Słowo pisane i inne omamy – Martyna Raduchowska

Martyna
10.11.2018

Kto czyta książki, żyje podwójnie (Umberto Eco), Czytelnik może żyć życiem tysiąca ludzi, zanim umrze. Człowiek, który nie czyta, ma tylko jedno życie (George R.R. Martin), Książki to lekarstwo dla umysłu (napis w starożytnej Bibliotece Aleksandryjskiej).

Cytatów na temat dobroczynnego wpływu czytania na naszą psychikę jest całe mnóstwo, ale mnie osobiście najbardziej urzekły słowa pewnej internautki, które krążą teraz po sieci w postaci popularnego mema: „Czy kiedykolwiek myślałeś o tym, jak surrealistyczne jest czytanie książek? Zaczynasz od gapienia się w oznakowane kawałki martwego drzewa przez kilka godzin, a kończysz z malowniczymi halucynacjami”. Dziewczyna ujęła to bardzo trafnie, zapewniam jednak, że owe halucynacje zdarzają się nie tylko czytelnikom, ale również pisarzom – i zaraz postaram się to naukowo udowodnić.

Niektóre z omówionych przeze mnie odkryć mogą wydawać się najoczywistszymi z oczywistości, lecz na wiele naszych zdroworozsądkowych przekonań do niedawna brakowało albo nadal brakuje twardych dowodów. Myślę więc sobie, że warto sprawdzić, w jaki sposób naukowcy starają się zasypać ową przepaść między wiarą a wiedzą. Spójrzmy zatem na słowo pisane okiem neurobiologa, by odpowiedzieć sobie na pytanie, jak czytanie oraz kreatywne pisanie wpływa na ludzki mózg.

Fakt (czy też oczywista oczywistość) numer jeden: czytanie poprawia pamięć i koncentrację, a wskazuje na to zwiększona aktywność w ośrodkach mózgu odpowiedzialnych za obie te funkcje, jaką można zaobserwować u badanych pogrążonych w lekturze w rezonansie magnetycznym.

W dobie Internetu czytamy mniej, z mniejszą uwagą i bardziej pobieżnie.

Nie chcę zabrzmieć jak relikt dawnych dobrych czasów, ale nie da się ukryć, że w dobie Internetu czytamy mniej, z mniejszą uwagą i bardziej pobieżnie. Zazwyczaj długie artykuły online spotykają się ze znacznie mniejszą popularnością niż lapidarne wpisy, najeżone powtarzanymi w kółko frazami dla lepszego pozycjonowania publikacji w sieci – codzienna lektura sprowadza się więc często do niecierpliwego przeskakiwania z linka na link, z posta na post, z mema na mem. Czujemy też mniejszą potrzebę zapamiętywania treści, bo przecież wszystko i tak jest w necie, więc w razie potrzeby możemy wyguglać to, co nas interesuje. Niestety, jak łatwo się domyślić, takie byle jakie, wyrywkowe czytanie i okazjonalne sprawdzanie wiadomości osłabia nasze zdolności poznawcze. Co więcej, prześlizgiwanie się wzrokiem po tekście w poszukiwaniu słów kluczowych czy lektura wybranych akapitów sprawia, że nie mogąc osadzić przeczytanych wiadomości w szerszym kontekście, w większej opowieści, nasz mózg szybko je zapomina, a nawet – z uwagi na to, że od źródeł dzieli nas zaledwie kilka muśnięć palcem po ekranie smartfona – po prostu ignoruje. Wszystko to sprawia, że tracimy zdolność koncentracji, rozumienia i analizowania wiadomości.

Lektura książek jest dla mózgu wyzwaniem i nie lada wysiłkiem.

Tymczasem lektura książek jest dla mózgu wyzwaniem i nie lada wysiłkiem. Zmusza nas do myślenia, zapamiętywania mnóstwa informacji i szczegółów, bez których zwyczajnie zgubimy wątek i nie zrozumiemy tekstu. Co więcej, sama struktura opowieści, ze swoim początkiem, rozwinięciem i zakończeniem, wymaga od mózgu myślenia sekwencyjnego: wyciągania wniosków z powoli dawkowanych informacji, zwracania uwagi na szczegóły i osadzania ich w szerszym kontekście opowieści, rozpoznawania i zapamiętywania wzorów. To dzięki temu ćwiczymy umiejętność dostrzegania związków przyczynowo-skutkowych i potrafimy przewidywać zarówno dalsze losy bohaterów, jak i wydarzenia, które czekają nas w prawdziwym świecie.

