-
Artykuły
Wiosna z książką – kwietniowe premiery, które warto poznać
LubimyCzytać11 -
Artykuły
"Dom bestii" - jak ofiara zamienia się w kata. Akcja recenzencka do nowej książki Katarzyny Bondy!
LubimyCzytać10 -
Artykuły
Umrę, jeśli tego nie polubisz - weź udział w konkursie i wygraj wspomnienia influencerki
LubimyCzytać35 -
Artykuły
Dlaczego poziom czytelnictwa w Polsce nie rośnie? Raport Biblioteki Narodowej
Iza Sadowska169
Biblioteczka
2026-04-02
2026-03-12
2026-03-01
2026-02-21
2026-02-16
2026-02-03
Stare przysłowie głosi, że każdy musiał od czegoś zacząć. A że od jakiegoś czasu Magdalena Kubasiewicz stała się jedną z moich ulubionych pisarek fantasy, to sięgnęłam po jej debiut, czyli Spalić wiedźmę. Nie ukrywam, że byłam zaciekawiona, czy ta książka będzie bardzo odstawać od późniejszej twórczości autorki.
Trafiamy do Królestwa Polanii, jednego z największych magicznych państw na świecie, i do jej stolicy, Krakowa. Śledzimy tam losy Pierwszej Czarownicy Polanii, Sary Weroniki Sokolskiej, zwanej Saniką. Od razu zaznaczę za autorką, że kolejność czytania książek o Sarze jest dowolna – można, tak jak ja, zacząć od Spalić wiedźmę, czyli według kolejności wydania. Można też czytać według kolejności wydarzeń, wówczas będzie to drugi tom, a wcześniej czytelnik powinien zapoznać się z Przeminęło z wiedźmą. Obie kolejności pozwalają na zrozumienie wydarzeń przedstawionych w Spalić wiedźmę, aczkolwiek miałam wrażenie, że przy odwołaniach do przeszłości Sokolskiej coś mi umyka, więc rekomendowałabym jednak czytanie od Przeminęło z wiedźmą.
To, czym ta seria zaskarbiła sobie moją sympatię, to przede wszystkim charakterna bohaterka. Sary Sokolskiej niemal nie sposób przestraszyć, jest odważna i butna. Nie umie przyznać się do porażki, prosić o pomoc. Jest wredna, arogancka, pyskata, o wszystkim i wszystkich ma swoje zdanie, i zawsze chadza własnymi ścieżkami. Nie zależy jej na niczyjej sympatii, a zdanie innych o sobie ma w bardzo głębokim poważaniu, liczy się dla niej tylko to, by dali jej wykonywać w spokoju jej robotę. Wydawać by się mogło, że to mało sympatyczna bohaterka, a jednak Magdalena Kubasiewicz tak potrafiła ją przedstawić, że wzbudza w czytelniku pozytywne uczucia. Bo oprócz tego wszystkiego, Sokolska potrafi też kochać – kocha Kraków, swoje miasto, na swój dziwny, nieco pokrętny sposób, ale jest gotowa dla stolicy Polanii wiele poświęcić, włącznie z własnym życiem. Swoim charakterem Sara przypomina mi późniejszą bohaterkę stworzoną przez Magdalenę Kubasiewicz, czyli Jagodę Wilczek – jedna i druga na pierwszy rzut oka są mało sympatyczne i obie myślą przede wszystkim o sobie, a dopiero potem o wszystkich innych, ale przy bliższym poznaniu obie zyskują.
Drugim ogromnym plusem książki są legendy krakowskie, przekształcone na potrzeby fabuły, oraz nawiązania do mitologii słowiańskiej. Sama mi się gęba uśmiechała, gdy czytałam o Smoku Wawelskim który przeżył podstęp Dratewki i żyje pod Wawelem. Albo o lustrze Mistrza Twardowskiego. Poznałam przy okazji też legendy, których wcześniej nie znałam, jak chociażby tą o dwóch braciach czy o gołębiach z krakowskiego rynku. Książka, która pozornie miała być dla mnie tylko lekką rozrywką, dostarczyła mi jeszcze dodatkowej wiedzy, więc czegóż mogłabym chcieć więcej?
Spalić wiedźmę to nie literatura, która odmieni wasze życie, ale kawał solidnie napisanej urban fantasy. Jak na debiut, to naprawdę nie mam się do czego przyczepić, choćbym chciała. Nowa redakcja i poprawionych kilka scen przez autorkę robią robotę, bo książkę czyta się naprawdę przyjemnie. Za drobny minus poczytałabym tylko to, że prolog był dla mnie trochę z czapy i myślę, że wprowadzona w nim postać Mareny mogła mieć swoje wejście w innym momencie historii, ale to taka drobnostka, że nie rzutuje na całą książkę.
Magdalena Kubasiewicz potrafi stworzyć powieść o rewelacyjnym klimacie i świetnych bohaterach, w którą czytelnik wsiąka strona po stronie. To książka do przeczytania na jeden wieczór i aż żal ściska serce po ostatniej stronie, że jest ich tak mało. Gorąco polecam ją fanom urban fantasy i miłośnikom słowiańskich nut w literaturze. Na mnie czekają jeszcze dwa tomy historii o Sanice, których lektury nie mogę się doczekać, a wam zalecam nadrabianie zaległości, jeśli jeszcze nie spotkaliście Pierwszej Czarownicy.
Po więcej zapraszam na:
https://wiewiorkawokularach.blogspot.com/
https://www.instagram.com/wiewiorkawokularach/
Stare przysłowie głosi, że każdy musiał od czegoś zacząć. A że od jakiegoś czasu Magdalena Kubasiewicz stała się jedną z moich ulubionych pisarek fantasy, to sięgnęłam po jej debiut, czyli Spalić wiedźmę. Nie ukrywam, że byłam zaciekawiona, czy ta książka będzie bardzo odstawać od późniejszej twórczości autorki.
Trafiamy do Królestwa Polanii, jednego z największych...
