-
Artykuły
Wiosna z książką – kwietniowe premiery, które warto poznać
LubimyCzytać11 -
Artykuły
"Dom bestii" - jak ofiara zamienia się w kata. Akcja recenzencka do nowej książki Katarzyny Bondy!
LubimyCzytać10 -
Artykuły
Umrę, jeśli tego nie polubisz - weź udział w konkursie i wygraj wspomnienia influencerki
LubimyCzytać35 -
Artykuły
Dlaczego poziom czytelnictwa w Polsce nie rośnie? Raport Biblioteki Narodowej
Iza Sadowska169
Biblioteczka
2025-10-24
2025-04-11
2023-07-02
W fantastyce europejskiej od dawien dawna triumfy święci średniowiecze jako epoka, w której autorzy osadzają swoje fabuły. Ostatnio do mainstreamu przebiła się też słowiańskość – czas niby ten sam, ale całkowicie inne realia kulturalne. Na szczęście żyjemy w epoce globalizmu, w której docierają do nas również powieści z całkowicie odmiennych kręgów kulturowych. Tak zrobiła powieść Tashy Suri, pierwszy tom serii Płonące Królestwa, czyli Jaśminowy Tron.
Autorka zabiera nas w podróż po magicznym świecie, którego realia przypominają dawne Indie. Historia porywa niemal od pierwszych stron, ba! od pierwszych zdań. Śledzimy życie Prii, ubogiej służącej żony regenta Cesarstwa Paridźatdwipy. Niby zwykła dziewczyna zajmuje się tak prozaicznymi rzeczami, jak zakupy, gotowanie i sprzątanie, ale od samego początku wyczuwamy w niej coś tajemniczego, wręcz magicznego. Stopniowo poznajemy jej przeszłość, towarzysząc naszej bohaterce w teraźniejszości, w trakcie której poznaje siostrę cesarza, Malini. Losy tych dwóch kobiet splatają się nierozłącznie, a obie mają jeden cel – obalić Ćandrę, cesarza Paridźatdwipy.
Wszystko w tej powieści aż tchnie bogactwem Orientu i od pierwszej linijki czuć, że Tasha Suri, chociaż sama urodziła się w Wielkiej Brytanii, to pełnymi garściami czerpie z kultury i realiów ojczyzny jej rodziców. Te kolory, atmosfera, przepych i bogactwo! Czytając o pobycie Prii na bazarze, wręcz się czuje zapachy przypraw Dalekiego Wschodu, jak kurkuma, kmin czy kardamon. Stroje elity cesarstwa wprost kapią od złota i klejnotów. Dla kontrastu mamy przedstawioną miejską biedotę, która ledwo wiąże koniec z końcem, a na dodatek jest prześladowana przez klątwę prowadzącą do zdrewnienia ciała (ot, sprawiedliwość świata, bo butwienie dotyka również tych szlachetnie urodzonych). To z jednej strony piękny i wspaniały świat, a z drugiej pokazuje on swoje ponure, surowe oblicze.
Jaśminowy Tron to opowieść o kobietach, które w świecie rządzonym przez mężczyzn próbują wziąć stery swojego losu we własne ręce i wywalczyć w zmieniającej się rzeczywistości należne im miejsce. To silne osobowości, które kształtują się w trakcie fabuły. Szczerze przyznaję, że początkowo Prija denerwowała mnie swoim zachowaniem i niezdecydowaniem; ustawicznie uciekała przed przeszłością, a jednocześnie pragnęła ją poznać i zmierzyć się z nią. Dużo bardziej stanowcza pod tym względem była Malini, która miała od samego początku jasno określony cel w swoim życiu, potrzebowała tylko sprzymierzeńców i dogodnych okoliczności, by rozpocząć jego wypełnianie. Obok tych dwóch głównych bohaterek jest jeszcze Bhumika, żona regenta, która po cichu próbuje ułatwić życie przynajmniej niektórym mieszkańcom swojej okupowanej ojczyzny. To trio ma jeden cel, ale dąży do niego innymi sposobami i przez to niejednokrotnie ścierają się na tej drodze, na której staną również buntownicy, którzy chcą oswobodzić Ahiranję spod władzy Paridźatdwipy.
System magiczny jest tu zaiste intrygujący i czerpie pełnymi garściami z hinduizmu. Świątynne dzieci, które po przejściu przez wody w świątyni Hirany zdobywają umiejętności nie z tej ziemi, jako jedno- dwu- lub trzykrotnie zrodzone, co od razu skojarzyło mi się z rytualnym oczyszczaniem w Gangesie. Do tego jakszowie, również pochodzący z mitologii indyjskiej i uznawane za duchy lasów i gór. To powiew świeżości w fantastyce i bardzo mi się spodobało. Mam tylko nadzieję, że w kolejnych tomach zostaną wyjaśnione pewne tajemnice, które do tej pory utrzymała autorka, a które dotyczą przeszłości Ahiranji i Paridźatdwipy oraz naszych bohaterek.
Tasha Suri snuje lekkim piórem opowieść o feminizmie, o zmianie własnego losu, nie boi się też poruszyć wątków LGBT. Są one jednak tak subtelnie zarysowane, romans rodzi się stopniowo i na przestrzeni dość długiego czasu, że nie przeszkadza to w ogólnym odbiorze książki. Cóż mogę powiedzieć – czekam na drugi tom, w którym zapewne świat spłonie, a potem narodzi się na nowo, inny, niż był do tej pory znany w Cesarstwie Paridźatdwipy.
Książka zrecenzowana we współpracy z wydawnictwem Fabryka Słów.
Po więcej zapraszam na https://wiewiorkawokularach.blogspot.com/ i https://www.instagram.com/wiewiorkawokularach/
W fantastyce europejskiej od dawien dawna triumfy święci średniowiecze jako epoka, w której autorzy osadzają swoje fabuły. Ostatnio do mainstreamu przebiła się też słowiańskość – czas niby ten sam, ale całkowicie inne realia kulturalne. Na szczęście żyjemy w epoce globalizmu, w której docierają do nas również powieści z całkowicie odmiennych kręgów kulturowych. Tak zrobiła...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2023-10-24
Twórczość Bernarda Cornwella poznałam, gdy czytałam jego Wojny Wikingów i przepadłam całkowicie. Mocne powieści historyczne spod znaku obyczajowo-militarnego, tak bym je w skrócie nazwała. W momencie, gdy w moje ręce trafił Rycerz, pierwszy tom Trylogii Świętego Graala, aż mnie ciekawość zżerała, by sprawdzić, jak autor poradził sobie tym razem z historią konfliktu Anglii i Francji z XIV wieku.
