwisko. Bo z Polski zeznawała tylko ona i jakiś starszy mężczyzna, który mówił o losie Żydów w gettach w Polsce. Więc tata dowiedział się, że ona żyje. Spotkali się w Norymberdze i po kilku tygodniach zdecydowali się na powrót do kraju.

Podobno pana starszy brat i pan mieliście wpływ na twórczość mamy.

Tak, kiedy ja i mój brat podrastaliśmy i mieliśmy po 11-13 lat, wiedzieliśmy już, że mama jest pisarką oraz że pisze przede wszystkim o smutnych i trudnych sprawach, takich jak wojna, zagłada, Holokaust. No i my przyszliśmy do niej z pretensjami, mówiąc, że chcemy, żeby napisała też coś dla młodszych czytelników, takich jak my. Coś weselszego, coś bardziej optymistycznego. Więc, trochę namówiona przez nas, mama napisała „Czarne Stopy”, czyli powieść dla młodzieży, która okazała się wielkim sukcesem wydawniczym. Potem napisała jeszcze drugą część: „Nowy ślad Czarnych Stóp”. I obie te książki nadal cieszą się powodzeniem, bo ludzie z mojego pokolenia, którzy kiedyś czytali „Czarne Stopy” jako lekturę szkolną, teraz już jako nauczyciele, wychowawcy czy rodzice polecają tę książkę swoim dzieciom i uczniom. Nadal, pomimo upływu lat, jest lekturą szkolną. Zresztą, niektórzy kojarzą nazwisko Seweryny Szmaglewskiej przede wszystkim z książką „Czarne stopy”, a dopiero później dowiadują się, że napisała jeszcze inne książki: powieści i opowiadania o tak odmiennej zawartości.

Skoro jesteśmy przy książkach dla młodzieży, jestem ciekawa, czy „Zapowiada się piękny dzień” wydaje się panu bardziej przystępna dla młodych czytelników?

Na pewno jest bardziej przystępna. Dlatego że mama napisała ją w formie powieści autobiograficznej. Jest tam konkretna bohaterka o imieniu Anna, jest grono jej najbliższych przyjaciółek, czyli tych kobiet, które jak ona zastanawiają się nad możliwością ucieczki i nad szansami przetrwania. Jest jakiś początek, jest wyraźny koniec. To jest historia o wydostaniu się z piekła i o ucieczce, która się udaje.

Liczy się też język tej powieści. W „Dymach nad Birkenau” mama pisze stylem, który ma nie zwracać uwagi na siebie. I to jest kawał dobrej literatury, ale nie takiej, która epatuje czytelnika wyrafinowaną formą. Ten język ma być jakby przezroczysty, a tekst ma mieć jak najbardziej wartość dokumentu, świadectwa, raportu, reportażu – takiego, gdzie najważniejsza nie jest osoba, która opowiada, najważniejsze jest dokładne i wierne opisanie świata. Liczą się fakty, natomiast nie ma tutaj świadomej próby stworzenia dzieła literackiego.

Za to powieść „Zapowiada się piękny dzień” jest już jakby z innej epoki. Mama pisze ją w 1960 roku i jestem przekonany, że ma już za sobą lekturę takich wybitnych autorów literatury modernistycznej, jak Virginia Woolf czy James Joyce. Dlatego tę książkę pisze już zupełnie inaczej. Często posługuje się impresjami wyrażonymi w bardzo krótkich zwięzłych równoważnikach zdań, które są wypolerowane i wycyzelowane. I czuje się wyraźnie, że to jest wymyślona strategia, że to sposób pisania obliczony na pewien efekt, którego czytelnik może nawet nie być do końca świadomy. Myślę, że mama zmieniła perspektywę: od potrzeby szybkiego stworzenia książki dokumentalnej do – 15 lat później – pisania powieści, która rządzi się innymi prawami, jeśli chodzi o strukturę narracji, głos narratora i język.

Reklama

Pytam o to, bo w ostatnich latach obserwujemy wysyp książek popularnych o Holokauście, pojawiło się nawet określenie „pop holo”.

