Nie wierzę w wenę – rozmowa z Marią Paszyńską, autorką bestsellerowej serii „Owoc granatu“

LubimyCzytać
04.06.2020

Z okazji premiery powieści „Czas białych nocy”, którą Maria Paszyńska rozpoczyna nową serię „Wiatr ze wschodu”, Anna Makieła-Zoń rozmawia z autorką o przeszłości, przymusie pisania i o palarni kawy.

Nie wierzę w wenę – rozmowa z Marią Paszyńską, autorką bestsellerowej serii „Owoc granatu“

Nowa powieść autorki bestsellerowej serii „Owoc Granatu”! Jest początek XX wieku. Chwieje się ustalony porządek społeczny. Nad Europą gęstnieją ciemne chmury.

Obdarzona niezwykłą wyobraźnią Ukrainka, Anastazja Szewczenko, próbuje odnaleźć własną tożsamość po traumatycznym dzieciństwie i na nowo nauczyć się ufać. Kazimierz Stawicki, polski „złoty młodzieniec”, opuszcza rodzinną Warszawę i wyrusza w świat w poszukiwaniu przygód. Drogi tych dwojga krzyżują się w Petersburgu, mieście spełnionych snów i upojnych białych nocy. Anastazja i Kazimierz są jak ogień i woda. Dzieli ich wszystko narodowość, przekonania, doświadczenia - a mimo to dają się ponieść fali miłości. Wkrótce nastaje czas rewolucji, a demony przeszłości domagają się zemsty. Czy w świecie zwalczających się ideologii jest jeszcze nadzieja na prawdziwe uczucie? „Wiatr ze wschodu. Czas białych nocy” to epicka powieść dla wielbicieli „Anny Kareniny” i „Doktora Żywago”.

Anna Makieła-Zoń*: Punktem wspólnym dla całej twojej twórczości jest historia. Wydaje się, że zmieniasz miejsca i czasy, ale wciąż zostajesz wierna temu, żeby to historia była jedną z głównych bohaterek. Skąd u ciebie taka miłość do przeszłości?

Maria Paszyńska: Być może stąd, że przeszłość jest klarowniejsza od teraźniejszości. Z perspektywy czasu widać dużo szerzej i więcej. Poza tym ja nigdy jakoś nie lubiłam teraźniejszości. Nie chodzi oczywiście o moje małe życie, ale szeroko pojętą teraźniejszość. Nie wiem, z czego to wynika. Może za dużo w niej szumu? Ruchu? Za dużo wszystkiego, co rozprasza, nie pozwala się skupić, wyciągnąć wniosków. Nigdy nie fascynowały mnie nowe technologie, jak wiesz, do dziś obywam się bez smartfona i wcale mi go nie brak. Gdy pracuję, siedzę obłożona słownikami, choć wiem, że szybciej byłoby skorzystać z wyszukiwarki. Może odpowiedź tkwi właśnie w tym szybciej, wydajniej, rentowniej, więcej, mocniej i wszystkich innych hasłach naszych czasów. A ja od zawsze byłam jakby zawieszona między światami, niby żyję we współczesności, a jednak od niej stronię.

Jesteś prawdziwym człowiekiem renesansu – prawnik, iranistka, znasz kilka języków obcych, wiem, że potrafisz nawet śpiewać po persku. (śmiech) To konieczność, potrzeba czy ciekawość?

A może jakiś rodzaj wewnętrznego niepokoju? Nie wiem, czy pamiętasz film Luca Besson pt. „Wielki Błękit”. Jeden z bohaterów mówi „Chcę wiedzieć wszystko”, a drugi pyta „Wszystko o czym?”. Wówczas pada odpowiedź „Wszystko o wszystkim”. Ja też od zawsze noszę w sobie taki głód. Chciałabym wiedzieć i rozumieć wszystko. W tym kontekście czymś tragicznym jest upływ czasu i rosnąca wraz z kolejnymi latami świadomość, że nie zdążę zrealizować tego pragnienia.

Jestem na etapie oglądania pewnego serialu, w którym główna bohaterka przenosi się w czasie z XX do XVIII wieku. Przed niechybną śmiercią chroni ją niezła znajomość historii. Gdybyś ty musiała przenieść się w czasie i miała wybór – który wiek i jakie miejsce byś wybrała?

Trudne pytanie. Bo widzisz, wszystko zależy od tego, kim miałabym być w danych czasach. Jeśli miałabym być kobietą z gminu, czyli tym, kim jestem, wybrałabym paradoksalnie wiek XXI albo… Iran z czasów sprzed najazdu arabskiego. Nie uwierzysz, ale tam panował skrajny matriarchat. Były wioski, z których raz do roku dosłownie wyganiano mężczyzn i dzieci, a kobiety podejmowały wszystkie najważniejsze decyzje na kolejne miesiące.