Poznajemy Thomasa z Hookton, młodego chłopaka wychowującego się na wybrzeżu Anglii. Gdy w trakcie francuskiego ataku na jego wioskę giną wszyscy mieszkańcy, a włócznia świętego Jerzego, relikwia będąca duma Hookton, Thomas obiecuje swojemu rannemu ojcu, że ją odzyska. Największym marzeniem chłopaka jest bycie łucznikiem. I to w jednym z gorętszych okresów w historii Europy, jakim jest koniec pierwszej połowy XIV weku i początek wybuchu wojny stuletniej.
Oj, działo się wtedy, działo – konflikt między Anglią a Francją, będący sporem dynastycznym i spowodowany wzajemnym wtrącaniem się w wewnętrzne sprawy tego drugiego królestwa trwał ponad sto lat. Efektem ciągłych potyczek i przemarszów wojsk było wyludnienie ziemi i wiele ofiar śmiertelnych. Nie łudźmy się, bo chociaż XIII-XIV wiek to okres rozkwitu rycerstwa, jego kultury i manier wychwalanych pod niebiosa, to też czas brutalnych wojen, grabieży i gwałtów. Autor Rycerza świetnie to odmalował w swojej powieści. Cornwell jak żaden inny pisarz, jakiego do tej pory czytałam, znakomicie odmalowuje sceny batalistyczne w swoich książkach. Podkreśla ich brutalność, ale nie epatuje nią, nie romantyzuje wojny i jej okropieństw. Krew, pot i łzy niemal spływają po stronach jego książek, zostawiając czytelnika wręcz brudnym od tej mieszanki, która unosi się nad każdym polem bitwy.
Na pierwszych stronach książki zabrakło mi trochę psychologizacji postaci – wszystkie wydawały mi się płaskie i bez charakteru, ale im dalej w przysłowiowy las, tym znośniejsi stawali się bohaterowie. Thomas drażnił mnie swoją życiową naiwnością, szczególnie wobec kobiet, jednak na szczęście zmądrzał po jakimś czasie i nauczył się używać głowy. Poza tym to człowiek, który ma sporo na sumieniu, ale jest też świetny w tym, co robi. Marzył, żeby być łucznikiem i stał się nim, dzięki czemu mógł wziąć udział w bitwie pod Crecy. Podobało mi się to, jak autor odmalował szorstką, męską przyjaźń między Thomsem a dowódcą jego oddziału, Willem Skeatem. Uśmiałam się, gdy czytałam wyzwiska, jakimi się obdarzali. Oczywiście, kimże byłby rycerz bez swojej damy serca? A i prosty łucznik znajduje sobie takową. Co prawda Thomas nie ma szczęścia do lokowania swoich uczuć – jego pierwsza ukochana umiera w trakcie wojny, druga, będąc francuską hrabiną, zostawia dla następcy angielskiego tronu. Sprawdza się dopiero powiedzenie, że do trzech razy sztuka – Eleanor, córka francuskiego rycerza, okazuje się odpowiednią kobietą dla Thomasa. Nie da się jednak ukryć, że rola damskich postaci w powieści została bardzo zmarginalizowana, ale w pełni tłumaczą to czasu średniowiecza.
Próba wypełnienia ostatniej obietnicy danej umierającemu ojcu prowadzi Thomasa do Francji, a tam, ku jego zdumieniu, stopniowo wiedzie go do poznania pełnej prawdy o rodzinie i przeszłości. Bo jak się okazuje włócznia świętego Jerzego to tylko wierzchołek góry lodowej, a jej podstawą jest święty Graal, kielich, z którego rzekomo miał pić Jezus w trakcie ostatniej wieczerzy. I według informacji uzyskanych przez Thomasa był on niegdyś w posiadaniu jego rodziny, która dołączyła w przeszłości do sekty albigensów. Cornwell wprowadził sporo tych tajemniczych wątków do pierwszej części całej serii i wciąż większość z nich czeka na rozwiązanie.
Książki Bernarda Cornwella to prawdziwa gratka dla fanów powieści batalistycznych i historycznych – soczyste, solidne opisy bitew oraz solidna dawka wiedzy historycznej zajmuje w pełni czytelnika. Fabuła wciąga od pierwszych stron i nie wypuszcza do ostatniej kropki, pozostawiając ogromny niedosyt i ciekawość, co też wydarzy się w kolejnej części.
Książka zrecenzowana we współpracy z wydawnictwem HI:Story.
Po więcej zapraszam na https://wiewiorkawokularach.blogspot.com/ i https://www.instagram.com/wiewiorkawokularach/
Twórczość Bernarda Cornwella poznałam, gdy czytałam jego Wojny Wikingów i przepadłam całkowicie. Mocne powieści historyczne spod znaku obyczajowo-militarnego, tak bym je w skrócie nazwała. W momencie, gdy w moje ręce trafił Rycerz, pierwszy tom Trylogii Świętego Graala, aż mnie ciekawość zżerała, by sprawdzić, jak autor poradził sobie tym razem z historią konfliktu Anglii i...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2023-12-25
Święty Graal od dawna rozpala wyobraźnię nie tylko katolików, ale też badaczy historii. Jeśli kielich kiedykolwiek istniał, to przepadł w odmętach historii. Co nie zmienia jednak faktu, że świat literacki nadal lubi często sięgać do tego motywu i wykorzystywać go, a początki tego można liczyć już od czasów opowieści o królu Arturze. Zatem nic dziwnego, że i Bernard Cornwell czerpał pełnymi garściami z historii o kielichu Chrystusa, czyniąc z niej motyw przewodni także drugiego tomu serii o Thomasie z Hookton, jakim jest Włóczęga.
