-
Artykuły
Wiosna z książką – kwietniowe premiery, które warto poznać
LubimyCzytać1 -
Artykuły
Dlaczego poziom czytelnictwa w Polsce nie rośnie? Raport Biblioteki Narodowej
Iza Sadowska15 -
Artykuły
Wakacje pełne magii - weź udział w akcji recenzenckiej i przenieś się do magicznego świata
LubimyCzytać2 -
Artykuły
Czytamy w święta. 3 kwietnia 2026
LubimyCzytać378
Biblioteczka
2026-03-31
2026-03-27
Tym razem było odwrotnie niż lubię: najpierw film, potem książka. Przy mojej autentycznej miłości do kinematografii koreańskiej nie mogłem się oprzeć, wiedząc przecież, że książkę mam na liście. Wiem więc przez to, czego mogę się po książce spodziewać, no i nie będzie żadnych niespodziewanych twistów fabularnych…
Historia stara jak świat (korporacji): jesteś branżową wyjadaczka i zęby zjadłaś na swym fachu, a tu już młode rekinki czekają na miejsce po tobie i cię podgryzają... A co, jeśli branża to morderstwa na zlecenie? A jeśli wykonuje się zawód na tyle długo, że chcieć cię dopaść próbuje przeszłość?
Eliminatorka-kobieta to może i teoretycznie zaleta dla firmy (mniej budzi podejrzeń, a wśród ofiar - na chwilę przed śmiercią - może i mniej respektu), ale teraz - właśnie coraz bardziej się starzejąca? To już chyba dla firmy problem podwójny?
Aspekt obrazu starości w azjatyckich społeczeństwach - nawet jeśli wykonuje się niecodzienną pracę killera - to ciekawe poznawczo rejony tej pozornie lekkiej i nawet ciut humorystycznie podanej opowieści. No właśnie, gdyby tylko nie ta starość…
Ciekawy język i terminologia, zabawne pseudonimy bohaterów, a sądzę że i niezłe tłumaczenie. Koleżanka ucząca się koreańskiego wiedziałaby to pewniej.
Świetnie mi się ta książka wkomponowała (Wyzwanie Czytelnicze: książka będąca pierwowzorem filmu) jako małe przepłukanie czytelniczych kubków smakowych między jednym ciężkim dziełem, a kolejnym mniej jeszcze wesołym…
I podsumowanie: książka podobała mi się bardziej niż film, który obejrzałem jeszcze przed jej lekturą (a film wszak niezły, oceniłem 7/10); Koreańczycy robią świetne kino akcji, choć jest w książce jakaś trudno przekładalna warstwa społeczno-obyczajowa.
Mam pretensje o okładkę: ta utrzymana w komiksowo-mangowej manierze sugeruje komedię kryminalną czy inny żart literacki, a tymczasem dostajemy poważne dzieło o wymowie społecznej, o którym można by co-nieco podyskutować… I właśnie uświadamiam sobie, że mam jeszcze jedną książkę autorki na liście “do przeczytania”, choć wciąż jeszcze czekam na dobrą cenę.
Tym razem było odwrotnie niż lubię: najpierw film, potem książka. Przy mojej autentycznej miłości do kinematografii koreańskiej nie mogłem się oprzeć, wiedząc przecież, że książkę mam na liście. Wiem więc przez to, czego mogę się po książce spodziewać, no i nie będzie żadnych niespodziewanych twistów fabularnych…
Historia stara jak świat (korporacji): jesteś branżową...
2026-03-13
Korzystając z marcowego wyzwania i nim obejrzę film (a chcę obejrzeć wkrótce)...
Opowieść o tym, jak przed stu-stupięćdziesięciu laty budowano potęgę Stanów Zjednoczonych. Opowieść nie z kategorii epickich potworów, a spojrzenie na pojedynczą (jedną i drugą) mrówkę - anonimowego bohatera owej wielkiej dziejowej opowieści. Czy to jakoś szczególnie ciekawa i ważna mrówka? Nie. Ale czy to znaczy, że nic nie przeżyła, albo że jej dwa-trzy życiowe ważne zdarzenia mniej ją dotykają? Jakoś na tym się skupiam w tej opowieści i temu poświęcam uwagę.
Czytając kolejne rozdziały, ma się przed oczyma obrazy. Jak z tych znanych czarno-białych fotografii przedstawiających robotników na rusztowaniach budowanych drapaczy chmur w Nowym Jorku. Tyle, że tu mamy las, rzeki, dzicz, więc może raczej obrazy traperów w czapach z szopimi ogonami? Ale to wciąż obrazy zaklęte w słowa.
Ciężka, znojna praca na wyrębach, przy budowie kolei i wozaczeniu, nieuchronnie prowadząca - głównego bohatera i niemal wszystkich ludzi, których losy nam opisuje - do postępującego lub nagłego kalectwa, nieraz śmierci. Dużo tu tego cierpienia, sporo ułomności i niedołęstwa, a wszystko to zdaje się naturalne, jakby wręcz konieczne. Taki świat jest, inaczej być nie może.
Wszystkiemu zaś przygląda się monumentalna i pozbawiona uczuć przyroda, niewrażliwa na losy tak jednostek jak i narodów. Choć mrówcza praca stopniowo i konsekwentnie nadgryza jej piękno i u kresu życia głównego bohatera to już inny kraj, niż w czasach jego młodzieńczości.
To przede wszystkim jednak rzecz o stracie, o traumie, o dojrzewaniu do zgody na odejście bliskich. Nastrój nieco jak z dziwnej baśni, realistyczny i oniryczny zarazem. Dużo powieściowych wydarzeń dzieje się - jak w tytule - w snach. Złych, ciężkich, symbolicznych snach.
Trochę mnie książka smuci, a trochę przeraża. Wierzę, że jest w niej materiał na pełnometrażowe kino - z zaciekawieniem obejrzę…
Korzystając z marcowego wyzwania i nim obejrzę film (a chcę obejrzeć wkrótce)...
Opowieść o tym, jak przed stu-stupięćdziesięciu laty budowano potęgę Stanów Zjednoczonych. Opowieść nie z kategorii epickich potworów, a spojrzenie na pojedynczą (jedną i drugą) mrówkę - anonimowego bohatera owej wielkiej dziejowej opowieści. Czy to jakoś szczególnie ciekawa i ważna mrówka?...
2026-03-12
Nim na porządnie zagłębię się w powieść, czytam nieco o Kraju Basków i historii/działalności ETA, by lepiej i szerzej poznać kontekst powieściowego mikro-świata. To wszak historie dość odległe, te waśnie na Półwyspie Iberyjskim; odległe geograficznie, bo przecież nie na osi czasu: wiele z tamtych wydarzeń działo się w naszych telewizorach wcale w nie tak znów historycznych czasach…
Niby wszystko od początku jest nam wiadome, bo osoby powieści są wprowadzone już w spisie “dramatis personae” na wstępie książki, jak postaci dramatu (łącznie z różnymi duchami Yoricków), ale później powoli ta układanka ludzkich losów i - przeszłych oraz teraźniejszych - wydarzeń składa nam się na naszych oczach w pełen i spójny obraz. Obraz wydarzeń, ale postaw czy ich ewolucji. Obraz dojrzewającego i pękającego ropnia, który skaża cały powieściowy mikrokosmos chyba już na zawsze.
Kaci i ofiary; rodziny zamachowców i rodziny ofiar tych zamachów. Kulejące wybaczenie win. Odwracające się role katów i ofiar. Gdyby potraktować przedstawioną tu sytuację współczesną bardziej ogólnie, to trzeba by ustami jednej z bohaterek narrację jednej ze stron (tej baskijskiej) przedstawić tak: “jesteśmy ofiarami państwa hiszpańskiego, a teraz staliśmy się ofiarami ofiar”. Tą opresją, jaką wywierają na rodzinach “bojowników” rodziny ofiar, jest sama ich obecność, samo pojawianie się w publicznych miejscach, obnoszenie się z żałobą, chęć powrotu do normalnego życia “po ETA”. Jak śmią? Ale to dopiero czasy współczesne, bo narracja w kilku skokach cofa się do przeszłości dziejącej się również na kilku planach, te zaś mieszają się ze sobą, dając misternie tkaną nieliniową opowieść.
Wszystko więc, z blednącą żałobą na czele, nakłada się na obecną codzienność wielu osób z dwóch opisywanych rodzin: pracę, choroby, wyjazdy, spotkania. Czy po traumatycznych wydarzeniach możliwy jest powrót do jakiejkolwiek stabilności, czy możliwe wciąż “normalne” życie? Czy przeszłość już z nami skończyła, czy wciąż jeszcze będzie się o nas upominała w kolejnych latach, a może i pokoleniach?
Zadziwiająco prawdziwie ukazano tu pewien proces, to mianowicie, jak pewne sytuacje i wydarzenia modelują optykę, z jakiej patrzymy na świat. Co może powodować oddalanie się bliskich sobie osób, aż do stanięcia po dwóch stronach barykady rozdzielającej wrogie sobie plemiona. I jak właśnie niektóre wydarzenia (a czasem wręcz pokrewieństwo z konkretnymi osobami) kieruje naszymi wyborami i ruchami - z naszą osobistą wolnością równą figurom szachowym. Łatwiej jest bronić narracji i działań, które ostatecznie skazały syna na dożywocie, czy wyprzeć się własnego dziecka? A może właśnie niekoniecznie trzeba bronić braterskich wyborów, zwłaszcza jeśli ideologicznie (czy moralnie) się z nimi nie zgadzamy? I tak postawione pytania tu odnajdziemy… I osobową postawę równą każdej możliwej odpowiedzi na nie.
No i jest to o czymś jeszcze. Po wzniesieniu się nad skalę jednostkową (dwóch rodzin skażonych i skrzywdzonych nacjonalistycznym i separatystycznym terroryzmem) dostajemy bardziej uniwersalną opowieść o złu. O genezie pewnego jego rodzaju, który karmi się ksenofobią, nacjonalizmem, rasizmem, a wyrastają z niego wspaniałe kwiaty zła. O tym, że za ideologicznym i zbrodniczym uwikłaniem młodych fanatyków stoją cyniczni “siewcy nienawiści i śmierci” - ich ideologowie i przywódcy, którzy chcieliby z wojny zrobić swój sposób na życie i źródło dochodów, dające wprawdzie niebezpieczne, ale i dość dostatnie życie, a którym ostatecznie też różne wyzwalane demony wymykają się spod kontroli i nie do końca panują nad rozpędzonymi mechanizmami samokarmiącej się przemocy. Ileż razy już to widzieliśmy i jak nic nas przeszłość nie nauczyła?
Ale o czymś jeszcze jest ta książka. Od samego początku plecie się w niej opowieść o narodzinach przebaczenia i możliwości pojednania. Wręcz o rodzącej się potrzebie przebaczenia oprawcom. W miarę postępu narracji (a więc mijania coraz dłuższego czasu od dramatycznych wydarzeń z przeszłości) wątek ten przybiera na sile i staje się warstwą wręcz dominującą. Tak jak obserwujemy różne postawy powieściowych postaci wobec tego procesu, tak i w niektórych czytelnikach może on wzbudzać niechęć i niezgodę. Ktoś przecież może powiedzieć: tylko walka i barykada, tylko podział i nienawiść, tylko plemienność, którą z takim trudem wypracowano.
O pewnym paradoksie: otóż książka duża objętościowo (czytałem na czytniku i wyświetliło 697 stron, ale trzymałem kiedyś i wielkie tomiszcze w dłoni), do tego narracja co chwilę przeskakująca pomiędzy kilkorgiem bohaterów dramatu i jeszcze poruszająca się w kilku planach czasowych, a czyta się ją całkiem sprawnie. Duża tu zasługa konstrukcyjna, gdzie kanwa zarysowana jest od samego początku dość wyraźnie, a tylko dostajemy coraz bardziej precyzyjny obraz układanki wraz z kolejnymi rozdziałami. No i sama objętość kolejnych rozdziałów; te kolejne 4-5 stron aż krzyczą “mnie jeszcze nie przeczytasz? i mnie? i mnie?”.