W pozostałych epokach z moim niezaspokajalnym głodem wiedzy i skłonnością do kontestowania rzeczywistości najpewniej zostałabym uznana za szaloną, spalona na stosie albo ukamienowana jak Hypatia z Aleksandrii nazywana niekiedy „męczennicą nauki”.

Reklama

Właściwie dlaczego wybrałaś dla siebie taką drogę? Masz świetne wykształcenie, dobry wyuczony zawód. Dlaczego postawiłaś na pisanie?

Uwierz mi, nie postawiłam. Gdyby ktoś pytał mnie o zdanie, uznałabym, że to, co się stało, było działaniem całkowicie pozbawionym rozsądku, kompletnym szaleństwem. Oto bowiem żona, matka dwójki dzieci, z kredytem na mieszkanie, będąc na aplikacji adwokackiej, pracując w najbardziej intratnej działce prawa, nieposiadająca absolutnie żadnych kontaktów w świecie wydawniczym czy medialnym, nieznająca nawet żadnego celebryty ani niemająca dość środków, by kupić sobie blurba od tego czy owego (a wiemy jak działa dzisiejszy świat, w którym sprzedać możesz wszystko, choćby najlichsze, byle odpowiednio opakowane), postanawia rzucić wszystko i pisać książki. Obłęd. Tylko, że ja nie mogłam inaczej. Całe życie stawiałam opór pragnieniom mojego serca i wreszcie u progu trzydziestki ono zadecydowało, a ja byłam całkowicie bezbronna. To długa opowieść, ale po prostu nie mogłam postąpić inaczej. Zdroworozsądkowa część mnie liczyła jeszcze na to, że mój mąż się zbuntuje, zawetuje tę decyzję, tłumacząc się względami finansowymi czy organizacyjnymi. Tymczasem mój małżonek - ku mojemu bezbrzeżnemu zaskoczeniu - powiedział, że muszę pisać. Jako odpowiedzialni dorośli postanowiliśmy wówczas zastosować radę Marka Twaina. Twain twierdził bowiem, że jeśli czujesz wewnętrzny przymus pisania, powinieneś spróbować, lecz jeśli nie zapłacą ci za tę pracę przez trzy lata - powinieneś zostać drwalem. Zawsze mogłam wrócić do zawodu wyuczonego. Na szczęście nie musiałam.

Bardzo zainteresował mnie wątek pierwszej na ziemiach polskich palarni kawy, w której pracuje jeden z bohaterów książki. Przyznam, że byłam zaskoczona faktycznym istnieniem tego miejsca. Możliwość zakupienia kawy Pluton i rozkoszowania się jej smakiem podczas lektury czyni tę historię jeszcze prawdziwszą. To celowy zabieg?

Jeśli pytasz o lokowanie produktu, to nic z tego. (śmiech) Czysty przypadek. Dwa lata temu koleżanka podrzuciła mi niewielką książkę wydaną przez Dom Spotkań z Historią pt. „Warszawa zapamiętana. Dwudziestolecie międzywojenne”. Zawierała ona wspomnienia przedwojennych mieszkańców Warszawy nagrane do zbiorów Archiwum Historii Mówionej. Znalazły się tam także wspomnienia Kordiana Tarasiewicza, wnuka założyciela palarni kawy „Pluton”, Tadeusza. I po prostu wiedziałam, że pewnego razu będę musiała napomknąć o pierwszej tego typu instytucji na ziemiach polskich. Potem nadszedł czas serii „Wiatr ze wschodu” i ta historia do mnie powróciła. Dopiero w jakiś czas potem, dokładnie w kwietniu tego roku, gdy robiłam kwarantannowe zakupy online, podczas wybierania kawy zauważyłam ich czarne opakowanie i… nie mogłam uwierzyć, że znów są na rynku. Ponieważ jestem osobą mocno dysocjującą od tego, co dzieje się we współczesności, ta niejednokrotnie mnie zaskakuje. Oto najlepszy przykład takiej niespodzianki!

Porozmawiajmy o wątku miłosnym. W moim odczuciu miłość Kazimierza i Anastazji jest inną miłością niż ta, która pojawia się w poprzedniej serii „Owoc granatu”. Przyznam, że dość trudno jest mi opisać to wrażenie, ale ta relacja między głównymi bohaterami jest taka wysublimowana, absolutnie porywająca, romantyczna. Zdajesz sobie z tego sprawę?

