Głos jest jak muskulatura - trzeba go wyćwiczyć. Wywiad z Krzysztofem Gosztyłą

Ewa Cieślik
03.06.2020

Biorę odpowiedzialność za słowo – mówi Krzysztof Gosztyła, jeden z najbardziej znanych polskich głosów. Z aktorem, którego nazwisko dla wielu miłośników audiobooków jest gwarantem najwyższej jakości słuchowiska, rozmawiamy o najnowszej superprodukcji „Upadek gigantów”, podobieństwach między pracą w studiu nagraniowym a rzeźbieniem muskulatury oraz o tym, dlaczego nie lubi, gdy nazywa się go lektorem.

Głos jest jak muskulatura - trzeba go wyćwiczyć. Wywiad z Krzysztofem Gosztyłą

Krzysztof Gosztyła (ur. 1956 r.) – polski aktor filmowy, teatralny, dubbingowy oraz biorący udział w nagrywaniu licznych audiobooków. Studiował w Państwowej Wyższej Szkole Muzycznej, lecz po dwóch latach zdał na Wydział Aktorski PWST w Warszawie i porzucił edukację muzyczną. Grał w wielu teatrach warszawskich (m.in. w Teatrze Dramatycznym, Polskim, Teatrze Muzycznym „Roma”, Narodowym, Teatrze Wielkim, Ateneum). Zagrał w takich filmach i serialach, jak „Do przerwy 0:1”, „ESD”, „Ogniem i mieczem”, „Blondynka”. Wziął udział w nagraniach ponad 100 audiobooków (m.in. książek Remigiusza Mroza, Jacka Dukaja, Andrzeja Sapkowskiego i Kena Folletta), a jego charakterystyczny, radiowy głos jest jednym z najsłynniejszych w Polsce.

Ewa Cieślik: Poszedł Pan do szkoły teatralnej, mimo że rozwijał karierę wiolonczelisty. Wpływ na Pana decyzję miało zobaczenie kreacji aktorskiej Gustawa Holoubka w „Zemście”.

Krzysztof Gosztyła: Kariera muzyczna to za dużo powiedziane – była to raczej muzyczna edukacja. Rozstawałem się z nią i szedłem do szkoły teatralnej (Państwowa Wyższa Szkoła Teatralna im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie – przyp. red.) mając nadzieję się z panem Gustawem Holoubkiem spotkać. Wówczas dla mnie, młodego człowieka, był to jakiś niedosięgły wzór wielkiego artysty. Już na początku studiów nasłuchałem się od starszych kolegów, że to nie taka prosta sprawa i że praca z nim nie musi się wcale łatwo udać, bo to efemeryczny człowiek i jak mu się coś nie spodoba, gotów porzucić nawet tych, z którymi już zaczął pracować. Na pierwszym roku nie miałem okazji poznać Mistrza (jak go później między sobą nazywaliśmy, choć nie lubił tego słowa) i zweryfikować owych poglądów. Los jednak tak szczęśliwie się potoczył, że na drugim, trzecim i dyplomowym czwartym roku miałem zajęcia właśnie z panem Gustawem Holoubkiem. Także później, przez długie lata moich zawodowych zmagań miałem przyjemność i zaszczyt wielokroć z nim współpracować, i chcę powiedzieć, że był wspaniałym pedagogiem, aktorem, dyrektorem, ale przede wszystkim nadzwyczajnym, pełnym empatii, ciepła i taktu człowiekiem. Jego poczucie humoru połączone z lakonicznie formułowaną mądrością jest już legendarne. Może przypomnę jedną anegdotę. Na przedpremierowej próbie generalnej „Króla Edypa” w jego reżyserii, jak się to mówi „daliśmy z siebie wszystko”. Holoubek robi tzw. omówienie i mówi: „Posłuchajcie, kochani... Jest bardzo ładnie. Tylko nie grajcie, bo jak gracie... jest jeszcze gorzej”. Sądzę, że pod jego wpływem stałem się aktorem, dla którego kluczowe znaczenie ma słowo. Za jego sprawą również zostałem wielkim zwolennikiem myślenia w tworzeniu – że pozwolę sobie tak to nazwać. „Idziesz głową – mawiał – nie myśl o nogach. One pójdą za myślą”. Zrozumiałem też, że udziału w rzeczach nieodpowiednich trzeba – z całą uprzejmością – odmawiać.

