SpadłoMizRegała 
facebook.com/spadlomizregala, , instagram:, @spadlomizregala
Czasami coś stuknie, czasami coś zatrzęsie i "z regała" spadnie mi książka. Wtedy biorę ją i czytam. A potem piszę.
status: Oficjalny recenzent, ostatnio widziany 4 godziny temu

Oficjalne recenzje

10-01-2019
Oficjalna recenzja

„Skaza” to pierwsza część cyklu o Bernardzie Grossie – introwertycznym policjancie, wiodącym niełatwe życie człowieka złamanego przez niesprawiedliwy los. W książce mamy do czynienia z tajemniczą sprawą zamarzniętych zwłok chłopca i bezdomnego mężczyzny, odnalezionych przez głównego bohatera. Rzecz dzieje się w małym miasteczku...

08-01-2019
Oficjalna recenzja

„Zamieć” to nic innego jak zapis trzech historii, których wspólnym mianownikiem jest zaginięcie bliskiego człowieka. Jednak w pewnym momencie poczułam, że to może być coś dobrego, innego, ciekawego. Że to nie jest kolejna opowiastka kryminalna, która ledwo się rozpocznie, a już się kończy. „Zamieć” okazała się lekturą przesiąkniętą psychologią, a Cioczek – całkiem niezłym pisarzem.

02-01-2019
Oficjalna recenzja

„Ostatni obraz Sary de Vos” jest historią niezwykle precyzyjną, przemyślaną i opowiedzianą pięknym literackim językiem. O tej precyzji świadczy nie tylko sam ciąg zdarzeń czy sposób przedstawienia intrygi, ale także wiedza autora na temat sztuki i sposobów jej tworzenia (oraz podrabiania).

Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2019-01-15 08:40:51
Ma nowego znajomego: Iwona T
 
2019-01-11 08:12:40
Ma nowego znajomego: fromboise
 
2019-01-11 08:12:26
Ma nowego znajomego: annrecenzuje
 
2019-01-09 09:59:09
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

Gdyby ktoś powiedział mi kilkanaście lat temu, że będę z entuzjazmem chłonąć historię sztuki i że przyjdzie mi (bez przymusu) zgłębiać życiorysy znanych malarzy, powiedziałabym mu, że ogłupiał. Naprawdę. Ja, która na lekcjach plastyki potrafiłam jedynie narysować dom, trzy kwiatki i drzewo? Która, w przeciwieństwie do kolegów i koleżanek z klasy, nigdy nie cieszyła się na kolejne czterdzieści... Gdyby ktoś powiedział mi kilkanaście lat temu, że będę z entuzjazmem chłonąć historię sztuki i że przyjdzie mi (bez przymusu) zgłębiać życiorysy znanych malarzy, powiedziałabym mu, że ogłupiał. Naprawdę. Ja, która na lekcjach plastyki potrafiłam jedynie narysować dom, trzy kwiatki i drzewo? Która, w przeciwieństwie do kolegów i koleżanek z klasy, nigdy nie cieszyła się na kolejne czterdzieści pięć minut tworzenia nikomu niepotrzebnych prac plastycznych. Kompletnie się do tego nie nadawałam. Właściwe ta kwestia się nie zmieniła – w naszym domu wciąż nie jestem właściwą osobą do pomocy przy rysowaniu. Od tego jest babcia. O, ona to potrafi! A ja… no cóż… ja czytam o tych, którzy potrafili stworzyć prawdziwe dzieła. A gdy w moje ręce trafiają takie biografie artystów, które same w sobie są małymi dziełami sztuki, to już w ogóle trudno jest mi się oprzeć. Tak właśnie było, gdy zobaczyłam zapowiedź książki Maríi Hesse "Frida Kahlo. Biografia".

Kto nie kojarzy Fridy? Charakterystycznych, krzaczastych brwi oraz niezapomnianego wyrazu twarzy z autoportretu. Kto, myśląc o Fridzie, nie widzi przed oczami Salmy Hayek, wcielającej się w rolę artystki w filmie z 2002 roku ("Frida")? Wiele powstało już biografii Magdaleny Carmen Fridy Kahlo Calderón, jednak żadna dotychczas nie została wydana w taki sposób jak książka Maríi Hesse. Przepiękne, mocno działające na wyobraźnię ilustracje obrazujące życie malarki i jej wewnętrzne rozdarcie, robią duże wrażenie. Wszystko to wzbogacone treścią, która laika ubogaci wieloma istotnymi informacji, a dla znawcy stanie się swego rodzaju narzędziem do ich uporządkowania. Hesse skupiła się na tej najbardziej kobiecej kwestii – miłości. Frida, targana ogromnym uczuciem do Diego Rivery i niepotrafiąca odnaleźć się w monogamicznym związku, do dziś dostarcza wielu emocji tym, którzy postanowili zmierzyć się z jej twórczością i biografią. Jej historia, naznaczona bólem i – moim zdaniem – swoistą samotnością, jest historią trudną i wymagającą skupienia. W wykonaniu Hesse jest przede wszystkim zwięzłą i skupioną na najważniejszych aspektach życia Fridy mini-powieścią.

