Lubimyczytać.pl Sp. z o.o
http://lubimyczytac.pl/aktualnosci/varia/10861/ludzie-nie-czytaja-ksiazek-ktore-czytaja

Ludzie nie czytają książek, które czytają

39 wartościowy tekst

Premiera drugiego tomu Viriona jak zawsze w takich przypadkach rodzi pytanie: dlaczego prawie wszyscy, którzy go kupią, tak naprawdę go nie przeczytają. Owszem, przerzucą strony jedna za drugą do samego końca, ich wzrok przesunie się nad każdym słowem, ale…

No właśnie. Uwielbiam spotkania autorskie, bo to tak naprawdę jedyna możliwość bezpośredniego kontaktu z odbiorcami, której nie zastąpi żaden mail, instagram ani forum dyskusyjne. I na tych spotkaniach wielokrotnie przekonuję się, że ludzie co prawda jakieś książki czytają, ale z całą pewnością nie moje. Po co więc przychodzą na spotkanie ze mną?

Hm... Zapytani twierdzą coś dokładnie przeciwnego. I owszem, po krótkiej rozmowie mogę już stwierdzić, że zgadza się tytuł książki, w większości zgadzają się imiona bohaterów, a także czasem zgadzają się nam ważniejsze wydarzenia. Ale to już nigdy nie do końca.

Przykładem może być choćby fala listów, w których czytelnicy pytali, jaki jest sens pisać o przygodach Viriona, człowieka, którego sromotny koniec opisałem w Achai ze szczegółami. Długo przecierałem oczy ze zdumienia. A potem napisałem tekst wyjaśniający, w którym prawie słowem honoru musiałem świadczyć, że nigdy Viriona nie zabiłem. Takiej sceny NA PEWNO w Achai nie ma. Trylogia kończy się, a on żyje i ma się dobrze.

To nie pierwszy taki przypadek. Kiedyś odbyłem wielomiesięczną dyskusję na jakimś forum dotyczącą „Bomby Heisenberga”. Główną osią dyskusji był problem, czy opisana w tekście trzystumilimetrowa samobieżna armata mogłaby naprawdę istnieć. Czy też przewracałaby się po oddaniu strzału, grzęzła w piasku, spadała z mostu. Posty mnożyły się i mnożyły, aż wreszcie zniecierpliwiony poziomem absurdu pewien kolega napisał: przecież ta armata głównemu bohaterowi tylko się śniła. Pytanie trzeba by więc zadać inaczej: czy komuś może się śnić trzystumilimetrowa samobieżna armata?

Oczywiście wszystko, o czym teraz piszę, dotyczy także mnie. Pamiętam, jak przed laty pewien kolega zapytał, czy nie poleciłbym mu czegoś do czytania. Akurat byłem po lekturze Wodnikowego wzgórza Adamsa, a on, chcąc zyskać pewność, że i jemu się spodoba, poprosił, żebym mu rzecz streścił. Zadośćuczyniłem prośbie. Jakież było moje zdziwienie, kiedy po kilku dniach kolega wrócił do tematu. Książkę już przeczytał, ale nie mógł się pogodzić z jedną rzeczą. Nawet i fajna powieść – powiedział. – Ale nie ma w niej ani jednej rzeczy z tych, które mi opowiedziałeś w streszczeniu!.

To mnie zaciekawiło. Czyżbym naprawdę nie czytał książek, tylko wymyślał sobie na ich podstawie własne wersje? Coś jest na rzeczy, bo przecież ilekroć oglądam film, który poprzednio widziałem kilkanaście lat temu, to zawsze mam wrażenie, że podstawiono mi jakąś inną wersję. Inaczej zmontowaną, z dodanymi scenami, których wcześniej nie było, ale przede wszystkim z usuniętymi kluczowymi momentami, które przecież pamiętam.

Doskonale wiem, że istnieją wersje reżyserskie filmów, specjalne dla telewizji czy hardcore’owe dla maniaków, ale tu nie o to chodzi. Nic z tych rzeczy. Zresztą książki generalnie mają tylko jedną wersję. Jaki więc mechanizm rządzi tym, że w umysłach czytelników pozostają rzeczy, których sam autor nigdy nie napisał?