Po bitwie pod Crécy Anglicy maszerują przez Francję. Od wojsk angielskiego króla odłącza się Thomas z Hookton wraz z księdzem Hobbem i ukochaną Eleanor, by szukać świętego Graala. Autor drugą część swojej opowieści o wojnie stuletniej rozpoczyna od mało znanej polskiemu czytelnikowi bitwy pod krzyżem Neville'a w okolicy Durham w Anglii. To inny element ponad stuletniego konfliktu między Anglią a Francją, w który zostali wmieszani również Szkoci. Sama nie miałam zielonego pojęcia o takiej bitwie, chociaż o obopólnej niechęci Anglików i Szkotów do siebie nawzajem wie chyba każdy. Właśnie to jest ogromnym plusem powieści Cornwella – potrafi odwoływać się do takich faktów, o których ktoś, kto nie jest wyspecjalizowanym historykiem, nie będzie miał bladego pojęcia. Dla historyków-amatorów to świetna okazja, żeby poszerzyć swoją wiedzę.
Zgodnie z tytułem tego tomu, Thomas staje się włóczęgą. W poszukiwaniu Graala wyrusza w podróż z Francji do Anglii, a potem znowu wraca do Francji. Jego śladem podąża inkwizytor Benard de Taillebourg, a wraz z nim kuzyn Thomasa, Guy Vexille zwany Harlequinem. Historia młodego angielskiego łucznika z Hookton jest usiana zarówno łzami, jak i śmiechem. Na swojej drodze Thomas spotyka wiele dobrych dusz, służących mu pomocą i radą, ale przeszkody i wrogowie mnożą się na niej równie często, jeśli nie częściej. A łucznik, pędzony za kielichem Chrystusa, sam nie wierzy w swoją misję – zresztą, czy można się dziwić jego zwątpieniu? To przez mitycznego Graala, w którego istnienie mało kto wierzy, jest pędzony po świecie i niemal traci życie, jest okaleczony i zostają mu odebrane najbliższe mu osoby. Nie ma łatwego życia ten nasz łucznik, oj, nie ma.
Paleta postaci poszerza nam się tym razem o Robbiego, Szkota, który wraz z Thomasem wyrusza na poszukiwanie de Taillebourga, chcąc pomścić śmierć członka swojej rodziny. Okazuje się świetnym kompanem, a jego przekomarzanki z angielskim łucznikiem cały czas bawią i wywołują uśmiech na twarzy. Spotykamy teraz także dominikanina Bernarda de Taillebourga – chyba najbardziej antypatyczną postać w całej książce. Fanatycznie wierzący katolik, opanowany manią znalezienia Graala, nie cofnie się przed niczym, by dopiąć celu, a nawet największe okrucieństwo jest w stanie wytłumaczyć boskim rozkazem. Mierziła mnie ta postać bezgranicznie i, jeśliby to ode mnie zależało, to już na pierwszej stronie bym go ukatrupiła, za co pewnie reszta bohaterów byłaby wdzięczna.
Włóczęga to kolejna książka Cornwella potwierdzająca jego zasłużoną renomę jako jednego z najlepszych pisarzy powieści historycznych obecnie. Opowieść wywołuje całe spektrum emocji, czytelnik przywiązuje się do spotykanych na jej kartach bohaterów. To wciągająca powieść o misji, bohaterstwie, zwątpieniu, okrutnym losie i miłości. Pozostaje mieć nadzieję, że kolejne tomy tej historii będą stały na równie wysokim poziomie co pierwsze dwa i będą tak samo wciągały swoją fabułą.
Książka zrecenzowana we współpracy z wydawnictwem HI:Story.
Po więcej zapraszam na https://wiewiorkawokularach.blogspot.com/ i https://www.instagram.com/wiewiorkawokularach/
Święty Graal od dawna rozpala wyobraźnię nie tylko katolików, ale też badaczy historii. Jeśli kielich kiedykolwiek istniał, to przepadł w odmętach historii. Co nie zmienia jednak faktu, że świat literacki nadal lubi często sięgać do tego motywu i wykorzystywać go, a początki tego można liczyć już od czasów opowieści o królu Arturze. Zatem nic dziwnego, że i Bernard Cornwell...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2024-01-10
Jak głosi słynne powiedzenie, rewolucja zjada własne dzieci. Właśnie tak wygląda życie Malini i Priji. Jedna sięga po władzę, a jako podstawę swojego władania przyjmuje proroctwo bezimiennego boga. Druga natomiast próbuje oswobodzić swój kraj spod jarzma cesarskiego panowania, a to oznacza konflikt nie tylko z cesarzową, ale też z istotami, o których czytano do tej pory tylko w legendach.
Ta książka to istne czary. Pióro Tashy Suri porywa czytelnika już od pierwszego zdania. Jest magicznie, klimat stworzony przez autorkę pozwala całkowicie zatopić się w lekturze. Z jednej strony czujemy tę gęstą, duszną atmosferę Ahiranji, pełną mitów i legend, które nabierają w niej fizyczności i stają się rzeczywistością. Natomiast z drugiej strony prześladuje nas palący boski ogień i słońce pustyni, jej suche powietrze i wszechobecne gorąco. Wojna jest opisana szczerze, autorka nie unika brutalnych opisów. A przedstawienie wydarzeń w Ahiranji aż jeży włos na karku atmosferą niepokoju i lęku, która panuje w tym kraju. Niełatwo mnie przestraszyć, ale w tym przypadku siedziałam cała spięta i aż bałam się czytać, co wydarzy się dalej. Oleandrowy miecz jako drugi tom serii Płonące Królestwa, znakomicie kontynuuje wątki przerwane na koniec Jaśminowego tronu, czyli tomu pierwszego. Obracamy się wśród znanych nam już bohaterów, ale Tasha Suri nie poprzestaje tylko na tym, wprowadza na scenę także nowe postaci, które są świetnym uzupełnieniem tych głównych i sprawiają, że ta historia staje się jeszcze ciekawsza, bardziej żywa. A fabuła jest aż gęsta od politycznych spisków i intryg – nikomu nie można ufać, na nikim polegać, a każdy może się w chwili próby okazać wrogiem, a nie przyjacielem.
