-
Artykuły
Wakacje pełne magii - weź udział w akcji recenzenckiej i przenieś się do magicznego świata
LubimyCzytać1 -
Artykuły
Czytamy w święta. 3 kwietnia 2026
LubimyCzytać373 -
Artykuły
Weź udział w konkursie i wygraj pakiet książek Callie Hart!
LubimyCzytać36 -
Artykuły
„Odpowiedź kryje się w tobie” – Katarzyna Wolwowicz zdradza, jak ją odnaleźć
LubimyCzytać1
Biblioteczka
2022-02-28
2022-01-22
2022-01-24
2022-01-19
2022-01-17
2022-01-10
2021-11-28
2021-02-12
2019-12-31
2019-12-23
2019-04-22
2018-10-30
2018-09-01
2017-11-29
2017-10-28
2017-10-21
Po bardzo udanym wprowadzeniu do Wiecznego życia, Gena Showalter zabiera sympatyków serii „Evelife” do krainy po śmierci. Wszyscy pokochali losy rozdartej pomiędzy dwoma światami dziewczyny, wszyscy wraz z nią przeżywali jej skrajne emocje, aby teraz towarzyszyć jej w pierwszych krokach w nieznane i na polu bitwy. „Lifeblood. Krew życia” to godna kontynuacja pierwszego tomu, nie tak porywająca, ale równie zachwycająca i interesująca.
Tenley Lookwood na łożu śmierci sprzymierzyła się z Trojką. Pomimo tego, Miriada nie ustaje w próbach przeciągnięcia jej na swoją stronę i przygotowuje się do tego realizując niecny plan. Tymczasem dziewczyna stawia pierwsze kroki jako przyszły Przewodnik, a może nawet i Generał. Nie budzi jednak zbyt wielkiej sympatii wśród kolegów, którzy powątpiewają w jej oddanie swoim ludziom z uwagi na przebywanie Killiana po przeciwnej stronie. Kiedy jednak wśród ludzi zaczyna się pojawiać tajemnicza infekcja zwana Półcieniem- może to zagrozić obu stronom konfliktu. Wszyscy z niecierpliwością wyczekują pojawienia się tajemniczego daru, którzy może być zbawieniem dla wszystkich.
Zabieranie się za kontynuację poza życiowych poczynań Tenley, kiedy wrażenia po pierwszym tomie są jeszcze świeże, jest najgenialniejszym pomysłem. Brawa za to, że nie trzeba czekać kilku lat na ukazanie się dalszych przygód. Dzięki temu od razu przeskakujemy do nowej rzeczywistości, bez konieczności odświeżania sobie tego, co wydarzyło się wcześniej i doprowadziło do tego stanu rzeczy. A trzeba przyznać... się dzieje! Oczywiście, mamy nowe tereny więc konieczne jest słowo wstępu. Niestety... trochę za bardzo rozwleka się to w czasie, bo Ten musi przejść trening, poznać tereny, poznać nowych ludzi, docierać się z nowymi ludźmi i tak dalej, i tak dalej. I kiedy już myślimy, że nic ciekawego się nie wydarzy, nadchodzi... BUM! Akcja za akcją. Walka za walką. Śmierć za śmiercią. W sensie... druga śmierć. Dużo tego się kumuluje i wydaje mi się, że genialnie wyglądałoby to na ekranie, w szczególności, gdyby reżyserią zajął się Peter Jackson. Przy „Władcy Pierścieni” pokazał, że ma talent do scen batalistycznych. To by było coś. A tak to tworzymy sobie w głowie swoją własną ekranizację. Krew się leje, flaki latają, dywanik z zamordowanych Skorup się ściele... A do tego wszystkiego niesamowita moc wrażeń romantycznych i wciąż kotłujące się w głowie pytanie: „Czy to prawda, czy tylko gra?”. W zasadzie do ostatniej chwili nie wiemy, co jest prawdą. Kilian dał już się poznać jako mężczyzna pełen sprzeczności, więc nie powinno dziwić, że nie do końca darzymy go zaufaniem. Dziwne, że Ten darzy... miłość jest ślepa. Czekać trzeba tylko na finał, gdzie nastąpi zapewne wielki zwrot akcji, który wyrwie nam serca z klatek piersiowych! Albo i nie.