Być może chodzi tu o właściwość naszego mózgu. Obliczono kiedyś, że przeciętny człowiek jest w stanie skupić się na odbiorze tekstu mówionego przez osiemnaście minut. Słowo drukowane pozwala na skupienie przez pięć minut, a to samo w wersji elektronicznej trwa jedynie dwie i pół minuty. Zawsze kiedy to mówię, podnoszą się głosy oburzenia: jak to? Ja przecież potrafię czytać przez dwanaście godzin! To ekstremum, oczywiście. Z reguły jednak ludzie mówią o dwóch, trzech godzinach skupienia nad książką. Według naukowców jednak to absolutnie niemożliwe. Może więc czytamy z uwagą tylko na początku, a potem odlatujemy do krainy własnej fantazji, podsycanej jedynie dostrzeżonymi przypadkiem fragmentami akcji, które wymyślił autor?

Coś jest na rzeczy. Pamiętam, jak z wypiekami na twarzy czytałem Erystykę, czyli sztukę prowadzenia sporów Schopenhauera. Autor nie pozostawił tam cienia wątpliwości co do tego, jak odbierana będzie przez słuchaczy jakakolwiek dyskusja. Radził nie używać żadnych argumentów, bo ludzie albo nie zrozumieją, albo nie zapamiętają. Receptą na sukces w rozmowie, na „wygraną”, jest ciągłe powtarzanie tego samego, aż do bólu. Nie argumentacja, nie światłe wywody, tylko powtarzanie swojego do upadłego. Upraszczam oczywiście, ale warto sięgnąć do tej książki.

Dowodem na to wydają się trzy prawa Stanisława Lema. Przypomnę w skrócie:

1. Nikt niczego nie czyta

2. Jeśli czyta, to nie rozumie

3. Jeśli rozumie, to zaraz zapomni.

Wydaje się to kpiną ze współczesnych czytelników, ale wcale nią nie jest. Trudno jednak pogodzić się z myślą, że się niewiele pamięta, a i to przecież nie z akcji książki, a jedynie z własnego wyobrażenia o niej. Umysł nie znosi pustki. Jeżeli coś nam umknęło w treści dzieła, to nasz mózg sam błyskawicznie wypełni brakujące fragmenty własnymi wymysłami. Całość musi być spójna.

Dlaczego więc ludzie nie czytają książek, które czytają? Z powodu sporych ograniczeń w możliwości percepcji? Potraktujmy rzecz optymistycznie: każdy czytelnik, czytając, tworzy własną książkę na podstawie zauważonych wątków. Każdy więc jest jej twórcą.

Ale przy okazji warto pamiętać, że w dyskusji o książkach nie rozmawiamy o konkretnych powieściach, a jedynie o indywidualnych wyobrażeniach na ich temat. I w dodatku każdy ma inną wariację.