Pana zdaniem pod wpływem akurat tej jednej osoby stał się Pan takim, a nie innym aktorem?

To niemożliwe, bo wszystko razem składa się na to, kim jestem. Oczywiście zawdzięczam bardzo wiele panu Gustawowi i jego rola jest nie do przecenienia w moim zawodowym życiu, ale na to się składa również moja mama, moja dzieciństwo, edukacja muzyczna, profesorowie, z którymi miałem do czynienia podczas nauki gry na wiolonczeli, choćby nieżyjący, a wspaniały muzyk Maciej Paderewski, mąż mojej pani profesor Róży Paderewskiej, który później prowadził katedrę kameralistyki w Akademii Muzycznej. Był znakomitym pianistą, akompaniatorem wielkich naszych solistów. Do dziś pamiętam jego uwagi, gdy grałem z nim sonatę Szostakowicza, a on mówił: „masz słaby instrument, nie zagrasz na nim fortissimo; poprzedź to lekkim ściszeniem – wtedy przez efekt kontrastu uzyskasz wrażenie głośności!” A pani Róża dodawała: „Krzysiu, dlaczego nie wibrujesz trzecim palcem?”; odpowiadałem, że boli, bo za krótko obciąłem paznokcie. Wtedy pani Róża: „Proszę wibrować trzecim palcem! Słuchacza nie interesuje twój nieudolny manicure, tylko muzyka”. Takie drobne, ale istotne zdarzenia. Kolorowe szkiełka, które składają się na witraż mojej aktorskiej świadomości. Oczywiście światłem byłby tu Gustaw Holoubek, ale myślę, że we mnie pobłyskują też promyki innych aktorów. Kultura to łańcuch ludzkich prac. Niedawno opuścił nas Emil Karewicz. Nigdy go nie spotkałem. Ale jestem przekonany, że Karewicz, Dmochowski , Fijewski, Pawlik, Kamas, Świderski (mógłbym tu wymienić setkę wspaniałych nazwisk) tętnią we mnie jakimś podskórnym echem. Ten, kto poważnie traktuje swoją profesję, buduje swój warsztat również poprzez najuważniejszą obserwację wielkich kolegów.

Reklama

Czy uważa Pan, że wiedza z zakresu muzyki, jaką Pan zdobył, pomaga Panu w pracy przy audiobookach, gdzie wszystkie formy wyrazu sprowadzają się do dźwięków, jakie odbierają słuchacze?

Słowo jest dźwiękiem. Więc jeżeli ktoś ma muzyczne podstawy – a ja nawet zacząłem studiować wytwarzanie dźwięków, jako instrumentalista – to zaczyna więcej rozumieć. Oczywiście muzyka jest irracjonalna – to wymyślony instrument, grający w wymyślonej skali, w zakresie wymyślonej formy. Wszystko tam jest dalekie od natury i naśladownictwa rzeczywistości. Z aktorstwem jest nieco inaczej. Choćby to, że aktor – człowiek, jest przecież dziełem natury. Niemniej tu też dźwięki mają niebagatelne znaczenie. Jeśli traktować słowo jako dźwięk, a literaturę jako pewien zapis dokonań artystycznych w zakresie dźwięków, jakimi jest mowa, to zaczynają się podobieństwa. Ważna staje się ta muzyczna świadomość, także w sensie frazowania, kantylen, kontrastów tempa, artykulacji jako takiej, jeszcze oderwanej od emocji. Słowem świadomość narzędzi, które sprawiają, że słowo może wzruszać, ale i koić.

Czy mógłby Pan opowiedzieć o procesie Pana przygotowywania się do nagrania audiobooka?