Hmmm… Nie bardzo wiem, jak odpowiadać na podobne pytania. Zapewne wynika to z faktu, że ja tych historii nie wymyślam. Jakkolwiek dziwacznie to brzmi, one w pewien sposób projektują się we mnie, jakbym oglądała film. Zapytaj moich wydawców, ile razy dostali taką opowieść, jaką zapowiedziałam im w konspekcie, a dokładniej czymś a’la konspekt, bo już w szkole nie potrafiłam tworzyć żadnych planów wypracowań. Regularnie słyszę, że powieść jest świetna, choć nie odpowiada złożonemu scenariuszowi. (śmiech) I najlepsze jest to, że wierz mi, ja absolutnie nic nie mogę na to poradzić. Czasem czuję się nie tyle twórcą, ile sługą opowieści. Ja je tylko spisuję i ubieram w stosowny strój epoki - to jest moja główna praca. Natomiast to, co wydarza się między bohaterami, należy do nich. To jest ich historia, ich uczucie, ich namiętność, ich cierpienie.

Moim zdaniem „Czas białych nocy” to prawdziwie filmowa powieść. Gdybyś miała okazję i wpływ na dobór głównych aktorów, to kogo widziałabyś w roli Kazimierza i Anastazji?

Ach, jakie cudowne pytanie!!! Jeśli chodzi o Anastazję nie mam cienia wątpliwości. Gdyby pozwolono mi wybierać, zagrałaby ją Anna Próchniak. Mam dziwne przeczucie, że i ona odnalazłaby się w tej postaci, nie tylko zawodowo. Aktorek jest mnóstwo, a jednak w Annie Próchniak jest jakaś wyjątkowa intensywność, sensualność płynąca z wnętrza, bo nie ma w niej krztyny ekstrawagancji i - że się tak nieelegancko wyrażę - „celebryckości”. Och, byłaby idealna!

Z obsadzeniem Borysa też byłoby prosto, bo Tomasz Schuchardt byłby świetny w tej roli. Ale Kazimierz… Jakoś nie mogę znaleźć nikogo odpowiadającego obrazowi, który noszę w głowie. Najbliżej byłby chyba Filip Gurłacz, ale nie, nie potrafię tego rozstrzygnąć. Czasem żałuję, że nie umiem rysować i nie potrafię stworzyć podobizn postaci fikcyjnych, które są w mojej głowie tak bardzo realne. Pozostają mi słowa z całą ich niedoskonałością.

Reklama

Wielu pisarzy sięga po wątki historyczne w swoich książkach, ale ich „intensywność” bywa różna. Twoja najnowsza książka „Czas białych nocy”, podobnie jak pozostałe, jest pełna faktów historycznych, które doskonale wpisują się w fabułę. Wyszukujesz je w jakiś szczególny sposób, czy pojawiają się w twojej głowie tak po prostu?

Bywa różnie. Czasem, jak w przypadku palarni kawy Pluton, podczas swoich codziennych, całkiem prywatnych lektur natrafiam na jakiś fascynujący wątek, który czeka sobie potem gdzieś tam w odmętach moich notatek, aż zrodzi się pasująca do niego fabuła. Innym razem, dosztukowując dekoracje dla opowieści, szukam konkretnego elementu, który doda jej uroku, uwypukli jakieś zdarzenie, podkreśli dramatyzm. Jak wspomniałam wcześniej - wszystkim rządzi opowieść.

Praca nad książką jest bardzo wymagająca. Brak etatu, godzin od-do, obecność domowników. I w końcu przychodzi moment, w którym książka trafia do czytelników. Co czujesz w dniu premiery? To bardziej strach czy satysfakcja?

Owszem, jest pewna doza satysfakcji, radość z zamknięcia jakiegoś etapu, ale wiesz, są też inne dziwne uczucia. Bo tak naprawdę ta historia jest moja, jest we mnie, a ja całkowicie w niej podczas tego samotniczego procesu pisania. Potem mam czasem wrażenie, że to już osobny byt, trochę obcy. Nie wiem, czy wyrażam się jasno. Można to trochę porównać do sytuacji, w której matka patrzy na swoje dorosłe dziecko. Z jednej strony jest świadomość, że kiedyś było się jednym, lecz potem nastąpiło rozszczepienie i to jest całkowicie integralna, żyjąca swoim życiem dojrzała osoba, niezależna od ciebie. Coś takiego odczuwam w dniu premiery.

A strach? Cóż, chyba jest nieodłącznym elementem. Zawsze, gdy oddajesz światu zrodzoną w sobie opowieść, towarzyszy Ci zakłopotanie, może nawet pewien rodzaj tremy. Na początku mojej pisarskiej drogi w okolicach premiery kompulsywnie czytałam recenzje, sprawdzałam oceny, ale nauczyłam się już nad tym panować. To już jest dalsze życie mojej opowieści, na które nie mam wpływu, któremu mogę się tylko przyglądać z dumą lub ze smutkiem, że nie wyszło tak jak miało. Zupełnie jak z dziećmi.

