Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

Martin Eden

Tłumaczenie: Zygmunt Glinka
Seria: Arcydzieła Literatury Światowej
Wydawnictwo: Zielona Sowa
7,9 (2054 ocen i 149 opinii) Zobacz oceny
10
337
9
454
8
466
7
486
6
176
5
89
4
19
3
21
2
4
1
2
szczegółowe informacje
tytuł oryginału
Martin Eden
data wydania
ISBN
8373893717
liczba stron
316
słowa kluczowe
awans społeczny, Ameryka, samouk
kategoria
klasyka
język
polski
dodała
Pistacia

Inne wydania

Powieść zawiera wiele wątków autobiograficznych. Opowiada historię młodego człowieka z warstwy robotniczej, który kształcąc się samodzielnie, zdobywając ciężką pracą wiedzę i ucząc się towarzyskiej ogłady, pragnie stać się godnym pochodzącej z bogatej rodziny burżuazyjnej dziewczyny, Ruth Morse. Między młodymi ludźmi rozkwita uczucie, z czasem jednak niezwykła żywotność Martina, jego...

Powieść zawiera wiele wątków autobiograficznych. Opowiada historię młodego człowieka z warstwy robotniczej, który kształcąc się samodzielnie, zdobywając ciężką pracą wiedzę i ucząc się towarzyskiej ogłady, pragnie stać się godnym pochodzącej z bogatej rodziny burżuazyjnej dziewczyny, Ruth Morse.

Między młodymi ludźmi rozkwita uczucie, z czasem jednak niezwykła żywotność Martina, jego niebywale szerokie horyzonty i zapał, z jakim pragnie zostać uznanym pisarzem, zaczynają przerastać intelektualne możliwości i drobnomieszczańską mentalność jego narzeczonej...

[opis wydawcy]

 

pokaż więcej

książek: 1184
Mimetyczka | 2010-08-06
Na półkach: Przeczytane
Przeczytana: 04 sierpnia 2010

Gdy przeczytałam tak wiele dobrych opinii na temat tej powieści, spodziewałam się, że wezmę do ręki książkę interesującą od samego początku, a przede wszystkim: zwyczajnie dobrą.
Zamiast tego poczułam gorzki smak zawodu. Z dwóch rzeczy, które nie dają człowiekowi spokoju, odnalazłam rozczarowanie.

W "Martinie Edenie" mamy do czynienia z historią tytułowego bohatera, który napotykając na drodze kobietę swojego życia- Ruth Morse, postanawia być jej godnym i dorównać jej w wykształceniu.
Młody chłopak nie ukończył szkoły, został marynarzem i całe życie spędził na morzu, wśród prostego, ograniczonego towarzystwa.
Teraz odnalazł cel, dla którego miałby porzucić dawne życie i wkroczyć w progi arystokracji.
Brzmi banalnie i tak jest w rzeczywistości.

Już od pierwszych stron zostałam uraczona pompatycznym stylem, który starał się uchodzić za elegancki- z marnym skutkiem.
Wyszukane porównania, wydumane sentymentalizmy- wszystko to, przywołało na mej twarzy ironiczny grymas.
Zdawało mi się nienaturalne, nad wyraz przesadne. London musiał zapomnieć o złotej zasadzie: "co za dużo, to niezdrowo" i kusił nas niesmacznym cukierkiem, do tego w kiepskim opakowaniu.
Rozpoczynając powieść traktowałam ją z lekceważeniem, niektóre fragmenty tchnęły śmiesznością.


"(...) Błysnęła mu nagle perspektywa nieskończonej, nieobjętej krainy wiedzy i rozjaśniała się powoli, wskazująć kształty dostępne oczom. Przedziwna alchemia jego mózgu przetworzyła od razu trygonometrię, matematykę i całe olbrzymie pole, rozpościerającej sie poza tymi słowami wiedzy- w równie wielkie i cudowne krajobrazy. Ujrzał krainę promiennej zieleni, całą prześwietloną łagodnie blaskiem nieziemsim i przeszytą niekiedy palącą strzałą ognia. Daleki horyzont gubił się w mgle purpurowej, a poza tą mgłą purpurową- wiedział- otwierało się wiekuiste Nieznane, nieskończoność możliwości i pragnienia(...)"

