-
Artykuły
„Kawa z Mistrzem Zbrodni” – wygraj spotkanie z Wojciechem Chmielarzem z okazji Światowego Dnia Książki
LubimyCzytać4 -
Artykuły
"Przejścia. Którędy do miłości" Natalii de Barbaro. Mamy dla Was 40 egzemplarzy książki!
LubimyCzytać2 -
Artykuły
Czytamy w weekend. 10 kwietnia 2026
LubimyCzytać442 -
Artykuły
Nadciąga Gwiazdozbiór Kryminalny!
LubimyCzytać8
Biblioteczka
2026-03-31
2026-03-08
Sięgam po książkę w marcu, choć miałem ją jeszcze w planie lutowym w związku z czytelniczym wyzwaniem. Luty minął, ale sięgam po nią jeszcze nim przejdę już do wyzwań marcowych, gdyż dalsze opóźnianie jej lektury tylko jeszcze bardziej zdezaktualizuje ten “stan wiedzy na dzień…”, jakiemu nieodzownie lektury o sztucznej inteligencji (AI) podlegają.
A sięgam po rzecz dotyczącą pozornie mi nieznaną i pozornie mnie nie dotyczącą. Zdaję sobie sprawę, że to teza nieco prowokacyjna, bo nieposiadanie w telefonie aplikacji z żadną z darmowych wersji “modelu językowego” nie czyni ze mnie jeszcze osoby “wolnej od AI”. Dziś elementy tego narzędzia informatycznego (?) pojawiają się już poza możliwością wyboru; właściwie przyjmuje się domyślnie, że będę chciał choć zerknąć w pierwszym oknie na podpowiedź AI, ilekroć wpiszę jakieś zapytanie do najpopularniejszej wyszukiwarki internetowej,,. czy choć rzucić okiem na podpowiedź dotyczącą analizy pewnego obrazu, którą to podpowiedź (właściwie, to narzędzie ją generujące) “projektor” tych obrazów ma już zaimplementowane bez pytania mnie o chęć tej sugestii.
I trzeba przyznać - Dragan podaje przykłady rozliczne - że sukinkoty (ej-ajowe) coraz są skuteczniejsze w zaspokajaniu naszej ciekawości i coraz mniej ma się wrażenie, że bełkoczą, epatując “mądrym wzrokiem”... Zresztą - jako laik - to prawdziwych wstrząsów doznawałem nie podczas lektury tej tu książki, a raczej kilka lat wcześniej, gdy Harrari relacjonował mi o kilka lat wcześniejsze pojedynki człowieka z “maszynami szachowymi” czy człowieka z “maszyną Go” oraz skutecznie przekonywał, że nakarmiony odpowiednią wiedzą “lekarz” w moim telefonie może być bardziej skuteczny i w sekundzie na bieżąco z najnowszymi wytycznymi, niż dziesiątki i setki lekarzy z krwi i kości, do których wiedza o nowościach propaguje się z pewnym opóźnieniem (a niech rzuci stetoskopem, kto śledzi całość medycyny pod kątem nowości). Akurat o możliwości zastąpienia lekarzy przez systemy AI bardzo ciekawie opowiada numer “Tygodnika Powszechnego” z ostatniego tygodnia lutego (2026).
Wracając do Dragana, to potrafi on jak nikt wplatać wiedzę i oryginalne podejście do materii fizyki do każdej wypowiedzi. Tu jest nie inaczej, więc mamy wielokrotnie okazję - jako nie-fizycy - zatrzymać się w trakcie lektury tekstu i zastanowić choć przez chwilę nad ogólnofizycznymi zagadnieniami. To wszak książka dla nas - dla laików, nawet jeśli pisana na poziomie szanującym naszą inteligencję (czymkolwiek jest) ogólną i cokolwiek od nas wymagająca.