2026-01-27
Lubię sięgać po młodych autorów, śledzić ich twórczość i dopingować. Motywowana takimi pobudkami zdecydowałam się przeczytać Stalowe skrzydła Angeliki Grajek. Skusił mnie też centaur jako jeden z głównych bohaterów i obiecany steampunkowy klimat. Jak się okazało: obietnice jedno, a rzeczywistość drugie.
Trafiamy do ponurej rezydencji Ynys Grug, gdzie wychowuje się hrabianka Edlynne Valeris. Młoda dziewczyna, stłamszona przez ojca stosującego przemoc fizyczną i psychiczną, nie potrafi mu się przeciwstawić ani wyrwać się z tego horroru, jakim jest jej rodzinny dom. Jedynym promykiem dla niej jest centaur zniewolony przez hrabiego Valerisa, Karhu, który żyje w stajni i zaprzyjaźnia się z młodą hrabianką, by potem pomóc wyrwać jej się z matni.
Ten tom to dla mnie jeden wielki prolog z motywem drogi. Pierwsze pół książki to ciągłe kręcenie się w kółko po rezydencji i obserwowanie, jak ojciec znęca się nad Edlynne lub jak katuje Karhu. Problemem tej części historii było to, że nic z niej tak naprawdę nie wynikało, ba, sceny przemocy były dla mnie tak nijakie, tak wyzute z wszelkich emocji, że nie bardzo mnie obchodziło, co stanie się z Karhu albo samą hrabianką. Tak samo Edlynne – stłamszona, wiecznie przerażona i nieustannie samobiczująca się za śmierć brata. Cały czas odnosiłam wrażenie, że jej emocje są bardzo powierzchowne, brakowało mi w nich głębi. Może gdyby bardziej podkreślić, że hrabia Valeris robi coś złego, że Edlynne bardziej to przeżywa, wówczas mocniej zżyłabym się z bohaterami i im kibicowałam.
Druga połowa tej historii to droga z rezydencji do stolicy, Labelie, okraszona przygodami. Oczywiście, wszystkie w imię zasady deus ex machina kończą się dobrze dla Edlynne i Karhu, chociaż czasami bohaterom zdarzają się małe potknięcia. Brakowało mi bardziej rozbudowanego przedstawienia świata, w którym obracają się postaci, jak również tego steampunkowego klimatu. Wspomniano tylko, że Karhu lubił składać drobne mechanizmy ze znalezionego w domu złomu i to by było na tyle. Ogromna szkoda, bo książek w tym klimacie nie mamy na polskim rynku zbyt dużo, więc byłaby to wielka zaleta tego tytułu. Na sam koniec znikąd pojawia się wątek jakiejś rewolucji gwahanol, czyli magicznych istot zamieszkujących tę krainę, przeciwko ludziom, którzy próbują ich stłamsić i wytępić. Jeśli już Angelika Grajek chciała wprowadzić konflikt na tle rasowym, to powinna zrobić to dużo wcześniej, a nie na ostatnich stu stronach. Co prawda sugeruje to powstanie kolejnego tomu, ale jak dla mnie było to za późno i nie pozwoliło się temu motywowi odpowiednio rozwinąć.
Wszystko to mogło być efektem zbyt wydumanego moim zdaniem stylu autorki. Rozbudowane, poetyckie porównania nie ułatwiały lektury. Na dodatek Angelika Grajek ma tendencję do powtarzania mnóstwo razy jednej i tej samej informacji. Po entym razie czytelnik naprawdę ma zakodowane, że Edlynne ma szare włosy, szare oczy i ubiera się w stonowane kolory. Dochodzą do tego także bardzo dokładne opisy strojów hrabianki, które absolutnie niczego nie wnoszą do fabuły książki. W przyszłości dobrze by było to ograniczyć, a skupić się bardziej na opisie świata przedstawionego, żeby czytelnik bardziej wsiąknął w klimat książki.
Moim zdaniem Stalowe skrzydła to young adult, ledwo muśnięte steampunkowym klimatem. Dla starszego czytelnika raczej nie będzie to odpowiednia lektura, bo brakuje jej choćby rozwinięcia świata przedstawionego, ale młodszym powinna się spodobać. Na plus mogę policzyć odwołania do irlandzkiej mitologii, co było interesującym posunięciem, ale to niestety za mało, żebym postawiła tej książce wysoką ocenę.
Po więcej zapraszam na:
https://www.instagram.com/wiewiorkawokularach/
https://wiewiorkawokularach.blogspot.com/
Lubię sięgać po młodych autorów, śledzić ich twórczość i dopingować. Motywowana takimi pobudkami zdecydowałam się przeczytać Stalowe skrzydła Angeliki Grajek. Skusił mnie też centaur jako jeden z głównych bohaterów i obiecany steampunkowy klimat. Jak się okazało: obietnice jedno, a rzeczywistość drugie.
Trafiamy do ponurej rezydencji Ynys Grug, gdzie wychowuje się...
2026-01-07
2026-01-02
Po genialnym Śmiałym nie mogłam doczekać się kontynuacji losów Bolesława II, czyli Szczodrego. Nie powinno więc dziwić, że gdy tylko książka wpadła w moje ręce, od razu usiadłam do lektury. I po raz kolejny nie zawiodłam się nawet w najmniejszym stopniu.
Fabuła rozpoczyna się zaraz po zakończeniu tomu pierwszego, a jej koniec to śmierć Bolesława II. Opisując ten fragment historii Polski, autorka postawiła na krótkie, rwane rozdziały, co z jednej strony nadawało opowieści szybkie tempo, a z drugiej wolałabym trochę wolniejszą akcję, lecz z większą ilością szczegółów. Czytałam ten tytuł prawie miesiąc mimo wartkiej fabuły, ale wynikało to po prostu z tego, że bardzo nie chciałam rozstawać się z bohaterami i wręcz bałam się zakończenia, chociaż wiedziałam, jakie ono będzie.
