Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

Warszawa 1656

Seria: Historyczne Bitwy
Wydawnictwo: Bellona
6,32 (31 ocen i 3 opinie) Zobacz oceny
10
0
9
3
8
4
7
13
6
7
5
0
4
0
3
0
2
0
1
4
Edytuj książkę
szczegółowe informacje
data wydania
ISBN
9788311115323
liczba stron
304
słowa kluczowe
historia, wojny, bitwy, potop szwedzki
kategoria
historyczna
język
polski

Dzieje najazdu Szwedów na Polskę, czyli tzw. II wojny północnej, mają bogatą literaturę. Największa bitwa tej wojny, trzydniowa batalia w rejonie Warszawy, nie zapisała się jednak szczególnie w pamięci Polaków. Mimo przegranej, strona polska tylko przejściowo utraciła inicjatywę, a Szwedzi ostatecznie opuścili Polskę. W bitwie Szwedów wsparły wojska brandenburskie, Polaków - Tatarzy.

 

Brak materiałów.
książek: 1652
Sensej | 2017-04-19
Na półkach: Przeczytane

Jak tę książkę oceniam? Zacznę od tego, że trudno mi spuścić zasłonę milczenia na to, co mnie najbardziej w tej pozycji denerwuje, tj. błędne opisanie udziału husarii w tej bitwie. Już nawet nie chodzi o to, że kolejny raz, za ś.p. J.Teodorczykiem pojawiają się tutaj tezy o rozstrzeliwaniu szeregów husarskich przez muszkieterów (s. 145), ale o takie prozaiczne rzeczy jak np. skład i liczebność chorągwi husarskich, które brały udział w szarży Połubińskiego w drugim dniu bitwy. Dla przykładu poniżej zacytujemy fragment jego książki, aby wyjaśnić czytelnikowi w czym rzecz… . M. Nagielski pisze, że:

"Impet uderzenia chorągwi husarskich pod komendą Połubińskiego był ogromny. Środek prawego skrzydła, złożony z doborowych regimentów uplandzkiej i smalandzkiej rajtarii (były to skwadrony pod dowództwem Plantinga i Rosena), został przełamany, zaś husaria przedzierała się w głąb ugrupowania przeciwnika pod ogniem prowadzonym przez nie rozbite jeszcze skwadrony rajtarii nieprzyjacielskiej. Uderzeniu nie oparły się także skwadrony pierwszego rzutu rajtarii gwardii królowej pod komendą Anhalta. Duże straty miała ponieść także gwardia rajtarska Karola X Gustawa".

