-
Artykuły
„Nasze ciało to mapa lęków, której umysł nie potrafi ukryć” – wywiad z Sebastianem Fitzkiem, autorem thrillera „Mimika”
Marcin Waincetel2 -
Artykuły
Kalafiory, czarownice i zbrodnia w rezydencji. Sprawdź, co kryje się w tych książkach Nowości pod patronatem Lubimyczytać.
LubimyCzytać1 -
Artykuły
Z czego żyje pisarz?
Orbitowski24 -
Artykuły
Czytamy w weekend. Książki Roku 2025. 20 marca 2026
LubimyCzytać342
Biblioteczka
2020-07-01
2020-01-05
Czasami człowiek musi na chwilę wyjść ze świata fantazji i zagłębić się nieco w realiach. Myślałam, że literatura popularnonaukowa będzie ku temu najlepszym rozwiązaniem, bo i czegoś się dowiem, i zmienię tor myśli, poza tym opis Szkodliwej medycyny bardzo mi się spodobał. Lubię, jak ktoś próbuje rozwiązywać zagadki społeczne. Tylko… czy dostałam dokładnie to, co chciałam? Niekoniecznie. I muszę się przyznać, że ta książka dłużyła mi się w nieskończoność.
Zacznę od tego, że już sam sposób pisania autora nie przypadł mi do gustu. Niby miał być śmieszny, ale mnie jakoś nie bawił, poza tym nie miałam przed sobą obrazu zbyt przyjemnego w odbiorze człowieka. Dodatkowo ten akademicki niekiedy żargon nie sprzyjał przyjemnemu odbiorowi ani nawet nie pozwalał na jakiekolwiek emocje, chyba że zniechęcenie i obojętność. Najbardziej chyba zawiodłam się na tym, że zamiast pisać o konkretnych sytuacjach i lekach, autor tworzył całe, naprawdę długie, wlekące się rozdziały dotyczące jakichś osób będących samozwańczymi naukowcami. Opisywał, jak ich demaskował, próbując się dowiedzieć, kto przyznawał im stopień naukowy, i jakie głupoty głosili publicznie (co chwilami wyglądało, jakby cierpiał na manię prześladowczą). Cóż, nie do końca tego się spodziewałam, przez co byłam naprawdę bardzo znudzona.
Całą lekturę moim zdaniem można podsumować w skrócie: koncerny farmaceutyczne nie są do końca sprawiedliwe, wielu osobom zależy wyłącznie na zysku, nie na zdrowiu ludzi, wielu odbiorców reklam to idioci, którzy nie potrafią rozróżnić prawdy od fałszu, wszystko da się udowodnić poprzez doświadczenia, a poza tym to dziennikarze są źli (i generalnie humaniści też, bo tak się poczułam, czytając książkę pana Goldacre). Czy dowiedziałam się z tego wszystkiego czegoś nowego? Niekoniecznie. Owszem, zdarzały się nawet interesujące ciekawostki, które autor zawierał w książce, ale nie stanowiły one tak dużej części, jakby mogły. Czytając treść, którą przed sobą miałam, wyobrażałam sobie pana, który siedzi po nocach przed komputerem i klupie w swoją klawiaturę, uśmiechając się do siebie psychopatycznie, bo krytykowanie sprawia mu przyjemność. Nie mówię, że to zła krytyka, bo rzeczywiście osoby, które opisywał, niekiedy mnie szokowały swoim zachowaniem, ale wciąż nie rozumiem sensu pisania o czymś takim w książce. Może to dlatego, że jest to trochę oderwane od naszej rzeczywistości?
Zastanawiałam się, dlaczego wydana oryginalnie w 2008 roku książka została wypuszczona na rynek wydawniczy w Polsce dopiero teraz. Dlatego że był tutaj rozdział o antyszczepionkowcach (co akurat było całkiem ciekawe)? Nie bardzo widzę u nas w polskiej sferze czytelniczej miejsca na Szkodliwą medycynę, tym bardziej że wiele rzeczy nie tyczy się realiów, które u nas panują. Przykładowo: na początku opisywany był jakiś specyfik, o którym w życiu nie słyszałam i którego nigdy nie widziałam na oczy w Polsce. Dobrze, mogliśmy to przenieść na inne głośno reklamowane kosmetyki, które tak naprawdę nie działają i oszukują innych ludzi, ale to wciąż było mało interesujące. Ludziom lepiej czyta się o czymś, co jest im bliskie.
Struktura tej książki też pozostawiała wiele do życzenia, zupełnie jakby autor jej nie przemyślał, a po prostu pisał o tym, co akurat mu się przypomniało. Tu zrobimy kilka rozdziałów o jakichś osobach, które oszukują ludzi, przy okazji publicznie je demaskując, tu jakiś jeden o magicznym specyfiku, tu jeden o antyszczepionkowcach… Jakoś nie mogłam sobie tego poukładać w głowie i nazwać to konkretnie Szkodliwą medycyną. Poza tym niektóre rozdziały były okropnie rozwlekane. Jak się pojawiało już jakieś interesujące zdanie, to zaraz pojawiał się szereg tych mało ciekawych. W pewnym momencie byłam tak zmęczona czytaniem, że przewracałam kartki od niechcenia. Strasznie mnie ta lektura wymęczyła. Musiałam ją przeczytać w całości, bo jednak był to egzemplarz recenzencki, ale zajęło mi to naprawdę dużo czasu i więcej niż 50 stron dziennie nie byłam czasem w stanie przeczytać. Dla mnie po prostu krótkie, ale stanowcze: NIE.
Podsumowując. Nie mam co tu wiele mówić. Owszem, zgadzam się, że jesteśmy na co dzień manipulowani przez dziennikarzy, którzy plotą głupoty, ale ta książka podbudza w nas też nieufność wobec wszystkiego, co czytamy albo stosujemy. Dzięki panu Goldcare sama zaczęłam się teraz podejrzliwie gapić na każdy produkt, jaki trzymam w ręce, choćby na krem do twarzy, bo może on jednak rzeczywiście ani trochę nie działa, a ja tylko wydaję niepotrzebnie pieniądze. To samo z lekami. Może to wszystko jest efektem placebo? Może całe życie jest jednym wielkim efektem placebo? Nie jest to lektura, która wpłynęła na mnie pozytywnie, a tym bardziej taka, która mnie zainteresowała. Osobiście nie polecam, ale wiem, że znajdzie się ktoś, komu się taka lektura spodoba, chociaż strzelałabym bardziej na osoby mające do czynienia z kierunkami medycznymi czy biologiczno-chemicznymi. Ja już panu Goldacre podziękuję.
https://demoniczne-ksiazki.blogspot.com/2020/01/szkodliwa-medycyna-czy-ksiazka-ben.html
Czasami człowiek musi na chwilę wyjść ze świata fantazji i zagłębić się nieco w realiach. Myślałam, że literatura popularnonaukowa będzie ku temu najlepszym rozwiązaniem, bo i czegoś się dowiem, i zmienię tor myśli, poza tym opis Szkodliwej medycyny bardzo mi się spodobał. Lubię, jak ktoś próbuje rozwiązywać zagadki społeczne. Tylko… czy dostałam dokładnie to, co chciałam?...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2019-12-04
Już na samym początku muszę się przyznać, że nigdy nie czytałam takiego czystego, psychologicznego thrillera (bo kryminałem do końca bym tej książki nie nazwała). Do tej pory żyłam w przeświadczeniu, że takie powieści nie są dla mnie. W tym roku przekonałam się jednak, że zarówno kryminał, jak i thriller wcale nie muszą być złe, a ja dotąd po prostu źle trafiałam. Chociaż to wciąż nie są moje ulubione gatunki powieści, jeżeli zostaną dobrze napisane, na pewno mnie w sobie rozkochają. Jak było z Anonimową dziewczyną? Mogę powiedzieć tylko tyle: oj, działo się…
TRZYMAJĄC W NAPIĘCIU POWIEŚĆ O ZWĄTPIENIU, GRANICACH ZAUFANIA I NAMIĘTN… CZYM?
Kiedy patrzę na okładkę Anonimowej dziewczyny, od razu widzę ten krótki opis, który ma zachęcać czytelników do kupna książki. Zawarłam go w powyższym podtytule, ale nieco przekręciłam, aby podkreślić to, że… namiętności w tej książce nie ma, a my wszyscy dobrze wiemy, że wiele osób (szczególnie kobiet) na namiętność poleci. Mnie ona wręcz przerażała, bo nie chciałam doczekać się tutaj jakiejś ckliwej scenerii miłosnej, która w żaden sposób by do tej powieści nie pasowała. Całe szczęście, to tylko zabieg marketingowy, bo miłość, owszem, pojawia się i ma tutaj wielkie znaczenie, wręcz obsesyjne, ale jest ona raczej przedstawiona w formie uczucia niż czynów. I niebiosom za to dzięki. A co z „trzymającą w napięciu powieścią o zwątpieniu i granicach zaufania”? O, tu się już mogę w pełni zgodzić. Z jakiegoś powodu musiałam sobie dawkować treść książki, bo miałam wrażenie, że im dłużej ją czytam, tym napięcie coraz bardziej rośnie, aż w pewnym momencie było za duże, aby je znieść, co rzutowało tym, że zdarzały się noce, podczas których nie mogłam spać, bo myślałam o fabule, a to mi się zdarza niezwykle rzadko! To była jakaś dziwna magia przyciągania. Dziwiłam się sama sobie, bo przecież nigdy nie czytałam takich książek i nie robiły dotąd na mnie wrażenia, a tu nagle pojawiła się powieść, która wprowadziła mnie w całkiem nowy świat i na dodatek wyprowadziła z niemal rocznego dołku czytelniczego, dzięki czemu mam ochotę szybko wziąć się za kolejną książkę.
O czym jeszcze jest Anonimowa dziewczyna? O naprawdę wielu rzeczach, których nie sposób tutaj wymienić i opisać w pełnej krasie. Ja osobiście widzę temat przewodni, który ociera się o obsesję (i to na różnych płaszczyznach, nie tylko w miłości), problemy emocjonalne, a przede wszystkim moralność – w przypadku moralności dostajemy bardzo ciekawe zakończenie, które wcale nie stawia głównej bohaterki w świetle tej idealnej, dobrej osóbki, która pragnęła tylko rozwikłać zagadkę. Perfekcyjne podsumowanie moralności człowieka! I niezwykły dowód na to, że jej granice są dla każdego zupełnie inne.
Pomysł na powieść był ciekawy. Muszę przyznać, że to właśnie on zachęcił mnie do zabrania się za ten thriller. Zawsze chciałam się dowiedzieć, jak autorzy przedstawiają w książkach terapeutów, bo dotąd nigdy się z nimi tam nie zetknęłam. Chciałam zderzyć swoje doświadczenia z tym, co zostało zapisane na stronicach powieści. Dobrze, poniekąd ten obraz był prawdziwy, ale nie chciałabym go przerzucać na swoje życie codzienne, bo inaczej patrzyłabym już chyba na każdego człowieka z dozą zwątpienia i nieufnością w oczach. Trzeba mieć trochę… oddalony stosunek do tego, co się czyta. W końcu to tylko fikcja. I oby nikt z nas nie natrafił nigdy na takich terapeutów, jak nam przedstawiono w książce!
Miałam pewien problem z wciągnięciem się w treść, ale to tylko przez pierwsze pięćdziesiąt stron. Po prostu nie mogłam się przyzwyczaić do sztywnego stylu autorów, a więc tego niekiedy jednozdaniowego, szarego opisywania wszystkiego, co się dzieje. Później jednak zostałam zaintrygowana fabułą i całkowicie zapomniałam o stylu. Poza tym emocje w końcu przyszły, i wcale autorzy nie potrzebowali używać nie wiadomo jak dramatycznych słów, aby dobrze je przedstawić.
Był tylko jeden wątek, którego początkowo nie mogłam zaakceptować. Kiedy wydał się już powód, dla którego jedna z bohaterek prowadzi badania, byłam trochę zawiedziona, bo nie sądziłam, że to aż tak płytkie. Z drugiej strony już po kilkudziesięciu stronach przestało mi to przeszkadzać i dostałam taką porcję tłumaczeń, że byłam w stanie zrozumieć, dlaczego pani terapeutka miała akurat taki kaprys tematyczny.
Czy było tutaj coś, co mi się nie podobało? O dziwo nie. Istniały tylko rzeczy, które mogły być lepiej przedstawione, choćby to, że pomimo, iż jest to książka pełna napięcia, niektóre zdarzenia – moim zdaniem – były bardzo do przewidzenia. Dopiero na koniec dostaliśmy dawkę niepewności, która miała nas zaprowadzić do nie wiadomego zakończenia. Tyle że i tak można było się domyślić, jak bohaterowie skończą w tej powieści. Dostaliśmy jasne wskazówki, że oczekiwany jest tutaj triumf moralności, na dodatek dosyć znacząco przedstawiono pewne postacie – jedne lubiliśmy trochę mniej, ale przy drugich to wręcz krzyczeliśmy o to, aby spotkała je sprawiedliwość. Także napięcie było, ale nieprzewidywalność to już znikoma część tej książki. Wciąż było kilka zaskoczeń, ale mniejszych, a nie takich, które wbiłyby nas w siedzenie i posłały w kosmos. Mimo wszystko najważniejsze w tej powieści były dla mnie odczuwane emocje. I to wyszło autorom znakomicie.
WSZYSCY POSTĘPUJEMY NIEMORALNIE?