Zgadzam się z wszystkimi tymi czytelnikami, którzy zarzucają książce “brak równości” i pierwszej - dość ogólnej - części, przeciwstawiają tę drugą, znacznie już głębiej wchodzącej w mroczne materie uczenia maszynowego, teorii sieci, algorytmów czy szczegóły decyzyjności logicznych przez nie stosowanych. Prawda to, ale nie robiłbym z tego akurat zarzutu. To właśnie rozwinięcie tego, o czym już pisałem. Przyzwyczajeni jesteśmy do pobłażliwego i upupionego traktowania nas - nieprofesjonalnych odbiorców - przez wielkie autorytety w ich popularnonaukowych odsłonach, a tu tymczasem dostajemy wykład, od którego w różnych momentach mamy prawo nieco się odbić. I nic to, wszak nie (wszyscy) jesteśmy profesjonalnymi fizykami czy programistami. Ja przyznaję się do najsłabszego wgryzienia właśnie w temat algorytmów decyzyjnych i sieci logicznych w ogóle. Samego mnie zaś zaskoczyło jasne przyswojenie teorii obrazującej działanie “dużych modeli językowych” z całą tą opowieścią o wielowymiarowej macierzy pozycjonującej swe znaczeniowe “tokeny” w 12.000-wymiarowej przestrzeni (abstrahując od trudności zrozumienia - przez nas, “płaszczaki” - owych 12.000 prostopadłych do siebie wektorów-osi; no, może jeszcze osi wzbogaconych nieco o te z przedziału 89-91°-”okołoprostopadłości”) i jak wynika z tego, że owe modele NIE są “stochastycznymi papugami”. Dziwne, bo akurat macierze, to to, na czym skończyło się moje rozumienie matematyki na poziomie licealnej klasy mat-fiz. (dobrze, że od dalszego w nią zagłębiania się uratowała mnie klasa maturalna i inny wybór nań przedmiotów…). Tu zaś - wykład Andrzeja Dragana jawi mi się jasny i klarowny, jak mało w którym momencie książki, choć wiem, że rozumienie związane jest i z okolicznościami “pozatekstowymi”, bowiem tej trudnej części słuchałem biegając w nowych dla mnie “geograficznie” okolicznościach przyrody, chłonąc nowe piękno nadrzecznego bulwaru (i śledząc mapę w zegarku), a tej łatwiejszej w przyswajaniu - już tylko śledząc natężenie sygnałów somatycznych dolegliwości płynących z własnego ciała (któremu to owe urazy dość bezmyślnie zadałem).
Kilka rzeczy - mam nadzieję - jednak pojąłem. Rozumienie budowy sieci i stworzenie algorytmów uczenia maszynowego nie daje ich twórcom wiedzy o procesie, w jaki to sposób owi stworzeni przedstawiciele sztucznych inteligencji pozyskali wiedzę, którą mają i się nią z nami dzielą. A jeszcze ciekawsze zdaje się to, że najlepsze efekty programy owe (Alpha-Zero, Alpha-Geometry, Alpha-Go, Alpha-Fold czy różne Chaty-GPT) uzyskują wówczas, gdy pozwala im się uczyć samodzielnie, dając jedynie ogólny zarys informacji, jak dana “gra” działa. Ludzka “niskointerwencyjność”, która w procesie produkcyjnym niektórych win może przynieść zaskakująco dobre efekty, w procesach “sztucznointeligencyjnych” przynosi od pewnego już momentu - tylko dobre efekty zawsze!
Mało tego. Gdy Dragan przestaje być już tylko brzytwą Ockhama, odcinającą od nas nawis bełkotu maskującego niewiedzę i stara się nam tę niewiedzę przybliżyć, to właśnie opowieść o tym, w jaki sposób i dlaczego nie wiemy, jak działa sieć neuronowa i jak uczy się uczenie maszynowe jest prawdziwie interesująca. Choć nie powiem, że łatwo przyswajalna. Po przesłuchaniu w wersji audio stwierdzam, że nawet lektor klasy Macieja Kowalika nie da rady pomóc w łatwym przyswojeniu treści i niektóre rozdziały muszę “zobaczyć” w wersji analogowej i przeczytać raz jeszcze (a niektóre zdania i po dwakroć!)... Stwierdzam: to jedna z takich książek, które słabo konwertują się na audioopowieści.
Kolejną ciekawą rzeczą, jaką się z książki dowiaduję, jest fakt przemycony tu jakoś mimochodem, że prawdopodobnie najlepsi dziś naukowcy w dziedzinie sztucznej inteligencji świadomie rezygnują ze sławy, jaką dają topowe publikacje (ot, takie w “Nature” czy innym “Science”), z wysokich rankingów w Indeksach Cytowań, z dostępów do lukratywnych grantów po to jedynie, by pracować w ciszy, tajemnicy i naukowej (publicznej) nieujawnialności osiągnięć dla topowych światowych gigantów technologicznych, którzy to dość zazdrośnie strzegą swych zdobyczy i niechętnie dzielą się nimi w kontekście “źródeł” i “mechanizmów”, a raczej udostępniają je nam jako “funkjonalności” (często i chętnie również jako “darmowe”).