Na samym początku wypada zauważyć, że dziwna a momentami nietrafna terminologia i słownictwo profesora wprost przyprawia o ból głowy! Używa on nieadekwatnych sformułowań jak np. przełamanie przez husarię. Husaria nigdy nie przejechała szeregów przeciwnika jedną szarżą. Nigdy w taki sposób nie wyglądały jej szarże. Raczej powinno się tutaj "mówić" o systematycznym rozbijaniu poszczególnych szeregów przez husarzy. Np. pod Kircholmem husaria polska przeprowadziła aż osiem takich szarż! Określenie "przełamanie" nie powinno tutaj w ogóle występować. Pozwala mi sądzić, że autor nie ma bladego pojęcia o istocie szarż przeprowadzanych przez husarię na nowożytnych polach bitew, gdyż nie zna źródeł traktujących na ten temat. Nie rozumie lub nie chce zrozumieć jak w rzeczywistości one wyglądały. Nagielski chwali w swojej książce rajtarię za jej skuteczność i znaczną wartość bojową, ale czy ma on pojęcie o czym pisze? Rajtaria była lekką kawalerią w XVI-XVII w. Z reguły była wyposażona w arkebuzy i pistolety. Taką bronią nie wiele mogła zrobić husarii. Powodów ku takiemu twierdzeniu jest z pewnością wiele. Zacznę od prozaicznych w postaci znakomitych koni, broni, morale i wyszkolenia samych husarzy polskich. Wśród innych wymienię fakt, że rajtaria była zbyt słabo uzbrojona a ówczesna broń palna nie stanowiła wielkiego zagrożenia dla półzbroi husarskiej. W tamtych czasach nie istniała jeszcze broń ładowana odtylcowo, a czas ładowania był stanowczo zbyt długi. Wiele zależało od jakości prochu, ale przeciwko taktyce stosowanej przez husarie nawet najlepszy proch i najlepsze muszkiety czy arkebuzy nie mogły pomóc… Na domiar złego rajtarzy strzelający z arkebuzów nie byli w stanie wiele wskórać przeciwko taktyce husarii, rozpoczynającej szarżę kłusem i luźnym szykiem, a następnie galopującej i cwałującej aby w reszcie na ostatnich metrach zwierać szyk! Nic nie mogło powstrzymać takiego impetu. Początkowy luźny szyk husarii znacznie obniżał straty. Ostrzał natomiast prowadzono na dystansie, na którym husaria polska poruszała się jeszcze szykiem luźnym, ale już galopując. Zwróćmy uwagę, że Szwedzi nawet na dobrze przygotowanym do bitwy terenie jak pod Gniewem nie wiele wskórali przeciwko wojsku polskiemu. Nawet jeśli przyjąć, że w generalnym ataku decydującego dnia bitwy gniewskiej (chociaż nie ma na to cienia dowodu!) wzięła udział husaria to straciła ona nie wielu ludzi skoro straty sięgnęły zaledwie 18 zabitych! Owa szwedzka „nawała ogniowa” była rzeczywiście wyjątkowo straszliwa!... Jakież gigantyczne straty zadała Polakom… Tym podobnych dyrdymałów u Teodorczyka jest wiele. Nagielski pisze swoją książkę w podobnej konwencji i powiela ten absurdalny schemat… Dosłownie włosy stają dęba!!!

Natomiast drugi z Panów pod wpływem tez, których pozostaje Mirosław Nagielski to Zdzisław Żygulski Jr. Podobnie jak Jerzy Teodorczyk był to przede wszystkim muzealnik. Napisał wiele kiepskich książek. Przypominam sobie zwłaszcza jedną zatytułowaną „Broń starożytna”, w której wprost roi się od błędów i wielu ogólników. Właściwie poza zdjęciami uzbrojenia nie mogę znaleźć w niej innych plusów. Autor powinien pozostać przy wydawaniu albumów. Zdecydowanie to wychodzi mu dużo lepiej. Przypomnę tylko, że głosił tezy o zasięgu karabinu długolufowego na około 1200 m! Podkreślmy, że takiego zasięgu nie miała chociażby późniejsza broń snajperska z czasów wojny secesyjnej a wspomniane dane nasuwają skojarzenia raczej ze współczesną bronią.

Karabiny długolufowe rodem z XVII w. z trudem radziły sobie z półzbrojami o grubości 3-4 mm. Ich celność a co za tym idzie i skuteczność pozostawiała wiele do życzenia. Towarzysze husarscy jak wynika z wielu wspomnień i pamiętników (np. Wespazjana Kochowskiego) dopuszczali nawet do strzałów z tzw. półhaka z broni pistoletowej, czyli z najbliższej odległości, a i tak nie były one w stanie przebić ich zbroi. Czytając Nagielskiego można odnieść wrażenie, że pozostaje on bardzo pod wpływem dwóch wielce szkodliwych autorów, a mianowicie Jerzego Teodorczyka i Zdzisława Żygulskiego Jr. Teodorczyk jest znany osobom zorientowanym w temacie z wielce kuriozalnego artykułu o pierwszej porażce husarii w bitwie pod Gniewem. Nie mając cienia dowodu próbował dowodzić, że husaria została pokonana we wspomnianym starciu. Podczas, gdy żadne źródło wprost nie wymieniało jej wśród oddziałów biorących udział w ataku decydującego dnia bitwy. Nagielski czerpie od niego wiele błędnych poglądów, np. skuteczności broni palnej. Treść niniejszej pracy nasunęła mi skojarzenia z „nawałami ogniowymi” muszkieterów rodem z bitwy pod Gniewem… , a teraz Nagielski czyni to samo tylko jak widzę w odniesieniu do rajtarii (!), szczęście istniejących tylko w świecie ludzi pokroju J. Teodorczyka, Z. Żygulskiego Jr i M. Nagielskiego. Nagielski pisze np. „ (…) zaś husaria przedzierała się w głąb ugrupowania przeciwnika pod ogniem prowadzonym przez nie rozbite jeszcze skwadrony rajtarii nieprzyjacielskiej”. Według profesora „ogień” był tak silny i groźny, że mógł realnie zagrozić husarii… Tym podobnych głupot w książce „Warszawa 1656” wydanej po raz kolejny w okrytej złą sławą "Bellonie" można uświadczyć nader często. Inna sprawa to kwestia owej rajtarii tak często pojawiającej się na kartach książki Nagielskiego. Tutaj kieruje pytanie do samego autora. Czy aby przypadkiem opancerzonej rajtarii nie powinno się nazywać kirasjerami? :)