"Frida Kahlo. Biografia" to książka wielowymiarowa. Dla jednych będzie swoistą encyklopedią, dla innych swego rodzaju albumem. Niewątpliwie malarka jest postacią, która – tworząc swoje dzieła – bardzo mocno wyrażała siebie, dlatego do opowiedzenia jej historii wystarczy rzetelna interpretacja jej obrazów.

“Nigdy nie maluję snów ani koszmarów. Maluję moją własną rzeczywistość”.

Właśnie te słowa, umieszczone na początku książki, towarzyszyły mi podczas lektury. Obrazy stawały się dla mnie słowami, niedługimi opowieściami, krótkimi autobiografiami. Ze szczególnym zainteresowaniem przyglądałam się obrazowi "Strzaskana kolumna". Bolało mnie moje ciało, wyobrażałam sobie rzeczywistość, którą artystka starała się umilić, korzystając z życia tak, jak mogła. Dlatego też uważam, że tę książkę można podsunąć jedynie bardzo świadomej młodzieży. Przerażające, szokujące, czasami nawiązujące do śmierci ilustracje wymagają dojrzałości i umiejętności interpretacji.

“Maluję samą siebie, bo to ja znam siebie najlepiej”.

Frida Kahlo znała siebie najlepiej, a María Hesse pozwoliła nam zajrzeć do życia bohaterki i stać się przez chwilę jego uczestnikiem. O tym, jak bardzo niebanalne było to życie, możecie się przekonać podczas lektury, do której zachęcam.

pokaż więcej

 
2019-01-02 13:21:27
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Jakiś czas temu uczyłam się sztuki przeprowadzania resuscytacji krążeniowo-oddechowej. Znamienne hasło, które powtarzaliśmy podczas symulowanych rozmów z dyspozytorem pogotowia „Pacjent nieprzytomny, nie oddycha”, błąkało się po mojej głowie przez wiele dni. Może Was to zdziwi, ale wspomnienie tego szkolenia wróciło do mnie podczas lektury książki Drzewo Anioła Lucindy Riley. Gdy czytałam o... Jakiś czas temu uczyłam się sztuki przeprowadzania resuscytacji krążeniowo-oddechowej. Znamienne hasło, które powtarzaliśmy podczas symulowanych rozmów z dyspozytorem pogotowia „Pacjent nieprzytomny, nie oddycha”, błąkało się po mojej głowie przez wiele dni. Może Was to zdziwi, ale wspomnienie tego szkolenia wróciło do mnie podczas lektury książki Drzewo Anioła Lucindy Riley. Gdy czytałam o utracie pamięci przez jedną z bohaterek i odnosiłam tę sytuację do własnego życia (wyobrażając sobie, że zamiast obrazów z pierwszych lat życia moich dzieci oraz wielu innych wspomnień mam w głowie pustkę), pomyślałam, że to taka metafora stanu owego pacjenta – nieprzytomny, nie oddycha. Nie ma nic poza tu i teraz, a ktoś obok prowadzi wspomnianą resuscytację, próbując przywrócić mnie do życia poprzez pokazywanie mi świata na nowo.

Gretę poznajemy jako starszą panią. Z okazji Świąt Bożego Narodzenia zostaje ona przywieziona przez wieloletniego przyjaciela do posiadłości, w której spędziła skrawek swojego życia. Kobieta, która wiele lat wcześniej uległa wypadkowi i cała jej pamięć została wykasowana, nie potrafi odnaleźć się wśród – podobno najbliższych jej – ludzi. Jednak odkrycie grobu małego chłopca w pobliskim lesie wywołuje migawki wspomnień, które Lucinda Riley przepięknie splata w powieść, od której odrywałam się tylko dlatego, że mój organizm domagał się snu.

Drzewo Anioła to mój osobisty debiut, jeśli chodzi o prozę Riley. Świetne opinie o napisanej przez nią serii Siedem Sióstr zachęciły mnie, by poznać „geniusz” pisarki. Czytelnicy, którzy sięgają do moich recenzji, wiedzą, że lubię się czepiać. Lubię doszukiwać się wad i punktować za niedociągnięcia i błędy. Nie znoszę trywialnych historii, które sprawiają wrażenie, jakby zostały napisane na kolanie w pewną ciepłą letnią noc. Decydując się na lekturę tej książki, nie liczyłam na to, że otrzymam powieść, której trudno coś zarzucić. A dokładnie taką powieść otrzymałam.