Poczekajmy na AGI (Supermocną AI), aby w pełni zrozumieć potęgę tego zjawiska i mieć pełne już niezrozumienie jego działania…
Sięgam po książkę w marcu, choć miałem ją jeszcze w planie lutowym w związku z czytelniczym wyzwaniem. Luty minął, ale sięgam po nią jeszcze nim przejdę już do wyzwań marcowych, gdyż dalsze opóźnianie jej lektury tylko jeszcze bardziej zdezaktualizuje ten “stan wiedzy na dzień…”, jakiemu nieodzownie lektury o sztucznej inteligencji (AI) podlegają.
A sięgam po rzecz...
2026-03-03
Wrzuceni w powieściowy świat, już od początku dość nerwowo zastanawiamy się, czemu dokładnie się tu przyglądamy? Jakaś “wojna światów” się zapowiada? jakieś społeczne manipulacje? jakiś rodzaj pszczelego roju z robotnicami i trutniami?
To tylko początek. Później bowiem - stopniowo - klaruje nam Marek Zychla świat, który dla nas stworzył; dowiadujemy się - stopniowo - o nim tyle akurat, ile nam trzeba i tyle, na ile nam kreator pozwala. Kilku zwrotów akcji domyślamy się (albo może jakoś lekko je przeczuwamy) na chwilę przed ich zaistnieniem i dobre to rozstawienie przez Autora tropów czy sugestii. Są też jednak pewne postacie, których działanie nas zaskoczy i wydarzenia, których nie sposób przewidzieć. Na pewno kończąc ostatnią stronę, będziemy nieco bogatsi w zrozumienie tej niezwykłej kreacji. I też - na moment przed finałem - zorientujemy się, że oto mamy do czynienia z otwarciem jakiegoś większego cyklu literackiego (co komuś może się spodobać, komuś zaś nie).
Czym jest ta piwnica, w której wiesz, że się obudzisz w wieku lat szesnastu, tuż po zakończeniu bezsensownej szkoły (uczącej cię o świecie, którego nie ma - z nazwami łacińskimi roślin, których nie zobaczysz)? Czym są opisywane miasta z siecią tuneli ciągnących się rozlegle poza nimi? I czymże jest owo tytułowe Inspektorium?
Trzeba przyznać, że udał się Autorowi pomysł na to, że i sami bohaterowie opowieści nie do końca zdają sobie sprawę z tego, w co zostają wrzuceni i próbują - a my wraz z nimi - rozeznać swą sytuację. To zawsze dobry pomysł na ujawnianie kolejnych warstw Tajemnicy: rozwikływać ją z postaciami dramatu..
Narracja wielokątowa i polifoniczna. Jest bowiem i wiele wiedzący narrator, są i głosy (punkty widzenia) poszczególnych bohaterów opowieści, są i listy. O tak, są i listy…
Zychla zawsze daje coś więcej. Tym razem - pisząc pod płaszczykiem horroru - daje też historię o dorastaniu i dojrzewaniu. O niewdzięcznym i bolesnym trudzie wychowawczym; rola niewdzięczna jak sierżanta w “Plutonie”.
Ale też - gdy już jasna stanie się powieściowa sytuacja (a rozjaśnienie to następuje jakoś tak mimochodem i niesiłowo - bez jakichkolwiek sztuczności czy nachalności), to możemy zorientować się, że dostajemy opowieść z odwróconej do standardowych perspektywy; trochę jak mapa zawieszona do góry nogami. Jakby horror pisany z perspektywy zwyczajowego potwora, któremu tu - o dziwo! - kibicujemy w jego walce z nami samymi… Właśnie: zna ktoś ewangelię kury, czy rewolucje robaków, zmiatające wielkie cywilizacje (no, to może nie za dobry przykład)?
I tylko to, że nie jest to historia zamknięta, a początek jakiegoś cyklu… Wolałbym jednak domkniętą powieść, albo chociaż cykl w całości już dostępny na rynku, nie zaś taki, na którego kolejne odsłony trzeba będzie poczekać.