Spotkałam się z określeniem Elżbiety Cherezińskiej jako cesarzowej powieści historycznej i jest to tytuł całkowicie zasłużony. Autorka potrafi znakomicie oddać klimat minionych lat i prowadzić swoją opowieść tak, że czytelnik ma wrażenie, jakby obserwował te zdarzenia własnymi oczami. Pochyla się z niesamowitą empatią nad swoimi bohaterami. Jej historia o Bolesławie II Szczodrym, do którego przylgnęła czarna fama związana z procesem biskupa Stanisława, nie wybiela króla, ale daje pole do reinterpretacji tamtych zdarzeń. Przez niemal każde zdanie autorki przebija pełne zrozumienie dla królewskich poczynań i samej osoby Bolesława. Nie ocenia, nie krytykuje, a przedstawia wydarzenia tak, że zaczynamy zastanawiać się, czemu potomni wystawili tak negatywną opinię królowi. Jej Bolesław jest królem-wojownikiem, ale przede wszystkim dyplomatą, bo jego największe zwycięstwa, jak ponowne przyłączenie do Polski Grodów Czerwieńskich, zostały odniesione przy pomocy zręcznej polityki. To człowiek z krwi i kości, którego po lekturze tej książki z całą pewnością da się lubić.
Największą odmianą w stosunku do klasycznej historii, jaką znamy ze szkolnych ław, jest to, że Elżbieta Cherezińska przedstawia również kobiety, które miały wpływ na prowadzoną przez nią opowieść. Pokazuje nam postać Astrydy, żony Bolesława (nie historycznej, bo o tej niewiele wiadomo), i jej wyobcowanie na polskiej ziemi, brak zainteresowania ze strony męża, ale też zupełny brak chęci Astrydy do wpływu na króla i na polską politykę. Pojawia się również księżna Gertruda, Piastówna z krwi i kości, wydana za mąż za kniazia kijowskiego, Izjasława. Gertruda jest zupełnym przeciwieństwem Astrydy – walczy jak lwica o swoją pozycję kniahini, o to, by jej syn, Jaropełk, otrzymał należny mu tron. Do tego Rzepichy, których rola w tym tomie została bardzo zmarginalizowana, a które przyjmują na świat dzieci Piastów. Wszystkie te postaci są wyraziste, przekonujące i wzbudzają w czytelniku masę emocji, począwszy od sympatii, przez wzruszenie, empatię, aż po gniew i nienawiść.
Autorka tworzy zajmującą i porywającą historię, zręcznie mieszając w jednym kotle fakty, jak i stworzone przez siebie intrygi i postaci. Bez wahania i z wielkim poszanowaniem historii uzupełnia jej białe plamy, nie bojąc się sięgnąć po słowiańskie i pomorskie wierzenia. Jej opowieść jest pełna odcieni szarości jak życie każdego z jej bohaterów. Nic tu nie jest biało-czarne. A mnie najbardziej cieszy fakt, że w posłowiu Elżbieta Cherezińska obiecała tryptyk z historii trzech polskich królów: Śmiały, Herman i Krzywousty, więc czekam już niecierpliwie na opowieść o Władysławie Hermanie.
Po więcej zapraszam na:
https://www.instagram.com/wiewiorkawokularach/
https://wiewiorkawokularach.blogspot.com/
Po genialnym Śmiałym nie mogłam doczekać się kontynuacji losów Bolesława II, czyli Szczodrego. Nie powinno więc dziwić, że gdy tylko książka wpadła w moje ręce, od razu usiadłam do lektury. I po raz kolejny nie zawiodłam się nawet w najmniejszym stopniu.
Fabuła rozpoczyna się zaraz po zakończeniu tomu pierwszego, a jej koniec to śmierć Bolesława II. Opisując ten fragment...
2025-12-14
2025-12-07
Po tym, jak przeczytałam Okno skąpane w mroku Rachel Gillig doszłam do wniosku, że nie taki diabeł romantasy straszny, jak go malują. I tym sposobem zaryzykowałam drugi raz z tak teraz modnym gatunkiem, sięgając po Tkającą wiatr Julie Johnson. Cóż... Rozczarowania potrafią boleć, wiecie?
Pomysł na książkę jest niezły. Anwyvn, niegdyś maegiczna kraina, po wielkiej Rebelii została pozbawiona mocy i teraz następuje jej degrengolada. Fae i półelfy oraz wszystkie objawy maegii są bezlitośnie tępione. Na dodatek całe Anwyvn cierpi na powolny rozkład – rośliny i zwierzęta umierają, dzieci się nie rodzą, a ludzie walczą między sobą, opanowani żądzą krwi. Przywrócić równowagę może tylko połączenie Reliktów – czterech osób, władających maegią żywiołów. Brzmi intrygująco, szkoda tylko, że wykonanie tak dobrego planu zostało przeprowadzone tak tragicznie.
Pierwszą rzeczą, która nie przypadła mi do gustu, była narracja pierwszoosobowa. Nic nie poradzę, że ten typ snucia opowieści mi kompletnie nie leży, chociaż bywają książki, w których jest dla mnie akceptowalny. Jednak tym razem, przy połączeniu ze stylem autorki, który jest wręcz przeładowany metaforami, zęby mnie bolały od czytania wynurzeń głównej bohaterki, Rhyi Fleetwood. Porównania były nadęte, a sposób jej wypowiedzi górnolotny, i w ogóle to nie pasowało do prostej dziewczyny ze wsi, na jaką chciała pozować. Drugą sprawą, jeśli chodzi o styl, i tutaj przyczepię się do tłumacza, był brak konsekwencji w przekładzie. Z jednej strony mamy nazwy angielskojęzyczne, jak Seahaven, a z drugiej przełożone na polski – Gwiaździsty Las. Już pomijam fakt, że sama autorka nie mogła się zdecydować, czy stosować nazwy fantastyczne, czy angielskie, ale to akurat był dla mnie najmniejszy problem. Sama mam wykształcenie typowo językowe i trochę zajmowałam się tłumaczeniami, więc wiem, że tego typu brak konsekwencji w translacji nie jest dobrze widziany. Z drugiej strony nie ma też absolutnie wymogu, by wszystko tłumaczyć, jest tutaj zostawiona dowolność, więc nie można uznać tego za jakiś niewybaczalny i kardynalny błąd, ale mnie to przeszkadzało w lekturze.
