Święta grozy. Co strasznego przeczytać przy choince?

Bartek Czartoryski
25.12.2020

Mój przyjaciel, zresztą pisarz, mawia, że książka nigdy człowieka nie wystraszy równie porządnie, co filmowy horror. I o ile zgadzam się odnośnie do samej reguły, to świąteczny czas, śnieg, chłód i ciemność zawsze sprzyjały ludzkiej podatności na literackie strachy.

Święta grozy. Co strasznego przeczytać przy choince? Erik Mclean

Ożywione kłótnie nad kutią i wujek przekrzykujący świąteczne wydanie ulubionego babcinego teleturnieju, które leci na strategicznie ustawionym za naszymi plecami ekranie sporego telewizora. Znudzony nastoletni kuzyn ani na chwilę nieunoszący głowy znad komórki i co chwilę dopytujący ciotkę, kiedy zamierzają zbierać się do domu. Do tego ości między zębami i już mamy pełny obraz świątecznego koszmaru. Nie trzeba tu ni ducha, ni zombie, ni potwora z piekła rodem, wystarczy parę godzin spędzonych przy stole z rodziną bliższą i dalszą.

Reklama

O dziwo w tym roku przychodzą nam z niespodziewaną pomocą tak przecież już nielubiane pandemiczne ograniczenia, czyli kto potrzebował wymówki, aby się tu i ówdzie nie stawić, tylko zaszyć pod kocem z książką, ten musi tylko kaszlnąć do słuchawki telefonu. Oczywiście wyzłośliwiam się, omawiając podobnie czyśćcowe święta, bo zwykle podobne spotkania są miłe i przyjemne, ale fakt faktem, że chyba każdy z nas chociaż raz przeżył taki rodzinny zjazd, przy którym bledną najgorsze horrory. Lecz bez różnicy, czy tegoroczne, dość nietypowe święta spędzicie przy najbliższych, czy z kotem, mimo że napływające zewsząd newsy nieustannie podkręcają nerwową atmosferę, to nie ma jak sięgnąć po zimową literaturę grozy.

I choć pomysł może wydawać się poroniony, bo po cóż jeszcze dokładać sobie strachu, to w tym szaleństwie jest metoda. Horror bowiem zawsze dynamicznie reagował na społeczne niepokoje i kiedy im bardziej się kotłowało, to tym lepsze rzeczy powstawały, a lektura czy seans pomagały osiągnąć swoiste katharsis i spuścić nieco nagromadzonej pary. Ale dość tej domorosłej psychologii, czas spojrzeć, co jeszcze na wyjazdy (albo rzeczoną parodniową sesją pod kocykiem) warto może nie tyle zamówić z księgarni i spakować do walizy, bo na to już za późno, lecz załadować na dysk czytnika. Można nawet i podczas świątecznej kolacji, do poduchy.

Cicha noc, śmierci noc

Małgorzata Rogala Cicha NocPolscy pisarze bodaj najczęściej serwują nam świąteczne kryminały (choćby zbiorek „Zabójcze święta”, tudzież powieść „Cicha noc” Małgorzaty Rogali), rzadziej decydując się na horrory, ale chyba nie ma co polemizować z tym, że mord i trup też potrafią zmrozić krew w żyłach. Z moich obserwacji wynika jednak, że grudniowe strachy szczególnie upodobało sobie wydawnictwo Zysk i S-ka (nie, nie jest to ani sponsor tego tekstu, ani nie pracuje tam moja ciocia), które przez ostatnich dwanaście miesięcy z małym haczykiem wydało aż trzy pozycje mające napędzić nam pietra. Jedna z nich to, znowu, zbiorek opowiadań kryminalnych (pod niezbyt oryginalnym tytułem… „Cicha noc”), ale dwie kolejne to już horrory pełną gębą.

Z duchami przy wigilijnym stoleUbiegłoroczna „Wigilia pełna duchów” zbiera opowiadań tyle, ile dań tradycyjnie pojawia się na stole świątecznych i znalazły się tam nazwiska naprawdę zacne, aby wymienić tylko Elizabeth Gaskell czy Arthura Conan Doyle’a. Mimo że są tam kawałki częściej udane niż nie, to tom ten posiada pewien feler, bo ze świętami wspólny ma tylko tytuł. Nie inaczej jest w przypadku świeżutkiego „Z duchami przy wigilijnym stole”, gdzie bodajże dwa utwory powiązane są bezpośrednio ze świętami. Ponownie imponujący jest zarówno zestaw nazwisk (Henry James! Walter Scott!), jak i sam poziom opowiadań, ale i w jednym, i drugim zbiorze chodzi raczej o klimat opowieści, które czyta się najlepiej, siedząc w ulubionym fotelu z kubkiem ciepłej herbaty, tudzież grzańca, za towarzysza mając tylko lampkę, a za oknem oświetlone ulicznymi latarniami, zaśnieżone korony ogołoconych z liści drzew, wyciągających ku nam długie gałęzie…

Reklama

Nie jest to najgorszy pomysł na świąteczną lekturę, ale wydaje się, że jeśli ktoś usilnie pragnie spotkania z maniakalnym, nie do końca świętym Mikołajem dzierżącym nie laskę, a siekierę, czy z duchami straszniejszymi niż te u Charlesa Dickensa, musi sięgnąć po opowiadania czy powieści napisane trochę wcześniej. Bo na rynku zachodnim od lat dzieją się w tym temacie rzeczy niesłychane. Niby nikogo nie powinno to dziwić, bo święta dawno się już się i skomercjalizowały, i zlaicyzowały, ale zanim przejdziemy do rzeczy faktycznie odjechanych, zatrzymajmy się przy pewnym ojcu i przy pewnym synu. Stephen King pojawić się tu przecież po prostu musiał.