Dzięki endorfinom czytanie potrafi wejść nam w krew do tego stopnia, że graniczy z uzależnieniem, a nie ma chyba bardziej dobroczynnego nałogu.

Każda lektura stymuluje mózg, a jednak nie tylko rodzaj i jakość tekstu, ale również jakość naszego czytania (mam tu na myśli nastawienie, z jakim zasiadamy do lektury) angażuje inne skupiska neuronów i przynosi nam inne korzyści. I tak dochodzimy do faktu drugiego: czytanie dla przyjemności nie tylko stymuluje mózgowy ośrodek nagrody, ale też redukuje stres. Podczas niezobowiązującej lektury spada nam poziom kortyzolu we krwi, a mózg zalewają dobroczynne endorfiny. Nawet kiedy sięgamy po silnie emocjonującą powieść, która ze względu na opisywane w niej dramatyczne wydarzenia znacząco podnosi poziom adrenaliny i hormonu stresu, nasze ciała zaczynają w odpowiedzi produkować hormony szczęścia, aby przywrócić równowagę i złagodzić napięcie. To właśnie dzięki endorfinom czytanie potrafi wejść nam w krew do tego stopnia, że graniczy z uzależnieniem, a nie ma chyba bardziej dobroczynnego nałogu.

Kiedy zaś podchodzimy do tekstu krytycznie, analitycznie, ze wzmożoną uwagą, jakbyśmy przygotowywali się do egzaminu ze znajomości treści i stylu autora, znacznie więcej obszarów naszego mózgu wykazuje zwiększoną aktywność, niż wtedy gdy czytamy wyłącznie dla przyjemności. To właśnie uważna lektura stymuluje obszary odpowiedzialne za ruch czy dotyk, zupełnie jakbyśmy zmieniali się w bohatera czytanej powieści i przeżywali jego przygody. I oto poznaliśmy fakt trzeci oraz czwarty: czytanie rozwija wyobraźnię i zwiększa empatię.

Na czas czytania my i bohater powieści stajemy się dla naszych mózgów jedną i tą samą osobą.

Badania naukowe dowiodły, że nasze mózgi nie do końca rozróżniają to, o czym czytamy, od tego, co widzimy na własne oczy, słyszymy na własne uszy i czujemy na własnej skórze. Lektura książek – zwłaszcza tych charakteryzujących się wciągającą i wartką akcją oraz pełnokrwistymi postaciami, z którymi łatwo się identyfikować; i szczególnie wtedy, gdy podchodzimy do tekstu krytycznie i analitycznie – pobudza te same części mózgu, które wykazywałyby wzmożoną aktywność wówczas, gdybyśmy sami brali udział w opisanych w powieści wydarzeniach. Innymi słowy, na czas czytania my i bohater powieści stajemy się dla naszych mózgów jedną i tą samą osobą – nie tylko w przenośni, ale także w najbardziej dosłownym, biologicznym sensie. Zwiększona aktywność oprócz płatów skroniowych, odpowiedzialnych za rozumienie i analizę mowy i tekstu czytanego oraz zdolności lingwistyczne, zachodzi także w obszarach kory odpowiedzialnych za odbieranie i interpretacje bodźców ruchowych i zmysłowych. Zatem z neurobiologicznego punktu widzenia powtarzamy te same ruchy, przeżywamy te same przygody, toczymy te same rozmowy, doznajemy tych samych wrażeń zmysłowych i przeżyć wewnętrznych co bohaterowie książek. Innymi słowy, lektura powieści niejako przenosi jaźń czytelnika do ciała fikcyjnej postaci i pozwala mu literalnie żyć jej życiem.

Lektura powieści niejako przenosi jaźń czytelnika do ciała fikcyjnej postaci i pozwala mu literalnie żyć jej życiem.

Zjawisko to, określane mianem embodied semantics, czyli w wolnym tłumaczeniu „semantyki ucieleśnionej”, zawdzięczamy neuronom lustrzanym, które umożliwiają nam naukę przez naśladowanie zachowań innych ludzi, a także rozumienie cudzych emocji, uczuć, motywów czy pragnień. Dzięki tym strukturom zmieniamy się w mentalne lustrzane odbicie osoby, którą obserwujemy – odzwierciedlamy nie tylko jej ruchy, ale również stan umysłu. Bez neuronów lustrzanych bylibyśmy niezdolni do empatii i pozbawieni intuicji, nie potrafilibyśmy też się uczyć poprzez obserwację innych ani przewidywać ich dalszych działań, nie wspominając już o współodczuwaniu z bohaterami powieści. Można zatem powiedzieć, że książki to swoiste symulatory zdarzeń, stymulatory mózgu, papierowa technologia rozszerzonej rzeczywistości.