Drugie moje spotkanie z Zychlą gruntuje tylko Jego pozycję jako naprawdę wartościowego autora powieści grozy. Będę czytał!
Aha, jeszcze jedno: coś ostatnio nadspodziewanie dużo poznawanych przeze mnie właśnie powieści grozy, horrorów czy innych (post)apo dzieje się w moim Poznaniu i okolicach… Mam się jakoś szczególnie martwić?
Wrzuceni w powieściowy świat, już od początku dość nerwowo zastanawiamy się, czemu dokładnie się tu przyglądamy? Jakaś “wojna światów” się zapowiada? jakieś społeczne manipulacje? jakiś rodzaj pszczelego roju z robotnicami i trutniami?
To tylko początek. Później bowiem - stopniowo - klaruje nam Marek Zychla świat, który dla nas stworzył; dowiadujemy się - stopniowo - o...
2026-02-27
A gdyby tak wyłączyć znany nam świat? Może nie od razu całkowicie wyłączyć Matrixa, ale jakiś mały blackout? Choćby tylko wyłączenie prądu? Umiemy dziś żyć w świecie bez prądu? Ci, którzy by umieli, dziś uchodzą w oczach “normalnych” za jakichś płaskoziemskich dziwaków, owładniętych spiskowymi teoriami.
Właśnie w takich warunkach poznajemy Irminę i Piotra - dogasające małżeństwo, trzymające się już tylko na wzajemnych pretensjach, a teraz zmuszone stawić czoło złu. Właściwie, to poznajemy ich na chwilę “przed” i to jest bardzo interesująco pokazane - trochę jak w filmach apokaliptycznych - jak nieprzewidywalne wkracza w normalny poukładany świat w połowie pełnej pretensji małżeńskiej kłótni…
Zresztą to, co można by początkowo zapisać powieści na plus, już po chwili zaczyna być jej jakimś tam mankamentem. O ile bowiem raczej nie zgrzyta język dialogów i psychologia większości postaci (niezle wykreowana postać “madki bombelkom”), to jakoś nie sposób uwierzyć w to, że to nieumarłe wszak jeszcze małżeństwo nawet w chwili apokaliptycznej próby gotowe jest poświęcać tyle czasu na wzajemne pretensje i złośliwości.
Moją znajomość z pisarstwem pana Mortki zacząłem od tej właśnie książki i wiem, że znajdą się dziesiątki tych, którzy zakrzykną: “tylko saga o Kociołku!”, ale ja nie mam ochoty na zgłębianie wielotomowych sag fantasy, nawet jeśli zmyślnie i dowcipnie pomyślane i napisane. Wolę od czasu do czasu horror czy dobre i poważne postapo…
Mało jest z pewnością przykładów literackich wszechświatowo-apokaliptycznych katastrof na naszym rodzimym rynku wydawniczym i pierwotnie po polsku stworzonych. No i których akcja toczy się gdzieś między Poznaniem i Gnieznem… Niniejsza książka Mortki świetnie wypełnia tę lukę, a mi daje chęć dalszego poznawania niektórych z jego pisarskich wytworów.
Na duży plus trzeba zapisać książce wzmiankowaną już prawdziwość (dialogów, większości postaci, sytuacji) i jej ambicje, by przyjrzeć się społeczeństwu w kryzysie (kiedy przestaną nas obowiązywać społeczne i kulturowe normy i czy tylko pojedyncze jednostki, czy - w mniejszym bądź większym stopniu - wszystkich, niezależnie od statusu majątkowego i kulturowego wyposażenia?). A także to, by sportretować i kryzys jednostkowy w osobie Piotra - dokładnie w momencie, gdy pojęcie wysokofunkcjonalnej depresji (HFD) przebija się do szerszej świadomości. Zresztą Autor przyznaje, że coś wie na jej temat i z autopsji.