Przyznam, że okładka nieco mnie zmyliła. Spodziewałam się kolejnej świątecznej opowieści – dobrej, ale jednak nieco sztampowej, bo przecież najczęściej właśnie takie są te historie. Tymczasem świąteczny czas ma się właściwie nijak do fabuły skoncentrowanej na zaburzonych relacjach, będących efektem bardzo złych wyborów. Riley uwiodła mnie sposobem przedstawienia swoich bohaterów, którzy wywołują bardzo skrajne emocje. To ten rodzaj bohaterów, których trudno jednoznacznie określić. Wściekałam się na Gretę za jej decyzje, za odrzucanie szansy na dobre życie, a korzystanie z tej, której konsekwencją było piekło. Miałam ochotę wydrapać oczy Chesce, kobiecie-tornado, która z podobną prędkością niszczyła życie wszystkich wokół. Denerwowała mnie Ava i jej brak asertywności. A jednak wszystkim tym kobietom współczułam, dopingowałam i mocno trzymałam kciuki za ich spokojną przyszłość. Bo – pomimo mojej złości – polubiłam je. Podziwiałam Davida, który poświęcał swoje życie, będąc opoką dla każdej z nich, niezależnie od sytuacji. I choć był trochę jak książę z bajki, to wyjątkowo mi to nie przeszkadzało. Właściwie w tej książce na uwagę zasługują nawet drugo- i trzecioplanowe postaci. Absolutnie każda z nich została przez autorkę dopieszczona, żadna nie została potraktowana po macoszemu.

Drzewo Anioła to porywająca historia, która – mimo wielu wątków – nie nudzi czytelnika. Wręcz przeciwnie, porywa i – niczym duchy z powieści Dickensa – zabiera w różne miejsca, wskazując konsekwencje naszych działań i wyborów. Od pięknej walijskiej posiadłości przez Hollywood po uniwersytecki kampus. W międzyczasie – przystanki: szpital psychiatryczny oraz oddział intensywnej terapii. Jakby tego było mało – chwila na planie filmowym i koncercie. A wszystko to w formie świetnie dopracowanej historii, którą naprawdę bardzo Wam polecam.

www.spadlomizregala.pl

pokaż więcej

 
2019-01-02 13:04:36
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
 
2018-12-28 07:59:18
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Cykl: Enola Holmes (tom 1)

Sherlock Holmes już zawsze będzie miał dla mnie twarz Benedicta Cumberbatcha. Choćby nie wiem, co się stało, ta ekranizacja przygód bohatera prozy Arthura Conana Doyle’a zawsze będzie dla mnie kultową. Nie dziwi mnie, że wielu pisarzy pragnęło dotknąć ideału, jakim niewątpliwie była postać tego detektywa. Klasyka zawsze się obroni i nawet oczywiste nawiązania do takiej persony nie działają „in... Sherlock Holmes już zawsze będzie miał dla mnie twarz Benedicta Cumberbatcha. Choćby nie wiem, co się stało, ta ekranizacja przygód bohatera prozy Arthura Conana Doyle’a zawsze będzie dla mnie kultową. Nie dziwi mnie, że wielu pisarzy pragnęło dotknąć ideału, jakim niewątpliwie była postać tego detektywa. Klasyka zawsze się obroni i nawet oczywiste nawiązania do takiej persony nie działają „in minus”. Od trochę innej strony podeszła do tematu Nancy Springer, czyniąc główną bohaterką swojej książki Enola Holmes. Sprawa zaginionego markiza młodszą siostrę Sherlocka. Przyznam, że od razu pomyślałam, że to niezły zabieg marketingowy i gwarancja dobrej sprzedaży. Czy się pomyliłam?

Enola ma 14 lat i mieszka ze swoją matką, która w tajemniczych okolicznościach znika z domu. Zbuntowana przeciwko decyzjom starszych braci, Sherlocka i Mycrofta, nastolatka ucieka z domu, chcąc na własną rękę odszukać panią Holmes. Po drodze zostaje uwikłana w sprawę zaginięcia młodego markiza, a będąc niezwykle elokwentną i spostrzegawczą młodą damą, szybko trafia na ślad chłopca.

Trzeba przyznać, że gdyby Enola żyła w XXI wieku, to jej przygody nie zrobiłyby aż takiego wrażenia. Jednak w kontekście dziewiętnastowiecznego Londynu sprawa wygląda zupełnie inaczej. Wyemancypowana, walcząca o siebie i możliwość samodzielnego podejmowania decyzji, nie daje się zepchnąć na bok. Młoda detektyw jest odważniejsza niż ówczesne młode kobiety, a jej inteligencja niczym nie ustępuje inteligencji słynnego brata. Napędzana nie tylko energią charakterystyczną dla jej wieku, ale także chęcią odnalezienia matki, nie pozwala zamknąć się w internacie dla grzecznych dziewczynek. Właściwie to wydaje się, że spokojnie mogłaby stać się wzorem do naśladowania dla współczesnych nastolatek, gdyby tylko wyciągnęły z tej historii coś więcej niż ucieczkę z domu.