To solidna książka, stopniowo i metodycznie odsłaniająca pewien obraz rzeczywistości i ukazująca pewne procesy w skalach markro i mikro. Jednocześnie nie wymaga szalonych kompetencji, a więc przyswajalna i dla tych, którzy unikają przesadnie “trudnych” formalnie książek. Trzeba mieć jedynie pewien próg odporności na ból, zło, niesprawiedliwość…
Pierwszą przeczytaną przeze mnie książką Aramburu była “Kiedy ptaki powrócą”, która to podobała mi się umiarkowanie. Jakże się cieszę, że dałem mu kolejną szansę i cofnąłem się do debiutu, bowiem “Patria”, to zupełnie inny poziom literatury i ci, którzy poznają tego pisarza chronologicznie, mogliby się poczuć nieco zawiedzeni. A może i nie? Ja się na pewno cieszę z tej kolejności w moim wypadku, a “Patrię” zdecydowanie polecam! No i z pewnością sięgnę po wersję mini-serialową. Tylko jeszcze nie wiem, czy czytać nową powieść Autora (za jakiś czas oczywiście), czy pozostać z tak dobrym wrażeniem po tej debiutanckiej?
Nim na porządnie zagłębię się w powieść, czytam nieco o Kraju Basków i historii/działalności ETA, by lepiej i szerzej poznać kontekst powieściowego mikro-świata. To wszak historie dość odległe, te waśnie na Półwyspie Iberyjskim; odległe geograficznie, bo przecież nie na osi czasu: wiele z tamtych wydarzeń działo się w naszych telewizorach wcale w nie tak znów historycznych...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2026-03-08
Sięgam po książkę w marcu, choć miałem ją jeszcze w planie lutowym w związku z czytelniczym wyzwaniem. Luty minął, ale sięgam po nią jeszcze nim przejdę już do wyzwań marcowych, gdyż dalsze opóźnianie jej lektury tylko jeszcze bardziej zdezaktualizuje ten “stan wiedzy na dzień…”, jakiemu nieodzownie lektury o sztucznej inteligencji (AI) podlegają.
A sięgam po rzecz dotyczącą pozornie mi nieznaną i pozornie mnie nie dotyczącą. Zdaję sobie sprawę, że to teza nieco prowokacyjna, bo nieposiadanie w telefonie aplikacji z żadną z darmowych wersji “modelu językowego” nie czyni ze mnie jeszcze osoby “wolnej od AI”. Dziś elementy tego narzędzia informatycznego (?) pojawiają się już poza możliwością wyboru; właściwie przyjmuje się domyślnie, że będę chciał choć zerknąć w pierwszym oknie na podpowiedź AI, ilekroć wpiszę jakieś zapytanie do najpopularniejszej wyszukiwarki internetowej,,. czy choć rzucić okiem na podpowiedź dotyczącą analizy pewnego obrazu, którą to podpowiedź (właściwie, to narzędzie ją generujące) “projektor” tych obrazów ma już zaimplementowane bez pytania mnie o chęć tej sugestii.
I trzeba przyznać - Dragan podaje przykłady rozliczne - że sukinkoty (ej-ajowe) coraz są skuteczniejsze w zaspokajaniu naszej ciekawości i coraz mniej ma się wrażenie, że bełkoczą, epatując “mądrym wzrokiem”... Zresztą - jako laik - to prawdziwych wstrząsów doznawałem nie podczas lektury tej tu książki, a raczej kilka lat wcześniej, gdy Harrari relacjonował mi o kilka lat wcześniejsze pojedynki człowieka z “maszynami szachowymi” czy człowieka z “maszyną Go” oraz skutecznie przekonywał, że nakarmiony odpowiednią wiedzą “lekarz” w moim telefonie może być bardziej skuteczny i w sekundzie na bieżąco z najnowszymi wytycznymi, niż dziesiątki i setki lekarzy z krwi i kości, do których wiedza o nowościach propaguje się z pewnym opóźnieniem (a niech rzuci stetoskopem, kto śledzi całość medycyny pod kątem nowości). Akurat o możliwości zastąpienia lekarzy przez systemy AI bardzo ciekawie opowiada numer “Tygodnika Powszechnego” z ostatniego tygodnia lutego (2026).
Wracając do Dragana, to potrafi on jak nikt wplatać wiedzę i oryginalne podejście do materii fizyki do każdej wypowiedzi. Tu jest nie inaczej, więc mamy wielokrotnie okazję - jako nie-fizycy - zatrzymać się w trakcie lektury tekstu i zastanowić choć przez chwilę nad ogólnofizycznymi zagadnieniami. To wszak książka dla nas - dla laików, nawet jeśli pisana na poziomie szanującym naszą inteligencję (czymkolwiek jest) ogólną i cokolwiek od nas wymagająca.
Zgadzam się z wszystkimi tymi czytelnikami, którzy zarzucają książce “brak równości” i pierwszej - dość ogólnej - części, przeciwstawiają tę drugą, znacznie już głębiej wchodzącej w mroczne materie uczenia maszynowego, teorii sieci, algorytmów czy szczegóły decyzyjności logicznych przez nie stosowanych. Prawda to, ale nie robiłbym z tego akurat zarzutu. To właśnie rozwinięcie tego, o czym już pisałem. Przyzwyczajeni jesteśmy do pobłażliwego i upupionego traktowania nas - nieprofesjonalnych odbiorców - przez wielkie autorytety w ich popularnonaukowych odsłonach, a tu tymczasem dostajemy wykład, od którego w różnych momentach mamy prawo nieco się odbić. I nic to, wszak nie (wszyscy) jesteśmy profesjonalnymi fizykami czy programistami. Ja przyznaję się do najsłabszego wgryzienia właśnie w temat algorytmów decyzyjnych i sieci logicznych w ogóle. Samego mnie zaś zaskoczyło jasne przyswojenie teorii obrazującej działanie “dużych modeli językowych” z całą tą opowieścią o wielowymiarowej macierzy pozycjonującej swe znaczeniowe “tokeny” w 12.000-wymiarowej przestrzeni (abstrahując od trudności zrozumienia - przez nas, “płaszczaki” - owych 12.000 prostopadłych do siebie wektorów-osi; no, może jeszcze osi wzbogaconych nieco o te z przedziału 89-91°-”okołoprostopadłości”) i jak wynika z tego, że owe modele NIE są “stochastycznymi papugami”. Dziwne, bo akurat macierze, to to, na czym skończyło się moje rozumienie matematyki na poziomie licealnej klasy mat-fiz. (dobrze, że od dalszego w nią zagłębiania się uratowała mnie klasa maturalna i inny wybór nań przedmiotów…). Tu zaś - wykład Andrzeja Dragana jawi mi się jasny i klarowny, jak mało w którym momencie książki, choć wiem, że rozumienie związane jest i z okolicznościami “pozatekstowymi”, bowiem tej trudnej części słuchałem biegając w nowych dla mnie “geograficznie” okolicznościach przyrody, chłonąc nowe piękno nadrzecznego bulwaru (i śledząc mapę w zegarku), a tej łatwiejszej w przyswajaniu - już tylko śledząc natężenie sygnałów somatycznych dolegliwości płynących z własnego ciała (któremu to owe urazy dość bezmyślnie zadałem).
Kilka rzeczy - mam nadzieję - jednak pojąłem. Rozumienie budowy sieci i stworzenie algorytmów uczenia maszynowego nie daje ich twórcom wiedzy o procesie, w jaki to sposób owi stworzeni przedstawiciele sztucznych inteligencji pozyskali wiedzę, którą mają i się nią z nami dzielą. A jeszcze ciekawsze zdaje się to, że najlepsze efekty programy owe (Alpha-Zero, Alpha-Geometry, Alpha-Go, Alpha-Fold czy różne Chaty-GPT) uzyskują wówczas, gdy pozwala im się uczyć samodzielnie, dając jedynie ogólny zarys informacji, jak dana “gra” działa. Ludzka “niskointerwencyjność”, która w procesie produkcyjnym niektórych win może przynieść zaskakująco dobre efekty, w procesach “sztucznointeligencyjnych” przynosi od pewnego już momentu - tylko dobre efekty zawsze!
Mało tego. Gdy Dragan przestaje być już tylko brzytwą Ockhama, odcinającą od nas nawis bełkotu maskującego niewiedzę i stara się nam tę niewiedzę przybliżyć, to właśnie opowieść o tym, w jaki sposób i dlaczego nie wiemy, jak działa sieć neuronowa i jak uczy się uczenie maszynowe jest prawdziwie interesująca. Choć nie powiem, że łatwo przyswajalna. Po przesłuchaniu w wersji audio stwierdzam, że nawet lektor klasy Macieja Kowalika nie da rady pomóc w łatwym przyswojeniu treści i niektóre rozdziały muszę “zobaczyć” w wersji analogowej i przeczytać raz jeszcze (a niektóre zdania i po dwakroć!)... Stwierdzam: to jedna z takich książek, które słabo konwertują się na audioopowieści.
Kolejną ciekawą rzeczą, jaką się z książki dowiaduję, jest fakt przemycony tu jakoś mimochodem, że prawdopodobnie najlepsi dziś naukowcy w dziedzinie sztucznej inteligencji świadomie rezygnują ze sławy, jaką dają topowe publikacje (ot, takie w “Nature” czy innym “Science”), z wysokich rankingów w Indeksach Cytowań, z dostępów do lukratywnych grantów po to jedynie, by pracować w ciszy, tajemnicy i naukowej (publicznej) nieujawnialności osiągnięć dla topowych światowych gigantów technologicznych, którzy to dość zazdrośnie strzegą swych zdobyczy i niechętnie dzielą się nimi w kontekście “źródeł” i “mechanizmów”, a raczej udostępniają je nam jako “funkjonalności” (często i chętnie również jako “darmowe”).
Poczekajmy na AGI (Supermocną AI), aby w pełni zrozumieć potęgę tego zjawiska i mieć pełne już niezrozumienie jego działania…
Sięgam po książkę w marcu, choć miałem ją jeszcze w planie lutowym w związku z czytelniczym wyzwaniem. Luty minął, ale sięgam po nią jeszcze nim przejdę już do wyzwań marcowych, gdyż dalsze opóźnianie jej lektury tylko jeszcze bardziej zdezaktualizuje ten “stan wiedzy na dzień…”, jakiemu nieodzownie lektury o sztucznej inteligencji (AI) podlegają.
A sięgam po rzecz...
2026-03-03
Wrzuceni w powieściowy świat, już od początku dość nerwowo zastanawiamy się, czemu dokładnie się tu przyglądamy? Jakaś “wojna światów” się zapowiada? jakieś społeczne manipulacje? jakiś rodzaj pszczelego roju z robotnicami i trutniami?
To tylko początek. Później bowiem - stopniowo - klaruje nam Marek Zychla świat, który dla nas stworzył; dowiadujemy się - stopniowo - o nim tyle akurat, ile nam trzeba i tyle, na ile nam kreator pozwala. Kilku zwrotów akcji domyślamy się (albo może jakoś lekko je przeczuwamy) na chwilę przed ich zaistnieniem i dobre to rozstawienie przez Autora tropów czy sugestii. Są też jednak pewne postacie, których działanie nas zaskoczy i wydarzenia, których nie sposób przewidzieć. Na pewno kończąc ostatnią stronę, będziemy nieco bogatsi w zrozumienie tej niezwykłej kreacji. I też - na moment przed finałem - zorientujemy się, że oto mamy do czynienia z otwarciem jakiegoś większego cyklu literackiego (co komuś może się spodobać, komuś zaś nie).