I trzeci problem tej powieści – fabuła i tempo. Jak na pierwszych stu stronach jest ciekawie i akcja wciąga czytelnika, tak im dalej w las, tym robi się nudniej. Napięcie siada, by znowu wybuchnąć na ostatnich niecałych stu stronach. Biorąc pod uwagę, że cała książka liczy sobie 544 strony, to jakieś 350 ze środka jest nudne jak flaki z olejem, a to może zniechęcić potencjalnego odbiorcę.
Teraz przejdźmy do bohaterów. Nasza gwiazda wieczoru, Relikt Wiatru, tkająca wiatr, czyli Rhya Fleetwood. Dziewczyna z wiatrem hulającym w czaszce zamiast rozumu. Półelfka porzucona przez rodziców, wychowywana przez człowieka, który ją znalazł nad brzegiem morza. Jeśli wszystkie bohaterki romantasy są tak tępe, to ja się nie dziwię, że ten gatunek ma tak wielu przeciwników. Można jej dawać sygnały dotyczące tego, jak ma się zachowywać i co robić, można jej wprost tłumaczyć, ale nie! Rhya ma swoją wizję wszechświata i wszystko będzie tak wywracać na lewą stronę, by wyszło, że jest biedną, pokrzywdzoną wypadkową brazylijskiej telenoweli i Mary Sue. Ponieważ to romantasy i wiadomo, że do tanga trzeba dwojga, to mamy jeszcze samca alfa, czyli księcia Pendefyre'a. Gburowaty, sarkastyczny, małomówny typ, który lubi wszystko mieć pod kontrolą. Oczywiście, o twardym torsie i oszałamiająco przystojny. Że ten chłop nie zabił po pierwszych pięciu zdaniach Rhyi, to ja mu się dziwię. Właściwie prosto w twarz mówi jej, że kocha naszą tkaczkę wiatru, ale boi się tego uczucia ze względu na swoją moc i przeszłość, a co na to panna? Skoro tak, to ona się na niego obrazi, bo on nie chce zaryzykować dla niej podpalenia połowy świata! Taka będzie dojrzała emocjonalnie! Oburza się na niego, że ciągle przy niej nie siedzi, podczas gdy Penn ma też swoje obowiązki jako król Dyved. A jak już spędza z nią czas, to Rhya mu wyrzuca, że jej pilnuje i dba o jej bezpieczeństwo. Szczerze? Mam wrażenie, że jak logika zobaczyła tę dziewczynę, to uciekła na drugi koniec kosmosu i jeszcze się zakopała na dnie Rowu Mariańskiego...
Wierzę, że ta książka może się podobać, ale ja z moimi prawie czterema dychami na karku chyba jestem do niej za stara i widzę tu zbyt dużo braku logiki i niekonsekwencji. Poleciłabym ją raczej młodszym czytelnikom, takim 16+ - nie ma tu spicy scen (pojawiają się dwie, ale bez konsumpcji), do tego w tym wieku tolerancja na błędy jest jeszcze duża i wielu takich czytelników nie zwróci uwagi na to, co znajdą starsi. I oczywiście, fanom romantasy, bo z całą pewnością tacy znajdą w tym tytule zalety, których ja mogłam nie dostrzec.
Po więcej zapraszam na:
https://wiewiorkawokularach.blogspot.com/
https://www.instagram.com/wiewiorkawokularach/
Po tym, jak przeczytałam Okno skąpane w mroku Rachel Gillig doszłam do wniosku, że nie taki diabeł romantasy straszny, jak go malują. I tym sposobem zaryzykowałam drugi raz z tak teraz modnym gatunkiem, sięgając po Tkającą wiatr Julie Johnson. Cóż... Rozczarowania potrafią boleć, wiecie?
Pomysł na książkę jest niezły. Anwyvn, niegdyś maegiczna kraina, po wielkiej Rebelii...
2025-11-26
2025-11-16
Gdyby podręczniki historii wyglądały tak jak powieść Elżbiety Cherezińskiej, to gwarantuję Wam, że ten szkolny przedmioty miałby dużo więcej zwolenników. Historia o Bolesławie II Szczodrym, zapamiętanym przez potomnych jako ten, który wszedł w konflikt z biskupem Stanisławem, na kartach tej książki ożywa i wciąga czytelnika w czasy XI-wiecznej Polski.
Nie ma sensu tutaj streszczać fabuły, ponieważ większość z wydarzeń, o których pisze Elżbieta Cherezińska, znajdziecie w podręczniku do historii. To, czego tam nie znajdziecie, to wplecenie w akcję rodu Rzepich z Gopła czy kapłanów Trzygłowa z Pomorza. Na tle rozgrywek o wzmocnienie i centralizację władzy w chrześcijańskiej Polsce z ośrodkiem w Krakowie obserwujemy wciąż żywe i silnie trzymające się wierzenia pogańskie. Nawet możnowładcy, żyjący w otoczeniu księcia Bolesława, nadal kultywują stare tradycje. Ba, sami piastowscy władcy wzywają Rzepichy, nieochrzczone i otwarcie pielęgnujące dawne zwyczaje, by odbierały porody w ich rodzinie. Ten dualizm świetnie oddaje ówczesne realia i podkreśla to, jak polska państwowość i religia katolicka były słabe i powierzchowne w początkach XI wieku.
Elżbieta Cherezińska ma niesamowity dar pisania postaci historycznych jak ludzi z krwi i kości, i to w taki sposób, że nie są to tylko martwe posągi dawno minionych czasów, ale czytelnik zżywa się z nimi, kibicuje i przeżywa ich perypetie. Bolesław Śmiały to ambitny i twardo stąpający po ziemi wódz, który dąży bez wahania do zaplanowanych celów. Jego aspiracje sięgają nie tylko podporządkowania sobie niepokornego Pomorza, ale też odzyskania tytułu królewskiego dla swojej dynastii i scentralizowanie piastowskiej władzy w Krakowie. Bolesław wie, że sukcesem do osiągnięcia celu jest nie tylko karanie wrogów, ale też nagradzanie tych, którzy stanęli przy jego boku, a przy tym, po pokonaniu nieprzyjaciela, okazanie mu łaski, przez co książę zyskuje szacunek i oddanie.