To, co momentami zawodzi, to język powieści. Styl czasem staje się niepotrzebnie napuszony i opowieść raczy nas licznymi nadmiarami. “Odruchowo sformułowali szereg niczym żołnierze idący w dżungli”, to tylko jeden z przykładów lekko rozszalałych skojarzeń i metafor. Do tego działania głównych bohaterów stają się coraz mniej racjonalne w miarę posuwania się akcji; ta przyspiesza, a oni nagle stają się coraz bardziej głupiutcy - jak bohaterowie slashera, mający za chwilę ginąć jedno po drugim. Tylko, że… z każdej opresji wychodzą niemal bez szwanku; są jakby trochę nieśmiertelni. Wprawdzie obcy nie są też bezpośrednio morderczy, ale przecież “dementorują” ludzi, a tych naszych herosów nie. Rozumiem ukazanie potencjału współdziałania i pojawiania się ratunku “w ostatniej chwili”, ale trochę od tego zbyt gęsto.
Co jednak nie zmienia faktu, że to ostatecznie w mojej ocenie niezła książka i nawet to, co początkowo wydaje się sztampowym rozwiązaniem (serio: obcy jak z płaskoziemskich mokrych snów o Roswell?), znajduje blisko finału całkiem sprawne wyjście z tej pozornej pułapki konstrukcyjnej.
Uczucia lekko mieszane, ale uspokaja je nieco i przechyla szalę głos Filipa Kosiora. Tyle, że nie znam zdjęć, ilustrujących książkę - coś za coś.
A gdyby tak wyłączyć znany nam świat? Może nie od razu całkowicie wyłączyć Matrixa, ale jakiś mały blackout? Choćby tylko wyłączenie prądu? Umiemy dziś żyć w świecie bez prądu? Ci, którzy by umieli, dziś uchodzą w oczach “normalnych” za jakichś płaskoziemskich dziwaków, owładniętych spiskowymi teoriami.
Właśnie w takich warunkach poznajemy Irminę i Piotra - dogasające...
2026-02-21
Lida, Roch i Ziut to trio jak się patrzy! Absolutnie! Geodeta-bimbrownik, “chłopak stąd” i baba od fikołków, a do tego “zdegenerowana wiejsko" córka wielkiego mecenasa. Żyją w post-miłosnym trio i udanym spełnieniu marzenia o nieplanowaniu życia. Wiejska chata, las, jezioro, trochę zwierząt przygarnianych z lasów, do których wywożą je dobrzy ludzie. Jakaś wariacja na temat “a może by rzucić to wszystko i…”?
Turpistyczna poetyka brzydoty, pięknym słowem odmalowana brzydka i pospolita codzienność. Ten rodzaj poetyckości uwielbiam! A jeszcze świat żywych przenika się z pozaziemskim…
Jest mi ta Zyta Rudzka jakąś mistrzynią słowa. Jest czarodziejką codzienności i brzydoty. Jak ci odmaluje fryzjerkę męską, to masz fryzjerkę, jak wiejską nauczycielkę - masz nauczycielkę od “kultury fizycznej”. Czasem chwilę przyglądam się Jej nowym książkom, nim zacznę czytać, ale przecież wiem, czego mogę się spodziewać i… jeszcze mnie nie zawiodła.
Głos Marii Seweryn bardzo współgra z opowieścią w wersji audio. Jest jakby mistrzowsko.
Lida, Roch i Ziut to trio jak się patrzy! Absolutnie! Geodeta-bimbrownik, “chłopak stąd” i baba od fikołków, a do tego “zdegenerowana wiejsko" córka wielkiego mecenasa. Żyją w post-miłosnym trio i udanym spełnieniu marzenia o nieplanowaniu życia. Wiejska chata, las, jezioro, trochę zwierząt przygarnianych z lasów, do których wywożą je dobrzy ludzie. Jakaś wariacja na temat...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2026-02-19
Imponujące! - gdybyż chcieć recenzować jednym słowem! I myślę tu łącznie o rozmachu z jakim rozpisano znaną nam już z popkultury historię, o researchu i własnym azjatyckim doświadczeniu Pisarza, poprzedzającymi narodziny powieści oraz o czasie w jakim dzieło powstało i wszelkich trudnościach związanych ze zdobywaniem wówczas informacji - w erze głęboko przedcyfrowej. Imponująca praca zrodziła imponujące dzieło!