Czym jest ta piwnica, w której wiesz, że się obudzisz w wieku lat szesnastu, tuż po zakończeniu bezsensownej szkoły (uczącej cię o świecie, którego nie ma - z nazwami łacińskimi roślin, których nie zobaczysz)? Czym są opisywane miasta z siecią tuneli ciągnących się rozlegle poza nimi? I czymże jest owo tytułowe Inspektorium?
Trzeba przyznać, że udał się Autorowi pomysł na to, że i sami bohaterowie opowieści nie do końca zdają sobie sprawę z tego, w co zostają wrzuceni i próbują - a my wraz z nimi - rozeznać swą sytuację. To zawsze dobry pomysł na ujawnianie kolejnych warstw Tajemnicy: rozwikływać ją z postaciami dramatu..
Narracja wielokątowa i polifoniczna. Jest bowiem i wiele wiedzący narrator, są i głosy (punkty widzenia) poszczególnych bohaterów opowieści, są i listy. O tak, są i listy…
Zychla zawsze daje coś więcej. Tym razem - pisząc pod płaszczykiem horroru - daje też historię o dorastaniu i dojrzewaniu. O niewdzięcznym i bolesnym trudzie wychowawczym; rola niewdzięczna jak sierżanta w “Plutonie”.
Ale też - gdy już jasna stanie się powieściowa sytuacja (a rozjaśnienie to następuje jakoś tak mimochodem i niesiłowo - bez jakichkolwiek sztuczności czy nachalności), to możemy zorientować się, że dostajemy opowieść z odwróconej do standardowych perspektywy; trochę jak mapa zawieszona do góry nogami. Jakby horror pisany z perspektywy zwyczajowego potwora, któremu tu - o dziwo! - kibicujemy w jego walce z nami samymi… Właśnie: zna ktoś ewangelię kury, czy rewolucje robaków, zmiatające wielkie cywilizacje (no, to może nie za dobry przykład)?
I tylko to, że nie jest to historia zamknięta, a początek jakiegoś cyklu… Wolałbym jednak domkniętą powieść, albo chociaż cykl w całości już dostępny na rynku, nie zaś taki, na którego kolejne odsłony trzeba będzie poczekać.
Drugie moje spotkanie z Zychlą gruntuje tylko Jego pozycję jako naprawdę wartościowego autora powieści grozy. Będę czytał!
Aha, jeszcze jedno: coś ostatnio nadspodziewanie dużo poznawanych przeze mnie właśnie powieści grozy, horrorów czy innych (post)apo dzieje się w moim Poznaniu i okolicach… Mam się jakoś szczególnie martwić?
Wrzuceni w powieściowy świat, już od początku dość nerwowo zastanawiamy się, czemu dokładnie się tu przyglądamy? Jakaś “wojna światów” się zapowiada? jakieś społeczne manipulacje? jakiś rodzaj pszczelego roju z robotnicami i trutniami?
To tylko początek. Później bowiem - stopniowo - klaruje nam Marek Zychla świat, który dla nas stworzył; dowiadujemy się - stopniowo - o...
2026-02-27
A gdyby tak wyłączyć znany nam świat? Może nie od razu całkowicie wyłączyć Matrixa, ale jakiś mały blackout? Choćby tylko wyłączenie prądu? Umiemy dziś żyć w świecie bez prądu? Ci, którzy by umieli, dziś uchodzą w oczach “normalnych” za jakichś płaskoziemskich dziwaków, owładniętych spiskowymi teoriami.
Właśnie w takich warunkach poznajemy Irminę i Piotra - dogasające małżeństwo, trzymające się już tylko na wzajemnych pretensjach, a teraz zmuszone stawić czoło złu. Właściwie, to poznajemy ich na chwilę “przed” i to jest bardzo interesująco pokazane - trochę jak w filmach apokaliptycznych - jak nieprzewidywalne wkracza w normalny poukładany świat w połowie pełnej pretensji małżeńskiej kłótni…
Zresztą to, co można by początkowo zapisać powieści na plus, już po chwili zaczyna być jej jakimś tam mankamentem. O ile bowiem raczej nie zgrzyta język dialogów i psychologia większości postaci (niezle wykreowana postać “madki bombelkom”), to jakoś nie sposób uwierzyć w to, że to nieumarłe wszak jeszcze małżeństwo nawet w chwili apokaliptycznej próby gotowe jest poświęcać tyle czasu na wzajemne pretensje i złośliwości.
Moją znajomość z pisarstwem pana Mortki zacząłem od tej właśnie książki i wiem, że znajdą się dziesiątki tych, którzy zakrzykną: “tylko saga o Kociołku!”, ale ja nie mam ochoty na zgłębianie wielotomowych sag fantasy, nawet jeśli zmyślnie i dowcipnie pomyślane i napisane. Wolę od czasu do czasu horror czy dobre i poważne postapo…
Mało jest z pewnością przykładów literackich wszechświatowo-apokaliptycznych katastrof na naszym rodzimym rynku wydawniczym i pierwotnie po polsku stworzonych. No i których akcja toczy się gdzieś między Poznaniem i Gnieznem… Niniejsza książka Mortki świetnie wypełnia tę lukę, a mi daje chęć dalszego poznawania niektórych z jego pisarskich wytworów.
Na duży plus trzeba zapisać książce wzmiankowaną już prawdziwość (dialogów, większości postaci, sytuacji) i jej ambicje, by przyjrzeć się społeczeństwu w kryzysie (kiedy przestaną nas obowiązywać społeczne i kulturowe normy i czy tylko pojedyncze jednostki, czy - w mniejszym bądź większym stopniu - wszystkich, niezależnie od statusu majątkowego i kulturowego wyposażenia?). A także to, by sportretować i kryzys jednostkowy w osobie Piotra - dokładnie w momencie, gdy pojęcie wysokofunkcjonalnej depresji (HFD) przebija się do szerszej świadomości. Zresztą Autor przyznaje, że coś wie na jej temat i z autopsji.
To, co momentami zawodzi, to język powieści. Styl czasem staje się niepotrzebnie napuszony i opowieść raczy nas licznymi nadmiarami. “Odruchowo sformułowali szereg niczym żołnierze idący w dżungli”, to tylko jeden z przykładów lekko rozszalałych skojarzeń i metafor. Do tego działania głównych bohaterów stają się coraz mniej racjonalne w miarę posuwania się akcji; ta przyspiesza, a oni nagle stają się coraz bardziej głupiutcy - jak bohaterowie slashera, mający za chwilę ginąć jedno po drugim. Tylko, że… z każdej opresji wychodzą niemal bez szwanku; są jakby trochę nieśmiertelni. Wprawdzie obcy nie są też bezpośrednio morderczy, ale przecież “dementorują” ludzi, a tych naszych herosów nie. Rozumiem ukazanie potencjału współdziałania i pojawiania się ratunku “w ostatniej chwili”, ale trochę od tego zbyt gęsto.
Co jednak nie zmienia faktu, że to ostatecznie w mojej ocenie niezła książka i nawet to, co początkowo wydaje się sztampowym rozwiązaniem (serio: obcy jak z płaskoziemskich mokrych snów o Roswell?), znajduje blisko finału całkiem sprawne wyjście z tej pozornej pułapki konstrukcyjnej.
Uczucia lekko mieszane, ale uspokaja je nieco i przechyla szalę głos Filipa Kosiora. Tyle, że nie znam zdjęć, ilustrujących książkę - coś za coś.
A gdyby tak wyłączyć znany nam świat? Może nie od razu całkowicie wyłączyć Matrixa, ale jakiś mały blackout? Choćby tylko wyłączenie prądu? Umiemy dziś żyć w świecie bez prądu? Ci, którzy by umieli, dziś uchodzą w oczach “normalnych” za jakichś płaskoziemskich dziwaków, owładniętych spiskowymi teoriami.
Właśnie w takich warunkach poznajemy Irminę i Piotra - dogasające...
2026-02-25
Ma w osobie Zbigniewa Rokity Śląsk wielkiego admiratora, który jak nikt potrafi nie-Ślązakom śląskość opowiedzieć i odmalować. “Nike” za “Kajś” znikąd się nie wzięła i z nieba Autorowi wszak za nic nie spadła.
Tym razem bierze na literacki warsztat Aglomerację Śląską - jedną z trzech takich w ogóle w Europie i jej poświęca swą książkę-modlitwę. Wędruje więc Rokita-opowiadacz miejskim układem nerwowym tras tramwajowych (on zaś twierdzi, że krwiobiegiem), tropami tych lokalnych “polis w bocznych uliczkach”, tymi w nocy pojawiającymi się na murach komentarzami do najnowszej (mini)historii lokalnej. On pije kawę, a za szybą kawiarni - wprost na śląskich ulicach - amatorzy kręcą filmy postapo…
Snuje nam tę swoją opowieść Rokita, zgrabnie i dowcipnie stylizując ją na relację z badań antropologicznych; jakby nie o Śląsku a o ludach pierwotnych Amazonii mówił.
Jeździ po Aglo tramwajami, a te przemieszczają się nie tylko w przestrzeni, ale i w czasie - jak w porządnym reportażu o miejscu się należy.
Nie interesuję się fusbalem, nie śledzę losów poszczególnych grajtków (już lepiej jakieś dobre sumo bym w TiVi obejrzał, ale nie ma, tylko te ligi!), więc i o fascynacji Podolskim w Górniku nic nie wiedziałem. Rokita się zaś fusbalem interesuje, kibicuje, to i wie; dobrze tematykę przybliża i potrafi zainteresować nawet takiego abnegata, co ja! Aż gotów jestem prawie w cały ten fusbal uwierzyć, jeśli namawia sam Rokita.
Jest bowiem Zbigniew Rokita niezrównanym dokumentalistą “małych ojczyzn”; jego śląskie książki stawiają go na podium znanych mi w tej konkurencji zawodników. Nawet jeśli - jak ta - są one zbiorem przerabianych na potrzeby jednej publikacji wcześniejszych reportaży publikowanych w periodykach, to nie można książce zarzucić braku spójności. Wszystkie treści spaja podróż baną. Rokita mówi, że modli się tymi podróżami, zmawia Aglomerację jak pacierz, a ja mówię, że dostajemy nie jedynie modlitwę, ale i swoistą księgę drogi. I nie po świecie postapokaliptycznym, a po takim, który się kocha i z przynależności do którego można być dumnym. Kolejna wielka rzecz Autora…
Ma w osobie Zbigniewa Rokity Śląsk wielkiego admiratora, który jak nikt potrafi nie-Ślązakom śląskość opowiedzieć i odmalować. “Nike” za “Kajś” znikąd się nie wzięła i z nieba Autorowi wszak za nic nie spadła.
Tym razem bierze na literacki warsztat Aglomerację Śląską - jedną z trzech takich w ogóle w Europie i jej poświęca swą książkę-modlitwę. Wędruje więc...
2026-02-21
Lida, Roch i Ziut to trio jak się patrzy! Absolutnie! Geodeta-bimbrownik, “chłopak stąd” i baba od fikołków, a do tego “zdegenerowana wiejsko" córka wielkiego mecenasa. Żyją w post-miłosnym trio i udanym spełnieniu marzenia o nieplanowaniu życia. Wiejska chata, las, jezioro, trochę zwierząt przygarnianych z lasów, do których wywożą je dobrzy ludzie. Jakaś wariacja na temat “a może by rzucić to wszystko i…”?