Fabuła rozwija się w bardzo ciekawym kierunku. To dobrze rokuje na przyszłość Tenley w Trojce, a także jej relacje z Kilianem. Autorka pozostawiła nas ze sporym niedopowiedzeniem na koniec tego tomu. Z jednej strony zapowiada prawdziwe COŚ, z drugiej spodziewać można się niesamowitych emocji i całych litrów wylanych łez- nie, żeby przy lekturze „Firstlife” i „Lifeblood” nie zabrakło nam chusteczek. Najlepsze jest w tej chwili wyczekiwanie. Najgorsze co może zrobić Showalter to osiąść na laurach i dać nam zwykłego zapychacza czasu niegodnego całej tej serii i nie będącego idealną jego kwintesencją. Oczekuję czegoś mrocznego, równie, a może nawet bardziej wstrząsającego niż to co otrzymaliśmy przy starciach Trojki i Miriady.
Koniec końców, pod wieloma względami, „Lifeblood” bije na głowę „Firstlife”. Jest bardziej brutalnie, a gęstniejące napięcie ciąć można nożem. Rozwijają się bohaterowie- oczywiście ci co przetrwali te wszystkie niespodziewane ataki, autorka wprowadza zupełnie inne pojęcie zdrady oraz poświęcenia. Te dwa dojmujące i potęgujące inne emocje uczucia spychają na dalszy plan pojęcie życia po życiu, odwiecznego starcia dobra ze złem, które było wszechobecne w poprzednim tomie. Nie umniejsza to jednak całości, bowiem historia ma nadal sporo do przekazania. Pozostaje nam czekać na to, jak dalej potoczą się losy walczących ze sobą Trojki i Miriady. Szkoda tylko, że na odpowiedź która z nich wygra, jak rozwinie się związek Ten i Kiliana, a także kto powróci z martwych... przyjdzie nam trochę poczekać. A ja wyczekiwać będę tego z niecierpliwością.
Po bardzo udanym wprowadzeniu do Wiecznego życia, Gena Showalter zabiera sympatyków serii „Evelife” do krainy po śmierci. Wszyscy pokochali losy rozdartej pomiędzy dwoma światami dziewczyny, wszyscy wraz z nią przeżywali jej skrajne emocje, aby teraz towarzyszyć jej w pierwszych krokach w nieznane i na polu bitwy. „Lifeblood. Krew życia” to godna kontynuacja pierwszego...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Niektóre książki zaczynają się kiepsko, ale w miarę jak akcja się rozkręca coraz bardziej zaczynamy się wciągać w historię. Część z nich utrzymuje dobry poziom do samego końca, nawet wielotomowej opowieści, a u innych siada to już w połowie drogi. Seria „Everlife” ma swoje lepsze i gorsze chwile. Ze względu na tematykę ciężko wystawić jednoznaczną opinię, bo do każdego dociera co innego. Jako młodzieżówka sprawdza się wyśmienicie, jednakże jako zwykła opowieść trochę traci na swoje mocy u finału.
Tenley i Killian mogą wreszcie cieszyć się sobą. Nie jest to jednak pełnia szczęścia biorąc pod uwagę to z czym przyjdzie im się wkrótce zmierzyć. Ich świat może zostać zasłonięty przez cienie, które na zawsze odbiorą światło temu co dobre. Przed nimi bardzo wiele wyzwań, które mogą odmienić nie tylko ich wieczne życie, ale również wszystkich których poznali i pokochali. Wielka wojna o dusze, życia i śmierć nadchodzi, i tylko od nich zależy, po której stronie staną.