W takiej zwyczajnej mrówczej pracy, jaką jest przygotowanie się do nagrania literatury, ważna jest dla mnie praca domowa, którą zawsze odrabiam, w odróżnieniu od wielu uważających, że to strata czasu, że byliby znudzeni mając drugi raz do czynienia z tym samym tekstem książki. Aktor teatralny znudzony drugim spektaklem? Kierowca wyścigowy znudzony drugim okrążeniem? Ale i z punktu widzenia człowieka, który zaznał edukacji muzycznej, nie przyjmuję do wiadomości takich argumentów. Nie wyobrażam sobie, by muzyk występował nieprzygotowany. W tej pracy, którą pozwoliłem sobie nazwać mrówczą – bo warto drobiazgowo posprawdzać, co dane słowo znaczy, jak się wymawia dane nazwisko, kim był ten a ten, którego się wspomina – stawiam sobie za cel być aktorem, który świadomie wypowiada wszystkie słowa. Jestem pewien, że jeśli ja – aktor, nie będę wiedział co znaczy słowo, żaden słuchacz się tego nie dowie. Chcę brać odpowiedzialność za każdą wypowiedzianą zgłoskę. W tym pomaga mi to muzyczne przyzwyczajenie obrabiania materiału, robienia zapisków na nutach, znaków tyczących artykulacji – czy ma być spiccato, legato, smyczek do góry, czy na dół, subito piano, a może decrescendo...? Myślę i zapisuję. To przyzwyczajenie zakwitło u mnie pewnym systemem znaków, jakie wypracowałem na własny użytek opracowując teksty słuchowisk w teatrze radiowym czy teksty powieści, które nagrywałem jako audiobook. Dziś zapisuję je na specjalnych oddzielnych karteczkach, jako że coraz częściej przychodzi mi czytać z bezszelestnego czytnika elektronicznego. Cóż, taki jest duch czasów. Niekiedy jednak – gdy powieść ma np. mnóstwo postaci – zmuszony jednak jestem się przeciwstawić i zaznaczyć, że będę nagrywał z kartek z naniesionymi uwagami, aby nie zatrzymywać się co chwila.

Pana nazwisko gwarantuje czytelnikom audiobooków doskonałą jakość. Pan jednak nie lubi określenia lektor.

Wybrałem bowiem niewdzięczną, bardziej pracochłonną drogę pewnego kolorowania postaci, gawędziarstwa czy robienia quasi-słuchowiska, oczywiście bez imitatorstwa czy bycia parodystą. Chodzi o to, by słuchacz, który słucha rozmowy kilku osób, nie miał wątpliwości, który bohater przemawia. Należy ich narysować choćby grubą kreską. Przy tym moim trybie, dość odmiennym od powszechnie przyjętego lektorowania, jest oczywiście więcej pracy, choć pomaga mi edukacja muzyczna i dobry słuch. To sprawa poczucia rytmu, słyszenia melodii, które można powtórzyć. Na przykład powrót do tego samego dźwięku po 20 sekundach pozwala dobrze konstruować złożone zdania. Jest to ważne choćby wtedy, gdy w tekście mamy wtręt, niekiedy wzięty także w nawias. Oto przykład: „Gdy tak z panią rozmawiam – obserwując przed sobą zalew i piękny fragment zalesionych brzegów i ogródek jordanowski – to…” i jak wrócę do tego samego dźwięku, którym rozpocząłem to zdanie, to kontynuuję myśl, przerwaną przed nawiasem. Ale jeśli ktoś nie potrafi tego usłyszeć, to dochodzi do błędów w komunikacji. Te wszystkie umiejętności wynikają z osłuchania się z muzyką – nawet barwa mojego głosu jest taką barwą, którą ja sam lubię. Barwy głosu nie dostałem w spadku, w genach czy od losu. Sam ją wypracowałem – to barwa, której sam lubię słuchać. Być może – nawet nieświadomie – naśladowałem barwę wiolonczelową, która jest taką miłą, męską barwą.

Pana głos to Pana wizytówka. W jaki sposób dba Pan o ten głos?