Turpistyczna poetyka brzydoty, pięknym słowem odmalowana brzydka i pospolita codzienność. Ten rodzaj poetyckości uwielbiam! A jeszcze świat żywych przenika się z pozaziemskim…
Jest mi ta Zyta Rudzka jakąś mistrzynią słowa. Jest czarodziejką codzienności i brzydoty. Jak ci odmaluje fryzjerkę męską, to masz fryzjerkę, jak wiejską nauczycielkę - masz nauczycielkę od “kultury fizycznej”. Czasem chwilę przyglądam się Jej nowym książkom, nim zacznę czytać, ale przecież wiem, czego mogę się spodziewać i… jeszcze mnie nie zawiodła.
Głos Marii Seweryn bardzo współgra z opowieścią w wersji audio. Jest jakby mistrzowsko.
Lida, Roch i Ziut to trio jak się patrzy! Absolutnie! Geodeta-bimbrownik, “chłopak stąd” i baba od fikołków, a do tego “zdegenerowana wiejsko" córka wielkiego mecenasa. Żyją w post-miłosnym trio i udanym spełnieniu marzenia o nieplanowaniu życia. Wiejska chata, las, jezioro, trochę zwierząt przygarnianych z lasów, do których wywożą je dobrzy ludzie. Jakaś wariacja na temat...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2026-02-12
Inspiracja tytułowa łopatologicznie oczywista. I wzmiankowany skojarzeniowo obraz pojawi się w powieści i to po wielokroć…
Książka ukazuje, jak problematyczny może być dobrobyt w jakim żyjemy, jak ciężko żyć w kraju, w którym nie toczy się wojna, nie szaleją żywioły, nie umiera się z głodu. Jak koszmarną jest sama tylko konieczność codziennego (przepraszam: od poniedziałku do piątku) chodzenia do pracy, w której nic się nie produkuje, a de facto nic nie robi w ogóle (“praca, to tylko rola do odegrania”), a już na pewno nic kreatywnego… To taka pozbawiona subtelności “gra szklanych paciorków” naszych czasów...
W chwili alkoholowego upojenia Marisa zresztą kreśli swą najlepszą i szczerą charakterystykę: jest “oszustką, zawodową udawaczką, mistrzynią ściemniania”. W chwili bez leków przeciwlękowych boi się osunięcia w zapomnienie i słuszne to lęki. Tylko ona pamięta wszak biurową Ritę (z którą bliska była zaprzyjaźnienia się), o której tyle tylko wiadomo, że zniknęła bo zmarła…
Książka przypomina mi nieustannie o mojej nienawiści do stacji radiowych (czasem przez chwilę obecnych “w tle” w pracy) typu “no, kochani - niestety znów poniedziałek; jakoś trzeba te cztery dni przeżyć”. To dla bohaterki tej książki jest takie radio; już z tego choćby względu nie lubię jej. Jeśli już jej marzeniem nie jest bycie “matką na pełen etat”, to może chociaż jakieś szczęśliwie nabyte kalectwo (o którym wciąż fantazjuje) wyzwoliłoby ją z tego kieratu? Tylko tego Prado jej zazdroszczę, tej Karty Przyjaciela Prado i powtarzalnych jak mantra tam wizyt…
Największy problem, jaki mam z książką to nie jej antypatyczna dla mnie bohaterka; lubię powieściowych bohaterów, których nie da się lubić. Mam problem z jej przesłaniem, z jakąś gloryfikacją apatii, zapaści i anergii. Tego przejedzenia dobrobytem, tego uczulenia na zrealizowane marzenia rodziców... Tymczasem ci, którzy tylko głośno krzyczą na ulicach miast, pożrą wreszcie te biurowe myszy i zrobią im w krajach porządek… Może nie podoba mi się to do końca, bo tak wiele w niej nas, mnie?
Zresztą w miarę wchodzenia w świat Marisy, czuję jakoś do niej coraz więcej sympatii w tym jej rozedrganiu, neurotyczności i dysforii. Daje się ją nawet lubić, o ile nie jest kimś ci bliskim, a jedynie korpo-laboratoryjnym zwierzątkiem.
To jedna z tych pozycji literackich, które - po może jakiejś początkowej irytacji nią - zyskuje w miarę czytania i ostatecznie staje się książką niezłą, z wartką narracją i potoczystą opowieścią. I jeszcze niezłą dawką gorzko-czarnego humoru. Jej humor i prawda obserwacji współczesnego świata (nie tylko korporacyjnego) kupują mnie najbardziej. Może więc lubię? Może jednak polecam?
Inspiracja tytułowa łopatologicznie oczywista. I wzmiankowany skojarzeniowo obraz pojawi się w powieści i to po wielokroć…
Książka ukazuje, jak problematyczny może być dobrobyt w jakim żyjemy, jak ciężko żyć w kraju, w którym nie toczy się wojna, nie szaleją żywioły, nie umiera się z głodu. Jak koszmarną jest sama tylko konieczność codziennego (przepraszam: od poniedziałku...
2026-02-11
Nie wiem: może to okładka książki mnie skusiła i zahipnotyzowała (przyznacie, że genialna!), czy co? A może też zabrakło na niej, a być powinno, ostrzeżenia “porzućcie wszelką nadzieję, którzy tu wchodzicie”?.. Bo jakoś mi umknęło, w co w rzeczywistości mam się zagłębić…
Na wpół patologiczne rodziny niższego (społecznie) Glasgow, zdecydowanie patologiczne macierzyństwo, nastolatkowie z protezami zębowymi, kwitnąca apatia i bezrobocie większości otoczenia oraz zapaść gospodarczą górniczych przedmieść ery Thatcher - oto środowisko naturalne, w którym poznajemy tytułowego bohatera powieści.
Teren poorany podziałami jak pole Kargulów i Pawlaków miedzą: katol czy protestant, Celtic czy Rangers? To nie są niewinne pytania; zła odpowiedź może dać ci uśmiech od ucha do ucha wykonany nożem niezadowolonego z odpowiedzi pytającego.
Krzywda dzieci, której nikt nie zauważa, bo wszyscy mają za drzwiami domów podobne piekła, dziecięce współuzależnienie z rodzicami, którym to rodzinne tygodniowe zasiłki starczają ledwie na dwa dni picia.
Mamy tu też trochę opowieść o tym, jak thatcherowski system pomocy społecznej wyprodukował zjawisko, które dziś nazywamy “wyuczoną” czy “dziedziczoną” bezradnością, gdzie traumy, zanik etosu pracy czy nawet nałogi w naturalny sposób przechodziły z matki na synów i córki, a sama zaś matka była “zbyt piękna”, by przepracować w życiu jeden choćby dzień… I o dziwo dzieciaki Agnes Bain uparcie i z mozołem próbują przełamać ten schemat dziedziczenia nieszczęścia i upośledzenia społecznego… Choć, aby uciec z tych zaklętych kręgów, muszą uciec i z domu, i od szukającej w nich kolejnych opiekunów matki. Tylko Shuggie trwa przy niej do końca i z naiwną wiarą w lepsze czasy, które mogą nadejść.
Ciężko ośmio- czy dziewięciolatkowi bronić matki, która - jak mówią - “strasznie się puszcza za chlanie”. Broni jej więc - to już jego słowa - głównie przed nią samą… W ogóle ten obraz dzieci opiekujących się swymi rodzicami jest przerażający!.. A ci tylko dzięki tej opiece w ogóle żyją tak długo…
Sam zaś tytułowy bohater ze swoimi wątpliwościami i pytaniami dotyczącymi siebie samego równie sam pozostaje. To nie czasy i nie typ rodziny, który miałby zgłębiać “atypię” pojedynczego człowieka, zwłaszcza młodocianego. Nie świat, który mógłby zaproponować jakiś namysł i przedstawić jakieś rozwiązanie problemu tożsamości…
Zwraca uwagę język powieści, świetna slangowa mowa bohaterów, idealnie wyważona doza humoru, nieco odczerniająca opowieść. Duża tu zasługa tłumacza (Krzysztof Cieślik!), doskonale odnajdującego w przekładzie rytm i język przedmieść Glasgow.
Kolejna mocną (może nawet najmocniejszą?) stroną powieści są portrety bohaterów; debiutujący powieścią Douglas Stuart okazuje się nie tylko przenikliwym obserwatorem, ale i błyskotliwym, uważnym portrecistą, dbającym o detale i wiarygodność psychologiczną malowanych przez siebie postaci.
Trochę to jak “Złodzieje żarówek” i “Tu byli, tak stali”, ale tylko w wymowie, bo jednocześnie jakoś dużo głębsze, bardziej jeszcze wiwisekcyjne. I o morze smoły mroczniejsze, bardziej przejmujące i pełne smutku. Choć - o dziwo - niosące jakieś ciepło i nadzieję i to nie jedynie w nieco optymistyczniejszym finale, ale przez wszystkie karty powieści. Kochajcie Shuggiego Baina - to wspaniały, choć o trochę zmarnowanym potencjale, dzieciak!
Nie wiem: może to okładka książki mnie skusiła i zahipnotyzowała (przyznacie, że genialna!), czy co? A może też zabrakło na niej, a być powinno, ostrzeżenia “porzućcie wszelką nadzieję, którzy tu wchodzicie”?.. Bo jakoś mi umknęło, w co w rzeczywistości mam się zagłębić…
Na wpół patologiczne rodziny niższego (społecznie) Glasgow, zdecydowanie patologiczne macierzyństwo,...
2026-01-30
Historia zaczyna się wprawdzie od powojennego już marszu wypędzanych z Brna Niemców i ich drogi w niepewność, drogi przez mękę, poniżenie, ból, często wprost na zatracenie. Wkrótce jednak opowieść sięgnie głębiej, do genezy początkowo opisywanej sytuacji, a więc przed- i wojennych losów tych właśnie - niemieckiego pochodzenia - mieszkańców czeskiego Brna.
Grozę okresu przedwojennego i z początku wojny dostajemy tylko fragmentarycznie i do tego patrzymy na nią oczyma nie do końca rozumiejącego jej znaczenie dziecka, ale i tak przejmujący jest ten obraz znikających nauczycieli i sklepikarzy, nagle wrogo odnoszących się do siebie sąsiadów i podziałów rysujących się nieraz w poprzek rodzin czeskich Niemców - jak w rodzinie tytułowej bohaterki…
Dalej śledzimy powojenne losy dziewczyny z przedwojennego dobrego (choć niemiecko-czeskiego) domu, teraz tułającej się na wygnaniu, pracującej na roli, której życie często zależy od odrobiny szczęścia, a los i przetrwanie od spotkań z dobrymi ludźmi (do których ma jednak szczęście). Świeżo-powojenne zbydlęcenie i groza stopniowo ustępują wykańczającej monotonnej robocie pracownika przymusowego i marazmowi, w jaki stacza się człowiek, walczący o zapewnienie sobie podstawowej egzystencji. Kiedy więc pojawia się szansa na powrót do Brna, Gerta i z niej korzysta i tu już - znów jej oczyma - oglądamy, jak zmieniło się miasto, w którym jeszcze kilka lat wcześniej, w czasie wojny, na wiecu można było widzieć “pięćdziesiąt tysięcy uniesionych niemieckich dłoni”. Nie jest to prosty powrót do miejsca, w którym żyło się w czasie pokoju i spokojnej w większości jej trwania wojny, a raczej do krainy zapełnionej duchami dawnych mieszkańców i wspomnieniami również traumatyzujących doświadczeń czasu “wyzwolenia”…
Mamy też obraz późniejszego postępującego niszczenia kraju pod rządami komunistów, bo historia sporo sięga w czasy powojennego czechosłowackiego “dobrobytu”. Jedni rosną na potęgę (na przykład wojenni “leśni”), inni upadają. Kolektywizacja i napływ obcych niszczy tradycyjną strukturę wsi, która z oazy dobrobytu staje się się miejscem czyśćcowego udręczenia resztek dawnych jej mieszkańców. Ten eksperyment społeczny - jak wiemy - nie udał się w żadnym z krajów “gospodarki socjalistycznej”, tu zaś widzimy najdobitniej jak niszczycielskim okazał się dla delikatnej (a przecież kilkuwiekowej!) tkanki społecznej.