Wydaje mi się, że ten cytat wręcz krzyczy z książki, chociaż nigdy nie został użyty, po prostu można go wyczytać między wierszami. Co za tym idzie… bohaterowie nie są dobrzy ani źli. Po prostu mają swoje własne motywy, ale także kłamstewka. Tytułowa „anonimowa dziewczyna” jest tutaj bardzo ciekawie przedstawioną postacią. Ładnie kontrastuje z naszą panią psychiatrą. Ten kontrast zostaje nawet przedstawiony gdzieś na końcowych stronicach książki, kiedy jedna z pań ubiera się na czarno, a druga na biało. Co mi się podoba, Jessica nie jest tutaj kimś o skrajnych zaburzeniach. Dostaliśmy bohaterkę, która z sukcesem może podszywać się pod nas samych. Dosyć szara (nawet ma takie typowe imię i nazwisko: Jessica Farris), ale mająca swoją własną historię, która nie zawsze bywała szczęśliwa. Jak każdy z nas przeżywała tragedie, które odcisnęły piętno na jej życiu. Nie jest ani silna, ani słaba. Jest po prostu człowiekiem. Już na pierwszy rzut oka widać, co jest dla niej ważne. Przede wszystkim rodzina, ale również pieniądze, których ma zdecydowanie za mało. Właśnie to uzasadnione pragnienie posiadania pieniądza pcha ją do oszustwa, a także wzięcia udziału w badaniu. Nie jest to bohaterka, którą można pokochać. Traktujemy ją raczej obojętnie, ale przy okazji chcemy, aby dobrze jej się układało. Doktor Shields jest zaś osobą, która od początku wzbudza w nas niepokój. Tak samo jak i Jessica nie jesteśmy pewni jej zamiarów, a im dalej w las, tym coraz ciemniej i mroczniej. Przyznam szczerze, że patrząc na taką terapeutkę, byłam przerażona. Nie chciałabym trafić na kogoś takiego w życiu codziennym, kto zawsze wiedziałby, jak uzyskać nade mną kontrolę, a więc jak dobrze mną manipulować. Słaba osoba z dużymi problemami z pewnością mogłaby się ugiąć. Patrząc na doktor Shields, raczej nie chcielibyśmy spędzić u niej nawet godziny na sesji, choć jest to na pierwszy rzut oka niewątpliwie czarująca kobieta. I w sumie tylko tyle mogę o niej powiedzieć, aby zbyt dużo nie zdradzać. Ważny był tutaj również Thomas – mąż doktor Shields (swoją drogą to wciąż mnie ciekawi, dlaczego skoro byli małżeństwem, mieli dwa różne nazwiska). Chyba wykazałam się wobec niego największą chwiejnością, bo raz go nienawidziłam, a potem niektóre postępki mu wybaczałam. Może nie wynika to z mojego chwiejnego zdania, ale trochę z kreacji postaci? Gdzieś tutaj wyczuwałam lekką niekonsekwencję, szczególnie w kulminacyjnym momencie. Reszta bohaterów jest tutaj w gruncie rzeczy tłem. Nie są ważni. Po prostu pojawiają się raz, pojawiają się dwa razy, i na tym koniec. Chociaż przyznaję, z chęcią poczytałabym o Noahu i żałuję, że wątek z nim skończył się tak, jak się skończył, ale cóż rzecz – samo życie. Bo ta książka to z pewnością nie bajka.
Podsumowując. Na mnie ten thriller zrobił spore wrażenie. Zamykając książkę, pokiwałam z uznaniem głową i prędko zabrałam się do pisania tej recenzji, aby o niczym zapomnieć, a co za tym idzie – emocje po jej przeczytaniu wciąż we mnie buzują. To tylko dowód na to, że warto, nawet jeżeli jesteście osobami, które nie czytają thrillerów, tak samo, jak i ja. Ta powieść będzie sobie pogrywać z waszymi emocjami, czasami zaglądać do waszych umysłów, trzymać w ciągłym napięciu i sprawiać, że na dłużej przystaniecie, aby zastanowić się nad postępowaniem ludzi. A to wszystko zgotują wam ciekawe, złożone kreacje bohaterów, ale również dosyć kryminalna fabuła. Polecam.
https://demoniczne-ksiazki.blogspot.com/2019/12/wszyscy-jestesmy-niemoralni-greer.html
Już na samym początku muszę się przyznać, że nigdy nie czytałam takiego czystego, psychologicznego thrillera (bo kryminałem do końca bym tej książki nie nazwała). Do tej pory żyłam w przeświadczeniu, że takie powieści nie są dla mnie. W tym roku przekonałam się jednak, że zarówno kryminał, jak i thriller wcale nie muszą być złe, a ja dotąd po prostu źle trafiałam. Chociaż...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2019
Niewiele istnieje książek, które darzę sentymentem. Pierwszy tom serii, czyli Księżniczka Popiołu, była dla mnie ważna ze względu na to, że miałam ją okazję przeczytać jeszcze przed oficjalnym wydaniem, a także napisać do niej rekomendację. Poza tym, co tu dużo mówić, pokochałam tę opowieść, choćby za przedstawione tam postacie. Na kolejny tom musiałam czekać cały rok, dlatego kiedy w końcu zobaczyłam Panią Dymu w zapowiedziach, omal nie oszalałam z radości. Czy moja ekscytacja przełożyła się na późniejszą lekturę tej opowieści? Cóż, odpowiedź nie jest do końca oczywista…
Jak przy każdej kolejnej części jednej ze swoich ulubionych serii, miałam jakieś oczekiwania. Tu akurat oczekiwań nie miałam takich znowu dużych. Jedyne, czego pragnęłam, to odrobinę więcej akcji, ponieważ Księżniczka Popiołu pod jej względem była bardzo… statyczna. Dopiero pod koniec powieści nieco się rozkręcała. Stwierdziłam, że skoro miało to być swoiste wprowadzenie nas do świata przedstawionego, to w drugim tomie musi się dziać już o wiele, wiele więcej. No i tu się przeliczyłam, bo akcji było tutaj jeszcze mniej. Mam duży problem z przedstawioną fabułą. Trochę boli mnie to, że tak wiele czasu poświęcono jednemu wątkowi, czyli spędzaniu czasu w Sta’Crivero – bogatym państwie słynącym z tego, że jego mieszkańcy lubią ładne rzeczy. Jeszcze rozumiałabym, gdyby ostatecznie miał do czegoś prowadzić, mieć jakiś znaczący wpływ na historię, ale okazało się, że wcale tak nie było. Drugi tom jest przesadnie statyczny. Trudno było mi się wciągnąć w powieść przy pierwszych stu stronach, bo wydawało mi się, że tak naprawdę nic szczególnego się tam nie dzieje. Dodatkowo zorientowałam się, że po roku zapomniałam już o naprawdę wielu wątkach i postaciach (pomijając oczywiście głównych bohaterów, którzy najbardziej zapadli mi w pamięć), więc kiedy ktoś był wspominany w kontekście oczywistego zdarzenia, ja nie mogłam sobie przypomnieć, o co w ogóle chodziło – szkoda, że autorka nie wplotła w te wątki małych przypominajek, jak to często robią niektórzy twórcy, bo to naprawdę by się przydało osobom mającym za sobą długi okres oczekiwania na kolejne tomy. Także przez początek naprawdę trudno było mi przebrnąć i w miarę możliwości uciekałam od czytania – może to dlatego zapoznawanie się z tą powieścią tak opornie mi szło. Całe szczęście, im dalej się brnęło, tym lepiej było. I znów powrócił we władanie sentyment do serii – zaczęłam sobie przypominać, jak bardzo kibicuję poszczególnym postaciom, jak ciekawie przedstawiona jest to historia, nawet jeżeli przez większość fabuły mamy po prostu statyczność, a także jak dużo znajduje się tu opisów, które Laura Sebastian najwyraźniej musi uwielbiać. Dzięki temu jestem w stanie zrozumieć, że dla wielu osób to będzie trudna opowieść do przebrnięcia, ponieważ nie wszyscy lubią czekać, nie wszyscy lubią zapoznawać się ze szczegółowymi opisami i nie wszyscy lubią właśnie taki rodzaj fantastyki. A ja się przyznaję, że lubię.
Powracając do sentymentu. Czytając tę książkę, zdziwiłam się, że tak bardzo tęskniłam za historią Theodosii, w końcu nie jest ona wybitna, ani tym bardziej wybitnie rozplanowana czy wybitnie oryginalna. Ona po prostu utkwiła w mojej głowie, tworząc w niej miejsce szczególne, niemal honorowe, bo przynależne tylko tym seriom, które naprawdę coś dla mnie znaczą. Dopóki nie zabrałam się za drugi tom, nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak bardzo wsiąknęłam w ten świat. Tu niemal mogłam poczuć, że znam bohaterów niczym własną kieszeń. Poczuć to, że każdy z nich ma swoje intencje, a także lęki. Że są ludźmi z krwi i kości. A to chyba największa zaleta powieści – przynajmniej dla mnie.
Zasmucił mnie trochę wątek zdrady, o którym jesteśmy powiadamiani już samym opisem z tyłu książki. Cały czas zastanawiałam się, kto okaże się tym zdrajcą, niemal żyłam w strachu przed tym, że mogłaby się nią okazać osoba, która jest moim ulubionym bohaterem, a tu się okazało, że wcale daleko nie trzeba było szukać, bo wiedzieliśmy o tym od samego początku. Gdyby Laura Sebastian trochę bardziej podbudowała ten wątek, dodając jakąś zaskakującą, zdradziecką postać, która mogła nam złamać serce, byłaby to niewątpliwe jedna z większych zalet tej powieści, ponieważ napięcie i tak było tu sukcesywnie budowane – po prostu wystarczyło je odpowiednio wykorzystać, zakańczając to wielkim uderzeniem prosto w twarz. Ale tak się nie stało. Może to dlatego też poczułam, że wątek w Sta’Crivero był zbyt długi i nieco nudnawy. Dopiero kiedy bohaterowie się stamtąd wynieśli, akcja stała się naprawdę interesująca i napięcie znowu wróciło we władanie chwili. Ostatnie strony Pani Dymu mnie nie zawiodły, choć muszę przyznać, że równocześnie zostawiły po sobie pewien niedosyt, bo jednak od wojny oczekuje się więcej dynamizmu.
Jeżeli chodzi o główną bohaterkę, Theodosię, chociaż wszyscy nazywają ją królową, ja w niej królowej w dalszym ciągu nie widzę. Tu też spodziewałam się pewnej zmiany, ale w zamian za to dostałam jeszcze bardziej zaplataną postać, która tylko udawała pewną siebie, a tak naprawdę była bezradna wobec dziejących się rzeczy. Prawdę powiedziawszy, to ze wszystkich bohaterów ona akurat była najmniej potrzebna, a już szczególnie w walce. I tak przez większość czasu radziła się innych ludzi. Za to podobała mi się w niej ta feministyczna waleczność, bo kiedy trzeba było, potrafiła o siebie zawalczyć, próbując pokazać, że to, iż jest kobiecą królową, wcale nie stawia jej w gorszej pozycji.
A co słychać w trójkącie miłosnym? Wydaje mi się, że też nieco się pogorszył, i to ze względu na Theodosię, która ma wahania typowej, dorastającej nastolatki. Bardzo niekonsekwentnie zachowywała się wobec Blaise’a i Sørena. Najpierw darzyła uczuciami jednego z nich, nawet wyznając mu wprost miłość, a za chwilę była przy tym drugim, by w ten sam sposób wyznawać mu miłość, gdzie jeszcze przed chwilą twierdziła, że wcale go nie kocha, ponieważ… ponieważ NIE, i już. Ta niekonsekwencja jej chwiejnego zachowania nieco mnie irytowała. Może właśnie dlatego nie widzę w niej również królowej, a raczej wątłą dziewczynkę, która jest na razie póki co za młoda i zbyt niedorosła, aby pełnić tę funkcję.
Na koniec dodam, że sam tytuł, czyli Pani Dymu, nie bardzo do mnie przemawia w kontekście całej powieści. Jeżeli chodzi o pierwszą część, czyli Księżniczkę Popiołu, miało to spore uzasadnienie w fabule, a tutaj? Tak naprawdę tylko jedna osoba opisuje naszą bohaterkę jako tą Panią Dymu. I na tym koniec. Nie poczułam tej nazwy. Była przetłumaczona jakby w pośpiechu i bez większego znaczenia dla całej historii.
Podsumowując. Pierwszy tom na pewno był lepszy niż drugi. Przy kontynuacji spodziewałam się większej dynamiki, a tak naprawdę dostałam fabułę, której wiele wątków nie było nawet tak bardzo potrzebnych. W tej książce wygrywa tak naprawdę sentyment. Bo wszystkie postacie były przedstawione w bardzo ciekawy, charakterystyczny sposób i większości z nich nie dało się nie lubić – uważam, że to jest zdecydowanie największa zaleta całej serii. Fabuła mogłaby przedstawiać coś więcej, bo choć zakończenie jest intrygujące, to jednak początek i rozwinięcie niekoniecznie wbijają w ziemię. Dodatkowo ten problem bezradności związanej z byciem królową przez Theodosię, a także jej niezdecydowanie w trójkącie miłosnym, które jest do bólu sztampowe, ale i lekko przesadzone, również trochę kłuje w oczy. Sama się sobie dziwię, ale pomimo tych wszystkich wad, książkę wciąż czytało mi się naprawdę miło i już nie mogę się doczekać kolejnego tomu, na który niestety znowu będę musiała poczekać ponad rok. Oceniam drugi tom o wiele niżej niż pierwszy, ale mam nadzieję na to, że Laura Sebastian jeszcze zaskoczy, bo póki co szykuje się naprawdę ciekawe starcie…
https://demoniczne-ksiazki.blogspot.com/2019/11/z-sentymentu-do-popiou-laura-sebastian.html
Niewiele istnieje książek, które darzę sentymentem. Pierwszy tom serii, czyli Księżniczka Popiołu, była dla mnie ważna ze względu na to, że miałam ją okazję przeczytać jeszcze przed oficjalnym wydaniem, a także napisać do niej rekomendację. Poza tym, co tu dużo mówić, pokochałam tę opowieść, choćby za przedstawione tam postacie. Na kolejny tom musiałam czekać cały rok,...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2019
Jakiś czas temu, przez omyłkę, dostałam od wydawnictwa dwa egzemplarze „Viocious. Nikczemni”. Postanowiłam razem z Olą, że z jednego z nich zrobimy użytek i poślemy go w trasę, aby osoby, które nie miały dostępu do powieści Victorii Schwab (bo od wydawnictwa naprawdę ciężko było je dostać), również miały możliwość jej przeczytania, a także wyrażenia swojej opinii. Jednocześnie drugi egzemplarz leżał na zaległym stosie książek do recenzji i każdego dnia kusił mnie swoją rażącą czerwienią. W końcu, po kilku cennych opiniach osób, które brały udział w book tour, stwierdziłam, że czas najwyższy się z nią zmierzyć. I cóż rzecz? Przepadłam!