A mówiąc konkretnie, „Metoda oddychania”, czyli nowelka przypisana zimie w zbiorze „Cztery pory roku”. Tamże pewien ginekolog opowiada swym towarzyszom z elitarnego klubu wielbicieli mocnych trunków i jeszcze mocniejszych wrażeń przerażającą historię z odbieranego przez siebie wigilijnego porodu. Z kolei Joe Hill krainę wyobrażoną i ulepioną z fantasmagorycznych prefabrykatów przez Manxa, porywacza i mordercę dzieci ze znakomitej powieści „NOS4A2”, nazwał mianem Gwiazdkowej, bo Boże Narodzenie trwa tam równie długo, co nieszczęśliwość — wiecznie. Na upartego można by było do świątecznych lektur dopisać jeszcze „Lśnienie” Kinga, choć to rzecz nie tyle świąteczna, co zimowa, ale godna polecenia niezależnie od pory roku.

Pada śnieg, dzwonią pogrzebowe dzwony

Skoro o klasykach gatunku mowa, szkoda, że nie wydano u nas opowiadania „The Chimney” („Komin”) autorstwa Ramseya Campbella, za które ten zdobył zresztą prestiżowe World Fantasy Award. U nas tradycja świętego Mikołaja wyłażącego z paleniska po mleko i ciastka nie jest rozpowszechniona, bo wychowywaliśmy się przeważnie na szarych blokowiskach, ale dla bohatera tego wyśmienitego kawałka tytułowy komin jest źródłem ogromnego, nie tylko świątecznego lęku. Czy słusznie? O tym musicie się już przekonać na własnej skórze.

Idę o zakład, że znacie piosenkę „Driving Home For Christmas” Chrisa Rei. Ba, trudno się od niej co roku uwolnić. Do domu na święta jedzie też Todd Curry, bohater nieopublikowanej u nas (mam nadzieję, że się to zmieni) powieści „Snow” („Śnieg”) pióra Ronalda Malfiego, który razem z innymi pasażerami śmiga wyjętym autem przez białe drogi. Przejeżdżając przez opuszczone miasteczko, Todd prędko odkrywa, że nie jest ono ani trochę opuszczone. Niezła powieść Malfiego to naprawdę szybka, mocna jazda bez trzymanki, gdzie nie ma miejsca na subtelności, ale nie zdradzę, jaką mroczną tajemnicę kryje owa demoniczna mieścina.

Reklama

Na samiutki koniec polecę książkę, której nie czytałem. Zanim jednak zarzucicie mi dziennikarską nierzetelność, mam na swoje usprawiedliwienie to, że okładka, która mignęła mi u znajomego na Facebooku, jest po prostu fantastyczna w swojej obrzydliwości. Chodzi o „The Human Santapede” (nie podejmę się tłumaczenia tytułu, ale to oczywiste nawiązanie do „Ludzkiej stonogi”) Adama Millarda, gdzie chodzi o zaogniony spór między Mikołajem a Krampusem; ten drugi ma szatański plan ukarania radosnego staruszka poprzez… naprawdę, wystarczy, jak spójrzcie na okładkę. To jedna z tych rzeczy, którą albo się kocha, albo szczerze nienawidzi.

Samo pisanie tego tekstu nakłoniło mnie, żeby wygrzebać z zakurzonej półki zapomniane „Cztery pory roku”, ale ufam, że i wy macie swoje ulubione literackie kawałki, do których co roku powracacie. A może raczej, do których boicie się powracać? Nie wypada chyba po tym wszystkim życzyć wszystkiego najlepszego, dlatego powiem tak: oby w tym roku straszyły was wyłącznie książkowe duchy, upiory i zombie, a nie spotkania z rodziną i wymuszone kasłanie do telefonu.

Reklama

komentarze [6]

Sortuj:
308
10
28.12.2020 18:50

 Zabójcze święta Zabójcze święta


367
50
28.12.2020 09:49

 Grzech Grzech akcja w trakcie Bożego Narodzenia, okultyzm, ofiary satanistyczne...


158
122
25.12.2020 20:03

 Wpuść mnie Wpuść mnie


Reklama
106
72
25.12.2020 18:08

ja polecam  Obłęd Obłęd ;)


4215
3975
25.12.2020 10:58

Czachówa Edward Lee .Ha,ha polecam.


40
0
23.12.2020 14:38

Zapraszam do dyskusji.


zgłoś błąd