Tym, co przyciągnęło moją uwagę, jest odwzorowanie epoki zarówno poprzez ciekawe opisy miasta, jak i strojów, etykiety czy sposobu wychowania. Również język, którym posługują się bohaterowie, jest stylizowany na dziewiętnastowieczny, co czasami nawet mnie – dorosłą – zmuszało do sięgnięcia do słownika. Jako że książka przeznaczona jest raczej dla młodzieży, uważam to wszystko za jej ogromny atut – ona nie tylko bawi, ale również uczy. To, co cieszy mnie jako rodzica, to fakt, że nie mamy do czynienia z książką o kolejnym sztampowym bohaterze. Szczerze mówiąc, mam dość Normanów i koszmarnych Karolków. Znudziły mnie dzieci ciągle przyprawiające rodziców o palpitacje serca, a co za tym idzie – książki skupiające się na ich wybrykach. Może dlatego wolę historie podobne do Dzieci z Bullerbyn lub Ani z Zielonego Wzgórza. Tam też dzieci dokazują, ale odbywa się to w zupełnie inny sposób. Dobrze, że moje dzieci będą mogły poznać przygody Enoli – sprytnej, mądrej i rezolutnej dziewczynki, która może jest małym utrapieniem dla braci, ale jednocześnie nie stanowi symbolu nieokrzesanej małolaty, którą najchętniej przełożyłoby się przez kolano.

Enola Holmes. Sprawa zaginionego markiza to dopiero pierwszy tom przygód tytułowej bohaterki. Wieści o ekranizacji tej serii rozniosły się z prędkością światła i pozostaje nam czekać na możliwość skonfrontowania wyobrażeń powstałych na podstawie lektury z tymi przedstawionymi na wielkim ekranie. Miejmy nadzieję, że film udźwignie popularność książki.

pokaż więcej

 
2018-12-17 07:22:56
Ma nowego znajomego: ksiazkawprezencie
 
2018-12-14 07:32:14
Ma nowego znajomego: Robert K-ski
 
2018-12-14 07:32:13
Ma nowego znajomego: ARI CZYTA
 
2018-12-07 09:23:18
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

Co jest potrzebne dziecku do szczęścia? Spokój w domu, miłość najbliższych i czas rodziców. Może o czymś zapomniałam, ale te trzy rzeczy przychodzą mi do głowy jako pierwsze. Co dziecku po nowym Lego, jeśli będzie musiało składać je w samotności, a później bawić się, udając kilka osób jednocześnie? Do pewnego stopnia jest to normalne – dziecko musi uczyć się bycia samo ze sobą. Niemniej trzeba... Co jest potrzebne dziecku do szczęścia? Spokój w domu, miłość najbliższych i czas rodziców. Może o czymś zapomniałam, ale te trzy rzeczy przychodzą mi do głowy jako pierwsze. Co dziecku po nowym Lego, jeśli będzie musiało składać je w samotności, a później bawić się, udając kilka osób jednocześnie? Do pewnego stopnia jest to normalne – dziecko musi uczyć się bycia samo ze sobą. Niemniej trzeba zapewnić mu bezpieczeństwo i sprawić, by dom był dla niego ostoją, a nie miejscem, z którego najchętniej uciekłoby w siną dal. Pewnie, że chętnie pokopie piłkę w pobliskim klubie sportowym, potańczy w szkole tańca za rogiem. Może nawet będzie zainteresowane dodatkowym hiszpańskim, niemieckim i chińskim – kto wie? Jednak najważniejsze jest to, by miało w nas, rodzicach, oparcie. A jednak, uprawiając błędnie rozumianą prawdziwą i troskliwą miłość rodzicielską, oddalamy się od swoich pociech, oddając je w ręce obcych ludzi, którzy mają je nauczyć wszystkiego poza miłością.

Przedstawiona przeze mnie wersja rodzicielstwa nie jest jeszcze taka najgorsza. Strasznie robi się, gdy do tego wszystkiego dołożymy znęcanie się fizyczne lub psychiczne. To drugie stało się głównym motywem najnowszej książki Ewy Bauer Ucieczka przed życiem. Dla mnie to pierwsze zderzenie z twórczością pisarki. Ci, którzy często zaglądają do moich recenzji, wiedzą, że często jest mi trudno odnaleźć się wśród kolejnych nowości z gatunku literatury obyczajowej. Jednak Ewie Bauer udało się zainteresować mnie nie tylko sama fabułą, ale także swoim podejściem do tematu.

Cecylia to zastraszona siedmiolatka, którą matka musztruje na każdym kroku. Wyczekane dziecko, które – mogłoby się wydawać – choćby z tego powodu powinno być przez rodziców kochane do granic możliwości, zostaje stłamszone przez apodyktyczną i wiecznie niezadowoloną rodzicielkę. Jedyną nadzieją dla niej jest przyjaciółka, choć – jak się okazuje – macki Wandy (matki) sięgają dalej niż można by się spodziewać. Towarzyszymy dziewczynce przez okres dorastania, widząc, jak bardzo sposób wychowania wpłynął na jej psychikę. Cecylia, będąc nastolatką, jest tak naprawdę wrakiem człowieka.