Jesteś bardzo pracowita. Jak radzisz sobie z brakiem weny? Czy może Maria Paszyńska nie cierpi na jej brak?

Nie wierzę w wenę. Ani trochę. Wiem natomiast, że na ten fach, jak i na każdy inny, olbrzymi wpływ ma kondycja psychofizyczna. A jako pracująca matka, jak niemal sto procent pracujących matek, jestem często bardzo zmęczona i to przeszkadza mi w pracy. Ostatni czas był dla mnie ogromnym wyzwaniem. Na początku roku moje dzieci na zmianę chorowały, a potem przyszedł COVID i kwarantanna. Pisarstwo to taki zawód, którego ważnym, w zasadzie niezbędnym elementem są cisza i samotność, a ja tak naprawdę przez ostatnie pół roku byłam jej pozbawiona. Mój mąż, który kiedyś był wyczynowym sportowcem, powtarza jednak zawsze, że prawdziwy trening zaczyna się dopiero wówczas, gdy masz już serdecznie dość ćwiczenia. Być może ten okres był właśnie takim specjalnym treningiem na wielu płaszczyznach, w tym zawodowej.

Także jedyne, co mi doskwiera, to brak czasu i sił. Opowiadać mogłabym bez końca.

Wiemy już, że „Wiatr ze wschodu” ma być trylogią. Ale ty potrafisz zaskakiwać czytelników, co udowodniłaś „Owocem granatu”, który w założeniu też miał być trzytomową serią, a okazał się tetralogią. Czy i tym razem dopuszczasz taką możliwość?

Czy to będzie trylogia, oto jest pytanie, parafrazując klasyka. Jak już wspominałam, to nie ja tworzę opowieści, one wydarzają się we mnie. To niekiedy sprawia niemałe problemy dla wydawcy. Przy „Owocu granatu” Książnica była pewna trylogii, aż pewnej środy zadzwoniłam do nich i mówię, że musi być czwarty tom, po prostu musi. Nie była to kalkulacja. Nie mieliśmy jeszcze wtedy wyników sprzedażowych, nie spodziewaliśmy się tak spektakularnego sukcesu. Historia Halszki i Stefanii domagała się zamknięcia w taki, a nie inny sposób. Na szczęście Książnica również zaufała opowieści. Potem czytelnicy dopraszali się (i wciąż dopraszają!) o kolejne tomy „Owocu granatu”, ale w tej sprawie już nic nie da się zrobić. To zamknięta historia.

Reklama

Na tym etapie nie potrafię więc udzielić odpowiedzi na twoje pytanie, sama jestem jej ciekawa.

Akcja twojej najnowszej powieści rozgrywa się głównie w Petersburgu. Byłaś w tym mieście? Masz jakieś szczególne wspomnienie z nim związane, a którym chciałabyś podzielić się z czytelnikami?

Nigdy nie byłam w Rosji, choć jest to jedno z moich marzeń. Nie wiem, czy wiesz, ale Alfred Szklarski nie znosił podróży. Tomek Wilmowski przemierzał lądy i morza, a sam autor tworzył fascynujące opisy odwiedzanych przez chłopca miejsc, siedząc przy własnym biurku, ponieważ należał do ludzi, którzy nie bardzo lubili opuszczać swój dom. Ponieważ to historie rodzą się we mnie, a nie ja je wymyślam, zwykle nie mam wyboru, gdy idzie o miejsce akcji. Dana historia musi wydarzyć się tu i nigdzie indziej, koniec kropka. Nie zawsze mam możliwość rzeczywistego podążenia za bohaterami. Pozostają książki, stare mapy, ryciny, świadectwa, opowieści, dokumentacje miejskie, przewodniki, wspomnienia mieszkańców, zdjęcia, obrazy, i z tego wszystkiego składam zewnętrzną rzeczywistość bohaterów.

Bardzo dziękuję ci za tę rozmowę. Jestem przekonana, że „Czas białych nocy” zachwyci czytelników tak, jak mnie.

*Anna Makieła-Zoń, blogerka, autorka bloga Spadło mi z regała.

Książkę „Wiatr ze wschodu. Czas białych nocy” można już kupić w księgarniach online.

Artykuł sponsorowany

[kk]

Reklama

komentarze [4]

Sortuj:
2651
4
04.06.2020 10:39

Zapraszamy do dyskusji.


3938
3698
05.06.2020 17:51

Zamierzam kupić ,a pisarka śliczna :-)


842
423
07.06.2020 12:26

Bardzo inspirujący wywiad, bez napuszonych hasełek i marzeń z okładek glamour.


59
2
07.06.2020 19:05

Świetna rozmowa!


zgłoś błąd