Kiedyś Andrzej Łapicki napisał książkę „Przed lustrem”, w której wspomniał o kimś, kto w ramach codziennej pracy nad dykcją rano czytał całą gazetę na głos. A Łapicki zaznaczył, że uwagę na to, jak się mówi, należy zwracać cały czas. Co nie znaczy, że mówiąc do ekspedientki „proszę kilo schabu” miałbym basować na pół sklepu, jak carski rotmistrz na maneżu. Chodzi o autokontrolę. Ot i tyle. Gdy ktoś posądza mnie o to, że dostałem od Pana Boga głos, chętnie cytuję Charlesa Aznavoura: „Nic w życiu nie było mi dane – nawet mój wiek”. Trzeba to wszystko było przeżyć. Moim skromnym zdaniem, z głosem jest tak samo, jak z charakterem pisma czy muskulaturą. Jednego zaciekawiła kulturystyka – był słabeuszem i dostawał kopniaki w tyłek od tych, którzy pokpiwali sobie z cherlaka. Zaczyna ćwiczyć, ćwiczy 3, 5, 10 lat. Zostaje Mister Universum. Wtedy przychodzą naiwni i mówią; „Ale panu Bozia dała bicepsy”. Tak samo z charakterem pisma. Wszyscy się uczymy pisać – ale kto nauczył się pisać tak, jak Franciszek Starowieyski?

Czy zdarza się, że jest Pan rozpoznawany po głosie – na poczcie, w sklepie, urzędzie?

Dzisiaj częściej niż kiedyś – jako że jestem w masce!

Reklama

Czym się Pan kieruje, dobierając role i decydując się na nagranie danego audiobooka?

Pomysł nagrania jakiejś książki nie wychodzi ode mnie, lecz od wydawców. Wyjątkowo propozycją moją były książki, które napisał Patrick O'Brian. Z własnej inicjatywy – i na własny koszt – nagrałem niedawno „Pana Tadeusza”, ale to szczególny i można powiedzieć nikomu nieznany utwór. Poza wspomnianymi przypadkami, propozycje „tytułów do realizacji” przychodzą wyłącznie od producentów. Podobnie w filmie, czy teatrze. Ja mogę najwyżej odmówić. Co zresztą często się zdarza i co uważam za niezbywalną część mojego zawodu.

Niedawno słuchacze mogli usłyszeć Pana w superprodukcji Audioteki „Upadek gigantów”. W tym audioserialu brało udział wielu aktorów, Pan był narratorem. Czy nagranie tej książki, wydanej nakładem Wydawnictwa Albatros, różniło się od innych nagrań, czy też wciąż był to rodzaj samotnej wędrówki – tylko Pan i mikrofon?

Tak, to była taka samotna przygoda, choć często tak bywa, nawet w superprodukcjach. Podobnie było również z „Filarami Ziemi” również na podstawie Kena Folletta czy trylogii husyckiej Andrzeja Sapkowskiego, od której w ogóle, jak myślę, zaczęły się superprodukcje. Tu pierwszy był „Narrenturm”, na formę którego miał wpływ nie tylko mój przyjaciel, reżyser przedsięwzięcia Janusz Kukuła, ale przede wszystkim sam autor Andrzej Sapkowski, który zgodził się na udźwiękowienie powieści pod warunkiem, że zostanie nagrane każde napisane przezeń słowo. Już wtedy, w porozumieniu z reżyserem ustaliła się pewna organizacja pracy – najpierw ja nagrywam narrację, a potem następuje praca z licznymi kolegami grającymi postaci. Moja praca jest raczej samotna – nagrywam z realizatorem. Do rzadkości należy obecność reżysera. Jeśli idzie o „Upadek gigantów", porozmawialiśmy z panem Waldemarem (Waldemar Raźniak, reżyser audioserialu – przyp. red. ) spojrzeliśmy sobie w oczy, może posłuchał paru moich zdań i nabrał do mnie zaufania, w każdym razie stwierdził, że najlepiej będzie, jeśli zostawi mnie w spokoju. A sądząc po jego reakcjach na efekty i po naszych późniejszych rozmowach, mam wszelkie podstawy myśleć, że, będąc kapitanem tego okrętu, nie zawiódł się na mnie jako sterniku.