Relacja dwóch głównych bohaterek łamie czytelnikowi serce. Malini i Prija, cesarzowa i niegdysiejsze świątynne dziecko, teraz trzykrotnie zrodzona w bezkresnych wodach. Każda z nich ma inny cel, wykluczający się z celem tej drugiej, a jednocześnie ich losy są nierozerwalnie splecione i jedna nie może żyć bez drugiej. Obserwujemy rozkwit ich uczucia, czego zalążek mieliśmy już w pierwszym tomie, ale ten romans, na szczęście, nie dominuje fabuły. Jednak w trakcie jego rozwoju zastanawiamy się, jak to się skończy i nie mamy raczej dobrych przeczuć. Malini, jako cesarzowa w świecie zdominowanym przez mężczyzn, nie cofnie się przed niczym, by utrzymać władzę, a w imię tego chciwego bóstwa jest w stanie poświęcić to, co najważniejsze w życiu – miłość i rodzinę. Prija, gotowa poświęcić samą siebie w imię tej relacji, dopiero po czasie zaczyna rozumieć, że Malini jest skłonna ją zniszczyć, byleby nie dać się strącić z właśnie objętego tronu. Każda z nich podejmuje trudne decyzje, od których nie ma już odwrotu, ale najsmutniejszą postacią, najbardziej tragiczną w tej części historii jest Bhumika – to, na co się zdecydowała i w jakich okolicznościach to zrobiła, bez dwóch zdań sprawiło, że pękło mi serce i do tej pory, kiedy myślę o tej postaci, mam łzy w oczach.
Wyraźnie widać inspirację Tashy Suri zarówno religiami Indii, jak i wyglądem hinduskiego społeczeństwa. Autorka pochodzi z pendżabskiej rodziny i często odwiedzała Indie w trakcie wakacji z rodzicami, co z całą pewnością wywarło wpływ na jej późniejszą twórczość. Cały system religijny w Ahiranji jest odbiciem hinduistycznych wierzeń. Jakszowie, którzy w mitologii indyjskiej są personifikacją sił przyrody, tutaj nabierają demonicznego wyrazu. Bezimienny bóg, którego przepowiednia uczyniła Malini cesarzową, to wpływ sikhizmu. Najbardziej jednak poruszyło mnie to, jak bardzo zdominowany przez mężczyzn jest ten świat. Kobieta nie ma w nim niemal żadnych praw, nie może stanowić sama o sobie, powinna zawsze podporządkowywać się decyzjom mężczyzny. Zarówno Prija, jak i Malini, i Bhumika, nie godzą się na to i postanawiają wziąć swój los we własne ręce. Z największym sprzeciwem mierzy się Malini – jej teoretyczni sprzymierzeńcy nie traktują swojej cesarzowej tak, jak traktowaliby cesarza, a gdy tylko noga jej się powinie, od razu zaczynają knuć za jej plecami. Niełatwo jest być kobietą w takim społeczeństwie, ale żadna z naszych bohaterek nie zamierza złożyć broni i bezwolnie podporządkować się męskiej woli.
Oleandrowy miecz to genialna kontynuacja pierwszego tomu. Przez całą książkę dzieje się mnóstwo, jesteśmy obserwatorami politycznych intryg, romansu, wojny, ale także chwili, gdy mity stają się rzeczywistością i to tak przerażającą, że mamy ochotę na powrót włożyć je w sferę bajek. Niestety, prawda jest okrutna, a jakszowie, chociaż mienią się wybawicielami Ahiranji, to są skłonni zgotować jej gorszy los niż dopiero co obalony cesarz. Jestem bardzo ciekawa, co też autorka szykuje dla nas w tomie trzecim, zamykającym tę opowieść i mam nadzieję, że już niedługo się tego dowiemy.
Książka zrecenzowana we współpracy z wydawnictwem Fabryka Słów.
Po więcej zapraszam na https://wiewiorkawokularach.blogspot.com/ i https://www.instagram.com/wiewiorkawokularach/
Jak głosi słynne powiedzenie, rewolucja zjada własne dzieci. Właśnie tak wygląda życie Malini i Priji. Jedna sięga po władzę, a jako podstawę swojego władania przyjmuje proroctwo bezimiennego boga. Druga natomiast próbuje oswobodzić swój kraj spod jarzma cesarskiego panowania, a to oznacza konflikt nie tylko z cesarzową, ale też z istotami, o których czytano do tej pory...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2024-12-01
Władcę Pierścieni i Hobbita zna każdy fan fantastyki. Jednak niewielu wie, że Tolkien pisał też książki dla dzieci, równie dobre jak dwa jego najbardziej znane dzieła. Jedną z takich bajek jest właśnie Łazikanty, tytuł, którego geneza sięga lat dwudziestych XX wieku.
Historia o przygodach pewnego małego pieska wywodzi się z 1925 roku, kiedy to rodzina Tolkienów w składzie: profesor, jego żona Edith i trzej synowie: John, Michael i Christopher, wybrała się na wakacje do Filey, turystycznego miasteczka położonego nad Morzem Północnym. Chłopcy uwielbiali spędzać czas na plaży, gdzie średni, wówczas pięcioletni, Michael, zabierał ze sobą swoją ulubioną zabawkę – figurkę ołowianego pieska. I pewnie historia o Łazikantym by nie powstała, gdyby chłopczyk pewnego dnia nie zgubił zabawki. By zająć czymś zrozpaczonego malca (któż z nas nie zna tego smutku, gdy za dzieciaka zapodzialiśmy gdzieś ulubioną zabawkę?) Tolkien zaczął mu opowiadać o przygodach psiaka, który zwiedził nie tylko kosmos i żył na Księżycu, ale także zawędrował na morskie dno, a wszędzie, dokąd dotarł, przeżywał wiele przygód. O psiaku, zwanym Łazikantym.
Ta bajka nigdy nie została wydana za życia autora. Tolkien przymierzał się do jej publikacji, ale po pierwszym sukcesie Hobbita jego wydawca, Allen & Unwin, wolał, by profesor skupił się na kolejnej historii o Śródziemiu, czego efektem było powstanie opus magnum Tolkiena, czyli Władca Pierścieni. Nie znaczy to, że autor wielokrotnie nie wracał do Łazikantego – w bibliotece Bodleian Library w Oksfordzie znajduje się kilka rękopisów stworzonych przez sławnego Brytyjczyka, które ukazują rozwój tej historii i na podstawie których powstała wersja, jaką otrzymaliśmy od wydawnictwa Zysk i S-ka.