Autorka w sposób iście mistrzowski odsłania nam całą historię, tu ukrytą w misternie tkanej sieci niedopowiedzeń, półsłówek, odsłon tajemnic. Wszystko powoli, wszystko w swoim czasie, wszystko, gdy bohaterka powieści będzie gotowa podzielić się z nami swoją historią, swoimi traumami. Wielość punktów widzenia - serwowana nam, gdy swój własny głos dostają też inne postaci powieści - uzmysławia nam, jak skomplikowane były te relacje z ocaleńcami, jak pewne nieujawnione prawdy rzutowały na niemożność porozumienia…
W swych powieściach rozpisanych na lata literackich rzeczywistości czy wręcz na generacje, mówi nam Tučková o istotności wpływu wydarzeń minionych na kreowanie nieraz kilkupokoleniowych traum. O braku zakorzenienia - zarówno w tożsamości narodowej (zwłaszcza jak ma się jakieś “trudne”, czy “niejednoznaczne” pochodzenie) jak i wówczas, gdy wichry historii przewalają się przez twoje pogranicza czy inne centra “dziania się” wielkiej historii. Pierwsze słowo z tytułu tej powieści jak żadne inne oddaje całokształt jej istoty. Tučková zdaje się nam mówić, że czasem nie można wrócić do siebie “sprzed”, jak nie można wrócić do “sprzed” swego miejsca na ziemi. A bliskimi stają się często ci, z którymi zetknie nas wspólny los i wspólna niedola; bliscy zaś biologiczni często stać się mogą postaciami marginalnymi, jeśli akurat jeszcze tylko cierpień nie przydają.
To właśnie w losie Gerty Schnirch (i w losach wszystkich innych postaci powieści) ziszcza się ironiczna zapowiedź z “Tĕšinskiej” Nohavicy, który - z perspektywy mądrzejszego o sto lat bolesnych doświadczeń Czecha - gorzko prorokuje tym urodzonym na początku XX wieku, a niczego jeszcze nieświadomym, iż przed nimi “celé krásné dvacáté století”...
Mimo, iż książka opisuje trudne i okrutne życie pewnej - od dziś już mniej dla nas anonimowej, choć przecież literackiej - jednostki, to szoku poznawczego nam nie przynosi. Z jednej strony na pewno nie epatuje nadmiarem dosłowności w opisach wszelkiej maści okrucieństw; mówi nam o nich tak oględnie, jak się da, byśmy też jednak mieli szansę wszystko pojąć i zrozumieć. Poza tym znamy już wiele z szokujących okrucieństw tego XX “krásného stoletía” i dostajemy tylko kolejny element jakże spójnej wielonarodowościowej, ogólnoeuropejskiej opowieści, tak pasujący do znanych nam już wcześniej i spasowanych ze sobą. Może tylko to jednostkowe ujęcie, może te wyobrażalne alternatywne losy wszystkich bohaterów: niedoszłych ekonomistów, inżynierów, literaturoznawców, w smutnej zaś czeskiej rzeczywistości kołchozowych dojarek i obsługujących obrabiarki? Może właśnie te ciągnące się wielopokoleniowo “rachunki krzywd” i dziedziczone traumy oraz niezdolność opowiedzenia pewnych wydarzeń (a więc i zamykająca drogę do wzajemnego zrozumienia)?
I jeszcze przerażający obraz prawdy starej jak świat, a głoszącej, jak okrutnymi katami stają się niedawne ofiary. Jak niedawni jeszcze przypochlebcy stają się gorliwymi prześladowcami. Jak drżąc z lęku o ujawnienie własnych grzesznych czynów z niedawnych mrocznych czasów, wytykają źdźbła w oczach innych.
Jakże my jednak mało wiemy o trupach, którzy ci śmieszni i zabawni wujkowie Czesiowie i ciocie Czesie chowają w swoich narodowych szafach…
Chronologicznie to nie tak, ale ja porównuję tę powieść do wcześniej poznanych “Toń” (2023) Szatrawskiej i “Światło, którego nie widać” (2014) Doerra, a przecież jest od tamtych wcześniejsza - z roku 2009.
Po przeczytaniu drugiej już jej książki, stwierdzam, że Kateřina Tučková to pisarka dużego kalibru - z doskonałym piórem i dużą czujnością na problemy społeczne, też te o korzeniach tkwiących głęboko w przeszłości. Godna reprezentantka świetnej wszak literatury czeskiej. Pozostaję z planem czytelniczym na kolejne dzieło Autorki...
Historia zaczyna się wprawdzie od powojennego już marszu wypędzanych z Brna Niemców i ich drogi w niepewność, drogi przez mękę, poniżenie, ból, często wprost na zatracenie. Wkrótce jednak opowieść sięgnie głębiej, do genezy początkowo opisywanej sytuacji, a więc przed- i wojennych losów tych właśnie - niemieckiego pochodzenia - mieszkańców czeskiego Brna.
Grozę okresu...
2026-01-15
“Boże ciało” Jana Komasy w wersji retro i do tego w kresowym płaszczu. I od filmu o pięć lat starsze. A jeszcze na podstawie historii prawdziwej - sprzed dwóch bez mała stuleci…
Słuchamy oto lamentu matki Makryny Mieczysławskiej - przeoryszy klasztoru bazylianek w Mińsku - słanego do uszu arcybiskupa poznańskiego, a opisującego jej dramatyczne losy (prześladowania cerkiewno-carskie, poniżania i tortury, wygnania i liczne golgoty) toczące się na dawnych Kresach Rzeczypospolitej (obecnie pod rosyjskim zaborem) i na rubieży walk prawomyślnej cerkwi prawosławnej (no, nie do końca, bo przecież nie w rycie staroobrzędowym, a po reformach patriarchy Nikona) z jej unickim odłamem (nie mającym się wówczas - jak zaświadczają historycy - wcale za dobrze ani w dziedzinie teologii, ani moralności). Równocześnie zaś śledzimy również pierwszoosobową narrację dotyczącą wdowy po carskim kapitanie-moczymordzie z Wilna i w pewnym momencie orientujemy się, że jakieś drobiazgi z jednej opowieści przenikają do narracji równoległej… Finalnie zaś poznamy jeszcze i historię żydowskiej biedoty wileńskiej i wywodzącej się z niej ubożuchnej dziewuchy, przygarniętej “dla ratowania duszy” przez zakonnice, preparujące służki dla szlacheckich dworów…
Historia XIX-wiecznej natchnionej kresowej religijnej hochsztaplerki jest dziś dość powszechnie znana, więc nic tu nie spojleruję. O ile jednak katolicko-narodowa (głównie zresztą emigracyjna) narracja uczyniła z tej prorokini i cudotwórczyni jeden z elementów mesjanistyczno-narodowej mitologii, to po ujawnieniu całej tej mistyfikacji (już w XX wieku) postać popadła we wstydliwe i skrzętnie pielęgnowane zapomnienie. Jacek Dehnel wyciąga tego trupa z szafy narodowych mitów i stawia przed nami w pełnej jego trupiej krasie.
I czyni to zaprawdę mistrzowsko. Dostajemy bowiem nie tylko kawał soczystej Literatury o zacięciu narodowo-łotrzykowskim, co również wgląd w naszą narodową i słowiańską duszę, jątrzące zapytanie o stosunek do rodzimej mitologii, przypomnienie wreszcie (nic to, że nie do końca chlubnych) jej przedstawicieli. Prawem twórcy literatury miesza historie prawdziwe i twórcze swe historii uzupełnienia; prawdę z mitem i jeszcze już zupełnie fabularnymi dywagacjami, nie potwierdzającymi się w materiałach historycznych.
Dobrze się Makryna odnajduje w emigracyjnym środowisku paryskim, dobrze i wśród samych Francuzów (głównie jednak za aktywną pomocą protektorów, gdyż sama - jako prostaczka - nie potrafiła wypowiadać się poprawnie w żadnym języku, również po polsku ani rusińsku). A trzeba przyznać, że konkurencja między szaleńcami w tej epoce i tym miejscu silna, bo i zwariowani poeci, i natchniony obłędem Towiański… Ale sam książę Czartoryski nie taki znów głupi; inni być może również dość prędko orientują się w niejasnym charakterze opowieści o prześladowanej mniszce. Dobrze nam Dehnel i te narodowe mity dekonstruuje, choć tu już ostrożniej, z jakimś lekko nabożnym szacunkiem. A zorientowani w literaturze odnajdą tu mnóstwo odniesień do również ze szkół znanych poezyi i nie tylko; im kto więcej w szkołach czytywał, tym więcej romantycznych tropów dostrzeże… Piękna proza karmiąca się wcześniejszymi wytworami ducha.
Swoją zaś drogą jawi nam się dehnelowska Makryna jako udana emanacja self-made-(wo)mana, która bierze własny swój los i własną historię we własne dłonie i sama steruje swym obrazem w oczach współczesnych. Inna sprawa, czy budowana narracja nie przerasta jej nieco, czy trochę się gdzieś z tych dłoni nie wymyka (czy przewidziała, że będzie musiała zdawać relację przed papieżem?)? Na pewno słusznie przywraca jej postać Dehnel z magazynu wstydliwych mitów narodowych i jednak przywraca godność tej postaci. Mówi o niej ironicznie, ale też pokazuje, że wszystkie swe razy otrzymała, wszystkie blizny ma prawdziwe, wypiła swój kielich goryczy do dna, a czy z ręki Moskala czy mężowskiej podany, to już mniejsza o to. Bardzo to wchodzi w duch feministyczny; bardzo mąci nam łatwość osądu postaci fałszywej zbawczyni narodu…
Zresztą narodowe mity dekonstruuje tu Jacek Dehnel w iście mistrzowski sposób, bo do wiedzy dziś już niemal pewnej o głównej dramatu postaci dodaje wiele swojej autorskiej inwencji literackiej. Prowadzi więc bohaterkę jej europejskim szlakiem tułaczym i stawia na jej drodze równie prawdziwe postaci w zaistniałych faktycznie spotkaniach. Ale już treści rozmów, nawet z papieżem, Norwidem czy Mickiewiczem (“wierszopisem kudłatym”), to czysta odautorska literacka licentia poetica.
Jest też postać matki Makryny - o czym zaświadczają relacje świadków i dokumenty historyczne - swoistym konstruktem epoki i proto-celebrycką odpowiedzią na emigracyjne zapotrzebowanie na taką postać. Na taką okaleczoną personifikację równie okaleczonej Ojczyzny, na taką martyrologiczną odpowiedź na towiańskie przeanielenie, na jej triumfalny zmartwychwstańczy pochód południem Francji w drodze do Rzymu. Jest też - być może - nieudaną wiadomością słaną księciu Czartoryskiemu do Paryża przez litewskich Tyszkiewiczów (a nieudaną, bo uzyskującą własny głos, własną bujającą opowieść i swój autonomiczny blask)?
Powieść jest też apoteozą kresowości, odmalowaną słowem (gwara!), kartografią i klimatem miejsc, które w XX wieku nie wyglądały już “jak za cara” (byłem jako dziecko w latach 80-tych w wymienianych tu Smorgoniach i Mołodecznie - wiem, co mówię). Widzę, że wielu czytelników język zmęczył, czy wręcz pokonał; dla mnie jest on raczej wyrazem mistrzowskiego zagłębienia się Pisarza w materię którą bada, twórczo przekształca i wreszcie przeobraża w słowo na papierze.