Nie byłoby książkowej wyprawy pięciu okrętów holenderskich na Wschód, a później pobytu w Japonii Johna Blackthorne’a, gdyby nie czterdziestoletnia już wówczas wojna (półmetek Wojny Osiemdziesięcioletniej) Niderlandów wyzwalających się spod jarzma hiszpańskiego panowania i gdyby nie jawne opowiedzenie się Anglii po holenderskiej stronie tej rywalizacji. No i wezwanie, by świat od Hiszpanów i Portugalczyków wyzwolić i ocalić…
Moc książki stanowi doskonale zarysowane zderzenie dwóch kultur odmiennych jak dwa światy: japońskiej i europejskiej i to na stulecia przed nowoczesnością. A sama Japonia jest ledwo jedno pokolenie po rewolucji społeczno-kastowej Taiko (historycznie: Toyotomi Hideyoshi), który zamurował system społeczny, odcinając zupełnie chłopów od możliwości walki i awansu społecznego do kasty rycerskiej (co ciekawe - to jego własna droga do najwyższych militarnych zaszczytów). Zresztą cała książka dość mocno bazuje na wydarzeniach historycznych okresu poprzedzającego ustanowienie siogunatu, a w postaci Yoshi Toranagi nie sposób nie dopatrzyć się historycznego Ieyasu Tokugawy.
I właśnie jest John Blackthorne osobą właściwą we właściwym miejscu. Jak na swą epokę wykształcony (szkutnik i nawigator zarazem to w marynarskim świecie nie byle kto!) a do tego z natury inteligentny i dość już - również jak na epokę - zasobny w życiowe doświadczenie. Wyróżnia się na tle marynarskiej tłuszczy i dlatego to jemu właśnie dane będzie z zadziwieniem poznawać obcą i tak odmienną kulturę. Ta różnica światów, to to, co z dzisiejszego naszego zadziwiania się różnorodnościami jednak niepoznawalne, jakoś nie do zrozumienia. Ale i Japończycy (jak owa słynna otchłań) przyglądają się Anglikowi na nich spoglądającemu; nie bez powodu jeden z członków Rady Regencyjnej - Toranaga - z jakąś właściwą mu kulturowo powściągliwą fascynacją bierze go pod swe skrzydła, nieco - zdaje się - nagina się doń (do barbarzyńcy) kulturowo i wykorzystuje jego wiedzę i umiejętności do uzyskania własnych korzyści. Sam Blackthorne nie wziął się z głowy pisarza; jego historia jest luźno inspirowana faktycznym wydarzeniem: oto w 1596 roku u japońskich wybrzeży rozbił się hiszpański statek „San Felipe” i jego (hiszpański) pilot stał się pierwowzorem postaci książkowej.
Dziś świat skurczył się niepomiernie. Tak w zakresie geografii jak i różnic kulturowych. Tu zaś mówimy o czasach, gdy mapy pełne były jeszcze białych plam, dobry pilot (i jego notes!) były na wagę złota, a ten, kto pierwszy poda sposób na określenie długości geograficznej ma zostać ozłocony przez swego monarchę na pokolenia. I o te wszystkie panowania, o moc płynącą z tych potencjalnych zdobyczy i odkryć również toczy się rywalizacja europejskich potęg morskich… Ówczesne spotkanie kultur dorównuje zaś klasą tym dziś nam prezentowanym przez dzieła SF o kontakcie z pozaziemskimi Obcymi…
Wspaniale ukazano w powieści jedno, to mianowicie, jak dokonuje się przemiana w głównych bohaterach, uważających się pierwotnie wzajem za barbarzyńców, później zaś czerpiących z tej kulturowej wzajemnej odmienności coś dla siebie ważnego i nawet zaczynających się wzajem szanować czy wręcz podziwiać. I kto ostatecznie okazuje się barbarzyńcą i powieściowym szwarccharakterem? Jakoś tak wychodzi, że kościółkowi, bo to jezuici mają tu dość czarny PR. Niby nieco próbują nawracać, niby ostrożnie (akurat na tym rynku, bo już nie w Ameryce Łacińskiej) mieszać się w lokalną politykę, ale tak naprawdę ich gra toczy się o jedno tylko - o nieustające pomnażanie własnego bogactwa i własnych zysków. W dążeniu do celów nie zawahają się, by oszukiwać najpotężniejszych daimio Japonii, choć doskonale zdają sobie sprawę, że to nie “dzikusy z dżungli bez kultury”, jak jacyś Aztekowie. Ach, no i oczywiście niektórzy z nich też “poduszkują” z chłopcami…
Książka lepsza o wiele od wspaniałych przecież jej ekranizacji (czy to historycznej już z Richardem Chamberlainem, czy współczesnej z Cosmo Jarvisem). Tu dopiero udaje się lepiej zarysować historyczno-polityczne tło powieściowych wydarzeń, tu dostajemy całą smakowitość opisów żeglarskiego, szkutniczego i wojskowego wykształcenia XVI-wiecznego europejskiego człowieka oświeconego (oraz - w odmiennej już kulturze - artysty-wojownika i człowieka honoru).