Fakt piąty: mózg inaczej reaguje na różne rodzaje tekstu. Według badaczy opisany wyżej stan neuronalnego pobudzenia wywołanego czytaniem może trwać nawet przez pięć dni po zakończeniu lektury. Efekt jest tym silniejszy i tym dłużej się utrzymuje, im bardziej pasjonująca i emocjonalnie angażująca była dla nas treść. Dowiedziono, że teksty budzące silne emocje aktywują te same ośrodki w prawej półkuli mózgu, za sprawą których przechodzą nas ciarki podczas słuchania porywającej muzyki.

Fikcja działa na nas inaczej niż literatura faktu.

W pewnym kanadyjskim eksperymencie dokonano trzech ciekawych odkryć. Po pierwsze, fikcja działa na nas inaczej niż literatura faktu (nawet ta opisująca życie konkretnych postaci historycznych), mocniej pobudzając neurony lustrzane i obszary związane ze współodczuwaniem. Po drugie, opowieści skupiające się na przeżyciach wewnętrznych stymulują naszą wyobraźnię i wrażliwość na losy innych mocniej niż książki, w których najważniejsza jest dynamiczna fabuła. I po trzecie, gatunek literacki również nie pozostaje bez znaczenia: romans czy powieści detektywistyczne rozwijają naszą empatię lepiej niż sagi rodzinne czy science fiction.

Czytając poezję, tak przecież niejednoznaczną, nasze mózgi wkładają więcej wysiłku w utożsamianie się z podmiotem lirycznym.

Poezja zaś silniej niż proza aktywuje te części mózgu, które są związane z introspekcjami – zwłaszcza tylny zakręt obręczy, odpowiedzialny za rozumienie cudzych motywów i przekonań, oraz środkowe płaty skroniowe, pełniące ważną rolę w długotrwałej pamięci deklaratywnej (inaczej: pamięci jawnej lub świadomej). Wygląda na to, że czytając poezję, tak przecież niejednoznaczną, metaforyczną i trudniejszą do zinterpretowania niż teksty pisane prozą, nasze mózgi wkładają więcej wysiłku w utożsamianie się z głównym bohaterem (czy raczej podmiotem lirycznym), niż ma to miejsce w przypadku powieści. Możliwe, że sięgamy do wspomnień oraz własnych przeżyć wewnętrznych, aby lepiej zrozumieć przesłanie wiersza, aby ujrzeć w nim „drugą twarz swojej duszy”, jak to ujął grecki poeta Odisseas Elitis – ale to tylko moje odczucie.

Fakt szósty: czytanie chroni przed spadkiem sprawności umysłowej w podeszłym wieku. Jak pokazuje jedno z badań, w mózgach 30-40% starszych osób, które nie miały żadnych wyraźnych objawów demencji ani innego schorzenia neurodegeneracyjnego, odkryto płytki amyloidowe oraz pęczki neurofibryli – znamiona choroby Alzheimera. Osoby te były zagorzałymi czytelnikami, co według naukowców znacząco opóźniło nadejście choroby.

Idąc dalej tym tropem, szybko odkrywamy fakt siódmy: czytanie tworzy nowe połączenia neuronowe, stymulując wzrost istoty białej m.in. w obszarach odpowiedzialnych za przetwarzanie języka, a także zwiększa ogólną wydajność mózgu, poprawiając spostrzegawczość, odkrywanie analogii, innowacyjność i kreatywność.

A skoro już o kreatywności mowa, przejdźmy na moment na drugą stronę lustra i przyjrzyjmy się mózgom pisarzy.

Kreatywne pisanie pobudza do pracy rozległą sieć neuronów odpowiedzialnych za rozmaite funkcje poznawcze.