KRYJ SIĘ, KTO MOŻE, NADCHODZĄ PSYCHOPACI!!
Jakiś czas temu przeczytałam w recenzji jednej z dziewczyn, które biorą udział w naszym blogowym book tour, że książka nie przypadła jej do gustu, bo opowiada po prostu o psychopatach. Byłam wtedy może po kilkudziesięciu stronach tej opowieści. Pomyślałam sobie: co? Nie no, chyba aż tak źle nie jest z tymi postaciami. Ktoś tu normalny musi być. Jak to tak, książka, w której nie ma dobrych i złych ludzi, a sami… źli? To by była fabuła! Dopiero kiedy zamknęłam już książkę, zdałam sobie sprawę z tego, że… rzeczywiście większość z nich to autentyczni psychopaci, wobec czego mogłam zrozumieć negatywną opinię koleżanki z bloga, równocześnie nie zgadzając się z tym, że opowieść o psychopatach jest w moim odczuciu zła. Kto mnie zna, wie, że sama tworząc swoje opowiadania, miłuję sobie zdrowo powalonych na umyśle bohaterów, tym bardziej kiedy zobaczyłam, że jest tu takich od groma, moje zęby szczerzyły się jak u rekina, który szykuje się do prawdziwej, krwawej uczty.
„Viocious. Nikczemni” nie ma rozbudowanej fabuły, jak na przykład inne powieści Victorii Schwab (mam tu na myśli serię „Świat Verity” czy choćby moje ukochane „Odcienie magii”), nie jest to jednak wada tej powieści, raczej zaleta, bo pierwszy raz to nie tło ma tak ogromne znaczenie dla fabuły, a raczej jej postacie, a tym samym psychologia ich umysłów. Ta historia w dużej mierze opiera się na psychologii, co bardzo mi się podobało. Co prawda są tutaj powielane pewne schematy postaci, bo oto mamy przeświadczonego o swojej wielkości wybrańca, który daje sobie prawo do zabijania takich, jak on (brzmi znajomo, prawda?), ale to wciąż nie tak schematyczna i jasna postać, jakby mogło się wydawać. Do tej typowej sztampowości autorka dodała coś jeszcze, co uczyniło każdego z bohaterów oryginalnym na swój własny sposób. Zresztą nie miałam wątpliwości co do tego, że Victoria Schwab również w tej serii przedstawi postacie w naprawdę ciekawym świetle. Każda z nich ma swoje przyzwyczajenia, specyficzne motywy działań i przede wszystkim charakter – a to rzecz, o którą niekiedy trudno w książkach, w których fabuła skupia się na świecie przedstawionym i pędzącej jak stado dzikich koni akcji. Dzięki tym bohaterom książka nie jest powtarzalna, ma swoje własne barwy, które w moich oczach rzeczywiście mienią się różnymi odcieniami czerwieni (krew, krew, krew!), bo jeżeli chodzi już o sam świat przedstawiony, opiera się on na prostym mechanizmie, o wiele mniej skomplikowanym niż same osobowości – mamy dwójkę studentów, którzy pewnego dnia dopuszczają się eksperymentu mającego zmienić życie obu z nich. I rzeczywiście, ich życie diametralnie się zmienia, i to na tyle, że przez całą powieść jeden z bohaterów ma na celu zadźganie tego drugiego (zresztą… z wzajemnością). „Vicious. Nikczemni” ma trochę taki… superbohaterski klimat, ale w tym nikczemnym wydaniu (jak sam tytuł wskazuje), bo oto bohaterowie stają się tutaj złoczyńcami z nadprzyrodzonymi mocami. To, co mi się podobało w motywie byciem PonadPrzeciętnym, to to, że osoba zyskująca jakąś moc, mającą zresztą głęboki związek z ich potencjalną śmiercią (jak w przypadku Sydney) lub z wiodącymi cechami charakteru (na przykład Serena), bezpowrotnie pozbywała się jakiejś cząstki siebie, która świadczyła o tym, że byli ludźmi. Właśnie tutaj kryje się sens bycia tym „psychopatą”. W końcu psychopaci żyjący wśród nas na co dzień, również mają problem z typowo ludzkimi, utrwalonymi w społeczeństwie wzorcami postępowania. Ten motyw naprawdę bardzo, ale to bardzo mi się podobał, dlatego jestem pełna podziwu dla autorki za tą obróconą, superbohaterską fabułę. Victoria Schwab stworzyła prawdziwie komiksowe uniwersum!
CZY IDEALNE MOŻE BYĆ DO KOŃCA IDEALNE?
Była pora zachwytów, to teraz pora na trochę krytyki, choć może nie takiej znowu mocnej. To, co osobiście przeszkadzało mi w tej powieści, to niekiedy przesadne skakanie pomiędzy historiami przeszłymi i teraźniejszymi. Na początku było to dla mnie bardzo klarowne, ale pod koniec, kiedy doszły do tego opowieści jeszcze innych osób (mam wrażenie, że wątek Mitcha pojawiła się tutaj całkowicie znienacka i mógł się on przejawić w fabule nieco wcześniej), poczułam się już nieco dziwnie. Poza tym Victoria Schwab przez całą książkę budowała taki retrospekcyjny dreszczyk emocji związany z tym, że kompletnie nie wiedzieliśmy, co może wydarzyć się na końcu, a mogło wydarzyć się naprawdę wiele! Wobec tego napięcia, tak naprawdę uważam, że zakończenie nie miało efektu „wow”. Pewnych rozwiązań po prostu mogliśmy się spodziewać, zważając na dołączenie Sydney do zespołu Victora (bo niektóre rzeczy dzieją się… po coś). Także tutaj odrobinkę się zawiodłam, bo spodziewałam się naprawdę mocnej akcji po takiej dawce emocji zawartej w przywoływanych wspomnieniach, co nie zmieni faktu, że i tak końcówka była dla mnie bardzo satysfakcjonująca. Nie mogę sobie wyobrazić tylko jednego: o czym w takim razie może opowiadać drugi tom?!
Ostatni mały element, który mi tutaj przeszkadzał, to szybkość przechodzenia między wątkami. Być może to problem polskiego tłumaczenia, nie mam pojęcia, ale czasami odnosiłam wrażenie, że jak miało się stać coś mocnego, to nagle dostawaliśmy jakby za mało informacji wstępnych. Po prostu rzucano nam tekst na twarz, bez zbędnych opisów. Nieraz musiałam się wracać i zastanawiałam się, dlaczego nie dodano tu może kilku słów więcej albo nawet zdania więcej, wtedy byłoby może bardziej… doniośle. Ale być może taki był zamysł tej opowieści. Bez zbędnego, patetycznego pierniczenia się z treścią. Po prostu biało na czarnym, jakby ktoś najpierw wytarzał nas w sadzy, a potem wylał na nas mleko.
MIND HUNTER – BADAJĄC ZŁOCZYŃCÓW Z BLISKA
Powyżej już pisałam nieco o postaciach, które były naprawdę świetnie wykreowane, ale nie odnosiłam się do nich bezpośrednio, a jest tu naprawdę co opisywać i czym się zachwycać. Osobiście jestem zakochana w Victorze Vale'u. To taki mój typ jasnowłosego złoczyńcy, który żyje zemstą i z niczym się nie pierdzieli. Jednocześnie, pomimo swoich morderczych zapędów i egoistycznych pobudek, miał w sobie odrobinkę dobra – na przykład zdarzało mu się przygarniać bezinteresownie przybłędy. Poza tym podobała mi się jego niezdrowa fascynacja przyjacielem, który jego zdaniem krył w sobie coś mrocznego, a także chęć niebezpiecznego eksperymentowania. Od razu było widać, że jeszcze przed staniem się osobą PP, miał zdrowo nawalone w głowie, ale w taki… chłodny, przystępny sposób, który mogli dostrzec tylko czytelnicy i najbliższe mu w książce osoby. Bardzo podobało mi się też jego nietypowe hobby, polegające na zamazywaniu na czarno pewnych wyrazów zawartych w książkach czy gazetach, dzięki czemu tworzył jakby nową przestrzeń fabularną. Coś, co było pozytywne, on mógł nagle zmienić w negatyw. Nieźle to sobie pani Schwab wymyśliła, ale tak jak wspominałam: nie miałam wątpliwości co do tego, że genialnie kreuje postacie.
Eli Cardale to druga ważna postać tej książki, bo to właśnie na nią poluje Victor. Totalnie gościa nie polubiłam, ale muszę przyznać, że również miał fascynującą, choć może nieco sztampową kreację. Może czegoś mi w nim brakowało, jakiegoś takiego… zaskoku, ale kreacją na pewno dorównywał swojemu przyjacielowi. Jednymi słowy: był dla niego godnym przeciwnikiem. Wręcz nie mogłam się doczekać, kiedy oboje w końcu się ze sobą spotkają!
Pozostali bohaterowie może nie mieli tak głęboko rozwiniętej osobowości, a także historii, ale każdego da się na swój sposób polubić, a nawet wyróżnić spośród tłumu – pamięta się tu nawet o Dominiku, który pojawił się gdzieś pod sam koniec. Niby bohater niepozorny, mało znaczący, a jednak mamy przed oczami to, jak się zachowywał i jaką osobą był. Do czego dążę – wszyscy zostali potraktowani pod względem kreacji sprawiedliwie. Skomplikowane i rozbudowane osobowości sprawiły, że nie musieliśmy mieć tutaj super, genialnej i nieprzewidywalnej fabuły – myślę, że gdyby taka była, pojawiłby się w naszych głowach przesyt, a to też nie jest do końca zdrowe (szczególnie, gdy mowa o psychopatach).
Podsumowując. Myślę, że przeczytałam już tyle książek Victorii Schwab, że spokojnie mogę uznać ją za jedną z moich ulubionych autorek. Z reguły jestem bardzo krytyczną osobą pod względem powieści, a skoro żadna z tych autorstwa pani Schwab nie zyskała u mnie niższej oceny niż sześć na dziesięć, myślę, że twórczość autorki mocno do mnie przemawia, i jedyne, co mogę teraz zrobić, to po prostu czekać z niecierpliwością na kolejne jej opowieści. „Vicious. Nikczemnych” polecam, jeżeli ktoś lubi dobre, nie do końca normalne kreacje postaci i nie przeszkadza mu, że niekiedy historia danych bohaterów może mieć większe znaczenie niż cała fabuła.
http://demoniczne-ksiazki.blogspot.com/2019/10/czy-psychopata-i-superbohater-ida-ze.html
Jakiś czas temu, przez omyłkę, dostałam od wydawnictwa dwa egzemplarze „Viocious. Nikczemni”. Postanowiłam razem z Olą, że z jednego z nich zrobimy użytek i poślemy go w trasę, aby osoby, które nie miały dostępu do powieści Victorii Schwab (bo od wydawnictwa naprawdę ciężko było je dostać), również miały możliwość jej przeczytania, a także wyrażenia swojej opinii....
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Czytając Syreny z Tytana miałam wrażenie, że autor po prostu usiadł przed biurkiem i spisał na szybko to, co objawiło mu się w myślach jako chaotyczny obraz naszego świata. Nie zdziwiłabym się, gdyby przy okazji w lewej dłoni dzierżył jakiś alkoholowy specyfik, po którego upiciu te pomysły zyskały niewiarygodnie absurdalnych barw. A może twórczość Kurta Vonnegata właśnie taka jest? Sama w sobie uchodzi za wysokoprocentowy trunek o niespotykanym smaku? Syreny z Tytana są moją trzecią książką Vonneguta, więc mogę na to pytanie odpowiedzieć twierdząco, bo bardziej powalonych, ale i egzystencjalnych, refleksyjnych powieści nie czytałam. Co tym razem zgotował nam autor, podróżując myślami w kosmosie?
Każda historia stworzona przez Vonneguta jest inna, ale odnoszę wrażenie, że wszystkie mają ten sam wzór, motyw i podobne przesłanie. Autor musiał być głęboko zranionym, samotnym mężczyzną, który nie zgadzał się z działaniem społeczeństwa i radził sobie z tym na własny sposób, czyli pisząc. Osobiście mam już za sobą jego Kocią kołyskę oraz Śniadanie mistrzów. Uważam, że Syreny z Tytana dorównują im poziomem, choć mają przy okazji swój niepowtarzalny, jeszcze bardziej absurdalny klimat niż te poprzednie dzieła. Chwilami, czytając tę książkę, czułam się nieco zagubiona, czasem nieco znudzona przydługimi, choć celowymi tłumaczeniami, a czasami nie mogłam się nadziwić się temu, jak bardzo skomplikowana, ale i ciekawa jest to fabuła. Vonneguta równocześnie się kocha i nienawidzi. Kocha się za to, że nikt inny nie byłby w stanie stworzyć tak absurdalnie wielowątkowego widowiska, a nienawidzi za to, że nabija się nie tylko ze społeczeństwa, ale również ze swoich czytelników, którzy są przecież jego częścią.