Elżbieta Cherezińska w swojej powieści oddaje głos kobietom. Zapomnianym w historii zdominowanej przez mężczyzn, a jednak często równie ambitnych jak ich mężowie. To one stoją za tronami, wspierają królów i książąt w ich poczynaniach, rodzą kontynuatorów dynastii i cierpią, gdy ich plany upadają, a serca kochają innych. Na lekcjach historii nie poznamy losów żony Bolesława Śmiałego czy jego matki, Dobroniegi, ruskiej księżniczki z dynastii Rurykowiczów. To w Śmiałym możemy przeczytać, jak bardzo Dobroniega nie potrafiła odnaleźć się w polskich realiach, tak kłócących się z jej wspomnieniami z ojczyzny. Obserwujemy też losy Rzepich z jeziora Gopło, Namiry i jej córki, Żywii. Miłość tej drugiej do Bolesława, chociaż głęboka i prawdziwa, musi ulec dynastycznym celom Śmiałego. Elżbieta Cherezińska opisuje to wspaniale, dzięki czemu czytelnik nie pozostaje obojętny na losy kobiety, a i żal mu księcia, który wszystko, nawet własne serce, podporządkowuje wyższym celom politycznym.
Kiedy miłość do historii i ogromny talent literacki spotykają się w jednej osobie, musi powstać autor kompletny, a książki przez niego stworzone muszą być genialne. I właśnie to mamy w postaci Elżbiety Cherezińskiej – jej Śmiały to historia pełna krwi, łez, cierpienia, miłości i radości, splecionych w misterną układankę. Każda postać ma swój moment w tej opowieści, każdy wątek pojawia się tu nie bez przyczyny. Dlatego te czterysta stron czyta się z wypiekami na twarzy, śledząc fabułę z zapartym tchem. Naprawdę chciałabym, by w taki sposób uczono historii w naszych szkołach.
Po więcej zapraszam na:
https://www.instagram.com/wiewiorkawokularach/
https://wiewiorkawokularach.blogspot.com/
Gdyby podręczniki historii wyglądały tak jak powieść Elżbiety Cherezińskiej, to gwarantuję Wam, że ten szkolny przedmioty miałby dużo więcej zwolenników. Historia o Bolesławie II Szczodrym, zapamiętanym przez potomnych jako ten, który wszedł w konflikt z biskupem Stanisławem, na kartach tej książki ożywa i wciąga czytelnika w czasy XI-wiecznej Polski.
Nie ma sensu tutaj...
2025-10-24
Starożytny Egipt to jedna z wielu tajemniczych cywilizacji jakie żyły na Ziemi. Mimo wciąż trwających badań archeologicznych, nieustannie zaskakują nas nowe fakty i odkrycia, które mają miejsce na terenach tego dawnego państwa - nic dziwnego, że Roger Lancelyn Green postanowił w swojej książce wprowadzić czytelników w świat mitów i legend twórców piramid.
Nowo wydana przez wydawnictwo Zysk i S-ka publikacja nie jest wielkim objętościowo dziełem. To niecałe trzysta stron wypełnionych treścią od pierwszego do ostatniego akapitu. Prócz mitów o bogach, znajdziemy tu również opowieści magiczne, jak i te o przygodach faraonów lub ich podwładnych. Na początku książki mamy również krótkie wprowadzenie dotyczące specyfiki życia w Egipcie oraz mapę i słowniczek. Na jednej z ostatnich stron możemy również przeczytać niedługi rys chronologiczny dziejów Egiptu. To wszystko jest ciekawym i wartościowym uzupełnieniem do głównej treści, poszerzającym wiedzę czytelnika.
Roger Lancelyn Green ma bardzo przyjemny styl pisania. Przedstawione historie są krótkie, ale wypełnione informacjami, natomiast opisane w sposób prosty i przystępny, więc czyta się je bardzo szybko. Autor bardzo dobrze operuje tempem i napięciem, na koniec niektórych z opowieści wplata również ciekawostki zgodne z ówczesnym mu stanem wiedzy – obecnie pewnie byłoby ich więcej, ponieważ pierwotnie Mity i legendy... zostały wydane w 2011 roku. W egiptologii to szmat czasu, więc nic dziwnego, że nasza aktualna znajomość tej cywilizacji jest już zupełnie inna.
Największym minusem tego tytułu jest jego objętość. Uważam, że trzysta stron to stanowczo za mało, by nawet w podstawowym stopniu zapoznać się z egipską mitologią. Brakowało mi historii o Anubisie, Hathor, Ptahu i o bogu mądrości imieniem Toth. Ograniczenie bardzo rozbudowanego panteonu bóstw egipskich do Ra, Ozyrysa, Setha i Izydy jest bardzo dużym skrótem i niedopowiedzeniem. Egipcjanie stworzyli naprawdę rozbudowaną i zawikłaną mitologię, dlatego uważam, że można było ten temat bardziej wyeksploatować.
Natomiast ciekawym zabiegiem było dodanie czegoś, co można opisać jako mity o herosach. Znajdziemy tutaj opowieści o dobrych faraonach, wielkich czarnoksiężnikach i pięknych księżniczkach, które niemal zawsze kończą się w sposób korzystny dla ich głównych bohaterów. To, co rzuca się w oczy, to jednak ciągła obecność śmierci w tych mitach – Egipt był krajem trudnym do zamieszkania, jego dobrobyt zależał od wylewów Nilu (niech zatem nie dziwi, że rzeka miała własnego boga, Chnuma), zatem kult śmierci, bardzo rozbudowane obrzędy pogrzebowe i życie pozagrobowe nie powinny nikogo dziwić.