Przyznam, że trudno mi opisać to, co przeżywa Cecylia. Na szczęście nie muszę, bo Ewa Bauer zrobiła to za mnie. Jestem przekonana, że cała historia mogłaby zostać spłaszczona, gdyby nie wnikliwość pisarki i naprawdę dobre przygotowanie. O tym, że pewne rzeczy dzieją się na świecie, każdy wie. Jednak nie każdy posiada umiejętność ubierania prawdziwych problemów w odpowiednie słowa i tworzyć z nich prawdziwe historie. Ból towarzyszący głównej bohaterce był dla mnie tak odczuwalny, że wielokrotnie przerywałam lekturę, by nabrać dystansu. Jako matka nie potrafiłam sobie wyobrazić, że mogłabym swoją córkę traktować jak robota. Wściekałam się na ojca Cecylii za to, że nie potrafi pomóc córce. Nie umiałam znaleźć ujścia dla wszystkich targających mną emocji, czekając, aż pojawi się jakiekolwiek światełko w tunelu. Pomimo bardzo trudnego tematu, który porusza, Ucieczka przed życiem jest swego rodzaju wyrazem nadziei, że – przy odpowiedniej pomocy – nawet najtrudniejsze problemy można przepracować. I że po deszczu zawsze w końcu wychodzi słońce, a jeśli mamy szczęście, będziemy mogli obserwować piękną tęczę.

pokaż więcej

 
2018-12-06 09:00:15
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Cykl: Urok późnego lata (tom 2)

Chyba nie należę do osób szczególnie sentymentalnych. Nie wzruszam się szybko, nie gonię za lekturami, przy których będę się roztkliwiała co kilka stron. Jednak czasami mam ochotę na coś nostalgicznego, melancholijnego, porywającego. Ale nie łzawego. Nie jest łatwo napisać coś takiego, nie popadając w skrajność. Zdaję sobie sprawę z wątłej granicy między jednym a drugim. Są jednak autorzy i... Chyba nie należę do osób szczególnie sentymentalnych. Nie wzruszam się szybko, nie gonię za lekturami, przy których będę się roztkliwiała co kilka stron. Jednak czasami mam ochotę na coś nostalgicznego, melancholijnego, porywającego. Ale nie łzawego. Nie jest łatwo napisać coś takiego, nie popadając w skrajność. Zdaję sobie sprawę z wątłej granicy między jednym a drugim. Są jednak autorzy i autorki, które mają niesamowite wyczucie w tej kwestii i potrafią stworzyć wyjątkową fabułę, odpowiednio wszystko wyważyć i tak posplatać losy bohaterów, by ułożyły się w piękną historię. Na pewno ten dar posiada Agnieszka Janiszewska. Moje pierwsze spotkanie z jej twórczością było dla mnie ogromnym zaskoczeniem – świetnie napisana książka Pamiętam, pełna rodzinnych tajemnic, niedopowiedzeń i prób poznania prawdy o najbliższych. Trochę podobnie sprawa ma się w przypadku Uroku późnego lata, choć mam wrażenie, że tutaj fabuła jest nieco bardziej rozbudowana.

Niewątpliwie pisarka odnajduje się w zagmatwanych historiach rodzinnych, skrywających sekrety sprzed wielu lat. Urok późnego lata to opowieść o wielopokoleniowej rodzinie, w której pewne wydarzenia zostały albo zapomniane, albo zamiecione pod dywan. Wydana w formie dwóch tomów kreśli dzieje rodu na tle zawieruchy wojennej i przemian społeczno-politycznych XX wieku. Dzięki Uli (wnuczki seniorki rodu), która zaczyna dochodzić przyczyn animozji rodzinnych, odkrywamy coraz więcej tajemnic, poznając burzliwe losy jej babki, które dotychczas w domu dziewczyny stanowiły temat tabu.

To, co szczególnie przyciąga mnie do twórczości Agnieszki Janiszewskiej, to jej lekkie pióro kreślące niełatwe historie. Wiedza historyczna, którą dysponuje i która – w mojej opinii – stanowi największy atut jej książek, daje gwarancję rzetelności i pozwala czytelnikowi dowiedzieć się czegoś nowego. Urok późnego lata plasuje się wśród tych książek obyczajowych, które nie są wyłącznie historyjkami na jeden wieczór. Autorka dotyka życiowych kwestii, nie infantylizując ich. Z perspektywy wielu przeczytanych książek tego gatunku muszę przyznać, że to rzadkość. Urok późnego lata jest powieścią skrupulatną, przemyślaną, odmalowaną wieloma kolorami emocji, a jednocześnie nie jest ckliwą i zbudowaną jedynie z dialogów powiastką, z której zapamiętujemy najwyżej tytuł. Plusem również są bohaterowie, którzy – niepozbawieni wad – nie wywołują w czytelniku poczucia, że znów ma do czynienia z ideałem wyciągniętym z kapelusza. Kobiety – bo to one są głównymi postaciami – wcale nie są posągowymi pięknościami prezentującymi wyłącznie nieskazitelne charaktery. Wręcz przeciwnie – wiele z nich nie budzi sympatii i może właśnie dlatego są tak bardzo interesujące. Co ważne – każda z nich jest „jakaś”. Prawdziwa, swojska, rzeczywista.