Niesamowite jest to, że choć książka została napisana w 1959 roku, idealnie wpasowuje się w teraźniejszą rzeczywistość. To ponadczasowa powieść z mocnym przesłaniem. Autor zadaje tutaj wiele istotnych pytań, na które często nie jesteśmy w stanie odpowiedzieć. Czy jesteśmy panami własnego losu? A może ktoś nami kieruje? A może to wszystko nie ma sensu? Po co żyjemy? Czy każdy z nas ma jakąś misję do wypełnienia? Co jest w życiu ważne? Co jest dobre, a co złe? Mogłabym stworzyć długą listę ukrytych w powieści zapytań, ale to nie one są tutaj najważniejsze. Najważniejsze będzie to, jakie morały wyciągniemy z tej powieści my, czytelnicy, a każdy z pewnością wyciągnie coś innego. Trzeba się jednak przygotować na to, że nie będą to krzepiące serce refleksje. Raczej możemy poczuć beznadziejność i wielką niewiadomą naszego istnienia. Jest tu jednak pewna radość życia: nie jesteśmy sami.
Podsumowując. Chciałabym napisać więcej o fabule, ale musicie mi wierzyć: jest tak rozbudowana i skomplikowana, że powinien wystarczyć wam opis, który umieściłam nad recenzją.
Jest kosmos, absurd, bezsens działania społeczeństwa, ślepe podążanie ludzi za losowym przywódcą, religijne wyuzdanie i wiele, wiele innych aspektów ludzkiej egzystencji. Jest sarkazm, śmiech, oburzenie, zrozumienie i brak zrozumienia. Jest po prostu dobra, wartościowa lektura, za którą warto się wziąć, jeżeli oczekujecie czegoś więcej niż płytka, obyczajowa fabuła. Właśnie taką przygodę pełną rozczarowań, ale i satysfakcji zapewni wam Vonnegut wraz z podróżującym w kosmosie Winstonem Nilesem Rumfoordem i jego psem, Kazakiem.
https://demoniczne-ksiazki.blogspot.com/2019/08/dryfujac-w-kosmosie-absurdu-kurt.html
Czytając Syreny z Tytana miałam wrażenie, że autor po prostu usiadł przed biurkiem i spisał na szybko to, co objawiło mu się w myślach jako chaotyczny obraz naszego świata. Nie zdziwiłabym się, gdyby przy okazji w lewej dłoni dzierżył jakiś alkoholowy specyfik, po którego upiciu te pomysły zyskały niewiarygodnie absurdalnych barw. A może twórczość Kurta Vonnegata właśnie...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Wszyscy dobrze wiemy, że baśnie, choć niosą ze sobą dozę magii, nie zawsze muszą kończyć się dobrze. Piękna okładka Labiryntu fauna czaruje nasze oczy, zapowiadając fantastyczną przygodę oplecioną mrokiem nocy. Niech was jednak nie zmyli ta mydląca, magiczna otoczka, bo jak się okazuje, Labirynt fauna może być zdecydowanie mniej piękny, niż okładka na to wskazuje…
MAGIA ZAKLĘTA W BRUTALNEJ RZECZYWISTOŚCI…
Muszę się przyznać, że nigdy nie oglądałam filmu Labirynt fauna, ale jak to bywa z tworami Guillermo del Toro – najpierw zapoznaję się z książkami, które na ich podstawie powstały, dopiero potem zabieram się za seans. Tak zrobiłam w przypadku oscarowego Kształtu wody, i tak też zrobię w przypadku Labiryntu fauna. Co do wyboru samej autorki, czyli Cornelii Funke odpowiadającej za takie bestsellery, jak choćby Atramentowe serce czy Król złodziei, uważam, że to był ze strony Guillermo del Toro idealny wybór. Czytając tę powieść, miałam w głowie Kształt wody, za który odpowiadał Daniel Kraus. Oboje pisarze zgrabnie i niemal w taki sam sposób kreowali brutalność jednej ze znaczących postaci. My wiemy, że za stworzenie całej historii odpowiada meksykański reżyser, ale to sztuka przedstawić jego własne wyobrażenie słowami spisanymi na papierze, uwzględniając przy tym emocje i całą psychologię bohaterów. Dodatkowo trzeba podkreślić, że książka nie jest dokładnym odzwierciedleniem filmu. Jak w nocie autorskiej oznajmia sama Cornelia Funke – dodała do powieści również coś od siebie, a mianowicie baśnie. Moim zdaniem dodało to klimatu papierowej wersji. Te historie podbiły nieco moją ocenę książki i dały mi jasno do zrozumienia, że w tym świecie baśń przeplata się z okrutną rzeczywistością – podobnie jest zresztą z życiem każdego z nas. Poza tym wielkie brawa dla autorki za męską powieść, którą ubrała w subtelną kobiecość, bo czasem niełatwo pozostać sobą, kiedy wymagają od ciebie stworzenia interpretacji zgodnej z powstałym już dziełem.
Musiałam zgotować w tej recenzji taki mały wstęp, który miał podkreślić, jak bardzo byłam zachwycona tym kawałkiem dobrej literatury. A teraz wyrażę się o fabule trochę jaśniej.
Historia dzieje się w Hiszpanii ogarniętej wojną domową (1944 rok). Główną bohaterką jest Ofelia, dorastająca dziewczynka, która wraz z ciężarną matką przeprowadza się do starego młyna, gdzie mieszka Wilk, czyli ojczym Ofelii. To właśnie tam, wśród ciemnych koron drzew, w miejscu, w którym nie chciała nigdy być, napotyka na cząstkę magii, a jest nią maleńka wróżka. Z czasem ta mała istota prowadzi ją do labiryntu, gdzie poznaje fauna. Ten oznajmia Ofelii, że aby dowieść, iż jej dusza jest nieśmiertelna, musi wypełnić trzy ważne zadania… Na tym właśnie polega ta główna sfera fantastyczna, a więc i baśniowa, bo w tle dzieją się jeszcze inne rzeczy. Możemy poznać kilku bohaterów, choć oprócz Ofelii fabuła w największej mierze skupia się na gospodyni pomagające partyzantom – Mercedes, a także na brutalnym i żądnym krwi kapitanie – Vidalu. To właśnie oni przedstawiają nam okrutność wojny, ale również życia codziennego. Wątek, który był w tej książce najwyraźniejszy to zdecydowanie śmierć. I to śmierć pod różnymi postaciami. Czasami niesprawiedliwa, czasami konieczna, ale na pewno wspólna nam wszystkim, ludziom.
Dla mnie zetknięcie małego światka niewiele rozumiejącej dziewczynki, która „nadepnęła” na problemy dorosłych, ze światem baśniowym, to był ogromny szok. W głębi duszy wiemy, że ten zabieg nie może ze sobą współdziałać. To dwa światy, które nie mogą się przenikać – a jednak. Cornelia Funke tak splotła magicznymi, pisarskimi nićmi wątek fantastyczny z tym prawdziwie brutalnym i krwawym, że widzimy to wszystko jako jedną wielką i spójną całość.
Wiecie, co miałam przed oczami, gdy czytałam Labirynt fauna? Las. Mrok. Korę drzewną. Krew. I zieloną sukienkę. To jest książka z tego przedziału, gdzie barwy wręcz pływają nam przed oczami. Na dodatek nawet przez chwile nie jest ani odrobinę kolorowa, bo to naprawdę ciężka powieść. Ciężar rzeczywistości, a przede wszystkim niesprawiedliwości, potrafi nas tutaj przygnieść do podłogi ciężkim butem, jednak sytuację niekiedy ratuje baśniowość – oczywiście i ona nie wprowadza do fabuły radosnej nuty, ale zdecydowanie daje nam nadzieję na dobre zakończenie.
Książkę pochłania się naprawdę szybko i uwierzcie mi, choć ostatnie powieści bardzo mnie męczyły, tą przeczytałam z ogromną chęcią, przy okazji w trakcie czytania wydając z siebie okrzyki zdziwienia, a czasem i wylewając łzy. To oczywiste, że zdarzają się tu sytuacje, które z góry przewidujemy, ale do samego końca pewnych rzeczy nie możemy być pewni. Mnie, tak jak już się można domyślić, porwała baśniowość. Lubiłam uciekać do świata małej dziewczynki, która wierzyła w magię. No i te historie, które stworzyła dodatkowo Cornelia Funke! Przedstawiały w symboliczny, baśniowy sposób to, co działo się w świecie ludzi. Cudowne przenikanie się światów. Bardzo to do mnie przemówiło. Przemówiła do mnie jeszcze życiowość. Tu niczego się nie ukrywa. Jak ma być brutalnie i krwawo, to tak jest, a do tego dostajemy jeszcze smutne, ale prawdziwe podsumowanie.
TRZY PERSPEKTYWY, TRZY RÓŻNE HISTORIE
Bohaterowie to główna zaleta tej książki. Tak jak już wyżej pisałam, mamy tutaj zasadniczy podział na trzy większe perspektywy (chociaż zdarzają się też pomniejsze postacie, jak na przykład Carmen, czyli matka Ofelii, i doktor Ferreiro – to oczywiście też są znaczące perspektywy). Ofelia – odpowiadająca za ten dziecięcy, a także magiczny punkt widzenia, Vidal – krwawy kapitan, któremu zależy tylko na tym, aby zabijać, na samym końcu samemu z godnością umierając, Mercedes – gospodyni, która doskonale wie, że igra z diabłem, a jednak ze strachem się tej gry podejmuje, pomagając partyzantom. Nie powiem, że to emocje wyrażane przez bohaterów są tutaj najważniejsze. Ja skupiłabym się raczej na ich zachowaniu, obawach, przeszłości, a także kreującej się przed nimi przyszłości. Każda perspektywa dostarcza nam nowych informacji. Każda perspektywa, choć często przedstawia to samo, dostarcza nam nowych wrażeń. I to jest właśnie to, co podobało mi się najbardziej również w Kształcie wody. Bo bez tak różnorodnych postaci ta książka nie byłaby tak dobra.
Podsumowując. Labirynt fauna to kawał dobrej literatury. Książka napisana została na podstawie filmu, ale przy okazji ma w sobie coś całkowicie nowego – choćby baśnie, które dodała tutaj Cornelia Funke. Z taką autorką powieść nie mogła być zła. Zresztą mówimy tutaj również o Guillermo del Toro, który tworzy oscarowe filmy. Ja zostałam tutaj kupiona umiejętnym łączeniem kontrastujących ze sobą światów – brutalnej rzeczywistości i baśniowej krainy, a także kontrastujących ze sobą postaci i perspektyw, z których to każda przedstawia wojnę, śmierć, a także ludzkość pod innym kątem widzenia (kobiety, mężczyzny i dziecka). Pewnie jeszcze nieraz wrócę do tej historii, ale przede wszystkim myślę, że niedługo oglądnę film! Naprawdę polecam.
http://demoniczne-ksiazki.blogspot.com/2019/07/kiedy-basn-splata-sie-z-rzeczywistoscia.html
Wszyscy dobrze wiemy, że baśnie, choć niosą ze sobą dozę magii, nie zawsze muszą kończyć się dobrze. Piękna okładka Labiryntu fauna czaruje nasze oczy, zapowiadając fantastyczną przygodę oplecioną mrokiem nocy. Niech was jednak nie zmyli ta mydląca, magiczna otoczka, bo jak się okazuje, Labirynt fauna może być zdecydowanie mniej piękny, niż okładka na to wskazuje…
MAGIA...
Miasto snów to nowa seria w uniwersum Kronik Jaaru – jak głosi tylna strona okładki. Jestem kilka kroków w tyle, ponieważ nie czytałam „pierwowzoru”, ale dzięki opisowi z przyjemnością zabrałam się za książkę dotyczącą przygód March. I tak oto zaczęła się moja podróż przez senny świat… Tylko nie zawsze był taki kolorowy, jakby mógł być. Czasami raczył nas… koszmarami.
TO NIE JAWA, LECZ SEN, CO TYLKO BŁĄDZENIEM JEST WE MGLE…
Jedno muszę autorowi przyznać. Podjął tematykę snów i cała fabuła była jak jeden wielki sen. Czy to dobrze? Mam co do tego pewne wątpliwości. Chwilami musiałam się mocno skupić, żeby zrozumieć pewne zdarzenia. Kiedy już myślałam, że wszystko wiem, nagle się okazywało, że nie wiem nic. Z jednej strony to pociągający zabieg, z drugiej strony, jeżeli wykona się go z przesadą, może zaszkodzić czytelnikowi. Mi trochę zaszkodził, może dlatego, że nie spodziewałam się takiej mieszanki. Nie mam pojęcia, jak to było z Kronikami Jaaru, bo żadnego tomu nie przeczytałam, ale odnoszę dziwne wrażenie, że gdybym rzeczywiście miała z nimi do czynienia, lepiej rozumiałabym to, co się tutaj działo.