No i trzeba jeszcze przyznać, że jak mało kto potrafią się chrześcijany między sobą ładnie bawić; o zabawach protestantów z katolikami wiemy wiele, mniej zaś o tych między prawosławnymi moskiewskimi, a unickimi. Jakoś więc wierzono w świecie o popach (biskupach nawet!) osobiście razami karzącymi mniszki celem ich nawrócenia… Wprawdzie nie wszystkie winy Makryna w swych konfabulacjach przypisuje tym, którym powinna, to jednak sumarycznie - coś z rzeczy podobnych w tym czasie i tych stronach się dziewało…
Książka po wielokroć przesuwana na dalszą pozycję w czytelniczej poczekalni (nie wiem czego się bałem: książki samej, czy głupiej fascynacji kolejnym - dotychczas szczęśliwie niepoznanym - Pisarzem i kolejnych potencjalnych pozycji dorzucanych na półkę “do przeczytania”?). I tak się zresztą dzieje - już zaopatrzyłem się w kolejne pozycje Autora i już je na półeczkę “do przeczytania”... Samego zaś Pisarza - już po piwerwszej lekturze - stawiam na półce obok nazwisk takich jak Szostak, Huelle, Chwin.
Ma coś Dehnel pociąg do stylistyki ikony; tu okładka doskonała, współgra z treścią książki bez mała genialnie! A jest jeszcze i kolejna ikona, tym razem z wpisanym nań samym Autorem, na innej jeszcze książce, którą właśnie dorzuciłem na rosnącą górę pozycji wstydu i marzeń…
“Boże ciało” Jana Komasy w wersji retro i do tego w kresowym płaszczu. I od filmu o pięć lat starsze. A jeszcze na podstawie historii prawdziwej - sprzed dwóch bez mała stuleci…
Słuchamy oto lamentu matki Makryny Mieczysławskiej - przeoryszy klasztoru bazylianek w Mińsku - słanego do uszu arcybiskupa poznańskiego, a opisującego jej dramatyczne losy (prześladowania...
2025-12-29
Pozycją tą kończę własne wyzwanie czytelnicze na rok 2025 i zamykam listę 24 książek do przeczytania w jego ramach. Pozostaję za to po tym roku z rozpoczętą “Trylogią Ryfterów” i kwartetem “Lonesome Dove” - zupełnie nie żałując, że przede mną jeszcze tyle czytelniczego dobra…
Znany z pewnej rumuńskiej powieści “sprzedawca początków powieści” zrobił i tu dobrą robotę; pierwsze zdanie brzmi bowiem: “Kiedy Augustus wyszedł na ganek, błękitne świnie właśnie pożerały grzechotnika.”...
Lonesome Dove to dość przeklęte miejsce, gdzie wszystko zdaje się chcieć cię zabić; ludzie to jedno i wiadomo, ale też grzechotniki i cała masa jadowitych stawonogów. Czasy na pograniczu Teksasu i Meksyku poza tym już dość spokojne, nie to co w czasach młodości Woodrowa Calla i Augustusa McCrae (ale o tym w dalszych częściach) - tylko czasem jakaś kradzież koni Meksykanom, czy odzyskiwanie własnych - przez tamtych skradzionych. No chyba, że z niewinnego podpuszczenia stare wygi zapragną jednak zmienić nieco okolicę, a może po raz ostatni zażyć włóczęgi i przygody?..
Powieść już od początku atakuje nas mnogością postaci (choć ekspozycja rozwija się powoli), ale ich wyraziste rysy charakterystyczne nie pozwalają pogubić się w tej ludzkiej ciżbie. Zresztą właśnie kreacja postaci i nadanie im indywidualności, to bardzo mocna strona książki. Gus i Call to doświadczeni strażnicy i poganiacze, a dziś już właściciele własnej firmy, specjalizującej się w handlu końmi i bydłem (świniami zaś nie!), którzy z niejednego pieca chleb jadali. A są przecież i postacie pomniejsze jak Chlust czy Newt, z których kowbojskiej “niedorosłości” wynika całkiem sporo powieściowego komizmu. Obraz nauki “fachu” przez młodych poganiaczy czy koniokradów od starszych kolegów i pełen szacunku układ hierarchiczny między nimi przypomina mi - jako żywo - pewne znane wielu nam obrazki edukacji kota Filemona przez starszego odeń Bonifacego (wybacz, McMurthy); niby leży to-to na zapiecku, czy popija whiskey z dzbanka, ale gdy trzeba - zejdzie z zapiecka i raz jeszcze wyruszy na traperskie szlaki…
Wśród ogromu postaci męskich znajdzie się i kilka udanych figur kobiecych. McMurthy ma sporo życzliwości i dla tych (a jest ich w powieści większość), które “radzą sobie w życiu tyłkiem”. Od początku też domyślamy się z licznych zapowiedzi, że Klara będzie wspaniała i - gdy już się w końcu pojawi - Klara jest wspaniała! Dowcipem i kąśliwością dorównuje samemu panu Gusowi, którego jest nieodżałowaną życiową stratą… Stare dziody mogą się wzruszyć czytając rozdział 87 i 88, tak są odmienne od męskiego świata pozostałej części powieści - od kolegi słyszałem… Zresztą powiedziałbym, że powieść ma dość nietypową jak na western wymowę feministyczną (jeśli czytać to odpowiednio).
Myliłby się ten jednak, kto w “Na południe…” odnalazłby tylko ów arcywestern. Jest to bowiem też powieść o dojrzewaniu, o tożsamości, o przenikaniu się przeszłości z teraźniejszością czy wręcz wyrastaniu tej ostatniej z tej pierwszej. No i wreszcie o końcu pewnej epoki. Zresztą wieloma świadomymi zabiegami Autor nie dość że przywołuje tu wiele faktycznych historii a nawet postaci z Pogranicza, Teksasu i Zachodu w ogóle, to tak naprawdę sięga do niemal wszystkich archetypów westernowych opowieści i niemal wszystkie klasyczne westernowe figury na jej kartach pomieści.
Pierwszej klasy dowcip języka; nie rubaszna ani przaśny, s lekko zjadliwy u wielokrotnie wywołujący uśmiech. Prawdziwie mistrzowski.
Spora zasługę dla świetnej warstwy językowej przypisać można doskonałemu i wyrafinowanemu tłumaczeniu Michała Kłobukowskiego. Nic tu na poparcie tezy nie zacytuję z językowych niuansów - samemu trzeba się przekonać jakież to w istocie smakowite!
Powieść monumentalna! Aj-waj! Od razu pragniesz obejrzeć serial czy czytać kolejne części tetralogii. Jak po “Rozgwieździe”, gdy też musiałem się hamować, by nie przeczytać całości na raz…
I jeszcze jedno: mimo dowcipnego języka i początkowo dość niewinnej opowieści o pogranicznikach na emeryturze, nie jest to spaghetti-western; im dalej w treść, tym brutalniej. Tyle krwi, tyle śmierci i cierpienia. Choć jak przekonuje nas pan Gus (czy raczej młodego Newta), tu cała ziemia nafaszerowana kośćmi: białych, Indian, Meksykanów, koni i bizonów… I choć faktycznie trup ściele się tu dość gęsto, to uśmiercenia jednej z postaci zwłaszcza cholernikowi McMurty’emu nie daruję! Moja rada: nie przywiązujcie się zanadto do jakiejś postaci, bo nie wiecie, jaki los obmyślił jej ten pisarski łotr może już za kilka stron!
Piszą tu, że jeśli w życiu przeczytać jeden western, to ten właśnie (“arcywestern” napiszą w posłowiu). Ja zaś mówię: to książka idealna na okres świąteczno-noworoczny, zwłaszcza jeśli dzień czy dwa możesz w całości spędzić w piżamie!..
Dopiero po zakończeniu książki odważę się na obejrzenie miniserialu na jej podstawie. Choć i tak (po wstępnym zajrzeniu za jakąś kurtynę) przyznałem Gusowi, Callowi i Deetsowi twarze Duvala, Lee Jonesa i Glovera…
Aha, na końcu książki jest mapka z trasami podróży różnych postaci w powieściowym czasie. Dobra mapka, choć bez skali odległości - to już samemu trzeba… Ale o jej istnieniu pamiętać od początku i czasem zajrzeć.
Pozycją tą kończę własne wyzwanie czytelnicze na rok 2025 i zamykam listę 24 książek do przeczytania w jego ramach. Pozostaję za to po tym roku z rozpoczętą “Trylogią Ryfterów” i kwartetem “Lonesome Dove” - zupełnie nie żałując, że przede mną jeszcze tyle czytelniczego dobra…
Znany z pewnej rumuńskiej powieści “sprzedawca początków powieści” zrobił i tu dobrą robotę;...
2025-12-13
Zapis kilku zwykłych dni z życia zwykłego irlandzkiego faceta przedstawiany nam jako ciąg świadomości, szereg obrazów i skojarzeń, wyświetlanych nam bezpośrednio z jego głowy i w eksperymentalnym zapisie - jako jedno niekończące się przez ponad dwieście stron zdanie. Czy zasłużona Dublińska Nagroda Literacka - warto zapytać w ramach grudniowego wyzwania poświęconemu właśnie książkom nagradzanym?
Oczywiście taka jak przedstawiona tu formuła literacka nie pozostaje bez wpływu na odbiór dzieła; początkowo czujemy obcość czy dziwność owego nieco zmienionego brakiem bardziej definitywnych znaków przestankowych rytmu “ciągu” (bo nie “zdań” przecież), by po jakimś czasie w ogóle już nie zwracać na to uwagi. To trochę jak z odczuciem akcentu języka w nowym miejscu, którego osobności już nie czujemy po dłuższym zamieszkiwaniu wśród gwary i sami w nią wsiąkając.
Dygresyjna opowieść jest na tyle interesująca, że każdemu z nas skojarzyć się może z zapisami naszych własnych niekontrolowanych odjazdów myśli (któż nie miewa takich galopad myślowych?), przez co i treść, i (zwłaszcza) forma są mniej niestrawne, niż z opisu poprzedniego akapitu można by wnioskować. Nie należy się tej powieści bać nadmiernie; “Ulisses” to to raczej nie jest. Co nie zmienia, że to rzecz dobra, którą fascynacja rośnie tylko w miarę lektury.
Wątki bieżącego życia przeplatają się ze wspomnieniami rodzinnymi, sprawy dzieci i rodziny z pracą zawodową. Epopeja zwyczajności w lokalnym mikrokosmosie ogarniętym epidemią zaburzeń żołądkowo-jelitowych. A poza tym dobrej zwyczajności - takiej do pozazdroszczenia. Choć w pewnym momencie zaczynamy odczuwać jakiś niepokój, czytając tę narrację, jakieś przeczucie, zmyślnie zasiane w naszych umysłach. Narasta on i narasta, aż wreszcie staje się (u mnie przynajmniej) dominującym i jedynym odczuciem… Czy jest się w istocie czego obawiać? A może to przypadkowo kreujący się jakiś nastrój zagrożenia?
Początkowo zdaje mi się też, że - mimo dublińskiego lauru - nie jest to jednak jedno ze szczytowych dokonań irlandzkich pisarzy z ostatnich lat. Wszystko jednak - jako się rzekło - w tej powieści rośnie i zyskuje ona w miarę postępu lektury. I już wcale nie jestem taki pewien, że to taka lekka literatura; wszystko zaczyna się składać i układać, aż do finału…
Porównałbym ostatecznie może do literatury formatu “Mleczarza”. W ogóle, to ostatnio same dobre doświadczenia z literaturą irlandzką. Z zazdrością myślę o tych, którzy mają dopiero sięgnąć (jest wyzwanie z nagrodzonymi książkami, więc do dzieła!) po “Kolonię” Audrey Magee, sam zaś zapragnąłem sięgnąć po coś z jeszcze nietkniętych dzieł Sebastiana Barry’ego, bo właśnie i z “Czasem starego boga” widzę tu jakieś - choć wolałbym nie - pokrewieństwo…
Zapis kilku zwykłych dni z życia zwykłego irlandzkiego faceta przedstawiany nam jako ciąg świadomości, szereg obrazów i skojarzeń, wyświetlanych nam bezpośrednio z jego głowy i w eksperymentalnym zapisie - jako jedno niekończące się przez ponad dwieście stron zdanie. Czy zasłużona Dublińska Nagroda Literacka - warto zapytać w ramach grudniowego wyzwania poświęconemu właśnie...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2025-12-11
Pierwsza moja powieść niemieckiej pisarki, czytana w związku z czytelniczym grudniowym wyzwaniem - wszak to książka nagrodzona Międzynarodowym Bookerem za 2024.