Niemieccy naukowcy poprosili kilkadziesiąt osób o napisanie opowiadania w rezonansie magnetycznym. Ich pierwszym zadaniem było skopiowanie gotowego początku tekstu, a drugim wymyślenie i dopisanie dalszego ciągu. Zgodnie z przewidywaniami okazało się, że tworzenie fikcji angażuje znacznie więcej części mózgu niż zwykłe przepisywanie cudzej treści. Kreatywne pisanie pobudza do pracy rozległą sieć neuronów odpowiedzialnych za rozmaite funkcje poznawcze, istnieją jednak wyraźne różnice między początkującymi autorami a profesjonalistami. Otóż inaczej niż u nowicjuszy, aktywność w mózgach zawodowych pisarzy przypomina tę, jaką można zaobserwować u innych ekspertów wyspecjalizowanych w złożonych czynnościach, które wymagają koordynacji psychoruchowej, takich jak zawodowych muzyków czy sportowców. Dodatkowo u profesjonalistów nastąpiło silne pobudzenie jądra ogoniastego, które pełni kluczową rolę w doskonaleniu, a zarazem automatyzowaniu umiejętności poprzez praktykę.

Co więcej, charakterystyczna aktywność neuronowa pojawiła się u każdego z badanych (bez względu na stopień jego pisarskiego doświadczenia), jeszcze zanim zaczął pisać własną opowieść. Planowanie fabuły mocno stymulowało korę wzrokową, co sugeruje, że autorzy widzieli wymyślane przez siebie wydarzenia w umyśle. W fazie zwykłego kopiowania tekstu obszary te nie wykazywały aż takiego pobudzenia. Jednak w przeciwieństwie do nowicjuszy, u doświadczonych pisarzy wzrastała aktywność w ośrodkach mowy (Broki i Wernickego), co zdaje się potwierdzać, że przygotowując się do pisania, profesjonaliści wymyślają swoje opowieści nie tylko za pomocą obrazów, ale przede wszystkim słów: od początku zastanawiają się nad frazami, jakich użyją, snują cichą, wewnętrzną narrację. Im więcej piszemy, tym silniejszy staje się głos naszego umysłu – mentalnego narratora, który z czasem zaczyna opisywać naszą codzienność nawet wtedy, gdy nie pracujemy nad tekstem.

Wewnętrzna narracja to bardzo cenna rzecz: służy do regulacji naszego zachowania oraz umiejętności poznawczych.

Taka wewnętrzna narracja to bardzo cenna rzecz: służy do regulacji naszego zachowania oraz umiejętności poznawczych (np. pamięci roboczej i skupiania uwagi na zadaniu), pomaga rozwijać zdolności interpersonalne, zapewniając swoiste ćwiczenia „na sucho”, odgrywa też bardzo ważną rolę w naszej samoświadomości i samopoznaniu. W zależności od sytuacji pozwala radzić sobie z trudnymi emocjami, motywuje do działania czy podnosi na duchu. Tymczasem nie bez zdziwienia czytałam niedawno o badaniach, według których ów głos w głowie słyszy zaledwie 20-30% populacji, podczas gdy większość z nas myśli przede wszystkim obrazami. Nie mam na to twardych danych, ale idę o zakład, że wśród tych, którzy prowadzą wewnętrzny monolog, dominują zapaleni czytelnicy i pisarze. Moim zdaniem warto sięgać po książki i zajmować się pisaniem, jeśli nie dla zaspokojenia literackich ambicji, to choćby po to, aby powołać do życia owego cichego narratora, zachęcić umysł, by do nas przemówił.

To tyle, jeśli chodzi o wymyślanie i planowanie tekstu, idźmy zatem dalej. Notowanie pierwszych pomysłów pobudziło ośrodki pamięci, zwłaszcza hipokamp – i jest w tym sporo sensu, w końcu pisząc na dowolny temat, musimy korzystać z wielu zgromadzonych w nim informacji faktycznych oraz autobiograficznych. Z kolei pisanie scen z udziałem kilku bohaterów i rozwijanie kilku różnych wątków aktywuje płat przedczołowy, pełniący funkcję naszej pamięci roboczej, która potrafi trzymać „pod ręką” i na bieżąco analizować wiele informacji jednocześnie.

W zależności od kontekstu historii, jaką opowiadamy, aktywują się inne obszary mózgowe. Kiedy stworzony przez nas bohater podejmuje fizyczne działania, z pomocą rusza nam kora ruchowa. Kiedy zaś w danej scenie ważną rolę odgrywają wrażenia zmysłowe, zapalają nam się odpowiednie rejony kory sensorycznej. Jeśli dobrze wykonamy swoją pracę i nasze opowieści będą wystarczająco sugestywne i silnie działające na wyobraźnię, mózgi czytelników zachowają się jak lustrzane odbicia i odzwierciedlą tę aktywność neuronową, która towarzyszyła nam podczas pisania.

Lektura, jak i pisanie tekstów pełnych klisz zmniejsza wrażliwość mózgu na stymulację obrazowym językiem.