Urok późnego lata to historia przeznaczona dla tych, którzy lubują się w odkrywaniu sekretów wielopokoleniowych rodzin, nie bojąc się mierzyć z historią Polski. To książka dla tych, którzy poszukują wartości dodanych w tak zwanych obyczajówkach, lubią retrospekcje i powolne odsłaniania kolejnych elementów historii, składających się na barwną całość. Zdecydowanie ucieszy czytelników, którzy lubią odkrywać, co determinuje niezrozumiałe czasami postępowanie innych ludzi. Ta książka to jedna z perełek, jeśli chodzi o ten gatunek literacki, dlatego bardzo Wam ją polecam.

pokaż więcej

 
2018-12-06 08:59:58
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Cykl: Urok późnego lata (tom 1)

Chyba nie należę do osób szczególnie sentymentalnych. Nie wzruszam się szybko, nie gonię za lekturami, przy których będę się roztkliwiała co kilka stron. Jednak czasami mam ochotę na coś nostalgicznego, melancholijnego, porywającego. Ale nie łzawego. Nie jest łatwo napisać coś takiego, nie popadając w skrajność. Zdaję sobie sprawę z wątłej granicy między jednym a drugim. Są jednak autorzy i... Chyba nie należę do osób szczególnie sentymentalnych. Nie wzruszam się szybko, nie gonię za lekturami, przy których będę się roztkliwiała co kilka stron. Jednak czasami mam ochotę na coś nostalgicznego, melancholijnego, porywającego. Ale nie łzawego. Nie jest łatwo napisać coś takiego, nie popadając w skrajność. Zdaję sobie sprawę z wątłej granicy między jednym a drugim. Są jednak autorzy i autorki, które mają niesamowite wyczucie w tej kwestii i potrafią stworzyć wyjątkową fabułę, odpowiednio wszystko wyważyć i tak posplatać losy bohaterów, by ułożyły się w piękną historię. Na pewno ten dar posiada Agnieszka Janiszewska. Moje pierwsze spotkanie z jej twórczością było dla mnie ogromnym zaskoczeniem – świetnie napisana książka Pamiętam, pełna rodzinnych tajemnic, niedopowiedzeń i prób poznania prawdy o najbliższych. Trochę podobnie sprawa ma się w przypadku Uroku późnego lata, choć mam wrażenie, że tutaj fabuła jest nieco bardziej rozbudowana.

Niewątpliwie pisarka odnajduje się w zagmatwanych historiach rodzinnych, skrywających sekrety sprzed wielu lat. Urok późnego lata to opowieść o wielopokoleniowej rodzinie, w której pewne wydarzenia zostały albo zapomniane, albo zamiecione pod dywan. Wydana w formie dwóch tomów kreśli dzieje rodu na tle zawieruchy wojennej i przemian społeczno-politycznych XX wieku. Dzięki Uli (wnuczki seniorki rodu), która zaczyna dochodzić przyczyn animozji rodzinnych, odkrywamy coraz więcej tajemnic, poznając burzliwe losy jej babki, które dotychczas w domu dziewczyny stanowiły temat tabu.

To, co szczególnie przyciąga mnie do twórczości Agnieszki Janiszewskiej, to jej lekkie pióro kreślące niełatwe historie. Wiedza historyczna, którą dysponuje i która – w mojej opinii – stanowi największy atut jej książek, daje gwarancję rzetelności i pozwala czytelnikowi dowiedzieć się czegoś nowego. Urok późnego lata plasuje się wśród tych książek obyczajowych, które nie są wyłącznie historyjkami na jeden wieczór. Autorka dotyka życiowych kwestii, nie infantylizując ich. Z perspektywy wielu przeczytanych książek tego gatunku muszę przyznać, że to rzadkość. Urok późnego lata jest powieścią skrupulatną, przemyślaną, odmalowaną wieloma kolorami emocji, a jednocześnie nie jest ckliwą i zbudowaną jedynie z dialogów powiastką, z której zapamiętujemy najwyżej tytuł. Plusem również są bohaterowie, którzy – niepozbawieni wad – nie wywołują w czytelniku poczucia, że znów ma do czynienia z ideałem wyciągniętym z kapelusza. Kobiety – bo to one są głównymi postaciami – wcale nie są posągowymi pięknościami prezentującymi wyłącznie nieskazitelne charaktery. Wręcz przeciwnie – wiele z nich nie budzi sympatii i może właśnie dlatego są tak bardzo interesujące. Co ważne – każda z nich jest „jakaś”. Prawdziwa, swojska, rzeczywista.