Cały świat został tutaj przedstawiony bardzo mgliście. Czegoś mi brakowało, na przykład jakiegoś dosadniejszego opisu. Mam wrażenie, że dostałam tym uniwersum w twarz jak plackiem jagodowym upieczonym przez Baba Jagę. To odebrało mi nieco przyjemność z czytania. Na dodatek mam wrażenie, że fabuła jest dziwnie… nierówna. Początek wydawał mi się naprawdę intrygujący. Wszystko powolnym tempem dążyło do momentu, kiedy March musiała podjąć takie, a nie inne kroki, a potem kiedy zaczęła się już przygoda (a przynajmniej powinna się zacząć), ja poczułam się znudzona. Praktycznie cała historia dziejąca się w Aislingen była nużąca, a przynajmniej do momentu, kiedy bohaterowie nie przenieśli się do miejsca, w którym odbyła się, powiedzmy, wielka bitwa. W pewnym momencie już po prostu przewracałam kartki, patrząc z obojętnością na szkolenie March i całe to mieszanie ze snami, w którym zaczęłam się powoli gubić, a potem kiedy nadszedł ten kulminacyjny moment, nagle poczułam się nieco… zainteresowana. Zaczęłam czytać z większą uwagą. Czułam napięcie. Zastanawiałam się, co jeszcze może się wydarzyć, bo byłam pewna, że wszystko jest możliwe. Tu mnie Miasto snów akurat zaskoczyło. Dlaczego? Ponieważ od początku myślałam sobie: nic mnie tutaj nie zaskoczy, bo to właśnie ten typ literatury młodzieżowej. I co? Myliłam się. Szkoda tylko, że ta wielka zaleta pociągnęła za sobą również jedną z poważniejszych wad, a mianowicie: przez całą książkę dostawaliśmy mało informacji, a jak już to po prostu mało zaskakujące ciekawostki, a tu nagle autor, jakby na sam koniec obudził się ze snu, stwierdził, że dlaczego nie, siądzie sobie za sterami koparki, a potem zrzuci na nasze głowy tonę zaskakujących informacji. Zaskoczenia są fajne, kiedy dostajemy je stopniowo lub po prostu jest ich dużo, ale swoją wielkością nas nie przytłaczają. Tutaj czułam, że za chwilę się zapowietrzę. W pewnym momencie łapałam się już za głowę z myślą, że tego jest za dużo i już się gubię! Muszę jednak przyznać, że samo zakończenie, i to, co fery zrobiły z „rzeczywistością”, było naprawdę intrygujące. Przekonało mnie to, aby jeszcze kiedyś sięgnąć po drugi tom, bo pojawiło się wiele pytań o przyszłe losy bohaterów.
Mam tutaj niewielki problem z podjętą ścieżką fantastyki. Nie widzę tutaj niczego… oryginalnego. Magiczny, gadający kot rodem z uniwersum Sabriny? Odhaczony. Fabuła, która zaczyna się od snów? Odhaczona. Senny świat? Poniekąd też odhaczony, bo prawdę powiedziawszy, czytałam już wiele książek, które właśnie ten motyw obrały za główny. Magia żywiołów, wiedźmy i zabójcze „elfy”? Odhaczone. Do czego dążę – pod względem gatunkowym nie wydaje się to być pozycją godną zapamiętania, bo takich jest… dużo. Dodatkowo zupełnie inaczej wyobrażałam sobie senny świat. To znaczy… jako bardziej barwny i irracjonalny. Zabrakło mu trochę tego absurdalnego klimatu wyrwanego z ludzkich snów.
Ostatnia rzecz fabularna, którą chciałam wspomnieć, to te „senne przeskoki”, które rzutowały także na przeskoki w fabule. I to właśnie była jedna z rzeczy, która mogła trochę dezorientować, bo w jednej chwili działo się to, a w następnej to. I nie chodzi o sam fakt ich pojawiania się – w końcu był to zaplanowany zabieg – ale o rzeczywisty brak pisarskiego przejścia pomiędzy tymi wątkami.
Na sam koniec muszę się czepić jeszcze jednej rzeczy. OKŁADKI. Patrzę na to, powiedzmy, okiem przyszłego edytora. Tu jest tak wiele wymyślnych, finezyjnych roślin, że tytuł kompletnie ginie w tle. Ba, wystarczy ją podstawić pod światło, a złoto tak nas oślepi, że już kompletnie litery rozmyją nam się przed oczami. Przesyt nad przesytem. Nie jest to może zła okładka, ale jakby wyciąć trochę tych roślin i zrobić więcej… tła, białe napisy bardziej by się odznaczały, a tak po prostu giną w krzaczastym gąszczu – i to dosłownie. Sam grzbiet, a także „skrzydełka” przedstawiają się naprawdę ładnie, więc nie rozumiem, czemu podobnego motywu nie przyjęto w związku z okładką! Wtedy nie miałaby równych sobie!
PRAISE SATAN! – CZYLI KOT, CZAROWNICA, MAGICZNE MIASTECZKO I… DWIE CIOTKI WIEDŹMY (?!)
To, co mnie na początku książki zaintrygowało, to niewątpliwie główna bohaterka. Chyba nie widziałam jeszcze takiej książkowej małej, tykającej bomby, która wybuchałaby niezliczoną ilość razy, by dowalić komuś prosto w twarz i fizycznie, i psychicznie. Podobało mi się to, że ten charakterek często przysparzał jej problemów, bo cóż rzec, March miała niewyparzoną… buźkę. Autor wybrał ciekawą kreację, nawet jeżeli postać chwilami była trochę irytująca (ale przynajmniej racjonalna i ludzka!). Podobał mi się również Callen i Piątek. Może Callen nie był jakoś super rozwiniętą postacią pod względem charakteru i czasem był jak takie masełko, które po prostu było, a potem rozpływało się na rozgrzanej patelce, żeby można było usmażyć na nim jajecznicę (chyba za dużo porównań do jedzenia w tej recenzji), ale nawet mimo tego dosyć go polubiłam. Piątek był zaś zabawny. Widzę tu jakąś inspirację Salemem z Sabriny, nastoletniej czarownicy, jak Boga kocham (teraz jak tak piszę, to w ogóle Miasto snów pachnie mi Sabriną! Nawet March jest jakby… półkrwi, a dwie, powiedzmy, „ciotki” jednego z bohaterów, które były wiedźmami? HA!). Czarny kot, który robi sobie jaja, no i… jest, kim jest (tutaj ktoś powinien mi związać paluszki, żebym za wiele nie wydała). Widzę w nim również trochę takiego bułhakowskiego Behemota, ale bardziej w wersji młodzieżowej, a więc nieco… wyłagodzonej (nie pił czystego spirytusu!). Piątek to trochę postać oklepana, ale miła w odczycie.
Reszta bohaterów nie wydawała się być tutaj jakoś szczególnie interesująca, ale myślę, że te główne wystarczą, aby zainteresować człowieka swoimi kreacjami.
Podsumowując. Miasto snów nie jest nie wiadomo jak cudowną i oryginalną nowością w książkowym świecie. Fabułę mogłabym określić mianem koktajlu – wystarczy wziąć kilka losowych owoców i je zmiksować, dzięki czemu powstanie niezła mieszanka, której nie wszystkie składniki musimy rozpoznać. Bywa interesująca, ale i nużąca. Główni bohaterowie są dobrze wykreowani, a zakończenie intrygujące. Czy sięgnę po kolejny tom? Intryguje mnie, ale to się jeszcze okaże!
http://demoniczne-ksiazki.blogspot.com/2019/07/sen-co-tylko-badzeniem-jest-adam-faber.html#more
Miasto snów to nowa seria w uniwersum Kronik Jaaru – jak głosi tylna strona okładki. Jestem kilka kroków w tyle, ponieważ nie czytałam „pierwowzoru”, ale dzięki opisowi z przyjemnością zabrałam się za książkę dotyczącą przygód March. I tak oto zaczęła się moja podróż przez senny świat… Tylko nie zawsze był taki kolorowy, jakby mógł być. Czasami raczył nas… koszmarami.
TO...
Już na wstępie muszę się przyznać, że trudno było mi wrócić do pisania recenzji, skoro nie było mnie tutaj ponad miesiąc. Wierzcie lub nie, ale przez ten czas nie przeczytałam ani jednej książki! Dopiero dzisiaj udało mi się skończyć Z głową w gwiazdach. Cieszę się, że po długiej przerwie trafiłam akurat na tę powieść. Dlaczego? Bo przywróciła mi chęć do ponownego wdrożenia się w czytanie, przypomniała, jak bardzo jest to przyjemne i zarazem odprężające zajęcie, a także miło wprowadziła mnie w wakacyjny nastrój. Przy takiej lekturze nic, tylko odpoczywać!
Z głową w gwiazdach niewiele można zarzucić. To dobra powieść. Może nie jakaś wyjątkowo zatrważająca, pełna zwrotów akcji i emocji, ale na pewno spełnia oczekiwania lekkiej, wakacyjnej młodzieżówki. Już od samego początku czujemy sympatię do poszczególnych bohaterów, którzy zostali wykreowani tak, aby zwracali naszą uwagę – każdy z nich był żywy i barwny. Zorie na przykład interesowała się astronomią, w stresujących sytuacjach dostawała pokrzywki, a poza tym wszystko musiało być u niej zgodne z planem. Nosiła okulary dopasowane do danego zestawu ciuchów i uwielbiała kraciaste wzory. Niby zwyczajne informacje, a już widzimy bohaterkę przed oczami, jakby była żywa. Lubię taką dbałość o szczegóły, bo dzięki temu uzyskujemy pełnokrwiste postacie.
Lennon również był niczego sobie – mroczny fanatyk anime (nazwał nawet swoją jaszczurkę imieniem bohatera z Death Note!) o specyficznym stylu bycia i ubiorze. Ironiczny śmieszek, który lubi ekstremalne wycieczki. Czy z takimi bohaterami można się nudzić? Nie. A to tylko dwie osoby, które ubarwiały tę historię. Reszta również była naprawdę świetna. Na uwagę zasługuje tutaj choćby rodzina obu stron. Agresywny ojciec Zorie, zamartwiająca się o wszystko matka Zorie, a także obie matki Mackenzie, które stanowiły świetny, ale i specyficzny duet (halo, nie na co dzień witryny zdobi się lasem wibratorów). Co prawda miałam wrażenie, że pod sam koniec, kiedy relacja Zorie i Lennona doczekała się już kulminacyjnego momentu, postacie utraciły trochę swojej magii, zupełnie jakby autorka skupiła się raczej na nastoletniej fascynacji, ale wciąż nie była to zła historia.
Wątek miłosny nie robi tutaj wielkiego wrażenia – gdyby cała książka dotyczyła tylko jego, pewnie byłaby nudna, na szczęście autorka wrzuciła do fabuły odpowiednie składniki poprawiające jej smak. Podobała mi się na przykład otoczka Wielkiego Eksperymentu, czyli to, o czym przez praktycznie całą powieść Zorie nie chciała nam opowiedzieć. Historię nienawiści dwójki nastolatków dostawaliśmy powoli, co tylko podsycało ciekawość. Ostateczne rozwiązanie było dosyć satysfakcjonujące – okazało się, że ta sama sytuacja może mieć dwie perspektywy i nigdy winna nie jest jedna osoba. Poza tym podobał mi się również wątek dotyczący rodziców Zorie. Byłam pod wrażeniem, jak autorka z tak prostej historii uczyniła coś interesującego, poza tym zadowoliło mnie ostateczne rozwiązanie sprawy pomiędzy nimi. Do tego wszystkiego możemy jeszcze wrzucić chęć przypodobania się popularnym oraz bogatym osobom, które ostatecznie okazują się być... co najmniej bez wyobraźni, i mamy idealną mieszankę fabularną!
Może książka nie zawiera w sobie niezwykłej malowniczości, ale bez trudu możemy sobie wyobrazić widoki, jakie wielokrotnie mieli przed sobą Zorie i Lennon. Aż samemu chciałoby się znaleźć w takiej głuszy! Jedyne, na co nieco sceptycznie patrzyłam, to ich niesamowite przygody. Bo akurat wszystkie zwierzęta musiały się na nich uwziąć, razem ze zjawiskami atmosferycznymi! Rozumiem, że autorka chciała potrzymać czytelników w niepewności i wprowadzić trochę napięcia, ale nie musiała od razu zasypywać młodych bohaterów falą niewiarygodnych, bardzo pechowych zdarzeń. Istnieje małe prawdopodobieństwo, że takie sytuacje zdarzały się w tak wielkim natężeniu, a skoro książka miała przedstawić realia życia nastolatków, to cóż, był to wątek nieco przefantazjowany. To chyba jedyna negatywna rzecz, która zwróciła moją uwagę. Oprócz tego nie mam do zarzucenia Z głową w gwiazdach niczego złego.
Podsumowując. Ciężko jest napisać recenzję powieści, której mało można zarzucić! Ta opinia mogłaby się tak naprawdę zakończyć na słowach: „to było dobre. Bez szału, ale lekkie i przyjemne”. Historia została dobrze rozwinięta. Dzięki niej mogliśmy rozmarzyć się o biwakowaniu w głuszy i przeżywaniu podobnych przygód (no dobrze, z wyjątkiem węży, niedźwiedzi i innych pum…). Moimi ulubionymi wątkami były te, które dotyczyły zakończonej przyjaźni pomiędzy Zorie i Lennonem, a także wątek dotyczący skomplikowanej sytuacji pomiędzy rodzicami Zorie. Te miały w sobie akurat nutkę tajemniczości, która skutecznie popychała mnie do przodu. Właśnie tak działa ciekawość!
Z głową w gwiazdach to przyjemna wakacyjna przygoda. Polecam się z nią zapoznać, szczególnie jeżeli potrzebujecie czegoś lżejszego, ale i czegoś większego niż zwykła romantyczna młodzieżówka. Wątki obyczajowe są tu na wysokim poziomie.
http://demoniczne-ksiazki.blogspot.com/2019/07/chcesz-zobaczyc-gwiazdy-zanim-upadna.html
Już na wstępie muszę się przyznać, że trudno było mi wrócić do pisania recenzji, skoro nie było mnie tutaj ponad miesiąc. Wierzcie lub nie, ale przez ten czas nie przeczytałam ani jednej książki! Dopiero dzisiaj udało mi się skończyć Z głową w gwiazdach. Cieszę się, że po długiej przerwie trafiłam akurat na tę powieść. Dlaczego? Bo przywróciła mi chęć do ponownego wdrożenia...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Żyjemy w świecie, w którym choroby cywilizacyjne nikogo już nie dziwią. Jedną z tych, która wzbudza w nas największy strach, jest rak. Da się z nim walczyć, jak z każdą inną chorobą, ale nie zawsze można z nim wygrać. Ava Green nie miała tego szczęścia. Pogrążona w smutku i rozpaczy, musiała przygotować się na najgorsze. Tego, czego w życiu najbardziej pragnęła, to wziąć ślub. Szkoda tylko, że nie miała przy sobie żadnego kochającego kawalera… Przynajmniej do czasu.