W trakcie lektury nasunęło mi się jedno skojarzenie z tym, jak wiele mitów egipskich przypomina te znane nam ze starożytnej Grecji i Rzymu, bądź innych starożytnych mitologii. Przykładowo jes to motyw zmartwychwstania Ozyrysa, którego części ciała rozrzucone po Egipcie zbierała Izyda. Pojawia się też wiara w to, że nadejdzie dzień, gdy Ozyrys zstąpi na ziemię i wówczas nastanie koniec świata, jaki znamy. Część z historii wykazuje też wpływy z Grecji, jak na przykład Opowieść o greckiej księżniczce, która opisuje dzieje Heleny Trojańskiej i Menelaosa widziane oczami Egipcjan. A dla odmiany Dziewczyna w różowoczerwonych sandałach skojarzyła mi się z baśnią o Kopciuszku – pięknej dziewczynie zostaje odebrany jej ulubiony sandał, który trafia w ręce faraona, a ten nakazuje odnaleźć właścicielkę buta i pojmuje ją za żonę. To jest wręcz niesamowite i fascynujące, jak przez tyle lat i tak wiele różnych epok oraz doświadczeń pewne motywy przetrwały w historii ludzkiej cywilizacji i wciąż do nas powracają w zmienionej formie pod postacią baśni.
Podsumowując Mity i legendy starożytnego Egiptu muszę powiedzieć, że jako wprowadzenie do mitologii twórców piramid jest to bardzo dobra pozycja. Jednak jeśli ktoś chciałby bardziej wgryźć się w temat i poznać więcej szczegółów, to należy sięgnąć po inne publikacje. Doceniam jednak ten tytuł za różnorodną tematykę, jaka została w nim poruszona i za to, jak lekko został napisany, więc jeśli ciekawi was starożytny Egipt, to śmiało sięgajcie po tę książkę.
Po więcej zapraszam na:
https://www.instagram.com/wiewiorkawokularach/
https://wiewiorkawokularach.blogspot.com/
Starożytny Egipt to jedna z wielu tajemniczych cywilizacji jakie żyły na Ziemi. Mimo wciąż trwających badań archeologicznych, nieustannie zaskakują nas nowe fakty i odkrycia, które mają miejsce na terenach tego dawnego państwa - nic dziwnego, że Roger Lancelyn Green postanowił w swojej książce wprowadzić czytelników w świat mitów i legend twórców piramid.
Nowo wydana przez...
2025-10-07
2025-09-14
2025-08-22
Po pierwszym tomie serii Szepty Ciemności byłam nieco sceptyczna i zastanawiałam się dłuższy czas, czy sięgać po kolejną część. Ostatecznie zabrałam się za lekturę Rozbłysków Ciemności, ciekawa, jakimi tym razem zawirowaniami i przygodami uraczy mnie i swoich bohaterów autor.
Wracamy do Warszawy lat dwudziestych. Akcja drugiego tomu rozpoczyna się rok po wydarzeniach zamykających poprzedni. Jerzy Kowalski prowadzi dalej swoją agencję detektywistyczną, teraz jednak ma wspólniczkę – pannę Barbarę Maciejewską, która to popchnęła w Szeptach Ciemności jego życie na zupełnie nowe tory. Problem w tym, że jak na wspólników, mają całkowicie rozbieżne pomysły na prowadzenie działalności, a ich kontakty sprowadzają się w większości przypadków do kłótni aż do momentu, gdy Barbara znika. A wtedy w życie Jerzego wchodzi nowa przedstawicielka płci pięknej, dziewczynka imieniem Zofia. Jej historia spowoduje, że Kowalski po raz kolejny uwikła się w polityczne rozgrywki i bardzo zagmatwaną historię rodzinną.
Tym razem do samej fabuły nie mogę się przyczepić. Co prawda jest zakręcona jak słoik babci Józi, a wątki polityczne przeplatają się z tymi fantastycznymi i kryminalnymi, co wymusza uważną lekturę, ale nie ma aż takiej przepaści w akcji, jaka była w pierwszym tomie. Całość jest spójna i logiczna, a także prowadzona w dość dobrym tempie, bez zbędnych dłużyzn i przynudzania. Cały czas coś się dzieje, jeśli nie śledzimy historii małej Zosi i wątku rosyjskich worów, to przeskakujemy do Jerzego i jego pobytu na farmie poprawczej, gdzie prowadzone są tajemnicze badania nad Innymi, czyli osobami, które mogą opuszczać swoje ciało jako awatary i poruszać się w niematerialnym świecie.
Chociaż autor rozszerza świat przedstawiony, bo tym razem trafiamy też do Lwowa i na farmę poprawczą, to jednak schemat uniwersum jest dokładnie taki sam, jak w pierwszym tomie. Wiele informacji dotyczących działania Innych, Ciemności i układów politycznych w tym alternatywnym świecie powtarza się z poprzedniej części, ale są też one uzupełniane o dodatkowe detale, które tworzą pełniejszy obraz. Dalej nie wiadomo, skąd wzięła się Ciemność, ale mam nadzieję, że w ostatnim tomie trylogii wreszcie ta tajemnica zostanie ujawniona.
Widzę jednak pewną niekonsekwencję, jeśli chodzi o kreowanie głównego bohatera. Pupin usiłuje zrobić z Kowalskiego detektywa noir, ale chyba trochę boi się, że czytelnik nie polubi tak szarej moralnie postaci. Dlatego pomimo wspominania traum wojennych i dawnych wydarzeń, w trakcie których Jerzy odznaczył się bohaterskimi czynami na polu bitwy, autor wciąż robi z niego życiową pierdołę. Jak na byłego pracownika kontrwywiadu, Kowalski powoli łączy fakty i układa z nich logiczną całość, a przy tym jest jedyną osobą w całym kraju, która jest w stanie rozwiązać sprawy kryminalne o znaczeniu niemal międzynarodowym. Szczytem była dla mnie scena, gdy nasz detektyw wpadł w sam środek rosyjskiej siatki handlarzy ludźmi, obezwładnił jednego z przeciwników, a drugi bez mrugnięcia okiem wyśpiewał wszystko, co wiedział o działalności organizacji. Ludzie, no, odrobinę wiarygodności w tym wszystkim, czy ja tak wiele wymagam?