Sęk w tym, że mózg bardzo łatwo się przystosowuje i reaguje znacznie słabszym pobudzeniem neuronów na to, co już zna, niż na zupełnie nowe bodźce – i tym sposobem zdobyliśmy naukowe dowody na to, co wcześniej podpowiadała nam intuicja i zdrowy rozsądek: kluczem do pisarskiego sukcesu jest oryginalność, szukanie własnych analogii, metafor i twistów fabularnych, stronienie od banałów, wyświechtanych frazesów i klisz przeniesionych jeden do jednego ze zbiorowej czytelniczej świadomości. Ku przestrodze dodam jeszcze, że zarówno lektura, jak i pisanie tekstów pełnych klisz zmniejsza wrażliwość mózgu na stymulację obrazowym językiem (np. metaforami) czy opisami wrażeń zmysłowych. Słowem: unikać jak ognia!

A co robić, gdy się człowiek zatnie? Kiedy zmagałam się z wyjątkową blokadą twórczą i szukałam sposobów na to, jak ją przełamać, wielokrotnie spotkałam się z sugestią, aby na jakiś czas przerzucić się z klawiatury komputera na kartkę i długopis. Zadziałało wtedy i nadal działa niemal za każdym razem. Już tłumaczę dlaczego. Połączenie zdolności motorycznych (manipulowania pisadłem), pamięci (musimy wszak przypomnieć sobie, jak wygląda każda z liter, jak je nakreślić i jak łączyć w wyrazy) oraz wolniejszego tempa pracy, jakie wiąże się z ręcznym pisaniem, angażuje mózg w inny sposób niż używanie klawiszy. Wymaga też większego skupienia i wywiera znacznie mniejszą presję niż niecierpliwie mrugający kursor w edytorze tekstu.

W stanach znudzenia bądź wyczerpania tym łatwiej włącza się nam pozbawione kreatywności myślenie automatyczne.

Szkopuł w tym, że bardzo łatwo przyzwyczajamy się do jednego sposobu myślenia, a wypchnięcie umysłu z utartych kolein bywa trudne, zwłaszcza gdy nasz mózg jest już zmęczony próbą rozwiązania dylematu i znużony własnymi mantrycznymi rozważaniami. W stanach znudzenia bądź wyczerpania tym łatwiej włącza się nam pozbawione kreatywności myślenie automatyczne, które wymaga mało energii, opiera się bowiem na wyuczonych odruchach. W takich sytuacjach blokada twórcza trwa w najlepsze. Tymczasem chwilowe zaprzątnięcie myśli czymś innym jest bezcenne przy rozwiązywaniu problemów, bo kiedy odpowiednio długo pracujemy nad solucją, nasz umysł przetwarza wszystkie informacje także nieświadomie i robi to nadal, nawet gdy zrezygnowani udamy się na spoczynek albo gdy coś odwróci naszą uwagę od napotkanej trudności – to właśnie stąd biorą się te wszystkie eureki napadające nas znienacka w kąpieli, przy myciu naczyń czy obieraniu ziemniaków. Zjawisko „aha” lub iluminacji naukowo nazywamy inkubacją psychologiczną. Kiedy więc koncentrujemy się na manualnym przelewaniu słów na papier, zwiększamy swoje szanse na doznanie twórczego olśnienia i przełamanie blokady. Ręczne pisanie jest więc dobrym sposobem na zhakowanie własnych neuronów.

Książki to swoiste symulatory zdarzeń i stymulatory mózgu, papierowa technologia rozszerzonej rzeczywistości. Zaś czytanie i powieściopisarstwo to z punktu widzenia neurobiologii dwie strony tej samej monety, dwa lustrzane odbicia tej samej magii – magii słowa, którą każda wciągająca opowieść powołuje do życia w naszych umysłach, niezależnie od tego, czy jesteśmy jej autorem, czy czytelnikiem.

---

Martyna Raduchowska - rocznik ‘87. Wrocławianka z urodzenia i sentymentu, warszawianka z zamieszkania i zaskoczenia. Absolwentka psychologii i kryminologii (Aberystwyth University), neurobiologii poznawczej (University of York) oraz psychologii śledczej (Uniwersytet SWPS). Z zapałem zgłębia tajniki ludzkiego mózgu oraz profilowania osób zaginionych i nieznanych sprawców zbrodni.