Książek takich jak Twoje fotografie jest mnóstwo. Nie jest ona jakoś wyjątkowo oryginalna, ale muszę przyznać, że miło się przez nią brnęło. Autorka wiedziała, jak dozować smutek, i jak dozować radość. Wszystkie uczucia się równoważyły, dzięki czemu pomiędzy dramatami mieliśmy okazję odpocząć i trochę pocieszyć swoje serce widokami czy sytuacjami serwowanymi nam przez treść. Wszyscy od początku doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, jakie będzie zakończenie książki, to dlatego czujemy się trochę jak rodzina głównej bohaterki. Niby się uśmiechamy, a jednak wewnętrznie czujemy ból na myśl, że będziemy musieli rozstać się z Avą. Gdy dochodziłam już do końca powieści, ryczałam jak bóbr. Co prawda emocje szybko opadły, ale uczucie smutku zostało, bo oto autorka postawiła przed nami jasne przesłanie: życie nie jest sprawiedliwe, to może przytrafić się każdemu z nas i nie będziemy mieli na to wpływu, jednak to od nas będzie zależało, jak przeżyjemy czas, który nam pozostał. To bardzo łamiące, ale równocześnie prawdziwe.
Muszę przyznać, że postać Avy przypadła mi do gustu. Była prawdziwa. Taka jak każdy z nas. Czasami miała gorsze dni, czasami lepsze. Do końca nie mogła pogodzić się ze śmiercią, ale… kto by się na to godził w takich okolicznościach? Czasami gdy zachowywała się naprawdę okropnie wobec innych ludzi, a także wobec samej siebie, nie mieliśmy jej tego za złe. Raczej jej współczuliśmy. Ava nie uchodziła za idealną osobę i o to właśnie chodziło.
Inni bohaterowie, poza Jamesem, stanowili po prostu tło dla historii. Nie wyróżniali się jakoś szczególnie, ale swoje własne cechy i widzimisię mieli. Bez nich fabuła nie byłaby taka sama, szczególnie jeżeli chodzi o rodzinę oraz przyjaciół Avy. Co z Jamesem? James jak James. Przystojny, miły, zakochany, nic nowego w naszym małym czytelniczym światku. Mnie osobiście nie porwał, ale cóż, porwał Avę, i to wystarczyło.
Nie było tu rzeczy, które rażąco mi się nie podobały, chociaż same przygotowania do ślubu, a także sam ślub były dla mnie przewidywalne, może trochę zbyt ckliwe (co nie zmienia faktu, że i tak płakałam jak bóbr) i trochę naciągane – szczególnie jeżeli chodzi o Jamesa. Nie zostaliśmy jakoś szczególnie zaskoczeni, bo wszystko mogliśmy przewidzieć od początku do końca. Druga sprawa to już sam moment, gdy Ava umierała. To wszystko było takie… szybkie. Ja wiem, że autorka chciała nam na koniec zaoszczędzić smutnych opisów tego, co pod koniec życia działo się z osobą umierającą na raka, jednak wewnętrznie czułam przez to niedosyt. Jakby nie poświęcono na ostatnie jej chwile zbyt wiele stronic. Dodatkowo miałam nieco problem z szybko rozwijającą się miłością Jamesa i Avy. Na początku byłam nimi zachwycona, ale gdzieś pod koniec ta więź między nimi została nieco przyspieszona. To znaczy rozumiem, że skoro główna bohaterka umierała, nagięto zasady, jednak wydawało mi się, że miłość mogła przez to nieco stracić. O ile na początku miała dla mnie swój własny urok, tak potem stała się... mało wzruszająca. Wracając jeszcze do zakończenia – brakowało mi tutaj trochę reakcji ze strony rodziny czy samego Jamesa – oczywiście, dostaliśmy małą notkę z jego perspektywy, ale czułam mimo wszystko jakiś dziwny niedosyt. Zupełnie jakby autorka była niepewna, co może nam na sam koniec przedstawić. Poszła po najbezpieczniejszej linii oporu. To nie jest złe, ale też może nie do końca dobre. Ostatnie, czego mogę się uczepić, to samego tytułu. Niby James robił dużo zdjęć Avie, ale jednak gdzieś mi te fotografie umknęły. Myślałam, że będą miały większe znaczenie dla fabuły, że może ktoś stworzy z nich album, który zostanie podarowany rodzinie, że James wymyśli jakiś ciekawy pomysł, aby zrobić coś z fotografiami Avy, a tu? Nic. Po prostu fotografie.
Podobały mi się wstawki, czy inaczej wycinki artykułów, które pisała do magazynu Ava. Niosły ze sobą pozytywne treści, a poza tym były niewymuszone i szczere. Ogólnie cała otoczka magazynu, który miał kontrolę nad ślubem Avy, to całkiem dobry pomysł. Jednak moim zdaniem nic nie przebije kolorowych obrazów, które nam przedstawiono. Niby Tammy Robinson nie rozpisywała się na temat zwiedzanych miejsc wyjątkowo kwieciście, a jednak wspominając Twoje fotografie, od razu mam przed oczami piękne krajobrazy, jakie wielokrotnie tutaj przedstawiano, choćby błahe pole wypełnione po brzegi kwiatami czy rzeka, do której wskoczyła Ava (że już nie wspomnę o innych bardziej luksusowych miejscach). To naprawdę dobrze działało na wyobraźnię i w jakiś sposób pomogło nam poczuć tymczasową radość.
Podsumowując. Może ta recenzja nie niesie ze sobą zbyt wiele treści, ale wydaje mi się, że to, co najważniejszego miałam przekazać, przekazałam. Czy polecam przeczytać książkę? Moim zdaniem nie była nadzwyczaj oryginalna i zapewne nie przeczytałabym jej drugi raz, ale jak na jedną sesję czytelniczą naprawdę się sprawdza, poza tym zmusza nas do refleksji – niekiedy smutnych, ale też i radosnych. Cieszę się, że mogłam zapoznać się z historią Avy.
https://demoniczne-ksiazki.blogspot.com/2019/05/i-ze-nie-opuszcze-cie-az-do-smierci.html
Żyjemy w świecie, w którym choroby cywilizacyjne nikogo już nie dziwią. Jedną z tych, która wzbudza w nas największy strach, jest rak. Da się z nim walczyć, jak z każdą inną chorobą, ale nie zawsze można z nim wygrać. Ava Green nie miała tego szczęścia. Pogrążona w smutku i rozpaczy, musiała przygotować się na najgorsze. Tego, czego w życiu najbardziej pragnęła, to wziąć...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Temat zakazanej miłości nie jest nam obcy. Całkiem niedawno czytałam i recenzowałam kontrowersyjną powieść Tabithy Suzumy, To, co zakazane, gdzie głównym tematem było kazirodztwo. Zaraz po niej wzięłam się za Przewoźnika, który również poruszał tematykę zakazanych uczuć. Czy ta lektura zrobiła na mnie takie samo wrażenie jak jej poprzednik? Cóż, dowiecie się tego poniżej.
IDĘ PRZEZ PUSTKOWIE, SPOTYKAM DEMONY, DOCIERAM NA MIEJSCE, KONIEC, UKŁON
Zazwyczaj nie zwracam w recenzjach uwagi na okładki, chyba że są naprawdę okropne albo naprawdę piękne. Tu niestety muszę się zwrócić ku pierwszej wersji. O ile opis, jak dla mnie, brzmiał genialnie, tak gdy tylko spojrzałam na wizualną stronę tej książki, załamałam ręce. Po pierwsze, bardzo źle dobrane kolory – czerwień gryzie się z błękitem, po drugie – te zawijasy! Gdyby nie one, myślę, że okładka nie raziłaby tak w oczy (tym bardziej, że zajmują również wewnętrzną stronę książki, co wygląda jeszcze gorzej). Napisy też nie zrobiły szału, bo dostaliśmy je pod dziwnie zakrzywionym kątem. Sama postać, która ma się zapewne kojarzyć z egipskim przewoźnikiem, nie jest tutaj moim zdaniem trafiona, bo bohaterowie płyną razem łódką maksymalnie przez dziesięć stron? Rozumiem, że miało to mieć związek z tym, co charakterystyczne dla samej nazwy, czyli tytułowego przewoźnika, jednak do mnie kompletnie to nie trafiło, ponieważ nie oddało to klimatu książki i na dodatek wprowadziło nas w duży błąd, także… dla okładki wielkie NIE.
Jeżeli chodzi o samą fabułę, to mam wrażenie, że tutaj autorka akurat nie popłynęła. Pomysł był ciekawy, ale sama historia? Mogłabym ją tak naprawdę streścić w kilku słowach, nawet nikomu zbytnio jej nie spoilerując. Bohaterka budzi się na pustkowiu, dostaje przewoźnika, podróżuje do miejsca, które można nazwać zaświatami, sypia w punktach kontrolnych (że tak je nazwę), czasem zaatakują ją demony… koniec. Jedynym przerywnikiem są tutaj zaświaty, które czynią lekki zwrot w fabule, czy samo zakończenie, które nie wydawało mi się jednak wiarygodne i uważam je za mocno naciągane. Także powtórzę: tu prawie nie ma fabuły, a jeśli jest, to mało wymyślna. Autorka skupia się raczej na relacji dwójki bohaterów. I tu już można nieco więcej powiedzieć.
CHŁODNY PRZEWOŹNIK I EMPATYCZNA NASTOLATKA
Myślę, że gdyby nie Tristan i Dylan, zapewne oceniłabym tę książkę naprawdę nisko. Muszę się przyznać, że mam słabość do imienia Tristan, ale nie tylko dlatego za to polubiłam tytułowego przewoźnika. Autorka opisywała go początkowo z taką pasją, że sama zakochałam się po pierwsze w jego wyglądzie, po drugie w jego chłodzie, który krył za sobą coś zdecydowanie głębszego. Poza tym cała kreacja Tristana była ciekawa – czyli wszystkie te kwestie związane z tym, jak bardzo różni się od zwykłych ludzi i zarazem jak bardzo jest do nich podobny. Dylan też wzbudza naszą sympatię. Na pewno można o niej powiedzieć, że jest empatyczna i miła. Autorka świetnie ukazała tutaj, że wcale nie uchodzi za wielką bohaterkę, choć czasem robi szalone rzeczy – wbrew pozorom ona wszystkiego piekielnie się boi i to jest akurat w jej przypadku fajnie nakreślone. Miłość Tristana i Dylan początkowo wydawała mi się urocza, ale kiedy już doszła w pełni do skutku, jakoś przestałam się nimi tak cieszyć. Byli po prostu… zwyczajni. Na dodatek ten motyw zakazanej miłości nie wydawał się racjonalny, skoro koniec końców okazało się, że wynikała tylko z domysłów, które nigdy nie zostały potwierdzone.
Mam wrażenie, że te ostatnie sto stron autorka pokonała z mniejszym zapałem niż początkowo, bo moje czytanie nieco osłabło i w sumie przy końcu myślałam sobie: dobra, ostatnia prosta, zaraz ją skończysz, będzie spokój. Ani jakoś szczególnie nie skupiała się na miłości dwójki bohaterów, ani jakoś szczególnie nie skupiała się na fabule – jakby upychała na drodze postaci byle co. Trochę mnie to smuci, bo miałam nadzieję, że cała książka będzie tak dobra, jak wydawała się być na początku. Drugi tom bym przeczytała, ale raczej z ciekawości – bo nie mogę odgadnąć, jakie losy dla bohaterów zaplanowała autorka – niż z zakochania się w lekturze.
Podsumowując. Przewoźnik nie jest złą książką i wydaje mi się, że wielu osobom by się spodobała. Do mnie po prostu nie w pełni trafiła. Początek zapowiadał się naprawdę ciekawie, postacie były dobrze nakreślone, ale ich miłość nie robiła na mnie szczególnego wrażenia, podobnie jak fabuła, która okazała się do granic możliwości uproszczona. Czytało się ją do pewnego momentu naprawdę miło, ale mało wiarygodna końcówka trochę zepsuła moją opinię. Tak jak mówiłam, drugi tom przeczytam choćby z ciekawości!
https://demoniczne-ksiazki.blogspot.com/2019/05/tymczasem-gdzies-na-pustkowiu-claire.html
Temat zakazanej miłości nie jest nam obcy. Całkiem niedawno czytałam i recenzowałam kontrowersyjną powieść Tabithy Suzumy, To, co zakazane, gdzie głównym tematem było kazirodztwo. Zaraz po niej wzięłam się za Przewoźnika, który również poruszał tematykę zakazanych uczuć. Czy ta lektura zrobiła na mnie takie samo wrażenie jak jej poprzednik? Cóż, dowiecie się tego poniżej....
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Przyznam się szczerze, że nigdy nie czytałam żadnej książki Tabithy Suzumy, choć wielokrotnie o niej słyszałam. Czy z chęcią kontemplowałabym jej twórczość? Jeżeli inne jej powieści kończą się tak samo, jak To, co zakazane, to bardzo podziękuję.
Książka nie była zła, wręcz przeciwnie, to naprawdę kawał dobrej literatury, problem tkwi w tym, że nie jest ona dla wszystkich, i to z mocnym naciskiem na: NIE DLA WSZYSTKICH. Komu bym ją odradzała? Na pewno osobom, które są zbyt emocjonalne. Osobom, które zmagają się z depresją lub inną chorobą psychiczną wprowadzającą w złe samopoczucie. Osobom, które zmagają się z fobią społeczną (jak główny bohater). Osobom, które nie potrafią znieść złych zakończeń (to akurat nie spoiler z mojej strony – wystarczy spojrzeć na polską wersję okładki, gdzie go pięknie zaserwowano). Przy tej lekturze można zwątpić w cały świat, poza tym naprawdę ciężko się po niej pozbierać.