Opowieść o Łaziku, piesku, który ugryzł czarodzieja, a ten w zemście zamienił go w zabawkę, to historia pełna humoru i ciepła. To taka literatura kocykowa – gdy ją czytamy, robi nam się ciepło na sercu, a perypetie Łazika wywołują raz po raz uśmiech na naszych twarzach. Śledzimy, jak piesek zostaje wysłany na Księżyc, gdzie mieszka mag wraz ze swoim towarzyszem, innym pieskiem o imieniu Łazik. I tym sposobem nasz ziemski Łazik staje się dla odróżnienia Łazikantym. Psiak przeżywa wiele przygód, spotyka na swojej drodze czarodziejów, smoki i syreny, a także inne dziwne i fantastyczne stworzenia. Co mnie szczególnie ujęło, to fakt, że nawet w takiej prostej i lekkiej formie, jaką jest dziecięca bajka, Tolkien przemyca elementy swojego wielkiego Śródziemia. Pojawia się tutaj wspomnienie o Nieśmiertelnych Krainach ukrytych na zachodzie, a smok zamieszkujący na Księżycu przywodzi na myśl Smauga z Hobbita. Każda taka wzmianka przywoływała uśmiech na mojej twarzy i sprawiała wręcz niesamowitą frajdę.
Książka jest przeznaczona dla dzieci, ale gwarantuję, że i dorośli odnajdą się w tej lekturze. To mądra, ciepła historia, pokazująca radość z odkrywania nowych rzeczy i przeżywania fantastycznych przygód. Udowadnia też, że upór w dążeniu do celu zawsze popłaca, chociaż czasami trzeba odpuścić na trochę i dać sobie więcej czasu, ale nigdy nie rezygnować. Opowieść uzupełniają cudowne ilustracje, które wyszły spod ręki samego Tolkiena, wykonane w różnych stylach, ale znakomicie oddające ducha Łazikantego. Ta krótka książeczka to świetny prezent pod choinkę dla małego czytelnika, który otworzy przed nim drzwi do wspaniałego, pełnego magii świata.
Książka przeczytana we współpracy z wydawnictwem Zysk i S-ka.
Po więcej zapraszam na: https://wiewiorkawokularach.blogspot.com/
Władcę Pierścieni i Hobbita zna każdy fan fantastyki. Jednak niewielu wie, że Tolkien pisał też książki dla dzieci, równie dobre jak dwa jego najbardziej znane dzieła. Jedną z takich bajek jest właśnie Łazikanty, tytuł, którego geneza sięga lat dwudziestych XX wieku.
Historia o przygodach pewnego małego pieska wywodzi się z 1925 roku, kiedy to rodzina Tolkienów w składzie:...
2024-12-03
Święta już za nami, a w taki czas każdy z nas odkrywa w sobie dziecko. A skoro moje wewnętrzne dziecko wręcz samo wyłazi ze mnie, to na tej fali rzuciłam się na Pana Błyska, czyli kolejną bajkę spod pióra J. R. R. Tolkiena.
Historia opowiada kilkudniowe perypetie Pana Błyska, angielskiego dżentelmena bardzo lubiącego nosić wysokie cylindry i posiadającego w swoim ogródku dziwaczne stworzenie, jakim jest Żyrólik. Pan Błysk wpada na pomysł kupna samochodu, ale zamiast zainteresować się tym, by jego pojazd miał hamulce, bardziej skupia się na kolorze i innych detalach... Co już w trakcie pierwszej jazdy sprowadza na niego spore, zabawnie pechowe kłopoty, które finalnie będą go kosztowały kilka ładnych funtów.
Sama opowieść jest króciutka, ale jej siła tkwi w nieco absurdalnym poczuciu humoru, czułości, jaką wyczuwa się w każdym zdaniu, i cieple, jakie emanuje z kartek. A także w ilustracjach, które zostały stworzone przez autora. Nie tylko uzupełniają one fabułę książeczki, ale również ją ożywiają i sprawiają, że postaci stają się dla nas dużo bardziej rzeczywiste. Początkowo stworzona przez Tolkiena dla jego dzieci, podobnie jak Łazikanty, wydana została dopiero po śmierci autora, chociaż jego wydawca porównywał ten tytuł do już wtedy bestsellerowej Alicji w Krainie Czarów. Niestety, na przeszkodzie stanęły kwestie finansowe, a konkretnie brak środków na zilustrowanie książki. Wielka szkoda, że musieliśmy czekać aż czterdzieści sześć lat na publikację tego uroczego utworu, który ukazuje nam autora Władcy Pierścieni od innej, czulszej i delikatniejszej strony.
Jedna to, co zmiotło mnie z planszy, to sposób, w jaki ta książka została wydana w Polsce. Ma nie tylko twardą okładkę z obwolutą, ale w środku są... dwie wersje historii. Jedna jest po polsku, ozdobiona oryginalnymi, jakże urokliwymi ilustracjami wykonanymi przez Tolkiena, natomiast druga, położona poziomo na kartkach jest po angielsku. I to na dodatek w wersji drukowanej na jednej stronie, a na drugiej znajduje się reprint odręcznego pisma autora! Piszczałam jak pięcioletnie dziecko, kiedy to zobaczyłam, i dłużej przeglądałam oraz podziwiałam to wydanie, niż czytałam samą historię. Taki układ ma również jeszcze jedną, istotną zaletę – książka może posłużyć do nauki języka angielskiego dla dzieci, a dla tych, którzy już znają język Szekspira będzie okazją, by poznać oryginalny styl autora Władcy Pierścieni. Oczywistym jest jednak, że Wydawnictwo Zysk wygrało chyba w moim tegorocznym top najpiękniejszych wydań książek, jakie przeczytałam, i to bez dwóch zdań.
Przy tej książce będą świetnie bawić się zarówno dorośli, jak i dzieci. Nie będę ukrywać, osiemnaście lat mam dawno za sobą, a i tak miałam mnóstwo radości z poznawania tej ciepłej, przepełnionej uśmiechem i absurdalnym humorem historii. A gdy na jej kartach został wspomniany niejaki Dziadunio Gamgee, mój pisk było chyba słychać na drugim końcu miasta. Nieważne, czy Tolkien pisze dla dzieci, czy dla dorosłych – jego opowieści z chęcią poznają zarówno jedni, jak i drudzy, i pozostaną one w nich na zawsze. To prawdziwy Mistrz Pióra, którego, jestem o tym święcie przekonana, będą czytać także kolejne pokolenia, za każdym razem odkrywając coś nowego i fascynującego w jego twórczości.