Wskazać też muszę na inny poważny błąd, tj. na to, że prof. Nagielski podpiera się jednym i tym samym fragmentem źródła do opisu 2 różnych epizodów (chodzi o fragment listu J. Leszczyńskiego, który raz jest użyty do opisu popołudniowej szarży Połubińskiego [s. 148] a innym razem, ten sam fragment użyto przy opisie wydarzeń przedpołudniowuch [s. 128-130]). Błędem jest także określanie strat, które mieli ponieść husarze Połubińskiego w szarży 29 VII 1656, na podstawie zmian wykazywanych przez komputy wojsk w III i IV kwartale 1656. Błędem jest również wykorzystanie opisu Des Noyersa (który odnosi się do wydarzeń porannych 30 VII), przy wydarzeniach, które miały miejsce popołudniu 29 VII (s.148). Dodam też, że nie zgadzam się ze sposobem interpretacji wielu faktów przez prof. Nagielskiego (na przykład tego, co się stało po szarży husarii Połubińskiego 29 VII).

Ten list Des Noyresa w rzeczywistości mówi o bitwie trzydniowej. Des Noyers napisał "W sobotę dnia 28 lipca". Sobota przypadała na 29 VII a nie 28 VII. Des Noyers opisuje więc wydarzenia z 3 dni bitwy). Nie ma to jednak tutaj znaczenia.

Istotne jest to, że ten fragment listu Des Noyersa, który wykorzystał prof. Nagielski przy opisie wydarzeń z drugiego dnia bitwy (sobota, 29 VII), jest w istocie opisem wydarzeń porannych trzeciego dnia bitwy (niedziela, 30 VII). Więc stwierdzam, że:

"Błędem jest również wykorzystanie opisu Des Noyersa (który odnosi się do wydarzeń porannych 30 VII), przy wydarzeniach, które miały miejsce popołudniu 29 VII (s.148)."

Właśnie w tym problem, że na s. 148 prof. Nagielski wykorzystuje ten fragment do opisu słynnej szarży husarzy Połubińskiego a na s. 128-130 z kolei, łączy go z zupełnie innymi wydarzeniami.

O braku posiłków pisał oprócz Leszczyńskiego J. Łoś i S. Wierzbowski. Nie kwestionuję tego, że szarżującej husarii nie udzielono wsparcia. Moje uwagi dotyczą tego, w jaki sposób prof. Nagielski użył fragmentu listu Des Noyersa (który odnosi się do zupełnie innych wydarzeń), do poparcia tezy, że husarii nie udzielono na czas wsparcia. Kwestionuję również scenariusz wydarzeń, zaproponowany przez prof. Nagielskiego, odnoszący się do owego zagadnienia braku udzielenia wsparcia husarzom. Powtórzę: "nie zgadzam się ze sposobem interpretacji wielu faktów przez prof. Nagielskiego (na przykład tego, co się stało po szarży husarii Połubińskiego 29 VII)".