http://ziemianski.com.pl

Instagram: a_ziemianski


Pokaż wszystkie varia
Komentarze
Autor:  LubimyCzytać |  wypowiedzi: 57  [pokaż ostatnią] Odpowiedź
książek: 10
PietrekLecter
24-09-2018 12:35
A ja się zgodzę. To samo powtarza Tomasz Raczek: „To, co widzimy na ekranie, to tylko 50 % filmu. Reszta to projekcja w naszej głowie i dyskusja po obejrzeniu”.
książek: 7
Maja
24-09-2018 14:57
Prawda. Skoro świadkowie wypadków przysięgają, że facet miał zieloną kurtkę, a nie niebieską, to co dopiero wspomnienie przeczytanej książki. Ludzie zapamiętują zdarzenia inaczej - w zależności od tego co dla kogo jest ważne. Pamięć wybiórcza jest, fabuła wspomnień raz po raz ulega zmianie w zależności od naszego nastroju, przeżyć czy sugestii...
książek: 2334
Renax
25-09-2018 07:32
Czasem mam nawet wrażenie, że ludzie nie słuchają ze zrozumieniem, a co dopiero czytanie!
książek: 2536
Vemona
26-09-2018 10:38
Coś w tym jest, niejednokrotnie zdarzało mi się, że powtarzałam sobie dla przyjemności książkę, co do której byłam przekonana, że dobrze ją pamiętam, lubię i podobała mi się. I przy kolejnej lekturze nagle się okazywało, że jednak nie pamiętam jej za dokładnie, zarys fabuły, głównych bohaterów, jakiś spektakularny finał, ale poza tym - była dla mnie niejako nowym odkryciem.
Chyba dlatego są...
Coś w tym jest, niejednokrotnie zdarzało mi się, że powtarzałam sobie dla przyjemności książkę, co do której byłam przekonana, że dobrze ją pamiętam, lubię i podobała mi się. I przy kolejnej lekturze nagle się okazywało, że jednak nie pamiętam jej za dokładnie, zarys fabuły, głównych bohaterów, jakiś spektakularny finał, ale poza tym - była dla mnie niejako nowym odkryciem.
Chyba dlatego są książki, do których lubię wracać, żeby spotkać bohaterów, których lubię i odkryć kolejne fragmenty, które mi umknęły przy poprzednim czytaniu. Warto to robić, bo dzięki temu - poznaje się niby te same, a jednak wciąż nowe książki.
pokaż więcej
książek: 1340
Monika
27-09-2018 01:04
W Waszych wypowiedziach poruszane są bardzo różne kwestie, różne rodzaje czytania i pamiętania nie tego, co autor pisał: co próbował napisać i co zostało napisane.
Te bardziej banalne to powszechne niestety czytanie z niezrozumieniem, wynikające z licznych przyczyn, w tym z ograniczeń umysłowych czytającego, a także z pośpiechu, rozkojarzenia, szybkiego przelatywania tekstu wzrokiem i...
W Waszych wypowiedziach poruszane są bardzo różne kwestie, różne rodzaje czytania i pamiętania nie tego, co autor pisał: co próbował napisać i co zostało napisane.
Te bardziej banalne to powszechne niestety czytanie z niezrozumieniem, wynikające z licznych przyczyn, w tym z ograniczeń umysłowych czytającego, a także z pośpiechu, rozkojarzenia, szybkiego przelatywania tekstu wzrokiem i wypełniania faktycznie zarejestrowanych strzępów fabuły czymkolwiek względnie sensownym, schematem znanym z życia i ze wszystkich innych poznanych wcześniej fabuł książek, filmów i sąsiedzkich plotek. Drugim banałem jest pisanie z niezrozumieniem, czyli pisanie bez zastanowienia, bez zwracania uwagi na sens, bez późniejszego przeczytania i porównania efektu końcowego z zamierzeniem - książka dostarczona czytelnikowi jest wtedy trochę czym innym niż to, co autor miał w głowie, co zamierzał stworzyć lub co wyobraża sobie, że stworzył. Czytelnik wtedy ma właściwie dwie drogi, może przeczytać dokładnie to, co dostał w ręce, z pełnym zrozumieniem, i wtedy czyta dokładnie to, co zostało napisane, ale zupełnie nie to, co autor pisał - nic dziwnego, że autorowi wydaje się, że czytelnicy czytali nie jego książkę, w jego wyobraźni wygląda ona inaczej niż na papierze i w oczach czytelników. Z drugiej strony czytelnik może czytać niechlujnie i pobieżnie, myśląc w tym czasie o tym, co na obiad przygotować, albo starając się połykać jak najwięcej słów na raz, żeby szybciej doczytać do końca, i w tym przypadku może pominąć, nie zauważyć licznych błędów i niekonsekwencji popełnionych przez autora, a luki, tak samo jak we wcześniej omówionym czytaniu z niezrozumieniem, wypełnić czymkolwiek, co do zarejestrowanej części fabuły pasuje - w przypadku złej książki takie czytanie może doprowadzić do odbioru książki znacznie lepszej, może zgodnej z wyobrażeniem autora, może niezgodnej, ale na pewno innej niż wersja rzeczywiście opublikowana.
We wszystkich tych przypadkach konfrontacja z wyobrażeniami na temat książki innej osoby tę książkę czytającej czy nawet z wyobrażeniami autora pokazuje, że czytaliśmy zupełnie inne książki. Ale też we wszystkich tych przypadkach wynika to z niekompetencji którejś ze stron lub nawet ich obu. Ponowne przeczytanie książki także może wykazać różnice pomiędzy wizją zapamiętaną, a tą obecnie odczytywaną, ale nie jest i nie musi być to regułą. Dlaczego? Chyba zależy to od czytelnika i od jego sposobu czytania. Jeśli przez czas, jaki upłynął od poprzedniego czytania danej książki, czytelnik się nie zmienił, jest tym samym lub bardzo podobnym człowiekiem, takie same ma poglądy, takie samo wyobrażenie świata, jeśli na dodatek nie zmienił swojego podejścia do czytania, czyta w ten sam sposób, równie szybko, równie pobieżnie, emocjonalnie, nieuważnie, to z dużym prawdopodobieństwem odczyta książkę po raz drugi lub kolejny dokładnie tak samo jak wcześniej - bo tyle samo zauważy, tyle samo zrozumie, tym samym wypełni luki pomiędzy elementami przyswojonymi z rzeczywistej treści. Jeśli jednak człowiekiem jest już innym, jeśli coś się znacząco w jego głowie zmieniło, dorósł, dojrzał, jakieś wydarzenie odcisnęło na nim swoje piętno, albo jeśli nauczył się czytać uważniej, dokładniej, lub choćby akurat tym razem czyta uważniej, bo np. poprzednio był przemęczony i podczas czytania przysypiał, tracił całe fragmenty przeczytane bez zapamiętania, to przy kolejnym czytaniu taki czytelnik ma spore szanse odczytać książkę na nowo, znaleźć w niej to, czego poprzednio nie zauważył, a może nawet zauważyć brak czegoś, co poprzednio sobie wyobraził, co wydawało się pasować do fabuły, ale tak naprawdę wcale do niej nie należało, było wkładem własnym czytelnika, uzupełnieniem wypełniającym lukę w pamięci lub nawet czymś przyśnionym podczas drzemki nad książką.