Imponuje jeszcze i to, że powieść pisana z niezwykłym wręcz rozmachem (i to właśnie w czasach, gdy nie powstawały setki nowych powieści rocznie) - sama jedna wystarczyłaby, by swego Autora unieśmiertelnić.
I jeszcze jedno zadziwienie: książka świetnie opisująca świat XVI wieku i doskonale przetłumaczona (Małgorzata i Andrzej Grabowscy) nic się nie zestarzała, mimo, że starsza ode mnie, bowiem pierwsze jej wydanie datuje się na 1975 rok.
Jak ktoś lubi przygodówki podane z iście epickim rozmachem, z szeroko malowanym tłem historycznym i obyczajowym, a jeszcze wciąż tchnące egzotyką i duchem Orientu, to to jest ta książka! Nie wiem, jak innym czytelnikom na przestrzeni dziesięcioleci, ale mi - najpierw poprzez serial, teraz zaś i książkę - umeblował Clavell już w dzieciństwie pokój z napisem “japońskość”...
Albo dla kogoś, kto - jak ja - potrzebuje towarzysza i audio-motywacji w najtrudniejszym okresie przygotowań do maratonu, to też polecam na zimowe budowanie bazy, a potem na ten najtrudniejszy okres treningowy…
Oceniam najwyżej jak można, w pełni i zdając sobie sprawę - i ostrzegając też niniejszym kolejnych potencjalnych czytelników - że to jednak książka z kategorii popularno-przygodowych. Tyle, że mistrzowska w swym gatunku…
Imponujące! - gdybyż chcieć recenzować jednym słowem! I myślę tu łącznie o rozmachu z jakim rozpisano znaną nam już z popkultury historię, o researchu i własnym azjatyckim doświadczeniu Pisarza, poprzedzającymi narodziny powieści oraz o czasie w jakim dzieło powstało i wszelkich trudnościach związanych ze zdobywaniem wówczas informacji - w erze głęboko przedcyfrowej....
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Książkę tę mam na liście “do przeczytania” od zawsze, a zabieram się do niej jak do jeża, bo jakoś kojarzy mi się z “Faraonem”. I nie wiem co miałbym do tej ostatniej mieć, bo monument filmowy Kawalerowicza nawet mi się kiedyś jakoś podobał, a oryginału Prusa przecież nie czytałem. Odwagi więc!
No więc, czy trzeba było bać się powieści Waltariego? O czym jest opowieść Egipcjanina Sihnue?
Jest z pewnością opowieścią o tamtych czasach, czy raczej o naszym wyobrażeniu o tamtym Egipcie; o państwie, które czasy największej świetności ma już zdaje się za sobą, a obecnie toczone jest problemami zewnętrznymi (jak konieczność toczenia większych i mniejszych wojen z mniej lub bardziej wrogimi i agresywnymi sąsiadami) oraz wewnętrznymi (jak spiski, walka o władzę czy słabości opisywanych faraonów). W takich to czasach dzieje się opowieść Sinuhe, którego to zmienność losów i niestałość szczęścia zdaje się znamienna dla epoki. A podana jest w księgach - godnie jak u jakiego Herodota czy innego Tukidydesa.
W prostym odczytaniu jest więc o ludzkim losie jako swoistym wahadle, którego ruchy są jak zyskiwanie i tracenie bogactwa, szczęście i rozpacz po nim następująca, miłość i utraty kolejnych obiektów miłości. A wydarzenia te cykliczne jak Nil wylewający i ustępujący na przemian. Może to rytmiczność rzeki wydarzenia te kreuje i napędza?