Ta seria nie jest niczym odkrywczym w polskiej fantastyce. Jej mocną stroną jest bez wątpienia świat przedstawiony i jego działanie – pomysł na stworzenie tajemniczej Ciemności, przez którą ludzie wpadają w morderczy szał jest bardzo ciekawy. Niestety, te książki wiele tracą przez głównego bohatera, któremu bardzo daleko do Sam Spade'a, na którego próbuje go wykreować autor. Nie jest to zła lektura, nie jest też wybitna, jako rozrywka nadaje się idealnie na jeden wieczór, by przy niej odpocząć.
Po więcej zapraszam na:
https://www.instagram.com/wiewiorkawokularach/
https://wiewiorkawokularach.blogspot.com/
Po pierwszym tomie serii Szepty Ciemności byłam nieco sceptyczna i zastanawiałam się dłuższy czas, czy sięgać po kolejną część. Ostatecznie zabrałam się za lekturę Rozbłysków Ciemności, ciekawa, jakimi tym razem zawirowaniami i przygodami uraczy mnie i swoich bohaterów autor.
Wracamy do Warszawy lat dwudziestych. Akcja drugiego tomu rozpoczyna się rok po wydarzeniach...
2025-08-10
Fabryka Słów przyzwyczaiła swoich czytelników, że wydaje dużo, stosunkowo dobrej jakości fantastyki. Ufam im, nawet jeśli chodzi o książki debiutantów, co do których moje podejście jest dość zachowawcze, więc zdecydowałam się sięgnąć po lekturę Szeptów Ciemności Andrzeja Pupina i jestem całkiem pozytywnie zaskoczona, nawet biorąc pod uwagę fakt, że to debiut autora.
Autor zabiera nas do Warszawy okresu międzywojennego w alternatywnej rzeczywistości. Całą Ziemię opanowała Ciemność – dziwne, niespotykane zjawisko, którego natury nikt nie potrafi wytłumaczyć. Każdy, kto wejdzie w Ciemność w nocy traci rozum i zabija wszystkich napotkanych na swojej drodze, by na koniec popełnić samobójstwo. Jedynym ratunkiem jest przebywanie w świetle. Miasta stały się pojedynczymi enklawami życia, zaludnionymi do granic możliwości – poza ich murami przetrwanie jest niemal niemożliwe. W ciągu dnia można żyć względnie normalnie, ale zmierzch przynosi ludziom i zwierzętom lęk przed nieznanym. Obok tego mamy dokładnie to, co znamy z historii – wspomnienia o Wielkiej Wojnie i tej z bolszewikami, prohibicję lat dwudziestych, paserstwo, szmuglowanie alkoholu. Ta mieszanka znanej i alternatywna wersji świata wciąga od pierwszej chwili, chociaż za największy minus uważam to, że autor nie rozwiewa przed nami wielu wątpliwości, w tym jednej, bodaj największej: skąd właściwie wzięła się Ciemność?
Nasz główny bohater, kapitan Jerzy Kowalski, to były żołnierz Armii Polskiej, pracownik kontrwywiadu wojskowego, a obecnie prywatny detektyw. I tu mam dwa zarzuty – bardziej oryginalnego imienia i nazwiska już naprawdę nie dało się wymyślić? To się aż prosi o to, żeby mówić o tej postaci statystyczny Kowalski. Drugi zarzut to stworzenie tak generycznego bohatera, że aż zęby bolą. Prywatny detektyw i lata dwudzieste, więc, oczywiście, alkoholik, mierzący się z traumatyczną przeszłością, jaką jest udział w dwóch wojnach, samotnik. Pierwsze moje skojarzenie po przeczytaniu pierwszego rozdziału brzmiało – Sokół maltański Dashiella Hammetta i stworzony przez niego Sam Spade. Jednak w porównaniu do tego detektywa noir nasz Jerzy Kowalski nie jest aż tak twardym i cynicznym gościem. Po jego zachowaniu widać, że męczą go nieustannie wyrzuty sumienia wywołane trauma wojenną, próbuje grać fair nawet wtedy, gdy przeciwnicy nie zawahają się użyć brudnych sztuczek i, jak na swoją wojskową i szpiegowską przeszłość, bywa zaskakująco naiwny i ma zadziwiająco miękkie serce. Gdyby nie to, byłby z niego świetny detektyw noir, a tak jest tylko bardzo blisko tej estetyki.
Autor nie ustrzegł się też przed klasycznym błędem debiutantów, czyli nadmierną ekspozycją świata. Pierwsze sto stron książki to jedno wielkie przedstawienie bohaterów i ich historii oraz relacji, a także świata przedstawionego. Lubię wiedzieć, kto z kim i jak działa otoczenie, ale z drugiej strony, nie bardzo przepadam za czytaniem o tym przez większość czasu i to w długich akapitach prowadzonych przez narratora. Dużo lepszym wyjściem, według mnie, byłoby wplecenie przynajmniej części z tych informacji w rozmowy bohaterów, co znacznie ułatwiłoby ich przyswojenie przez czytelnika i uatrakcyjniło fabułę.
Pierwsza połowa książki była świetna – wojna wywiadów, siatka szpiegowska i w to wplątany wbrew swojej woli Jerzy. Czytałam o tym z ogromną ciekawością, fabułę śledziłam bardzo dokładnie i z wypiekami na twarzy. Jednak gdy rozpoczęłam lekturę drugiej połowy książki, to odniosłam wrażenie, że mam w rękach zupełnie inny tytuł. Wątek porwanej dziewczyny, którą ma odnaleźć Jerzy, przeradza się w coś groteskowego i absurdalnego. Pedofilia, dosadne opisy psychicznych i fizycznych tortur, kazirodztwo, dziwne religijne rytuały – jest tego za dużo, robi się niesmaczne i odbiera przyjemność z czytania książki. Nachodziły mnie myśli, że autor epatuje przemocą dla samej przemocy, by wstrząsnąć czytelnikiem, ale niekoniecznie dla logicznego rozwoju fabuły.