To wszystko się zdarza. Ale ciekawszy jest przypadek, kiedy czytelnik jest kompetentny, czyta uważnie i ze zrozumieniem, książka nie jest jakimś miałkim czytadłem do łyknięcia w jeden wieczór, którego fabuła miesza się w pamięci z dziesiątkami podobnych, ale ma dla czytelnika duże znaczenie i głęboko zapada mu w pamięć, a mimo to przy kolejnym czytaniu po latach okazuje się, że w książce nie wszystko jest tak, jak czytelnik to zapamiętał, nie tylko są tam sceny niepamiętane, co łatwo wyjaśnić sklerozą, ale jeszcze nie ma takich, które czytelnik pamięta najlepiej, które są kluczowe i niosą ze sobą najważniejsze przesłania dzieła!
Jak to jest możliwe?
Ano jest. Bo fabuła zapamiętana to nie tylko to, co faktycznie z książki wyczytaliśmy, ale także wszystko to, co zdołaliśmy sobie wyobrazić, wszystkie tajemnice, które próbowaliśmy odkryć i wszystkie wyjaśnienia, które dla nich wymyśliliśmy.
Jeśli gdzieś w przeszłości bohaterów wydarzyło się coś, co dla nich nie jest żadną tajemnicą, ale co autor chce czasowo ukryć przed nami, czym macha nam przed nosem jak zagadką kryminalną do rozwiązania, to o czymś takim narrator i bohaterowie nam nie opowiadają, ale też tego przed nami nie ukrywają - w różnych rozmowach, wspomnieniach, odniesieniach do innych wydarzeń z przeszłości nie mamy nigdy pełnej opowieści o tamtym wydarzeniu, ale dostajemy po troszeczku różne większe i mniejsze strzępy informacji, które pieczołowicie staramy się ułożyć w jakąś całość. Różnie to się udaje, tworzymy po drodze liczne bardziej i mniej trafne hipotezy, stale je modyfikujemy lub odrzucamy i na ich miejsce tworzymy inne, aż w końcu, w optymistycznym wariancie, odkrywamy przeznaczoną dla nas prawdę, może jeszcze otrzymujemy potwierdzenie, że odgadliśmy trafnie, albo, w wariancie mniej optymistycznym, kiedy autor nie pozwolił nam dotrzeć do rozwiązania lub jest ono odłożone do kolejnego, jeszcze nie przeczytanego lub nawet nie napisanego tomu, zostajemy z jednym lub kilkoma rozwiązaniami częściowymi, mamy jakieś hipotezy, ale nie pewność, nawet nie przekonanie, która z nich jest prawidłowa. Przez całą książkę tak bardzo skupiamy się na rozwiązaniu tej tajemnicy, tyle razy wyobrażamy sobie możliwe warianty, że wyobrażoną scenę widzimy wyraźniej i lepiej pamiętamy od tych, które faktycznie w książce wystąpiły, ale które przeczytaliśmy tylko raz. Na początku wiemy, że mamy do czynienia ze sceną wyobrażoną, że w książce nigdzie jej nie ma, że to nasza własna rekonstrukcja, nasz sukces w odkrywaniu tego, co autor przed nami ukrył, zwycięstwo w postawionym nam przez niego wyzwaniu. Ale nie własna konstrukcja, nie scena całkowicie przez nas wymyślona, nie! To jest nasza rekonstrukcja wydarzeń, które rzeczywiście w przedstawionym nam świecie zaszły, które miały wpływ na późniejsze losy bohaterów i wydarzenia, które dla tamtego świata, dla rzeczywistości książki są faktem, a które tylko zostały ukryte przed czytelnikiem. Czytelnik je odkrył i ma pełne prawo je pamiętać jako obecne w świecie. Bo one tam są. Nie ma ich tylko w opisanej w książce części tego świata, nie ma tam pełnej relacji z wydarzenia, ona