Urok późnego lata to historia przeznaczona dla tych, którzy lubują się w odkrywaniu sekretów wielopokoleniowych rodzin, nie bojąc się mierzyć z historią Polski. To książka dla tych, którzy poszukują wartości dodanych w tak zwanych obyczajówkach, lubią retrospekcje i powolne odsłaniania kolejnych elementów historii, składających się na barwną całość. Zdecydowanie ucieszy czytelników, którzy lubią odkrywać, co determinuje niezrozumiałe czasami postępowanie innych ludzi. Ta książka to jedna z perełek, jeśli chodzi o ten gatunek literacki, dlatego bardzo Wam ją polecam.

pokaż więcej

 
2018-12-06 08:50:38
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Cykl: Kawiarenka za rogiem (tom 1)

Siedzę i zastanawiam się, co napisać, żeby się nie powtarzać. Mądry człowiek nie wchodzi dwa razy do tej samej rzeki, uczy się na błędach i co tam jeszcze niosą nasze polskie porzekadła. I tak właśnie zastanawiam się, jak to jest z moją mądrością, skoro regularnie popełniam te same błędy. Jakie? Sięgam po – z założenia – ciepłe i lekkie historie w nadziei, że znajdę wreszcie coś, co mnie... Siedzę i zastanawiam się, co napisać, żeby się nie powtarzać. Mądry człowiek nie wchodzi dwa razy do tej samej rzeki, uczy się na błędach i co tam jeszcze niosą nasze polskie porzekadła. I tak właśnie zastanawiam się, jak to jest z moją mądrością, skoro regularnie popełniam te same błędy. Jakie? Sięgam po – z założenia – ciepłe i lekkie historie w nadziei, że znajdę wreszcie coś, co mnie zauroczy. I tak z każdą kolejną obiecuję, że już nigdy więcej, a znowu poddaję się… nie wiem czemu… modzie? Chyba trochę tak. Jednak jak nie ufać dziesiątkom ludzi, którzy twierdzą, że coś jest naprawdę dobre? Jak można zignorować fakt, że coś bawi i cieszy innych? Przecież nie jestem kosmitką – mnie też powinno! A jednak nie.

Nazwisko Karoliny Wilczyńskiej chodziło za mną od jakiegoś czasu. Klasycznie sprzedażowe okładki z pięknymi kolorami i kompozycjami przyciągały mój wzrok, choć nigdy nie zdecydowałam się sięgnąć po którąś z nich. Do momentu pojawienia się nowej serii, której pierwsza część – Życie na zamówienie, czyli espresso z cukrem­ – trafiła w moje ręce. Nie ukrywam, że miałam spore oczekiwania. Naprawdę miałam ochotę wreszcie przeczytać coś lekkiego, ale niebanalnego. Chciałam, żeby było przyjemnie i niezbyt irytująco. Tymczasem schematyczna powieść została przełamana… nieprawdopodobnymi wydarzeniami. Czy może być gorzej?

Kiedy umierająca babcia zdradza Miłce rodzinny sekret, ta postanawia odciąć się od rodziny i wyjeżdża do innego miasta, by się usamodzielnić. Idzie jej to średnio, niemniej dzięki pomocy przyjaciółki i napotkanej wróżki jakoś staje na nogi. Tak, od tego momentu jest już tylko nieprawdopodobnie. Nie będę streszczała całej fabuły, bo nie o to chodzi, ale naprawdę wszystko, co dzieje się wokół dziewczyny, wydaje się być nierealne i wyciągnięte z kapelusza. Oczywiście można się dopatrywać w tej historii wiary w ludzi, przekonania, że każdy jest z natury dobry i nawet z największego zawadiaki można uczynić romantyka. Zacnie. Jednak zupełnie nie dla mnie. Przyznaję się do wzbierającej we mnie irytacji w sytuacjach, w których bohaterka nie potrafiła poradzić sobie z najprostszymi rzeczami. Jej ciągłe skupianie uwagi na swojej wadze w pewnym momencie najzwyczajniej w świecie mnie znużyło. Z jednej strony czułam, że pisarka chciała poruszyć ważne problemy, takie jak na przykład stalking, a z drugiej strony nie mogłam znieść banalności całej historii.