Jest też - głębiej sięgając w znaczenia książki - o postprawdzie, którą tworzy się od zawsze zwalając pomniki przeszłych władców, albo skuwając podpisy na marmurowych popiersiach po to tylko, by wykuć tam imiona własnych przodków. O niezmienności wydarzeń, gdzie “nil novi sub sole”, jak miano stwierdzić za lat tysiąc i stwierdzać do dziś - przez kolejne dwa milenia. Choć inni powiadają, że właśnie “nic dwa razy się nie zdarza”...
Mamy opowieść o sektach kapłańskich uzurpujących sobie prawo do władzy - nie tylko nad “rzędami dusz”, ale i nad - o zgrozo - boskim faraonem. Dziel i rządź, wychowuj młodzież i opychaj się mięsem zwierząt ofiarnych! Nie jest to jakoś znajoma narracja?
W ogóle i w ten sposób można spojrzeć na tę książkę z szerszej perspektywy; w rzeczywistości jest ona - podaną pod starożytnym płaszczem (tuniką może?) - opowieścią o nas samych, nawet tych współczesnych, bowiem człowiek nie tak znów bardzo zmienił się przez kilka tysiącleci spisanych o nim opowieści; nie myli się inny wielki Klasyk mówiąc “przeszłość jest to dziś, tylko cokolwiek dalej”.
Życiowa droga Sinuhe pozwala nam spenetrować granice znanego wówczas świata: Egipt, Syrię, Kretę, Jerozolimę, Teby i Babilon, kraj Hatti. Poznajemy różnice kulturowe, religijne, społeczne, a pamiętać należy, że rzetelną wiedzę o tym, co jest w innych krainach szło wóczas poznawać z opowieści podróżników lub własnoocznych obserwacji podczas własnych perygrynacji.
A poza tym, czy jest to opowieść przekazująca nam prawdę historyczną? Jakoś wydaje się, że raczej dzieło historyzujące, choć nie aspirujące do ściśle naukowej dokładności w oddaniu realiów opisanego świata.
Prosto pisana linijna opowieść, choć od początku zdajemy sobie sprawę, że to rodzaj wspomnień, relacjonowanych z perspektywy docierania do kresu. Bez zbędnych ozdobników, choć i sama historia życia Sinuhe jest ciekawa i interesująco tu podana. Może tylko nieco zbyt rozwlekle?
Nie bez znaczenia jest powieściowy humor. Może nie samej tytułowej postaci, bo ta akurat przymiotu tego jest niemal całkowicie pozbawiona. Ale nie brak jej już jego słudze - Kaptahowi, u którego przebiegłość łączy się z prostotą, a naiwność z logicznym rozumowaniem. Duet ten nie może nie przypominać pewnego zmyślnego szlachcica z Manczy i Sanczo Pansa - jego wiernego sługi. To mocna figura tej powieści.
Prawda nie tylko z tej powieści: religia to zło, fanatyzm religijny - zło jeszcze większe, sekty zaś kapłanów (różnych zresztą kultów) - zło w stopniu najwyższym… Łatwo tworzy się też nowych bogów, choć trudno doń przekonuje lud, z umysłami już zatrutymi poprzednimi bóstwami.
Audiobook świetnie zrealizowany i przeczytany (Marcin Popczyński), co znacząco podnosi wartość lektury, ale staram się oceniać tak, jakbym sam czytał z papieru…
Po zakończeniu książki nie mam wrażenia, że oto spotkałem się z arcydziełem, ale czasu spędzonego na wysłuchaniu opowieści Sinuhe za stracony nie uważam - wprost przeciwnie. Choć mój stosunek do dzieła faluje od wzmagającego się zainteresowania do irytacji; trudno mi utrzymać jednolite zainteresowanie dość nierówną opowieścią. Nie jest to moje pierwsze spotkanie z pisarstwem Miki Waltariego (doskonały “Obcy przyszedł na farmę”) i wcale nie wykluczam jeszcze sięgnięcia po coś więcej jednego z najbardziej znanych fińskich pisarzy.
Książkę tę mam na liście “do przeczytania” od zawsze, a zabieram się do niej jak do jeża, bo jakoś kojarzy mi się z “Faraonem”. I nie wiem co miałbym do tej ostatniej mieć, bo monument filmowy Kawalerowicza nawet mi się kiedyś jakoś podobał, a oryginału Prusa przecież nie czytałem. Odwagi więc!
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toNo więc, czy trzeba było bać się powieści Waltariego? O czym jest opowieść...