jest przez czytelnika wyobrażona, ale samo wydarzenie jest. Tylko z czasem czytelnik zapomina, co było w książce napisane wprost, a co długo i mozolnie odkrywał. Ale najlepiej zapamiętuje to, o czym najczęściej myślał, czyli oprócz scen znaczących, takich, do których często wracał, przypominał je sobie, sprawdzał, czy na pewno tak wyglądają, jak zapamiętał, i jak pasują do dalszej fabuły, oprócz takich scen czytelnik najlepiej zapamiętuje te sceny, które sam sobie wyobraził, które odtworzył ze strzępów, ale które tak naprawdę nie były opisane. A potem czyta jeszcze raz i dziwi się, że tej sceny, tak przecież ważnej i znaczącej, w książce nie ma.
Tak wyobrazić sobie możemy wszystko to, czego dostaliśmy tylko strzępy, ale nie całość. Jeśli z naszym wyobrażeniem trafimy w wyobrażenie autora, czyli jeśli tych strzępów jest dość, a my prawidłowo je poskładamy, to dziwimy się tylko temu, że sceny w książce lub w filmie brakuje. Gorzej, jeśli wyobrazimy sobie coś, co z zauważonymi przez nas podczas czytania elementami dobrze się zgadzało, ale co nie zgadza się z wizją autora i nie pasuje do pewnych elementów fabuły, których za pierwszym czytaniem nie zauważyliśmy lub nie powiązaliśmy z naszą odkrywaną tajemnicą. Np. na początku książki jest coś, co nie jest wtedy znaczące, takich nieznaczących elementów może być nawet kilka, a potem, gdzieś po sporej już liczbie stron, zasygnalizowana jest interesująca tajemnica. Od tamtej pory pilnie tę tajemnicę tropimy, zbieramy okruszki i staramy się je dopasować, ale szczegółów z początku nie pamiętamy, bo nie zauważyliśmy ich i nie mamy pojęcia, że miały znaczenie. Na szczegółach od strony setnej do końca tworzymy nasze wyobrażenie o tajemnicy, które w żaden sposób nie koliduje z zakończeniem - jesteśmy z siebie zadowoleni, odkryliśmy tajemnicę, zapamiętujemy ją jako rzeczywiste wydarzenie ze świata książki, a z czasem, jak pisałam wcześniej, zapominamy, że tylko ze świata, pamiętamy tak, jakby było z samej książki. Wtedy przy ponownym czytaniu nie tylko dziwimy się temu, że zapamiętanej przez nas sceny nie ma - dziwniejsze jest to, że jest ona niemożliwa, jest sprzeczna z jakimiś drobnymi szczególikami, które pojawiają się już na samym początku książki! Przez jakiś czas, do zakończenia czytania i przekonania się, że sceny nie ma, możemy nawet mieć wrażenie, że autor coś poplątał - znamy scenę opisaną, jak nam się wydaje, w dalszej części książki, a tu, na początku, coś nam się z tą sceną nie zgadza - ewidentnie autor coś poplątał, nie zapanował nad wizją. Dopiero później przekonujemy się, że to my nie panujemy nad własną pamięcią. Trudno, niewiele możemy na to poradzić, tak już działają mózgi zwierzaków zwanych homo sapiens.
Ale dzięki temu tę samą książkę możemy czytać ponownie i ponownie odkrywać ją jak całkiem nową, nieznaną :)
pokaż więcej
Aby napisać wypowiedź musisz być zalogowany. Logowanie

Opinie czytelników


O książce:
Dziennik 1953-1969

Z dziennikami, jak z całą twórczością Gombrowicza, jest ten problem, że można je czytać po prostu od początku do końca jak każdą inną książkę albo poc...

zgłoś błąd zgłoś błąd