Kończy się rok 2018 i wraz z nim kończą się moje eksperymenty czytelnicze. Przyrzekam! Lekkie i przyjemne lektury, takie jak Życie na zamówienie, czyli espresso z cukrem, zdecydowanie nie są dla mnie i choćby nie wiem co, nie dam rady się do nich przekonać. Jednak polecam tym, którzy są spragnieni prostych, niewymagających historii. Czemu by nie?

pokaż więcej

 
2018-12-04 08:05:21
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Czy można zamknąć świat na niespełna pięciuset stronach? Opowiedzieć o wszystkich jego barwach i skalanej nierównościami rzeczywistości? Czy da się ot tak po prostu skreślić kilka historii życia, pamiętając o tym, że o ile ich rytm może być ten sam, o tyle melodie znacznie się różnią?

Kiedyś mieszkałam w Norwegii. Przez ponad rok zarabiałam na to, by w Polsce móc bez kredytu kupić mieszkanie....
Czy można zamknąć świat na niespełna pięciuset stronach? Opowiedzieć o wszystkich jego barwach i skalanej nierównościami rzeczywistości? Czy da się ot tak po prostu skreślić kilka historii życia, pamiętając o tym, że o ile ich rytm może być ten sam, o tyle melodie znacznie się różnią?

Kiedyś mieszkałam w Norwegii. Przez ponad rok zarabiałam na to, by w Polsce móc bez kredytu kupić mieszkanie. I kupiłam. 38 m2, pokój z kuchnią. Piękne, bo moje. Bez kredytu. Gdy pochwaliłam się tym faktem wśród norweskich znajomych, usłyszałam, że 38 m2 to powierzchnia ich kuchni. Zdałam sobie wówczas sprawę, jak ogromna przepaść dzieli Polskę i Norwegię – dwa państwa o dość podobnej powierzchni i zatrważającej różnicy w liczbie mieszkańców. Poznając coraz lepiej ich system socjalny, zdawałam sobie sprawę, jak bardzo jesteśmy od siebie różni. Pracując z Norwegami, czułam ogromny kontrast między nami w podejściu do obowiązków i strachu przed utratą pracy. Mojego strachu, bo oni zupełnie byli go pozbawieni. Mieliśmy różne potrzeby, cele, a przede wszystkim – możliwości.

To właśnie między innymi o możliwościach, różnicach i swego rodzaju niesprawiedliwości pisze Tomasz Michniewicz w swojej najnowszej książce Chrobot. Życie najzwyklejszych ludzi świata. Autor pokazuje nam rzeczywistość, o której często nie mamy pojęcia, która nie uwiera nas w żaden sposób, choć – zdaje się sugerować reporter – powinna. Po lekturze tej książki nic nie jest już takie samo, a to, co dotychczas w ogóle nie było przedmiotem naszego zainteresowania, teraz wrzyna się w każdą myśl dotyczącą naszej codzienności. Luźno splecione historie siedmiorga dzieci z Finlandii, Japonii, Ugandy, Kolumbii, Kalkuty, Indii i Stanów Zjednoczonych obrazujące ich życie poprzez odniesienia do podstawowych aspektów ludzkiej egzystencji, takich jak edukacja, przyjaźń, wychowanie czy stosunek do pracy, pokazują nam drastycznie różne warunki bytowania, które determinowane są przez możliwości, jakie daje im świat. A – jak się okazuje – choć świat jest jeden, to możliwości zależą od tego, gdzie przyszło nam żyć.

Michniewicz, snując opowieści o dzieciństwie, dorastaniu i dorosłości bohaterów, wskazuje na problemy, z jakimi muszą się mierzyć. Bardzo mocno uderza w czytelnika, pokazując, jak nasza wygoda rujnująco wpływa na codzienność innych. Pokazując trudności, z którymi mierzą się kraje takie jak Uganda czy Kalkuta, zmusza do refleksji i pokornego spojrzenia na świat, w którym przyszło nam żyć – z dostępem do czystej wody, elektryczności, edukacji i opieki zdrowotnej. Przyznaję, że momentami ogarniała mnie wściekłość. Zastanawiałam się, dlaczego Michniewicz chce wpędzić mnie w poczucie winy za to, że żyję tu, gdzie żyję. Przecież to nie moja wina, że urodziłam się w Polsce, w takiej, a nie innej rodzinie, a mój pracodawca oferuje finansowanie prywatnej opieki zdrowotnej. Dlaczego wini mnie za to, że robię zakupy w sieciówkach i przepłacam, wydając uczciwie zarobione pieniądze. Im bliżej byłam końca Chrobotu, tym większy bunt odczuwałam. I nagle przyszedł koniec. Zamknęłam książkę, zgasiłam światło i w ciszy śpiącego domu pozwoliłam sobie na trochę łez, dziękując (sama nie wiem komu) za to, co mam. Rano, odkładając Chrobot na regał, uznałam, że to reportaż, który powinien przeczytać każdy. Dlatego jeśli macie ochotę na coś naprawdę ambitnego, powinniście sięgnąć po tę właśnie książkę.

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
268 150 2078
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (36)

zgłoś błąd zgłoś błąd