Książka zrecenzowana przy współpracy z wydawnictwem Zysk i S-ka.
Święta już za nami, a w taki czas każdy z nas odkrywa w sobie dziecko. A skoro moje wewnętrzne dziecko wręcz samo wyłazi ze mnie, to na tej fali rzuciłam się na Pana Błyska, czyli kolejną bajkę spod pióra J. R. R. Tolkiena.
Historia opowiada kilkudniowe perypetie Pana Błyska, angielskiego dżentelmena bardzo lubiącego nosić wysokie cylindry i posiadającego w swoim ogródku...
2024-12-30
2024-07-29
2024-01-31
2023-12-16
2023-06-01
2022-11-12
2022-10-26
2022-09-09
2021-08-26
O J. R. R. Tolkienie słyszał chyba każdy, nieważne, czy lubi, czy nie fantastykę. Fascynujący świat Śródziemia to nie tylko Władca Pierścieni i Hobbit, dwa najważniejsze dzieła napisane ręką brytyjskiego autora. To także cała mitologia i wiele innych, drobniejszych utworów, które tworzą całe to uniwersum. Jaki jednak wpływ miała na Tolkiena I wojna światowa, w której brał udział? I czy stłamsiła jego twórczą wyobraźnię, a może wręcz przeciwnie?
Odpowiedzi na te pytania znajdziemy w książce Johna Gartha Tolkien i pierwsza wojna światowa. Całość jest podzielona na trzy części. Pierwsza to studenckie życie Tolkiena i powstanie TCBS (Tea Club – Barrovian Society), które JRRT założył wraz z trójką przyjaciół: Christopherem Wisemanem, Robertem Gilsonem oraz Geoffreyem Smithem. Stali się oni później najwierniejszymi fanami i krytykami Tolkiena. Druga część to wojenne koleje losu. Do brytyjskiej armii zaciągnęła się cała czwórka, ale każdy w innym czasie (najdłużej opierał się temu obowiązkowi właśnie Tolkien) i trafił do innego oddziału. Ostatnia część to tak naprawdę krótka historia demobilizacji autora Władcy Pierścieni i wyjaśnienie tego, jaki miała na niego wpływ Wielka Wojna i jak bardzo widać jej odbicie w historii Froda i Jedynego Pierścienia.
Ciąg dalszy: https://wiewiorkawokularach.blogspot.com/2022/03/tolkien-i-pierwsza-wojna-swiatowa-u-progu-srodziemia-john-garth.html
O J. R. R. Tolkienie słyszał chyba każdy, nieważne, czy lubi, czy nie fantastykę. Fascynujący świat Śródziemia to nie tylko Władca Pierścieni i Hobbit, dwa najważniejsze dzieła napisane ręką brytyjskiego autora. To także cała mitologia i wiele innych, drobniejszych utworów, które tworzą całe to uniwersum. Jaki jednak wpływ miała na Tolkiena I wojna światowa, w której brał...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2022-03-22
2021-02-20
https://wiewiorkawokularach.blogspot.com/2021/10/niech-stanie-sie-swiatlosc-ken-follett.html
Żadna historia nie jest całkowicie pełna, jeśli nie poznamy jej początku. A początkiem Kingsbridge, w którym powstanie katedra budowana przez Toma Budowniczego, jest pewna mała wioska z mostem. I właśnie o tym opowiada Niech stanie się światłość Kena Folletta.
Schyłek X wieku w Anglii to burzliwe czasy. Z jednej strony kraj jest atakowany przez Walijczyków ze wschodu, z zachodu zaś przez wikingów, którzy szukają tutaj dla siebie lepszej ziemi i niewolników oraz złota. Jedna z ich band atakuje maleńką wioskę, w której mieszka młody szkutnik Edgar. Gdy ginie jego ojciec oraz ukochana, Edgar wraz z matką i braćmi wyrusza w drogę, aż w końcu osiadają w kolejnej wiosce, gdzie zostają rolnikami. W tym czasie piękna normandzka szlachcianka Ragna spotyka Wilwulfa, ealdormana Shiring, w którym zakochuje się ze wzajemnością i oczekuje na jego oświadczyny. Jednak gdy przenosi się do ojczyzny swojego męża, całkiem innej nie tylko z powodu wyglądu, ale też obyczajów, okazuje się, że jej życie wcale nie będzie usłane różami. Ich losy połączy brat Aldred, mnich rozmiłowany w nauce, który marzy o stworzeniu wielkiej biblioteki przyklasztornej. A na drodze tej trójki stanie biskup Wynstan, człowiek, który nie cofnie się przed niczym, by utrzymać swoją władzę i bogactwo oraz je pomnożyć.
Tę część czytałam trochę po tym, jak zrobiłam sobie przerwę od Wojen Wikingów Bernarda Cornwella. Nie wiem, czy to dobrze, czy źle, ale pozwoliło mi to spojrzeć na Niech stanie się światłość z trochę innej perspektywy. Przede wszystkim doceniłam jego, jak i Cornwella pod względem potężnej kwerendy, jaką musieli wykonać. Realia historyczne, chociaż rozbiegają się jakieś sto lat, w obu książkach są oddane bardzo wiernie. U Folletta brakuje co prawda pełnych rozmachu bitew, które mamy w Wojnach Wikingów, ale za to nie możemy narzekać na niedobór intryg i skandali, dworskich matactw i plotek rozsiewanych jedna za drugą. Chociaż to dwie różne serie, to uważam, że są dla siebie poniekąd idealnym uzupełnieniem.