Wchodzę w powieść o całkiem intrygującej okładce, nie wiedząc, że to właściwie swoisty romans. Historia związku młodej dziewczyny i mężczyzny starszego niż własny jej ojciec. I w tym książki problem, bo jest to wątek prowadzony kompletnie nieprzekonująco. O ile w “miłość” dziewiętnastolatki do niemal starca idzie jeszcze uwierzyć (bo wszak historii takich mnóstwo, a że to milioner, to nie taka znów przeszkoda), to w miłość typu “grom z jasnego” w takim przypadku jakoś - mi przynajmniej - trudno. A jeszcze ciężej w taki romantyczny zryw w przypadku danego nam tu starszego pana; to przecież nie nastolatek, a wszystko w tym związku przeżywa jakby (czasem wręcz dosłownie) po raz pierwszy…
Konstrukcja związku staje się niestety coraz bardziej absurdalna: sam żonaty i seryjnie romansujący podtatusiały facet zaczyna rozliczać młodą kochankę z jej małego i przelotnego związku na boku (“w delegacji”). A jeszcze przed chwilą sam z podkulonym ogonem wracał do żony po próbie wspólnego pomieszkiwania z nastolatką... Jakieś to aż bijące w oczy sztucznością i nienaturalnością… Prawdziwe “cierpienia starego Wertera” - jakaś opowieść jak w krzywym zwierciadle, a pisana niby na poważnie. Ok, zwykły stary mizogin w opresyjnie paternalistycznym społeczeństwie, ale naprawdę mamy wierzyć w te absurdy? Mało w tym prawdy psychologicznej i prawdy związków. Prawda to jest w tekście Agnieszki Osieckiej “A gdy się zejdą, raz i drugi, / kobieta po przejściach, mężczyzna z przeszłością…” a nie tu.
Dość ciekawy jest w książce natomiast wątek schyłkowej fazy podzielonych Niemiec: rozdzielonych rodzin, nieco opresyjnego systemu państwowego (głównie w zakresie kontroli granicznych i przemieszczania się obywateli, bo to ludzie nie zamieszani w politykę), znanej i nam codzienności kraju demoludowego. Łatwiej pojechać na Węgry niż do Zachodnich Niemiec… Właściwie tylko ten wątek wzbudza jakieś moje zainteresowanie.
Może nie on jeden. Bowiem to też książka o faszystowskiej fascynacji narodu, o post-faszystowskiej jego tożsamości, o obustronnych zażaleniach do rozdzielonych żelazną granicą. I wreszcie czasy tuż po upadku berlińskiego muru, kiedy to wschodnia część kraju właściwie skapitulowała w obliczu połączenia z silniejszym (na pewno ekonomicznie) sąsiadem-bratem. Te wątki są w książce interesujące, te bronią się całkiem nieźle. Te trzeba by kuć czy wyciskać jak cytrynę! I tylko ten romans jako zasadnicza książki oś…
A do tego jeszcze - na nieszczęście - całkiem sprawne to literacko; może spora w tym zasługa dobrego tłumaczenia Elizy Borg. Dobre do słuchania i w podróży autem, i podczas nocnego biegania po mieście - w ogóle nie męczy, w ogóle nie gubi się skupienie nad opowieścią. I tylko ten główny wątek… To pomieszanie dobrych elementów literackich i banalnego i niemożliwego wątku romansowego! Aż złość bierze.
Z jednej strony poznałbym chętnie zjadliwą opinię, jaką wysmażyłaby moja wyczulona na kwestie genderowo-feministyczne Córka, z drugiej zaś tego wyrobu nie mam ochoty Jej polecać - szkoda cennego studenckiego czasu na lekturę.
Książka daje totalny dysonans poznawczy: wątki pisane nieźle i całkiem fajny styl literacki przeplatają się z naiwnościami jak z powieści dla pensjonarek!Fanem pisarki raczej więc nie zostanę, kolejnych dzieł nie będę poznawał…Pewnie nie jestem też docelowym czytelnikiem, ale i sama konstrukcja jakoś do mnie nie przemówiła. Albo może bardziej złości mnie to literackie “pomieszanie dobrego i złego” (jak mówił inny jeszcze Poeta)...
Pierwsza moja powieść niemieckiej pisarki, czytana w związku z czytelniczym grudniowym wyzwaniem - wszak to książka nagrodzona Międzynarodowym Bookerem za 2024.
Wchodzę w powieść o całkiem intrygującej okładce, nie wiedząc, że to właściwie swoisty romans. Historia związku młodej dziewczyny i mężczyzny starszego niż własny jej ojciec. I w tym książki problem, bo jest to...
2025-11-07
Trylogia o historii Pierwszej Rzeczypospolitej autorstwa Kamila Janickiego domyka się wraz z tym tomem. Po opisie warcholstwa szlachty i ciężkiego losu chłopa pańszczyźnianego otrzymujemy opowieść o kolejnym wielkim stanie dawnej ojczyzny - klerze.
Słowo “stan” jest tu jak najbardziej na miejscu, bowiem nie była to korporacja w naszym dzisiejszym rozumieniu tej instytucji, a raczej sieć słabo powiązanych dominiów z ich udzielnymi władcami o rosnącej - wraz ze wzrostem w korporacyjnej hierarchii - zamożności. I tak od średniozamożnych księży parafialnych dochodzimy do multiksiążąt-biskupów i -kardynałów, którzy majątkami przewyższali nawet kresowch magnatów a nierzadko i samego króla! I choć ich ziemie (da się to ustalić i policzyć) stanowiły zaledwie “-naście” procent ogółu ziem Rzeczypospolitej (różnie w różnych województwach), a więc mniej niż ogólnie wówczas sama szlachta uważała, to jednak ów majątek rozkładał się na znacznie mniej liczebną niż szlachta grupę, a więc “per capita” kler bił na głowę majętność pojedynczego szlachcica i szlachcianki (tu już nobilitowani mieli rację). Wyliczenie garderoby jednego z wysokich krakowskich hierarchów może nas pozostawić z oczyma jak spodki!
“Dziesięcina” jest tytułem książki, choć nie o samej tej daninie przecież ona jest! Opisuje stan duchowny w Rzeczypospolitej we wszystkich niemal aspektach, a że tegoż starania - nie inaczej niż dziś - głównie wokół pieniądza się kręcą… O pieniądz głównie kapłani wyższych stanów i tytułów się troszczą, faktycznym duszpasterstwem zajmują się zaś często kmiecy i ledwo piśmienni księża z niższej grzędy… Hierarchia dziobania jak z akademickich (i kurnikowych) podręczników.
Ustalenie majątku kleru różnych epok (ruchomego i w brzęczącej monecie) nie jest dziś wcale łatwe, zwłaszcza że sami jego przedstawiciele mącą tu wodę (dziwi to kogoś?), nie chcąc opowiadać się z majętności i wówczas (nawet przed monarchą), stosując podwójną i kreatywną księgowość, i dziś. I tu niespodziewanie w sukurs badaczom przychodzi pewien - rozpisany na dekady - projekt historyczny PAN… Poczytajcie, a dowiecie się więcej - to wielce zajmująca opowieść.
Kler - wyższy zwłaszcza - tak strasznie był zarobiony, że na obowiązki duszpasterskie czasu nie miał zgoła wcale. Któż zatem sprawował posługę? Zastępcy, zastępców zastępcy i zastępców zastępców zastępcy… Na stołkach zaś coraz niższych już często nie szlachta siedzi, a właśnie kmiecy synowie, bez szans na awanse w kościelnej hierarchii i bardziej zresztą też chłopa pańszczyźnianego przypominający.
Bardzo ciekawie opisano system beneficjów i patronatu, a więc właścicielstwa w majątku kościelnym, z czym silnie wiąże się opowieść o tym, kto i jak księdzem zostawał. A jeszcze wiążąca się z tym w przedziwny sposób (zaś tu tylko pokrótce wzmiankowana) sprawa zwrotu mienia kościelnego - to już w naszych czasach - przez Komisję Majątkową.
Ciekawie też - to już u bardziej zorientowanego w temacie czytelnika - wygląda poszukiwanie analogii między opisywanymi tu dość szczegółowo zmianami w Kościele, jakie wprowadzał Sobór Trydencki (za późno, za późno…), a tymi ordynowanymi przez Vaticanum Secundum (tu już nie wzmiankowanym).
Książka stanowi godne domknięcie cyklu pana Kamila Janickiego. I z wszystkich trzech przesłuchanych części najwięcej przyniosła mi nowej, a jakże zaskakującej, wiedzy. To bowiem jest świadectwo tego, jak mało wiemy o Kościele I Rzeczypospolitej i jak bardzo przykładamy doń obraz współczesnego kościoła ustroju.
Dobrze znane jest mi pojęcie “biegacz - zaawansowany amator”. Jak więc w kontekście Jego działalności publicystycznej nazwać Kamila Janickiego - “superzaawansowany historyk spoza głównego nurtu”? Nie będąc związanym z uniwersytetem, a prowadząc “jedynie” portale historyczne, popularyzujące tę wiedzę, pisze jednocześnie książki o naukowej (oczywiście: popularno-) mocy równej tym od największych autorytetów. Najlepsza część cyklu. Nieustająco podziwiam!
Trylogia o historii Pierwszej Rzeczypospolitej autorstwa Kamila Janickiego domyka się wraz z tym tomem. Po opisie warcholstwa szlachty i ciężkiego losu chłopa pańszczyźnianego otrzymujemy opowieść o kolejnym wielkim stanie dawnej ojczyzny - klerze.
Słowo “stan” jest tu jak najbardziej na miejscu, bowiem nie była to korporacja w naszym dzisiejszym rozumieniu tej instytucji,...
2025-08-15
Choć opisywane tu “pokoleniowe doświadczenia” nie są doświadczeniami mojego pokolenia (nigdy nie przeszedłem porzucenia Ich Troje na rzecz Paktofoniki, bo żadnego z tych zespołów nigdy nie słuchałem, a moje porzucenie dotyczyło polskiego rocka lat 80 i 90-tych oraz grunge’u na rzecz jazzu), ale samą ideę “pokoleniowości” rozumiem doskonale: nie tak dawno przypomnieli mi o niej Jakub Nowak i Tomasz Różycki. Lubię natomiast samo pisarstwo Anny Cieplak - zacząłem je już kiedyś poznawać i jakoś przypadło mi do gustu już od pierwszego spotkania. No i jednak pamiętam pokoleniowe doświadczenie z typu “wszyscy wróżbici zapowiadali koniec świata w 2000 roku” - tak było, potwierdzam.
Nie ma tu szalonej akcji, nie ma zmierzania do kulminującego oczyszczenia; jest jakiś rodzaj zawieszenia, opowiedzenia, bycia po prostu…
Nie brak tu humoru i celnych zjadliwych młodzieńczych obserwacji - dobrze pani Cieplak zapamiętała pewnie siebie licealną. Szczere, prawdziwe i udane. Może się podobać.