Otóż właśnie Des Noyers nie pisze nic ani o samej szarży husarzy Połubińskiego w dniu 29 VII, ani o zabiegach Jana Kazimierza, by ją wesprzeć. W takiej sytuacji należy raczej określić interpretację prof. Nagielskiego jako ryzykowną, ale nie błędną. Z powyższych powodów zmuszony jestem uznać, że: "Błędem jest również wykorzystanie opisu Des Noyersa (który odnosi się do wydarzeń porannych 30 VII), przy wydarzeniach, które miały miejsce popołudniu 29 VII (s.148)."

Jak dla mnie znacznie więcej wątpliwości rodzi kwestia, które to chorągwie husarskie uczestniczyły w szarży. Polskie źródła narracyjne nie wspominają w ogóle o obecności chorągwi koronnych, a jednocześnie brak w pracy prof. Nagielskiego jakichkolwiek wzmianek na ten temat ze źródeł szwedzkich i brandenburskich. Jak dotąd nasi historycy nie wskazali na żadne źródło, które potwierdza uczestnictwo husarzy koronnych w tej szarży. R. Sikora, po dodatkowej kwerendzie źródeł znalazł źródła wprost i zupełnie jednoznacznie stwierdzające, że w szarży tej nie uczestniczyła husaria koronna. Są one napisane przez naocznych świadków tej bitwy. Do prof. Nagielskiego mam tutaj nie tyle pretensje o to, że do tych źródeł nie dotarł lub je zignorował), ale o to, że opierając się na opisie bitwy warszawskiej pióra prof. Herbsta, przeinaczył to, co prof. Herbst napisał.

Otóż Herbst co prawda podaje, że oprócz 2 chorągwi litewskich „w szarży mogły uczestniczyć tylko cztery roty koronne [...]”, ale nie oznacza to, że na pewno brały w niej udział. Oznacza to jedynie, że z całą pewnością rot husarii koronnej nie mogło tam być więcej niż 4. Mirosław Nagielski, opierając się na Herbście twierdzi, że „w szarży uczestniczyło na pewno sześć chorągwi husarskich, cztery z wojska koronnego, dwie z litewskiego”. Ta pewność jest co najmniej zaskakująca, skoro sam Herbst tej pewności nie miał. Prof. Nagielski ze zdania warunkowego zrobił zdanie twierdzące, nie mając ku temu (a przynajmniej nie wskazując na to) żadnej podstawy źródłowej.

Podsumowując książka M. Nagielskiego stoi na wyjątkowo niskim poziomie merytorycznym. Po jej lekturze poczułem wyjątkowy niesmak. Autor będący przedstawicielem tzw. „warszawskiej szkoły historycznej” popełnia w niej liczne błędy merytoryczne. Z jednej strony przesadnie i błędnie zwiększył wartość bojową rajtarii, a z drugiej obniżył wartość husarii. W dużej mierze wynika to z braku znajomości przedstawianej tematyki oraz co istotniejsze pozostawiania pod wpływem idiotycznych tez głoszonych przez swoją „szkółkę”. Nagielski przeinacza również sam przebieg bitwy warszawskiej (1656). Nie rozumie on na czym polegała skuteczność husarii, jak wyglądały jej szarże, jak również dlaczego ówczesna broń palna była nieskuteczna i zawodna. Słowem nie zna realiów XVII w. pól bitew. Mógłbym tak wyliczać bez końca błędy autora, lecz czeka na mnie jeszcze wiele o niebo lepszych pozycji. Pasjonatom i specjalistom od wojskowości nowożytnej stanowczo nie polecam. Szkoda czasu na lekturę i pieniędzy na zakup książki „Warszawa 1656”. Lepiej zainwestować w literaturę wyższych lotów.

Pokaż wszystkie opinie o tej książce
Już teraz nowa funkcja: pakiety. Dowiedz się więcej jak kupić kilka książek w najlepszej cenie >>>
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading

Opinie czytelników


O książce:
Zaginiona dziewczyna

Powiem Wam tak: brałam książkę do domu z myślą, że jak będzie całkiem beznadziejna zawsze mogę ją odłożyć. I co? Przeczytałam w 2 dni, pomimo jej grub...

zgłoś błąd zgłoś błąd