EMOCJONALNE FATALITY, CZYLI JAK SPRAWIĆ, ŻEBY CZYTELNIK UMIERAŁ NIEZLICZONĄ ILOŚĆ RAZY, CZYTAJĄC TĘ SAMĄ KSIĄŻKĘ
Tabitha Suzuma gra na emocjach czytelników, czego można się już domyślić. Przez większość czasu nie uświadczymy w książce niczego pozytywnego – to są tylko maleńkie wątki, które odrobinę podniosą nas na duchu, by zaraz zrzucić z wysokiego budynku prosto w betonową rzeczywistość. Tu nie ma momentu przestoju w dramatach. Im dalej, tym ich więcej. Emocje wręcz rozsadzają czytelnika od środka. Nie zdziwiłabym się, gdyby mi ktoś powiedział, że ktoś nie mógł przez tę powieść spać, bo za bardzo ją przeżywał. Mnie osobiście czytanie tej lektury wgniotło zdrowo w ziemię, i to tak, że nie mogłam się długo wykopać. To stało się tak bolesnym zabiegiem, że błagałam, aby historia w końcu się skończyła, bo już nie mogłam więcej znieść. Po jej zakończeniu wcale nie było lepiej, bo nie zapomina się o niej tak od razu. Przysięgam, od czasów przeczytania Osobliwych i cudownych przypadków Avy Lavender nic mnie tak nie rozemocjonowało, pomijając już to, że pod względem emocji Ava w stosunku do książki Tabithy Suzumy po prostu się nie umywa.
To, co zakazane przepełnione jest po brzegi dramatycznością. Być może istnieją fani, którym jej nadmiar nie przeszkadza, ale czasem nawet mnie on zaczynał męczyć. Szczególnie niektóre kłótnie bohaterów wywoływały u mnie ciche westchnienie. Dramaty są fajne, ale czy aż w takim natężeniu, kiedy podaje się je na talerzu bez chwili wytchnienia? Ja z trudem to zniosłam i byłam już naprawdę zmęczona.
Opisy są bardzo dokładne, nacechowane emocjami. Czasami miałam wrażenie, że jest ich zdecydowanie zbyt dużo – niektóre nie wprowadzały nic nowego do życia, z drugiej strony dzięki nim mogliśmy wsiąknąć całym sobą do wykreowanego przez Tabithę Suzumę świata, zupełnie jakby to wszystko działo się tuż obok nas. Osobiście zdziwiło mnie to, że sceny nasycone erotyzmem czytało się tak lekko i bez wykrzywienia ust. Moim zdaniem autorki tworzące powieści z pogranicza literatury dla kobiet, szczególnie takie, które lubują się w erotycznych scenach, powinny się uczyć od autorki To, co zakazane…
Wiemy już, że temat był kontrowersyjny. Wiele osób może sobie pomyśleć: fuj, kazirodztwo! Siostra z bratem?! I jeszcze takie rzeczy robią! Cóż, wcale się nie dziwię, jednak wystarczy dać szansę książce, aby się przekonać, że to nie jest tak złe, jakby mogło się wydawać. Tabitha Suzuma wcale nie pokazuje, że kazirodztwo jest dobre. Ona po prostu wskazuje na to, że nie wiemy, kiedy i w jaki sposób będziemy kogoś kochać, bo uczucia często nie są zależne od nas samych. W skrócie można powiedzieć, że to opowieść podkreślająca tragizm nieszczęśliwej miłości, która nigdy nie miała prawa istnieć.
Cieszę się, że związek Lochana i Mayi nie był tak kontrowersyjny od samego początku. Początkowo nic nie wskazywało na to, że są w sobie zakochani, to ujawnia się nieco później, choć wciąż z pewną gwałtownością. Z jednej strony jesteśmy w stanie zrozumieć dwójkę skrzywdzonych przez życie nastolatków, którzy szukali u siebie pocieszenia, a także zrozumienie, z drugiej strony chwilami naprawdę nie dowierzamy temu, co czytamy. Nie mogę powiedzieć, że akceptowałam związek Lochana i Mayi. Może to dlatego, że dla nas wszystkich kazirodztwo jest czymś złym i nieprawym (z szczególnie jeżeli sami mamy rodzeństwo i nie wyobrażamy sobie, że coś takiego mogłoby się w ogóle zdarzyć), jednak nie nienawidzimy przez to ani głównych bohaterów, ani ich miłości. Wręcz przeciwnie, współczujemy im i jesteśmy to w stanie zrozumieć. Trudno stąpać po tak cienkiej linii otoczonej kontrowersją, ale Tabitha Suzuma zrobiła to świetnie. Znalazła się gdzieś na granicy dobra i zła. Z niczym nie przesadziła, choć wciąż czyniła treść bardzo kontrowersyjną.
I WTEDY TABITHA SUZUMA TCHNĘŁA W NICH ŻYCIE…
Co o bohaterach? Moim zdaniem świetnie wykonana robota. Każda, choćby najmniej znacząca postać, miała tutaj charakter. Może nie wszystkie z nich byliśmy w stanie sobie wyobrazić od stóp do głów tak, jak Lochana i Mayę, jednak wcale tego nie potrzebowaliśmy. Fabuła skupiła się w końcu mocno na samym związku brata z siostrą.
Chyba nie ma tutaj osoby, która by nas choć raz nie zirytowała – i dobrze, bo to pokazuje, że bohaterowie byli pełnokrwiści, a więc realni w swoich kreacjach.
Muszę przyznać, że przy perspektywie Mayi bardziej się uspokajałam, za to przy Lochanie to była prawdziwa kolejka górska… Może to dlatego, że chłopak był bardzo niestabilny emocjonalnie i cierpiał na skrajny przypadek fobii społecznej – czasem nie potrafił odpowiedzieć na pytanie kolegi z klasy i średnio co kilka dni dostawał silnego ataku paniki. Myślę, że to perspektywa Lochana może najbardziej uderzyć w twarz, szczególnie gdy jest się empatyczną osobą. Co prawda chwilami odnosiłam wrażenie, że i tutaj pani Suzuma przesadziła z dramatyzmem, jednak nie był on tak irytujący, jakby mógł być.
Wciąż sobie zadaję jedno pytanie. Dlaczego nikt nie posłał Lochana do psychiatry? Dobrze, w szkole dawali mu ulotki, powiedzieli, aby rozważył odwiedzenie psychologa szkolnego, ale dlaczego jego własna siostra nie wpadła na to, aby mu w taki sposób pomóc? To było dla mnie nie do pojęcia, szczególnie że chłopak musiał się z tym wszystkim mierzyć wewnętrznie sam.
Całe tło rodzinne Lochana i Mayi było naprawdę dobrze przedstawione. Dostaliśmy małą Willę, która jest mądrą, ale wciąż przepełnioną optymizmem dziewczynką, Tiffina, któremu energia w ogóle się nie kończy, buntowniczego Kita (nieraz miałam ochotę go zabić, ale na szczęście się poprawił) oraz matkę alkoholiczkę, która zachowuje się jak nastolatka, tylko wmawiając swoim dzieciom, że je kocha. Gdzieś w tle był również wspomniany ojciec, który uciekł do nowej rodziny. To było tak dobrze przedstawione, a jednocześnie tak złe, że miałam ochotę wejść do tej powieści, chwycić najpierw ojca dzieciaków, a potem matkę, związać ich razem i zrzucić z dziesiątego piętra, wykrzykując, że mogli być choć odrobinę bardziej odpowiedzialni. Naprawdę, lepiej byłoby dla nich wszystkich, gdyby wylądowali w domu dziecka (rodzicom to chyba też by się przydało…), bo to, co tu się działo, było sodomą i gomorą. Godzinami mogłabym się rozwodzić, jak bardzo złą matką była ta, którą nam tutaj przedstawiono, i jak bardzo zniszczyła wszystkim życie wraz ze swoim byłym mężem (facetem?), ale po co? Dobrze, że przynajmniej Lochan i Maya jakoś ogarniali ten chaos. Ledwo, bo ledwo, ale jednak. Tabitha Suzuma świetnie ukazała to, że oboje, ze względu na młodsze rodzeństwo, nie mieli własnego dzieciństwa, za to chcieli je zapewnić przynajmniej dzieciakom. Z tego też powodu zakończenie boli podwójnie…
Podsumowując. Czy polecam tę książkę? Sobie bym jej nie poleciła. Na pewno nie przeczytam jej po raz drugi, ale tylko dlatego, że wzbudziła we mnie zbyt wiele negatywnych emocji. Tak naprawdę jest genialna, ale zdecydowanie zbyt dramatyczna dla kogoś, kto szuka stabilności i wiary w to, że życie nie jest tak okrutne. Przy niej będziemy wyć, że świat jest niesprawiedliwy, co wcale nie poprawi naszego nastroju. Jeżeli jesteś kimś silnym emocjonalnie albo potrafisz konkretnie rozdzielić świat rzeczywisty od świata fikcyjnego, to z pewnością lektura dla ciebie. Jeżeli lubisz dramaty i pełnokrwistą opowieść pozbawioną dobrego zakończenia, to również lektura dla ciebie. Jeżeli jednak jesteś zbyt emocjonalny i kruchy, pod żadnym pozorem się za nią nie zabieraj.
https://demoniczne-ksiazki.blogspot.com/2019/05/miosc-nie-wybiera-tabitha-suzuma-to-co.html
Przyznam się szczerze, że nigdy nie czytałam żadnej książki Tabithy Suzumy, choć wielokrotnie o niej słyszałam. Czy z chęcią kontemplowałabym jej twórczość? Jeżeli inne jej powieści kończą się tak samo, jak To, co zakazane, to bardzo podziękuję.
Książka nie była zła, wręcz przeciwnie, to naprawdę kawał dobrej literatury, problem tkwi w tym, że nie jest ona dla wszystkich, i...
Już na początku recenzji muszę wam się do czegoś przyznać: wszystko, co dotyczy śpiewu biorę w ciemno. Podobnie jak główna bohaterka, Delphernia, uwielbiam śpiewać! Problem tkwi w tym, że ja mogę robić to na co dzień, a ona… Cóż, nie bardzo. Dziewczyna nie mieszka we Wrocławiu, w wysokim bloku na czwartym piętrze, z cienkimi ścianami, w które notorycznie uderzają sąsiadki, aby dosadnie przekazać, żeby się uciszyła – Delphernia zamieszkuje klasztor, w którym dziewczynki jej pokroju mają za zadanie w milczeniu przemieniać muzykę Mistrzów w złoto. Mnie sąsiadki nie powstrzymają przed wydzieraniem się na cały blok, ale Delphernie niestety powstrzyma przed tym Matka Dziewięć, która sprawuje pieczę nad klasztorem. Nie dostanę również rózgą po rękach i nikt nie oderwie mi paznokci, tak jak Delpherni, jeżeli dalej będę śpiewać. I pomyśleć, że to wszystko dzieje się dwunastolatce…
NIEDOPASOWANA, ODWRÓCONA, INNA NIŻ WSZYSTKIE, CZYLI JAK BYĆ SOBĄ, KIEDY NA KAŻDYM KROKU CI TEGO ZABRANIAJĄ
Początkowo byłam pewna, że to książka dla dzieci, ponieważ wskazywał na to opis i sama okładka (która swoją drogą jest piękna). Myliłam się. Może poziom fabularny wskazuje na literaturę dla młodszych czytelników, jednak niektóre zdarzenia, a także przeszłość głównej bohaterki, nie są tutaj elementami łatwymi do zrozumienia. Dodatkowo powieść ma dosyć poetycki, dramatyczny wydźwięk, co może się okazać nie do zniesienia dla dzieciaków żądających prostej, nieskomplikowanej ścieżki fabularnej. Ta poetyckość to jak dla mnie największa zaleta tej lektury, ponieważ dosadnie przekazuje emocje, jakie w danym momencie czuje bohaterka. Może fabuła nie zapiera nam dechu w piersiach – wręcz przeciwnie, wszystko jest tu do przewidzenia, bo główne wątki podchodzą pod typowe, sztampowe rozwiązania tego gatunku – ale jednak barwne opisy dużo nam tutaj dają.
Druga, największa jak dla mnie zaleta, to przedstawiony świat. Hayley Chewins miała naprawdę dobry pomysł na zarysowania tła tej powieści. Mamy tutaj kamienny klasztor, który oddziela dziewczynki przemieniające w złoto muzykę od świata zewnętrznego, Mistrzów, którzy cieszą uszy dźwiękami wydobywanymi z instrumentów, dziwaczne stworzenia, takie jak klasztoskrzydlaki (nazwy są tu akurat bardzo dziwne i nieszczególnie do mnie przemawiają w polskiej wersji), legendy o władcach Blajbakanu i różne jego strefy, z których to każda posiada własne przeznaczenie. Co jedynie mam chwilami problem z opisami pod względem technicznym. Czasami trudno było mi wyobrazić sobie coś z ich pomocą. Myślę, że tej książce lepiej by zrobiło, gdyby nieco zwiększono jej objętość, bo w strategicznych momentach fabuła, z braku opisów, dziwnie przyspieszała, a i wiele kwestii nie zostawało dokładnie wyjaśnionych. To chyba największa wada tej powieści, bo pomijając już piękną dramatyczność i poetyckość, wciąż dało się odczuć tutaj opisowy niedosyt. Mam wrażenie, że to też wina samej historii i tego, jak zaplanowała (bądź nie) ją autorka. Bo o ile świat jest oryginalny, tak sam ciąg zdarzeń ani trochę. Nie dość, że na każdym kroku powielane są schematy i od razu wiemy, kim ostatecznie okaże się Delphernia, albo jakie będzie zakończenie całej powieści, to jeszcze jest bardzo nierówna. Przez to w żaden sposób nie przemówiła do mnie przyjaźń głównej bohaterki z niejaką Linną – ta więź zdecydowanie za szybko się między nimi nawiązała i nie była jak dla mnie wiarygodna. To samo z księciem Bly’em. Jak dla mnie był tylko pionkiem z ubocza, który miał uwolnić dziewczynę, i bardzo mnie to bolało, bo zamysł na jego postać był naprawdę ciekawy (szczególnie to mówienie poezją). Sama fabuła na lekki minus, bo w żaden sposób mnie nie porwała – chyba że chodzi o początkowe sto stron, gdzie kiwałam głową z uznaniem i byłam zachwycona tym, co może się wkrótce wydarzyć.