Niech stanie się światłość to historia o miłości i nienawiści, o władzy i pożądaniu, o sprawiedliwości i bezwzględności. Bohaterowie to ludzie z krwi i kości, ich portrety psychologiczne są przedstawione naprawdę realistycznie i przekonująco. Może są odrobinę zbyt czarno-biali, zbyt mocno osadzeni w kategoriach dobry i zły, ale mimo wszystko przemawiają do czytelnika i sprawiają, że współodczuwamy wraz z nimi, utożsamiamy się. Autor jasno określił strony konfliktu w książce: po jednej stronie mamy Ragnę, Edgara i Aldreda, natomiast po drugiej – biskupa Wynstana i jego popleczników. Szala zwycięstwa, jak to w życiu, kołysze się to wte, to wewte, ale ostatecznie koniec może być tylko jeden.
Osadzając fabułę na przełomie X i XI wieku Follet pokusił się o bardzo ciekawy obraz historyczny, tętniący życiem i wydarzeniami. Nie bał się też odmalować ostrym piórem wad ówczesnego angielskiego kleru, a jego spostrzeżenia nic a nic się nie zestarzały. Przekupstwo, handlowanie stanowiskami w strukturach kościelnych, nadmierny przepych i bogactwo, dążenie do przejęcia jak największej władzy – to wszystko obserwujemy wśród hierarchów po dziś dzień. Dodatkowo autor, oddając wiernie realia epoki, przedstawia bez ogródek, jak wielka przepaść dzieliła zwykłego, biednego rolnika od szlachty angielskiej, jak trudne i ciężkie było przeżycie dla niego zimy i ile musiał wówczas poświęcić. Świat przedstawiony to taki świat, w którym z całą pewnością nie chcielibyśmy się znaleźć, ale z wypiekami na twarzy śledzimy poczynania bohaterów z tamtego okresu.
Ken Follett potrafi pisać powieści historyczne, które porywają czytelnika i sprawiają, że zapomina on o świecie, który go otacza. Jego książki to tworzone z rozmachem dzieła, a bohaterowie to postaci, z którymi się utożsamiamy, rozumiemy je i dopingujemy w osiągnięciu celu. Niech stanie się światłość to historia właściwie idealna, którą powinno podawać się jako przykład dla innych pisarzy.
https://wiewiorkawokularach.blogspot.com/2021/10/niech-stanie-sie-swiatlosc-ken-follett.html
Żadna historia nie jest całkowicie pełna, jeśli nie poznamy jej początku. A początkiem Kingsbridge, w którym powstanie katedra budowana przez Toma Budowniczego, jest pewna mała wioska z mostem. I właśnie o tym opowiada Niech stanie się światłość Kena Folletta.
Schyłek X wieku w...
2021-02-12
https://wiewiorkawokularach.blogspot.com/2021/10/skrzynia-ofiarna-martin-stewart.html
Przyjaźń to wspaniała więź i uczucie. Jednak potrafi sprowadzić na nas sporo problemów, szczególnie jeśli znajdziemy w lesie ukrytą, magiczną skrzynię... I tak też stało się w pewnym miasteczku, gdzie czwórka przyjaciół wpakowała siebie i mieszkańców miasta w spore kłopoty.
W 1982 roku piątka przyjaciół znajduje w lesie tajemniczą, starożytną skrzynię wykutą z kamienia. W upalne wakacje tego roku składając w lesie ofiarę – do kufra każde z nich wkłada coś szczególnie bliskiego swemu sercu. Zawierają przy tym pakt, obiecując sobie, że nigdy nie powrócą w to miejsce w nocy, nigdy nie przyjdą do niej samotnie i nigdy nie wyjmą z niej swoich darów.
Cztery lata później jednak wszystko znacznie się komplikuje w chwili, gdy okazuje się, że jedno z piątki nastolatków, Sep, Arkle, Mack, Lamb lub Hadley, wyjęło ze skrzyni swoją ofiarę, a miasteczko, w którym mieszkają, zaczynają opanowywać dziwne istoty i wydarzenia. Przyjaciele muszą na nowo się zjednoczyć i wspólnie pokonać zło, które obudzili w lesie i zamknąć skrzynię na wieki, by już nigdy więcej nic z niej nie wyszło.
Skrzynia ofiarna to thriller paranormalny dla młodzieży. Mamy tu zwyczajne, senne miasteczko na prowincji, piątkę przyjaciół, którym niełatwo żyje się w szkolnej rzeczywistości, tak typowej dla tego rodzaju miejsc. Są tutaj dzieciaki bardziej lubiane, są też te mniej lubiane, a także grupka lokalnych małych terrorystów, którzy znęcają się nad słabszymi. Nastolatki marzą o wyrwaniu się z miasta położonego na wyspie do większej miejscowości na studia, gdzie będą mogli zmienić swoje życie i zacząć je układać po swojemu, a przede wszystkim uciec od wspomnień o pewnej nocy z 1982 roku. Stopniowo jednak atmosfera w miasteczku się zagęszcza, wkrada się nutka niepokoju, a dzieciaki muszą się zmierzyć ze wspomnieniem sprzed 4 lat.
Pierwszą rzeczą, jaka nasunęła mi się w trakcie lektury książki Martina Stewarta, to jej uderzające wprost podobieństwo do Coś Stephena Kinga i Netflixowego serialu Stranger Things. Właściwie cała fabuła opiera się w każdym z tych trzech tytułów na tym schemacie: kilkoro nastolatków, będących w grupie tych terroryzowanych przez starszych i silniejszych kolegów, musi sprzymierzyć swoje siły i wspólnie pokonać zło, które przybyło z innego świata, by namieszać na Ziemi. Przyznaję, że ze Stranger Things obejrzałam niecały pierwszy sezon, ale Coś przeczytałam od początku do końca i nawet atmosfera, którą Stewart stworzył w swojej powieści, kojarzyła mi się z książką Kinga. Oczywiście, wszystko to było dostosowane do młodszego czytelnika, dla którego jest przeznaczona Skrzynia ofiarna, ale ogólny zamysł był właściwie dokładnie taki sam.