W obliczu ostatnich życiowych wydarzeń prawdziwym wyzwaniem było mi zmierzyć się z tą powieścią. Ciężko było czytać o śmierci i życiu wiecznym, gdy dotyka cię osobista tragedia. W odbiorze nie pomagało również tempo historii, które niemożliwie się wlekło i zwyczajnie nie pozwalało zaangażować się w całą opowieść. Dopiero nikłe wspomnienie poprzednich tomów pomogło się zmobilizować i dostrzec pozytywy także w tej powieści.
Nie ma nic bardziej irytującego niż powtarzające się schematy, tworzące akcje, które nie chcą się skończyć. Czytając „Everlife” bardzo często ma się wrażenie, że „to już było” i to nie tylko z powodu przywoływania przez autorkę wątków z przeszłości, dla odświeżenia wiadomości czytelnika. Młodzi znowu przeżywali kryzys, znowu musieli sobie zaufać, pomimo tego, że każde z nich grało w inną grę. Znowu toczyła się walka o dusze, trzeba przyznać, że ci Miriadczycy są mega wytrwali w dążeniu do celu- nie dają za wygraną, niestety. Stało się to dość męczące i rozbrajające zarazem, że taka żądza władzy może doprowadzić do takich a nie innych, dramatycznych wydarzeń. Nie ma również nic bardziej denerwującego, gdy opłakujesz jakąś postać, wręcz topisz się we własnych łzach, a potem okazuje się, że twoja męka była nadaremna, bo oto jak za pomocą magicznej różdżki powraca on do życia! Prawie jak powrót zombie, tyle, że duchowy. Można tutaj znaleźć pewne powiązania między „Everlife” a „Alicją...”. Finał jest zatem najbardziej ckliwy we wszechświecie. Okropność.
Na szczęście frustracja powrotami do ludzi i wydarzeń zostaje odrobinę zrównana z narastającą fascynacją w trakcie dalszej lektury. Kiedy już dochodzi do konkretnej akcji, to naprawdę jest się w czym zaczytywać, a akcja toczy się tak prędko, tak bardzo nas rozochocając, że mamy ochotę przekartkowywać powieść, jak na turbodopalaczu. Wszelkie sceny walki sprawiają, że serce nam pęka. Zawsze musi wydarzyć się coś nie po naszej myśli, a jak to zazwyczaj bywa podczas wojen trup ściele się gęsto. Nie brak tutaj poświęcenia, bo przecież wiadomo, że dla osoby, którą się kocha zrobi się wszystko. Innych bohaterów cechuje za to zawziętość, gdy już raz sobie coś postanowią to nie ma szans na odciągnięcie ich od tego zamysłu. Tym sposobem dochodzi do kilku zwrotów akcji, które mocno zaskakują, wręcz szokują. Aż dziwne, że niektórych ciąg zdarzeń mógł mieć taki finał.
Nie mogę powiedzieć, że książka mnie zawiodła. Faktem jest jednak, że daleko mi do zadowolenia z powodu tego co przeczytałam. Nie tak wyobrażałam sobie zakończenie tej opowieści. Zupełnie jakby nic się nie wydarzyło, a obawiam się, że jedynym morałem z tej całej historii jest możliwie najbanalniejszy i najbardziej naiwny z morałów- miłość zwycięży wszystko. Dosłownie wszystko! Wszystko! „Everlife” okazało się być bardziej ckliwe niż ktokolwiek mógłby przypuszczać, choć w sumie finał ma za zadanie zasłodzić nas na amen po tych dramatycznych wydarzeniach, w których towarzyszyliśmy bohaterom przez większość powieści. Wybór tego tytułu Showalter popieram z uwagi na tematykę, którą porusza, choć nie do końca za budowę tej historii.
Niektóre książki zaczynają się kiepsko, ale w miarę jak akcja się rozkręca coraz bardziej zaczynamy się wciągać w historię. Część z nich utrzymuje dobry poziom do samego końca, nawet wielotomowej opowieści, a u innych siada to już w połowie drogi. Seria „Everlife” ma swoje lepsze i gorsze chwile. Ze względu na tematykę ciężko wystawić jednoznaczną opinię, bo do każdego...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to