Wiem, o czym pani mówi. Ja tych książek nie czytałem i myślę, że to jest z mojej strony dość świadoma strategia. Bo wyciąganie sensacyjnych historii, a to o tatuażystach, a to o kobietach, które były zmuszane lub decydowały się na smutną rolę prostytutek dla esesmanów, a to o ludziach, którzy pracowali w krematoriach – pisanie o tym mija się z celem moim zdaniem. Powstanie obozów zagłady, takich jak Auschwitz-Birkenau, to centralne wydarzenie XX wieku: wojna totalna, okupacja, ale też ta chora ideologia, która ludzi traktuje jak bydło lub robactwo, które należy wytruć i wytępić. To jest najistotniejsze i o tym opowiada książka mojej mamy „Dymy nad Birkenau”. Natomiast opisywanie rozmaitych sensacyjnych aspektów rzeczywistości obozowej to jest wykorzystywanie niezdrowej ciekawości niektórych czytelników. Poza tym proszę zwrócić uwagę, że te książki często są pisane przez ludzi, którzy w obozie nie byli. Którzy opierają się na jakichś relacjach z drugiej czy z trzeciej ręki. Albo przez ludzi, którzy byli w obozie niezwykle krótko, np. trafili do Oświęcimia po powstaniu warszawskim, czyli jesienią 1944 roku, kiedy wojna już się kończyła i perspektywa wyzwolenia była zupełnie inna.

Ja przez parę lat zajmowałem się angielską literaturą dotyczącą pierwszej wojny światowej. I tam bardzo wyraźnie zauważyłem pewien podział i pewien fenomen. Mianowicie, istnieje wiele wspaniałych książek: autentyczne relacje, wspomnienia, dzienniki albo autobiografie, pisane przez ludzi, którzy, jak wybitny pisarz Robert Graves, byli żołnierzami w pierwszej wojnie światowej i doświadczyli jej na własnej skórze. A z drugiej strony, nagle po kilkudziesięciu latach, z okazji zbliżającej się setnej rocznicy wydarzeń I wojny światowej pojawiło się w Anglii bardzo wiele książek o tej wojnie – ale oczywiście pisanych przez ludzi, którzy znają ją jedynie z relacji historycznych, z autobiografii, zbiorów listów.

Myśli pan, że chodzi o podążanie za modą? Takie książki mogą okazać się szkodliwe?

Wszystko zależy od tego, jak to jest zrobione. Na przykład, w ostatnich latach nakręcono sporo filmów o wydarzeniach I wojny światowej i niektóre są znakomite, jak chociażby „1917”. Świetnie zrobiony, autentyczny, nie ma w nim przekłamań, sensacji, sztucznych atrakcji. Ale powstały też filmy pokazujące wojnę jako przygodę czy wręcz western – co jest nadużyciem, bo doświadczenie okopów I wojny światowej i pozycyjnej wojny na wyczerpanie to jest cierpienie, okropna trauma i paskudna plama na historii XX wieku. I tak jak dla Anglików temat I wojny, tak dla Polaków temat II wojny światowej to coś nadal bardzo ważnego, żywego i budzącego emocje. Jeżeli pojawia się książka czy film o wydarzeniach tego okresu: czy to o powstaniu warszawskim, czy to o obozach koncentracyjnych, autorzy mogą liczyć na to, że znajdzie się spora grupa ludzi, którzy po tę książkę sięgną albo obejrzą film. Efekty czasami są bardzo dobre, jak w przypadku tego filmu, o którym wspomniałem, „1917”, a czasami są... wątpliwe. Steven Spielberg nakręcił film, w którym głównym bohaterem jest koń. Koń, który trafia na front i jest tam wykorzystywany jako zwierzę pociągowe do transportu amunicji. I ja rozumiem, że to są próby wykorzystania naturalnej ciekawości ludzi. Ale na końcu dostajemy albo znakomity i rzetelny „1917” albo wydumany produkt typu „Koń wojenny”.

Wojny niestety trwają nadal. Na naszym rynku brakuje autentycznych, dokumentalnych tekstów, na przykład o Serbii, o Afryce, czy choćby o Ukrainie, które do tego są wartościowe z literackiego punktu widzenia. To dobrze, że wznowienia książek mojej mamy, „Dymów nad Birkenau”, „Zapowiada się piękny dzień” czy przygotowywanej do druku powieści „Niewinni w Norymberdze”, przypomną młodemu pokoleniu prawdę o wojnie, która zakończyła się 75 lat temu.

Książka „Zapowiada się piękny dzień” jest już do kupienia w księgarniach online.

[ec]

Reklama

komentarze [2]

Sortuj:
2651
4
09.06.2020 09:09

Zapraszamy do dyskusji.


379
101
09.06.2020 14:31

Bardzo dobrze, że w zalewie literatury pseudoobozowej są wznawiane książki, będące autentyczną relacją z pobytu w obozie koncentracyjnym. "Dymy nad Birkenau" jest taką książką.


zgłoś błąd