Często otrzymuje Pan rolę narratora – tak było nie tylko w „Upadku Gigantów”, lecz także w „Narrenturmie”, który Pan wspomniał. Czy odpowiada Panu taka rola – kogoś, kto wprowadza czytelnika w literacki świat?

To jest najbardziej odpowiedzialna rola – narrator. Czytanie narracji uważam za rzecz najwyższej trudności – oczywiście nie mam tu na myśli wyłącznie wyrazistości słowa. Nie jest kłopotliwe znalezienie kogoś, kto umie wyraźnie odczytywać słowa – tyle, że z tego nie wynika jeszcze żadna opowieść, żaden nastrój; ani pośpiechu, ani stagnacji, ani obraz nudy, ani zgiełku. Będąc narratorem można w sposób niezaprzeczalny wpływać na tzw. akcję i poruszać serca słuchaczy nie mniej, niż wykonawcy postaci. Zapewniam panią. To ja jestem orkiestrą, mimo, że na proscenium widać solistów.

Reklama

Interpretował Pan już trylogię „Millennium” Stiega Larssona, „Diunę” F.Herberta, „Dziennik” Jerzego Pilcha, „Biesy” Fiodora Dostojewskiego czy prozę Kena Folleta. Która z nagrywanych przez Pana książek w jakiś specjalny sposób zapisała się w Pana pamięci?

Jeżeli mówimy o wszystkich książkach, które ukazały się jako audiobooki i są sygnowane moim nazwiskiem, to najważniejszą jest „Pan Tadeusz”. Nie mam co do tego wątpliwości. Pomijam tu książki, że się tak wyrażę „deserowe”, ale wśród „dań głównych” uważam tę swoją pracę za najistotniejszą. To znakomita „powieść przygodowa”. Myślę ponadto, że istnieją wszelkie powody, by powiedzieć – z czym może się nie zgadzać niejeden znawca tematu – że „Pan Tadeusz” jest najważniejszą książką literatury polskiej. Dlaczego więc miałbym na pani pytanie odpowiedzieć, że coś innego, co nagrałem, jest ważniejsze. Co do innych, bardzo cenę sobie efekt pracy nad „Imieniem róży" Umberto Eco. Uważam, że bardzo ciekawa jest trylogia Stiega Larssona – i niezła moja robota, przy okazji. Cenne były też książki Borisa Akunina, z Erastem Fandorinem, pisane lekkim piórem, w bardzo dobrym stylu wielkiej literatury XIX wiecznej, czy to angielskiej, czy rosyjskiej. Błyskotliwość, poczucie humoru, umiejętność obserwacji autora – wpływają na wielką przyjemność obcowania z taka prozą. I bardzo, ale to bardzo lubię – mimo że zostało to nagrane w odcinkach, dla radia przecież, na dodatek w dużym rozciągnięciu czasowym – „Klub Pickwicka” Charlesa Dickensa. Od lat, niezmiennie przywraca mi uśmiech na twarzy.

Jaki Pan, jako czytelnik, ma stosunek do książek elektronicznych – ebooków i audiobooków? Jest Pan miłośnikiem papieru, czy korzysta też z innych form kontaktu z literaturą?

Myślę, że jestem miłośnikiem naturalnego tworzywa. Jeżeli książka – nawet ta fizyczna, którą przedkładam nad wszystko inne – jeżeli ona pachnie jak plastik, a zdarzają się takie publikacje, to mnie odrzuca, niezależnie od estetyki wydania. Grałem na wiolonczeli, zbudowanej z drewna, przez lutnika – stolarza o niezwykłej wrażliwości. Mój stosunek do drewna, skóry i papieru ma z tym związek. Jestem zwolennikiem książki, która mogę przekartkować powtórnie w swoim gabinecie – a nawet jeśli nie sięgam po nią, to biegnie do niej mój wzrok, a myśl natychmiast podsuwa pewne asocjacje, bo przecież w mojej głowie jest ta książka i wystarczy, że na nią spojrzę, a pamięć i wyobraźnia coś mi podszeptują. Tak, taki kontakt z książką jest mi najbliższy. Książki to moi domownicy, którzy – jak powiedzieli lepsi ode mnie – nie naprzykrzają się.