Trochę wygląda to tak, jakbym na początku napisała, że książka jest nawet dobra, a potem miała wobec niej same zarzuty i wytykała błędy. Całość ratuje pierwsza połowa i fabuła budowana w oparciu o wojnę wywiadów, a także alternatywny świat przedstawiony. Bardzo podobał mi się pomysł wprowadzenia wątku nadnaturalnego, jakim była Ciemność, i jestem zaintrygowana, jak autor rozwinie dalej tę historię w kolejnych tomach cyklu. Jak na debiut, to nie jest zła pozycja, i uważam, że powinna spodobać się fanom powieści postapokaliptycznych i alternatywnych historii świata. Mam nadzieję, że auto popracuje przy kolejnym tomie nad spójnością fabuły i wątków, dzięki czemu jego kolejne książki będą znacznie lepsze w odbiorze.
Po więcej zapraszam na:
https://www.instagram.com/wiewiorkawokularach/
https://wiewiorkawokularach.blogspot.com/
Fabryka Słów przyzwyczaiła swoich czytelników, że wydaje dużo, stosunkowo dobrej jakości fantastyki. Ufam im, nawet jeśli chodzi o książki debiutantów, co do których moje podejście jest dość zachowawcze, więc zdecydowałam się sięgnąć po lekturę Szeptów Ciemności Andrzeja Pupina i jestem całkiem pozytywnie zaskoczona, nawet biorąc pod uwagę fakt, że to debiut autora.
Autor...
Do horrorów nie ciągnie mnie za często, ale zdarzają się takie tytuły, które przyciągają mnie do siebie swoim opisem. Jednym z nich jest właśnie Żywok Magdaleny Soboty, którego mogłam przeczytać dzięki uprzejmości wydawnictwa HM.
W powieści trafiamy do Paportynek, zapomnianej przez Boga i ludzi wsi położonej w górach. Wieś, jak to wieś – wszyscy się w niej znają, ale atmosfera bynajmniej nie jest zbyt przyjazna. Inka, która przyjeżdża tam w środku zimy do babci, uciekając przed koszmarem rodzinnego domu, szybko wyczuwa, że coś złego dzieje się dookoła niej, a odpowiedź może znać tamtejszy leśniczy, Wojtek.
Magdalena Sobota mistrzowsko zbudowała atmosferę Żywoka. Klimat małej wsi, gdzie każdy zna każdego, wszyscy ukrywają jakieś tajemnice, a na dodatek tuż za ostatnimi domami, w otaczających lasach dzieje się coś niepokojącego. Zwidy Wojtka i znikające niepostrzeżenie trupy znajdowane przez mężczyznę w lesie sprawiają, że włos się jeży na głowie, a skóra cierpnie. W całej historii czuć las, czuć mrok i góry, których piękno jednocześnie potrafi napawać strachem, a ich mroczne stoki kryją w sobie wiele sekretów.
Faktem jest, że powieść długo się rozkręca i trochę musimy poczekać, aż wszystko wskoczy na swoje miejsce. Nie dostajemy żadnych tropów, podpowiedzi, dopiero druga połowa książki zaczyna wyjaśniać wszystkie wątki i pozwala zrozumieć, co działo się w pierwszej części. Natomiast to wolne tempo wynagradzają postaci. Wszystkie żywe, nakreślone bardzo mocno, z indywidualnymi charakterami. Nie sposób ich pomylić. Mogą się zachowywać irracjonalnie, ale ma to swoje wytłumaczenie w ich przeszłości i ich motywacjach. Dzięki temu, jako czytelnicy, mocno im kibicujemy i śledzimy uważnie ich perypetie na kartach powieści.
Natomiast końcówka książki jest aż gęsta od niepokoju i mroku. To nie jest moment na czytanie jej przed snem, bo każdy szelest, każde stuknięcie, wywołują w czytelniku nerwową reakcję i powodują, że rozgląda się wokół siebie. Im bliżej końca, tym bardziej atmosfera się zagęszcza, a to, co \się dzieje w powieści wywołuje ciarki na plecach. Góry i rosnące na ich stokach drzewa przestają być tylko niemym tłem tej opowieści, ale stają się jej czynnym bohaterem, ożywają i przerażają z każdą stroną coraz bardziej. Magdalena Sobota znakomicie buduje napięcie, nie opierając się tylko na krwawych trupach i na potworze, który czai się w górskich lasach. Autorka sięga do ludzkiej natury, do tego, co drzemie w duszach bohaterów, do ich strachu i znajomości historii o mieszkańcach Paportynek. I co więcej, autorka pokazuje, że przeszłość i decyzje wówczas podjęte, zawsze mają swoje konsekwencje w teraźniejszości, rzutując nie tylko na tych, którzy je podejmowali, ale też na ich potomków i otoczenie. Natomiast zakończenie powieści... Cóż, jest dość gorzkie i pozostawia łzy w oczach, ale świetnie spina się z resztą książki. Widać, że autorka bardzo dobrze to wszystko przemyślała i znakomicie wiedziała, co robi.
Tak, jak wspomniałam – horrory to nie jest mój ulubiony podgatunek literacki i nie sięgam po nie za często. Co więcej przy ich lekturze rzadko zdarza mi się bać, ale tym razem Magdalena Sobota sprawiła, że skóra wielokrotnie mi cierpła na karku i nerwowo rozglądałam się po mieszkaniu, gdy czytałam Żywoka. Pomysł na historię i jej wykonanie to naprawdę kawał rzetelnej pracy literackiej, której szczerze gratuluję autorce i zachęcam was do sięgnięcia po ten tytuł, jeśli macie ochotę na takie mroczne klimaty.
Po więcej zapraszam na:
https://wiewiorkawokularach.blogspot.com/
https://www.instagram.com/wiewiorkawokularach/
Do horrorów nie ciągnie mnie za często, ale zdarzają się takie tytuły, które przyciągają mnie do siebie swoim opisem. Jednym z nich jest właśnie Żywok Magdaleny Soboty, którego mogłam przeczytać dzięki uprzejmości wydawnictwa HM.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toW powieści trafiamy do Paportynek, zapomnianej przez Boga i ludzi wsi położonej w górach. Wieś, jak to wieś – wszyscy się w niej znają, ale...