Ewenementem był m.in ten fragment:

"Słowa, jak żywe, sfruwały z jego ust. Wąskie wargi, niby stempel, wybijały zdania ostre, kłujące żądłem; albo znów, zgarniając troskliwie dźwięki te same cienkie wargi wysunuwały misterne, gibkie sploty wyrazów barwnych, słów nieodparcie pięknych, lśniących odbiciem tajemnicy. I jeszcze: wąskie wargi stawały się niby cudowny róg, przez który buchał zgiełk wielkiej zwady wszechświata, zdania, co podzwaniały najczystszym srebrem, otwierały się na blask gwiezdnych przestrzeni".

Podobny fragment u Wilde'a zachwycał, tutaj wydaje się być kiepskim żartem.
"Złudzenie, które nie przekonuje, jest po prostu ordynarnym kłamstwem".
Tutaj London miał rację. Jego iluminacja wykwintności nie przekonywała. Krótko mówiąc: nie wierzyłam mu, a przesadna słodycz mdliła.

Brnęłam dalej i dalej, nie wiedząc dlaczego po tak złym pierwszym wrażeniu nie odłożyłam książki na półkę. Chyba nie mogłam dać wiary, że tak wiele osób widziało w niej coś zachwycającego.

London po wyczerpaniu swoich (o jak dużych!) pokładów egzaltacji,
w końcu zaczął tworzyć coś, co nie było hybrydami stylistycznymi.
Porzucił roztkliwiające fragmenty miłości i postanowił zrobić z Martina pisarza!
Tak jak bohater cierpiał tworząc swe kolejne "dzieła", tak ja męczyłam się czytając o kolejnych odrzuconych rękopisach.
Dobra powieść tak naprawdę rozpoczęła się na koniec, w momencie pojawienia się nowego bohatera- Brissenden'a.
Akcja zaczęła płynąć żywiej i kierowała się ku zakończeniu.
Eden straciwszy ukochaną, osiągnął to, do czego dążył. Został pisarzem, wydał ksiązkę jedną, potem kolejne.
Choć zdawał się tak silny, wyczerpał swą życiową witalność:

"Fizycznie był zdrów. Popsuła się tylko maszynka do myślenia."

Skończył tam, gdzie wszystko się dla niego zaczęło- na morzu.


Gdyby Jack London postanowił stworzyć powieść [jedynie] o miłości, pozostawiłby wszystko co najgorsze w romantyzmie.
Zmanierowany pisarz, który zapomniał o tym, że forma nie powinna przerastać treści.
Jak dobrze, że postanowił posunąć się dalej, doprowadził bohatera do ostateczności, można powiedzieć: zakpił z niego.
Martin Eden w końcu powrócił do swej małej "ojczyzny". To tak jakby jego statek dobił do brzegu.

Spoglądając na okładkę dowiaduję się, że "Martin Eden" był kiedyś lekturą dla 8 klasy podstawowej.
Trudno ukryć dydaktyzm, przesłanie, "naukę" płynącą z książki.
Trudno ukryć, że autor wielokrotnie prawił oczywistości.

Połowa powieści przyprawiała o ból głowy, druga połowa dawała nadzieję, a prezentem dla wytrwałości było zakończenie, naprawdę udane.

Pokaż wszystkie opinie o tej książce
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading

Opinie czytelników


O książce:
Wszystko, co w Tobie kocham

Podobała mi się tak samo, jak jedynka ;) W sumie bardzo podobna do poprzedniej części, bo też opowiada o miłości między postaciami, które się nie cier...

zgłoś błąd zgłoś błąd