Krzysztofa Gosztyły można obecnie słuchać w wielu audiobookach Audioteki, m.in. w „Upadku gigantów” - powieści Kena Folletta wydanej nakładem Wydawnictwa Albatros.

Reklama

komentarze [13]

Sortuj:
185
13
03.06.2020 09:18

Zapraszam do dyskusji.


222
197
03.06.2020 14:21

Pan Krzysztof Gosztyła ma bardzo dźwięczny głos, miło się Go słucha:)
To przede wszystkim bardzo dobry aktor:)


323
25
03.06.2020 14:26

Wspaniały aktor, wspaniały głos. Za wszystko, w szczególności za barwną interpretację Sapkowskiego (nie sądziłem wcześniej, że narrator może być tak świetnie odczytany... czy raczej zagrany) - wielki szacunek i bardzo dziękuję!


3938
3698
03.06.2020 18:01

Czasami coś tam wysłucham parę minut na YT


10
4
03.06.2020 18:36

Slucham specjalnie Wiedzmina by usłyszeć głos Pana Krzysztofa ;) Świetne sluchowisko


2807
648
03.06.2020 18:53

Bardzo ciekawy wywiad. Wspaniały aktor, którego z przyjemnością oglądam w każdej roli. Z adiobookami bywa różnie. Książki Akunina, czy trylogię husycką słuchałam z zapartym tchem, ale zdarzało się, że jego spokojny głos mnie usypiał.


73
48
03.06.2020 20:10

Szczerze, nie wiem, jak można lubić głos tego pana. Jest gruby, a na dodatek źle akcentuje. Nigdy nie wpasuje się, jak trzeba. Dowodem na to jest choćby fatalne czytanie trylogii "Metro 2033" Dimitrija Głuchowskiego. Zbyt przypomina ospałego Wiktora Zborowskiego, który również w audiobookach jest słaby i zniszczył choćby wersję audio "Jednym strzałem" Lee Childa....

więcej

165
0
08.06.2020 10:34

Zgadzam się w pełni z tą opinią, te jego maniery, egzaltacja są nie do zniesienia. Lektor powinien być jak dobrze złożony tekst książki - ""niewidzialny/niesłyszalny", czyli nie odciągać uwagi od treści. Pan Gorsztyła ze swoją manierą musi zawsze wybijać się na pierwszy plan..


165
0
08.06.2020 10:35

Zgadzam się w pełni z tą opinią, te jego maniery, egzaltacja są nie do zniesienia. Lektor powinien być jak dobrze złożony tekst książki - ""niewidzialny/niesłyszalny", czyli nie odciągać uwagi od treści. Pan Gorsztyła ze swoją manierą musi zawsze wybijać się na pierwszy plan..


1748
244
03.06.2020 20:14

Z przyjemnością przeczytałam wywiad z prawdziwym mistrzem słowa, aktorem starej daty, który bierze odpowiedzialność za to, co robi. Szkoda, ze bełkoczący młodzi aktorzy nie biorą z niego przykłdu.


185
13
05.06.2020 10:35

Bardzo się cieszę, że wywiad się Pani spodobał. Rozmowa z Krzysztofem Gosztyłą to naprawdę duża przyjemność - jest to człowiek o niezwykłej kulturze wypowiedzi i elokwencji.


56
0
04.06.2020 17:15

Krzysztof Gosztyła jest mistrzem wsód aktorów czytających audiobooki. Kto miał okazje słuchać nagrań ksiązek Remigiusza Mroza czy Kena Folleta wie, że to nie lektor, to AKTOR, który korzystając ze swojego niepowtarzalnego, elektryzujacego głosu tworzy wspaniałe kreacje aktorskie. I dlatego, np. Chyłka zawsze będzie dla mnie brzmiała głosem, intonacją Krzysztofa Gostyły :-)


1427
598
05.06.2020 12:19

Świetny wywiad z fantastycznym człowiekiem. Pana Krzysztofa Gosztyłę znam tylko jako aktora, ale po przeczytaniu tej rozmowy mam ochotę sięgnąć po jakiegoś audiobooka w Jego wykonaniu.


zgłoś błąd