To nie jest zła książka, wręcz przeciwnie. Bardzo przypadła mi do gustu ta duszna, małomiasteczkowa atmosfera przepojona niepokojem i lękiem przed nieznanym. Podobał mi się pomysł na wprowadzenie zombie do fabuły, gdy już tajemnicza skrzynia zaczęła pokazywać swoje prawdziwe możliwości. Bohaterowie byli sportretowani w rzeczywisty sposób, tak, żeby czytelnik mógł ich łatwo polubić i zapamiętać ich sylwetki. Oczywiście, starsi i bardziej zaprawieni w bojach fani tego typu książek pewnie przy tym tytule będą się nudzić, ale dla młodzieży będzie to świetna rozrywka, idealna na długie, ciemne wieczory.
https://wiewiorkawokularach.blogspot.com/2021/10/skrzynia-ofiarna-martin-stewart.html
Przyjaźń to wspaniała więź i uczucie. Jednak potrafi sprowadzić na nas sporo problemów, szczególnie jeśli znajdziemy w lesie ukrytą, magiczną skrzynię... I tak też stało się w pewnym miasteczku, gdzie czwórka przyjaciół wpakowała siebie i mieszkańców miasta w spore kłopoty.
W 1982 roku...
Starożytny Egipt to jedna z wielu tajemniczych cywilizacji jakie żyły na Ziemi. Mimo wciąż trwających badań archeologicznych, nieustannie zaskakują nas nowe fakty i odkrycia, które mają miejsce na terenach tego dawnego państwa - nic dziwnego, że Roger Lancelyn Green postanowił w swojej książce wprowadzić czytelników w świat mitów i legend twórców piramid.
Nowo wydana przez wydawnictwo Zysk i S-ka publikacja nie jest wielkim objętościowo dziełem. To niecałe trzysta stron wypełnionych treścią od pierwszego do ostatniego akapitu. Prócz mitów o bogach, znajdziemy tu również opowieści magiczne, jak i te o przygodach faraonów lub ich podwładnych. Na początku książki mamy również krótkie wprowadzenie dotyczące specyfiki życia w Egipcie oraz mapę i słowniczek. Na jednej z ostatnich stron możemy również przeczytać niedługi rys chronologiczny dziejów Egiptu. To wszystko jest ciekawym i wartościowym uzupełnieniem do głównej treści, poszerzającym wiedzę czytelnika.
Roger Lancelyn Green ma bardzo przyjemny styl pisania. Przedstawione historie są krótkie, ale wypełnione informacjami, natomiast opisane w sposób prosty i przystępny, więc czyta się je bardzo szybko. Autor bardzo dobrze operuje tempem i napięciem, na koniec niektórych z opowieści wplata również ciekawostki zgodne z ówczesnym mu stanem wiedzy – obecnie pewnie byłoby ich więcej, ponieważ pierwotnie Mity i legendy... zostały wydane w 2011 roku. W egiptologii to szmat czasu, więc nic dziwnego, że nasza aktualna znajomość tej cywilizacji jest już zupełnie inna.
Największym minusem tego tytułu jest jego objętość. Uważam, że trzysta stron to stanowczo za mało, by nawet w podstawowym stopniu zapoznać się z egipską mitologią. Brakowało mi historii o Anubisie, Hathor, Ptahu i o bogu mądrości imieniem Toth. Ograniczenie bardzo rozbudowanego panteonu bóstw egipskich do Ra, Ozyrysa, Setha i Izydy jest bardzo dużym skrótem i niedopowiedzeniem. Egipcjanie stworzyli naprawdę rozbudowaną i zawikłaną mitologię, dlatego uważam, że można było ten temat bardziej wyeksploatować.
Natomiast ciekawym zabiegiem było dodanie czegoś, co można opisać jako mity o herosach. Znajdziemy tutaj opowieści o dobrych faraonach, wielkich czarnoksiężnikach i pięknych księżniczkach, które niemal zawsze kończą się w sposób korzystny dla ich głównych bohaterów. To, co rzuca się w oczy, to jednak ciągła obecność śmierci w tych mitach – Egipt był krajem trudnym do zamieszkania, jego dobrobyt zależał od wylewów Nilu (niech zatem nie dziwi, że rzeka miała własnego boga, Chnuma), zatem kult śmierci, bardzo rozbudowane obrzędy pogrzebowe i życie pozagrobowe nie powinny nikogo dziwić.
W trakcie lektury nasunęło mi się jedno skojarzenie z tym, jak wiele mitów egipskich przypomina te znane nam ze starożytnej Grecji i Rzymu, bądź innych starożytnych mitologii. Przykładowo jes to motyw zmartwychwstania Ozyrysa, którego części ciała rozrzucone po Egipcie zbierała Izyda. Pojawia się też wiara w to, że nadejdzie dzień, gdy Ozyrys zstąpi na ziemię i wówczas nastanie koniec świata, jaki znamy. Część z historii wykazuje też wpływy z Grecji, jak na przykład Opowieść o greckiej księżniczce, która opisuje dzieje Heleny Trojańskiej i Menelaosa widziane oczami Egipcjan. A dla odmiany Dziewczyna w różowoczerwonych sandałach skojarzyła mi się z baśnią o Kopciuszku – pięknej dziewczynie zostaje odebrany jej ulubiony sandał, który trafia w ręce faraona, a ten nakazuje odnaleźć właścicielkę buta i pojmuje ją za żonę. To jest wręcz niesamowite i fascynujące, jak przez tyle lat i tak wiele różnych epok oraz doświadczeń pewne motywy przetrwały w historii ludzkiej cywilizacji i wciąż do nas powracają w zmienionej formie pod postacią baśni.
Podsumowując Mity i legendy starożytnego Egiptu muszę powiedzieć, że jako wprowadzenie do mitologii twórców piramid jest to bardzo dobra pozycja. Jednak jeśli ktoś chciałby bardziej wgryźć się w temat i poznać więcej szczegółów, to należy sięgnąć po inne publikacje. Doceniam jednak ten tytuł za różnorodną tematykę, jaka została w nim poruszona i za to, jak lekko został napisany, więc jeśli ciekawi was starożytny Egipt, to śmiało sięgajcie po tę książkę.
Po więcej zapraszam na:
https://www.instagram.com/wiewiorkawokularach/
https://wiewiorkawokularach.blogspot.com/
Starożytny Egipt to jedna z wielu tajemniczych cywilizacji jakie żyły na Ziemi. Mimo wciąż trwających badań archeologicznych, nieustannie zaskakują nas nowe fakty i odkrycia, które mają miejsce na terenach tego dawnego państwa - nic dziwnego, że Roger Lancelyn Green postanowił w swojej książce wprowadzić czytelników w świat mitów i legend twórców piramid.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toNowo wydana przez...