Choć opisywane tu “pokoleniowe doświadczenia” nie są doświadczeniami mojego pokolenia (nigdy nie przeszedłem porzucenia Ich Troje na rzecz Paktofoniki, bo żadnego z tych zespołów nigdy nie słuchałem, a moje porzucenie dotyczyło polskiego rocka lat 80 i 90-tych oraz grunge’u na rzecz jazzu), ale samą ideę “pokoleniowości” rozumiem doskonale: nie tak dawno przypomnieli mi o...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2025-08-12
Grecka wioska zagubiona gdzieś w górach Anatolii pod tureckim panowaniem jakoś na początku XX wieku. To tu umieszcza akcję jednej ze swych nasłynniejszych powieści Nikoz Kazantzakis. A moje pierwsze to książkowe spotkanie z jednym z największych (najsłynniejszym na pewno) greckich pisarzy.
Wioskowi notable wyznaczają oto role do odegrania w przyszłorocznym widowisku paschalnym i rozdzielają je między maluczkich. Oto pokazowa celebra, stanowiąca oś ich życia, a nie życie samo w sobie i codzienne czynienie uczynków sprawiedliwych. Jednocześnie gawiedź i możni raz na kilka lat otrzymują swe igrzyska, raz na kilka lat składają (nie jesteśmy bowiem świadkami pierwszego “niewydarzonego” happeningu) ofiarę krwi jak w starożytnym pogańskim misterium. A okazja do sprawdzenia chrześcijańskiej postawy pojawia się niemal natychmiast, bo oto do wioski przybywa grupa wygnanych i prześladowanych przez Turków greckich chrześcijan z dość odległego sąsiedztwa. Kto ich wita? Nie pijani i obżarci notable przecież, a właśnie owi wioskowi maluczcy. I nikogo chyba nie zaskoczy fakt, że największym podlcem i najmniej ewangelicznie usposobionym okaże się nie kto inny jak lokalny pop - ojciec Grigoris.
“Nazywasz się Kiler i jesteś killer!” wywrzaskuje w pewnym znanym nam filmie do bogu ducha winnego Jurka Kilera komisarz Ryba. Jakby znał zasadę spełniającej się poprzez etykietowanie przepowiedni, dotyczących ludzkich losów. Tak też i w powieści losy bohaterów zaczynają być determinowane przez role, jakie społeczność im powierzyła: Judasz judzi i jątrzy, Chrystus spełnia uczynki miłosierdzia, Piłat chce jedynie sytości i spokoju, Maria Magdalena… no, wiadomo.
Dostajemy opis świata niby odwiecznego, a który już za chwilę przestanie istnieć: wiekowe imperia upadną, tradycyjna religijność uschnie, przez rejon przetoczy się kilka wojen. Ale też i uniwersalną przypowieść o istocie zła, o zbyt ścisłym nieraz powiązaniu nacji i wyznania, o grzechu i odkupieniu. O zdolności do samopoświęcenia.
Otarcie się o śmierć (a tej w surowym greckim klimacie dostajemy jej tu mnóstwo) jednych uwzniośla i kieruje ku świętości, innych zaś przygina do ziemi i utwierdza w ich zwierzęcości. Jednych doświadczenie to otwiera na życie, innych na użycie.
Wspaniale Kazantzakis opowiada swą opowieść: nie dość, że jest doskonałym scenarzystą, świetnym obserwatorem ludzkich zachowań i postaw, to układa z tych elementów przejmującą opowieść o narastającym napięciu i wstrząsającym finałem. A jeszcze dość sprawnie omija potencjalne pułapki tej wielowątkowej opowieści (jak choćby wiarygodne przedstawienie wewnętrznych przemian głównych bohaterów dramatu). Nic tu nie razi, nic nie kole, nic nie uwiera. Patosu sporo - tyle, ile w przypowieści czy rozprawie moralnej potrzeba, by wydobyć jej uniwersalny charakter.
To literatura bardzo sensualna i na wszystkie zmysły oddziałująca. Niemal czujemy te nieznane i obce zapachy i smaki Orientu. Niemal czujemy niedogodności kolejnych pór roku w dość surowym klimacie. Bardzo mi współgra i współbrzmi i z “Mostem na Drinie”, i z “Konsulami ich cesarskich mości”, i - może zwłaszcza nawet - z “Madonną - Syreną”. Mocna to rzecz - prawdziwy moraliet z dobrze rozrysowanym tłem społecznym i historycznym, a postaciami szkicowanymi w lekko pastiszowej manierze. Moje pierwsze spotkanie z pisarstwem Kazantzakisa i od razu coś takiego: prawdziwa perła!
Same dobre mam doświadczenia z nielicznymi dotychczas spotkaniami z literaturą grecką. Jakże mnie cieszy, że pewne moje ulubione wydawnictwo literackie ma w swych planach wydawniczych nowiutki przekład jakiegoś tajemniczego zapomnianego greckiego arcydzieła. Ale o tym na razie cicho-sza!
Ostrożnie z dawkowaniem tej pozycji dla osób religijnych; nic tak nie może pozbawić wiary, jak postępowanie ziemskich funkcjonariuszy Pana B. Mnie zaś zasmuca o tyle, że w obrządku prawosławnym widziałem jakąś ostatnią - mistyczną? - szansę ocalenia chrześcijaństwa, tymczasem już sto lat temu wiadomo było, że jednak nic z tego.
W sumie dość naiwne przesłanie książki. Nie sądziłem jednak, że tak mnie to poruszy. Trochę przypadkowo, a niespodziewanie jedna z książek roku!
Grecka wioska zagubiona gdzieś w górach Anatolii pod tureckim panowaniem jakoś na początku XX wieku. To tu umieszcza akcję jednej ze swych nasłynniejszych powieści Nikoz Kazantzakis. A moje pierwsze to książkowe spotkanie z jednym z największych (najsłynniejszym na pewno) greckich pisarzy.
Wioskowi notable wyznaczają oto role do odegrania w przyszłorocznym widowisku...
Książkę tę mam na liście “do przeczytania” od zawsze, a zabieram się do niej jak do jeża, bo jakoś kojarzy mi się z “Faraonem”. I nie wiem co miałbym do tej ostatniej mieć, bo monument filmowy Kawalerowicza nawet mi się kiedyś jakoś podobał, a oryginału Prusa przecież nie czytałem. Odwagi więc!
No więc, czy trzeba było bać się powieści Waltariego? O czym jest opowieść Egipcjanina Sihnue?
Jest z pewnością opowieścią o tamtych czasach, czy raczej o naszym wyobrażeniu o tamtym Egipcie; o państwie, które czasy największej świetności ma już zdaje się za sobą, a obecnie toczone jest problemami zewnętrznymi (jak konieczność toczenia większych i mniejszych wojen z mniej lub bardziej wrogimi i agresywnymi sąsiadami) oraz wewnętrznymi (jak spiski, walka o władzę czy słabości opisywanych faraonów). W takich to czasach dzieje się opowieść Sinuhe, którego to zmienność losów i niestałość szczęścia zdaje się znamienna dla epoki. A podana jest w księgach - godnie jak u jakiego Herodota czy innego Tukidydesa.
W prostym odczytaniu jest więc o ludzkim losie jako swoistym wahadle, którego ruchy są jak zyskiwanie i tracenie bogactwa, szczęście i rozpacz po nim następująca, miłość i utraty kolejnych obiektów miłości. A wydarzenia te cykliczne jak Nil wylewający i ustępujący na przemian. Może to rytmiczność rzeki wydarzenia te kreuje i napędza?
Jest też - głębiej sięgając w znaczenia książki - o postprawdzie, którą tworzy się od zawsze zwalając pomniki przeszłych władców, albo skuwając podpisy na marmurowych popiersiach po to tylko, by wykuć tam imiona własnych przodków. O niezmienności wydarzeń, gdzie “nil novi sub sole”, jak miano stwierdzić za lat tysiąc i stwierdzać do dziś - przez kolejne dwa milenia. Choć inni powiadają, że właśnie “nic dwa razy się nie zdarza”...
Mamy opowieść o sektach kapłańskich uzurpujących sobie prawo do władzy - nie tylko nad “rzędami dusz”, ale i nad - o zgrozo - boskim faraonem. Dziel i rządź, wychowuj młodzież i opychaj się mięsem zwierząt ofiarnych! Nie jest to jakoś znajoma narracja?
W ogóle i w ten sposób można spojrzeć na tę książkę z szerszej perspektywy; w rzeczywistości jest ona - podaną pod starożytnym płaszczem (tuniką może?) - opowieścią o nas samych, nawet tych współczesnych, bowiem człowiek nie tak znów bardzo zmienił się przez kilka tysiącleci spisanych o nim opowieści; nie myli się inny wielki Klasyk mówiąc “przeszłość jest to dziś, tylko cokolwiek dalej”.
Życiowa droga Sinuhe pozwala nam spenetrować granice znanego wówczas świata: Egipt, Syrię, Kretę, Jerozolimę, Teby i Babilon, kraj Hatti. Poznajemy różnice kulturowe, religijne, społeczne, a pamiętać należy, że rzetelną wiedzę o tym, co jest w innych krainach szło wóczas poznawać z opowieści podróżników lub własnoocznych obserwacji podczas własnych perygrynacji.
A poza tym, czy jest to opowieść przekazująca nam prawdę historyczną? Jakoś wydaje się, że raczej dzieło historyzujące, choć nie aspirujące do ściśle naukowej dokładności w oddaniu realiów opisanego świata.
Prosto pisana linijna opowieść, choć od początku zdajemy sobie sprawę, że to rodzaj wspomnień, relacjonowanych z perspektywy docierania do kresu. Bez zbędnych ozdobników, choć i sama historia życia Sinuhe jest ciekawa i interesująco tu podana. Może tylko nieco zbyt rozwlekle?
Nie bez znaczenia jest powieściowy humor. Może nie samej tytułowej postaci, bo ta akurat przymiotu tego jest niemal całkowicie pozbawiona. Ale nie brak jej już jego słudze - Kaptahowi, u którego przebiegłość łączy się z prostotą, a naiwność z logicznym rozumowaniem. Duet ten nie może nie przypominać pewnego zmyślnego szlachcica z Manczy i Sanczo Pansa - jego wiernego sługi. To mocna figura tej powieści.
Prawda nie tylko z tej powieści: religia to zło, fanatyzm religijny - zło jeszcze większe, sekty zaś kapłanów (różnych zresztą kultów) - zło w stopniu najwyższym… Łatwo tworzy się też nowych bogów, choć trudno doń przekonuje lud, z umysłami już zatrutymi poprzednimi bóstwami.
Audiobook świetnie zrealizowany i przeczytany (Marcin Popczyński), co znacząco podnosi wartość lektury, ale staram się oceniać tak, jakbym sam czytał z papieru…
Po zakończeniu książki nie mam wrażenia, że oto spotkałem się z arcydziełem, ale czasu spędzonego na wysłuchaniu opowieści Sinuhe za stracony nie uważam - wprost przeciwnie. Choć mój stosunek do dzieła faluje od wzmagającego się zainteresowania do irytacji; trudno mi utrzymać jednolite zainteresowanie dość nierówną opowieścią. Nie jest to moje pierwsze spotkanie z pisarstwem Miki Waltariego (doskonały “Obcy przyszedł na farmę”) i wcale nie wykluczam jeszcze sięgnięcia po coś więcej jednego z najbardziej znanych fińskich pisarzy.
Książkę tę mam na liście “do przeczytania” od zawsze, a zabieram się do niej jak do jeża, bo jakoś kojarzy mi się z “Faraonem”. I nie wiem co miałbym do tej ostatniej mieć, bo monument filmowy Kawalerowicza nawet mi się kiedyś jakoś podobał, a oryginału Prusa przecież nie czytałem. Odwagi więc!
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toNo więc, czy trzeba było bać się powieści Waltariego? O czym jest opowieść...