Debiutowała opowiadaniem Cała Prawda o PPM w antologii Kochali się, że strach (2007), a swoje studencko-emigracyjne przygody z fantastycznym twistem opisała w opowiadaniu Shade, w antologii Nawiedziny (2009). Autorka dwóch książek z gatunku urban fantasy: Szamanka od umarlaków (2011) i Demon Luster (2014), a także cyberpunkowego kryminału Łzy Mai (2015) wyróżnionego Nagrodą Literacką Kwazar za wartości naukowe w literaturze science fiction (2016), oraz cyberpunkowego thrillera psychologicznego Spektrum (październik 2018). W latach 2016-2018 pracowała jako scenarzystka w studiu CD PROJEKT RED, obecnie zaś pisze kolejną powieść.

Reklama

komentarze [13]

Sortuj:
Dodaj wypowiedź

Aby napisać wypowiedź musisz być zalogowany.

0
0
09.11.2018 11:50

Zapraszam do dyskusji.


3806
3568
10.11.2018 16:21

Ja się odniosę do czytania dla przyjemności.Myślę,że to w nas zabito.Zabito,w szkołach,gdzie czytało się po coś.
Dla kogoś,na ocenę.Często,na siłę.
Gdzie,książka była złem koniecznym.
Dziś powoli,odzyskujemy jako świadomi czytelnicy.
Samo radość z czytania.
Gdzię książkę,czytamy o tak dla siebie.
Nie myślimy,a co ona zmieni w moim życiu.
Po co,ja to czytam.Wiem,czasem...

więcej

2731
587
10.11.2018 18:13

Nikt nie pamięta książek w 100%. Po co sobie robić śmietnik. Nie jest to podręcznik,który trzeba wykuć na pamięć. Ja pamiętam to co mnie w danej książce urzekło, zainteresowało, co miało wpływ na mnie.


3806
3568
10.11.2018 18:35

A to,już myślałem.Że,jestem dziwny.


2731
587
10.11.2018 18:53

Nic z tego, pod tym względem jesteś zupełnie normalny. Pod koniec roku przejrzę wszystkie tytułu, które w tym roku przeczytałam i sama jestem ciekawa ile z nich będę pamiętać.


91
81
11.11.2018 19:38

Odnośnie zabijania radości z czytania w szkołach, moim zdaniem - czy może raczej, patrząc na samego siebie - uważam, że jeżeli człowiek od dziecka był wychowywany do czytania (rodzice czytali mu na dobranoc, sam widział, jak czytają, a potem zaczynał czytać na własną rękę) to potem, kiedy przychodzi do szkoły z wszystkimi jej przymusami i rygorami, jakoś łatwiej jest...

więcej

1375
17
12.11.2018 11:22

Zgodzę się z Marcelem. Szkoła, jakkolwiek opresyjna i szkodliwa by nie była, niewielkie ma szanse cokolwiek w nas zabić. Kto pokochał książki przed rozpoczęciem nauki w szkole, kto nauczył się czytać i czerpać z tego przyjemność zanim kazano mu czytać na zaliczenie, ten raczej szkołę przetrwa. Szkoła może takiemu obrzydzić klasykę, ale raczej nie czytanie jako takie.
...

więcej

2731
587
14.11.2018 15:16

Na moje czytanie szkoła nie miała żadnego wpływu. To co musiałam w szkole przeczytać, no trudno, jakoś przebrnęłam. Ale w moim świecie książek to był drobny fragment. Chociaż nie darzę miłością Polskich klasyków. Mojej córce też najpierw czytałam, a później podsuwałam książki, które ją zainteresują i będzie się przy nich bawić.
Zgadzam się z @Moniką, ale czasami i w szkole...

więcej

3806
3568
14.11.2018 16:06

Ja też raczxej,nie jestem fanem klasyków.Ja nie miałem,w szkole lekko.


Dodaj odpowiedź

Aby napisać wypowiedź musisz być zalogowany.

1696
221
10.11.2018 18:58

Ten artykuł to miód na serce dla wszystkich książkoholików !


19
6
11.11.2018 10:43

Super artykuł. Właśnie szukałam czegoś o korzyściach płynących z czytania :)
Hm, ja jestem zapaloną książkoholiczką, ale wydaje mi się, że bardziej myślę obrazami niż słowami. W sensie, rzadko "komentuję" coś w swojej głowie. Muszę dokładniej się temu przyjrzeć ; )


3806
3568
11.11.2018 17:25

Ja,też rzadko daję komentarz to fabuły.No,chyba że.Coś mnie zaciekawi na 100 %


3806
3568
12.11.2018 08:02

w Szkolę,byłem anty czytelniokiem


zgłoś błąd