FEMINIZM W WYDANIU DLA DZIEWCZYNEK?
Podobał mi się ten swoisty, aczkolwiek delikatny feminizm, który skrywał się pomiędzy stronicami książki. O jego istnieniu poświadczyła dedykacja, która miała być motywem przewodnim powieści: Wszystkim dziewczętom, które śpiewają – lub mówią – gdy ktoś każe im milczeć. To było dla mnie po prostu idealne wprowadzenie do historii! Poza tym mamy tutaj podział na mężczyzn, którzy są wysławianymi Mistrzami, ponieważ tworzą muzykę, i ciche dziewczynki zamknięte wśród kamiennych ścian, które milcząco im służą. Wystarczyło, żeby jedna z nich wybiła się ponad tłumy, pragnąc śpiewać, i już rozpętała się prawdziwa burza. To taka cicha walka o to, aby każda z nas mogła robić, co naprawdę kocha, bez względu na to, co powiedzą inni. To wielka wartość tej powieści, bo wydaje mi się, że powstaje takich coraz mniej – prędzej krzyczy się, żeby być sobą, niż robić to, co kochamy, pomimo przeszkód ze strony innych ludzi. Tutaj z czystym sumieniem mogę napisać, że Odwrócone są książką w pełni dla dziewcząt. I dobrze, bo potrzebujemy takich pozycji, które udowodnią nam, że jesteśmy od nikogo gorsze i też możemy robić to, co kochamy.
KIEDY WSZYSTKO KRĘCI SIĘ WOKÓŁ JEDNEJ OSOBY
Delphernia to naprawdę dobrze wykreowana postać nie przez to, jaka jest, ale przez to, jaką ma historię i jak ona na nią oddziałuje, a oddziałuje na pewno silnie. Nie mamy tutaj bohaterki, która po dwunastu latach życia wyszła poza mury klasztoru i zaczęła się zachwycać, skacząc wesoło po mieście, bo w końcu udało jej się wydostać. Nie. Była przerażona światem zewnętrznym. Przed ucieczką myślała, że w tym strategicznym momencie poczuje się wolna, ale jak się okazało, wcale tak nie było. Za każdym razem, kiedy chciała śpiewać, musiała to przemożone uczucie w sobie ukrywać, ponieważ bała się, że zostanie za to niedopasowanie ukarana. Jej lęk przybierał w pewnym momencie paniczny wydźwięk – w głowie ciągle miała słowa Matki Dziewięć, która kazała jej milczeć. Ukazanie tej mrocznej sfery ludzkiej psychiki było naprawdę ciekawym zabiegiem, i za to autorkę doceniam.
Poza samą historią, która mocno oddziaływała na Delphernię, nie widzę w niej nic szczególnie ciekawego. Ot, po prostu przerażona dwunastolatka, która prowadzi ze sobą wewnętrzny konflikt. Ale w jej przypadku aż tak bardzo nam to nie przeszkadza. Gorzej z innymi postaciami, które wydają się nieco… kanciaste. Kompletnie nie czułam tutaj charakteru żadnego z przedstawionych bohaterów. Oni po prostu istnieli i mieli jakieś tam pragnienia. Szkoda, że zostało to po macoszemu potraktowane, bo jednak zarówno Bly, jak i księżniczka Młodzianna mieli duży potencjał.
Podsumowując. Początkowo miałam naprawdę wielki problem przy ocenie tej powieści, ponieważ wiele rzeczy mi się tutaj podobało, jak i nie podobało, przeważyły jednak te pozytywne kwestie, które pozwalają mi na wystawienie jej oceny 6 na 10 – trzeba pamiętać, że na Lubimy czytać ta cyfra określa powieść jako „dobrą”, i taka też ta książka dla mnie była. Dobra, choć bez ekscesów.
Ciekawie i oryginalnie przedstawiony świat, któremu brakowało czasem opisów ku lepszemu zrozumieniu, genialny feministyczny wydźwięk, dobrze zaprezentowany konflikt głównej bohaterki ze samą sobą, a także z najbliższym otoczeniem, ale też z drugiej strony: nierówna i przewidywalna fabuła oraz potraktowane po macoszemu zdarzenia i postacie. Myślę, że mimo wszystko jest to książka warta przeczytania, bo znajduje się w niej nieco magii, która może oczarować niejedno, choćby dorosłe serce.
https://demoniczne-ksiazki.blogspot.com/2019/05/niedopasowana-odwrocona-inna-niz.html
Już na początku recenzji muszę wam się do czegoś przyznać: wszystko, co dotyczy śpiewu biorę w ciemno. Podobnie jak główna bohaterka, Delphernia, uwielbiam śpiewać! Problem tkwi w tym, że ja mogę robić to na co dzień, a ona… Cóż, nie bardzo. Dziewczyna nie mieszka we Wrocławiu, w wysokim bloku na czwartym piętrze, z cienkimi ścianami, w które notorycznie uderzają sąsiadki,...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Każdy z nas, czytelników, potrzebuje czasem czegoś lekkiego do poczytania, a co sprawdza się najlepiej, jak nie urocze młodzieżówki, które już z oddali pachną wakacjami? Taki przerywnik przyda się z pewnością każdej zmęczonej ciężkością poszczególnych lektur osobie. Tym razem padło na mnie. I bynajmniej nie żałuję tej krótkiej, ale jakże słodkiej przygody.
SŁODKO-GORZKIE FANTAZJE – CZYLI JAK BYĆ WIARYGODNYM, GDY PISZE SIĘ KSIĄŻKĘ DLA NASTOLATKÓW
Wbrew pozorom Wiśniowe serce nie jest książką, która ocieka słodyczą. Rzeczywiście, jest tu niekiedy uroczo, miło i radośnie, ale dla równowagi mamy też dramaty, które stanowią całkiem interesującą stronę tej powieści. Na początku myślałam sobie: jakie problemy mogą mieć dzieciaki, które ledwo weszły w nastoletni wiek? Okazuje się, że jakie by nie były, wciąż są przedstawione w taki sposób, że my sami odczuwamy niekiedy smutek.
Rzadko widuję powieści dla młodszych czytelników (nie jest to książka dla nastolatków powyżej 16 lat, raczej bym powiedziała, że przedział wiekowy to jakieś 11–14 lat), które przedstawiają sobą coś więcej niż ckliwy romans pomiędzy małolatami – mówię tu szczególnie o tych najnowszych pozycjach zza granicy. Owszem, tu też znajdziemy wątek miłosny, ale oprócz tego mamy całkiem dobrze rozwiniętą sferę obyczajową. Bardzo podobał mi się pomysł na postać, jaką była Cherry. Autorka dobrze ugryzła tutaj jedną z największych wad dziewczynki – tendencję do ciągłego ubarwiania swojego życia, a przy tym okłamywanie innych. W normalnym przypadku czulibyśmy się zażenowani, ale jedyne uczucie, które możemy z siebie wyciągnąć, to współczucie. Wiemy bowiem, co uważa o swoim życiu Cherry, a także o samej sobie. Nic dziwnego, że dziewczynka postanowiła pokolorować świat, aby czuć mniejszy ból z powodu samotności. Ten element naprawdę dobrze autorce wyszedł, bo ma również morał – co z tego, że prosty i sztampowy. Wiele dzieciaków kłamie jak z nut, próbując się komuś przypodobać, a może właśnie po tej lekturze poczują, że wcale nie muszą tego robić, bo jeżeli naprawdę ktoś ich polubi, to nie za to, jakie mają życie, ale za to, kim dla nich są.
To, co mnie w tej opowieści zaskakuje, to kolory. Wiemy już, że główna bohaterka ubarwia sobie życie, ale nie wiedziałam, że tak samo będzie się starała zrobić to Cathy Cassidy. Moim zdaniem to sztuka nadać powieści barwę. Ja osobiście widziałam tutaj róż i nie ma on bynajmniej nic wspólnego ze słodkością. Patrząc na Wiśniowe serce od razu przypominam sobie cygański wóz z lampkami, w którym spała Cherry, a także kwitnące wiśnie, które nieopodal niej rosły. Widzę również rodzinne grille, niebieską gitarę Shaya, wesołą, ale i dziwną rodzinę, a także pachnące morzem lato. Te elementy naprawdę mocno ubarwiły powieść. Na tyle że ja sama rozmarzyłam się o takich młodzieńczych wakacjach, zazdroszcząc bohaterom nie tylko wolnego czasu, ale również wieku!
Fabuła książki nie jest skomplikowana, ale całkiem miła dla oka. Szczególnie umiłowałam sobie opisy rodzinnych spotkań, przy których zawsze było dużo śmiechu, a czasem i dramatów. Ciekawym pomysłem było też stworzenie biznesu związanego z czekoladkami. Był tylko jeden element, który nie bardzo mi pasował, a mianowicie romans pomiędzy nastolatkami. Nie był dla mnie wiarygodny. Pierwszy powód to wiek bohaterów. Dobrze, nie była to gwałtowna miłość na miarę dorosłych ludzi, ale jednak trudno mi było wyobrazić sobie wielkie uczucie, jakim zaczęła darzyć chłopaka trzynastolatka. Na dodatek to wszystko zaczęło się tak naprawdę z niczego. Miłość od pierwszego wejrzenia? Ja tego nie kupuję. Zresztą nie widziałam dwójki bohaterów jako pary. Niby upierali się, że tak dobrze się znają, a jednak nie potrafiłam tego dostrzec. Dla mnie lekkie, ale dosadne NIE. Podobała mi się za to siostrzana relacja, zarówno ta pozytywna, jak i negatywna jej część. Za tą kreację duże brawa.
SŁODKIE, SŁODKIE CZARY, CZYLI JAK WYCZAROWAĆ PRZESŁODZONĄ RODZINKĘ, NA KTÓREJ CZELE STANIE PRAWDZIWA WIEDŹMA
Drugoplanowi bohaterowie nie mieli wyjątkowo oryginalnych kreacji, ale tu nie będę się niczego czepiać, ponieważ Cathy Cassidy stworzyła aż sześć tomów serii, z których to każdy odpowiada za poszczególną postać. Skoro w pierwszej części to Cherry wiodła prym, a miała naprawdę ciekawą kreację, myślę, że w kolejnych tomach autorka tak samo postąpi z jej siostrami. Mnie na razie wystarczyło to, że wszystkie młodsze dziewczyny były wesołe, a każdą z nich charakteryzowało coś zupełnie innego – tu w głównej mierze chodziło o ich pasje i style życia. No, dobrze. Była jedna osoba, która wyróżniała się tak samo jak Cherry, ale niestety z niepozytywnym wydźwiękiem. Mowa tutaj o najstarszej córce, czyli Honey. Chwilami myślałam, że ją uduszę. Chyba nigdy w życiu nie spotkałam tak wrednej jędzy, która dosłownie na każdym kroku ubliża ludziom jak zapatrzona w siebie nastolatka. Najbardziej dziwiło mnie jednak zachowanie osób, które ją otaczały. Wszyscy wokół niej skakali, łącznie z rodziną i chłopakiem. Niby na samym końcu sytuacja odrobinę się zmieniła, ale ja wciąż nie widzę żadnej poprawy w bohaterce. Fajnie, że jednak pozostała tak samo wredna do samego końca i nie było żadnego ckliwego nawrócenia się, ale ktoś mógł ją jednak doprowadzić do porządku, a nie tylko głaskać po główce i powtarzać za plecami: bo ona czuje się samotna i na dodatek ojciec ją olewa. Widzicie? Ten długi wywód wskazuje na to, że Honey była bardzo wkurzająca, ale jednocześnie przekonująca, a szczególnie umiłowałam sobie samo zakończenie z nią w roli głównej, kiedy Cherry patrzyła, jak siedzi na oknie z nożyczkami w dłoniach.
W całej historii po macoszemu został potraktowany Shay. W ogóle do mnie nie przemówił. Fajnie, że był przystojnym chłopakiem, który ze wszystkimi flirtował i był miły, ale na tym koniec. Był tak samo naciągany jak i romans, w który się wkopał.
Mogłabym tu jeszcze wymienić ojca Cherry i matkę sióstr Tanberry (bardzo mi się podoba to nazwisko!), ale pomimo tego, że byli zakochanymi w sobie artystami, też za wiele nie możemy powiedzieć. Po prostu byli. Ale akurat w ich przypadku nie potrzebowaliśmy nie wiadomo jak rozbudowanych relacji, bo i ta, którą przedstawiono, była wystarczająca.
Podsumowując. Wiśniowe serce to słodko-gorzka młodzieżówka dla młodszych czytelniczek. Nieraz się przy niej uśmiechniemy, nieraz wzruszymy, a nieraz na pewno wkurzymy. Nie ma tutaj skomplikowanej fabuły, ale za to bardzo ciekawie rozbudowane relacje i barwne, zadowalające wyobraźnię tło. Może jest to książka dla tych, którzy ledwo weszli w nastoletni wiek, ale nawet dla mnie była to ciekawa przygoda, przy której dobrze mi się odpoczywało, także nie jestem zawiedziona lekturą i, choć sama siebie tym zadziwiam, czekam na kolejne tomy!
https://demoniczne-ksiazki.blogspot.com/2019/04/sodkie-sodkie-czary-czekolady-magia.html
Każdy z nas, czytelników, potrzebuje czasem czegoś lekkiego do poczytania, a co sprawdza się najlepiej, jak nie urocze młodzieżówki, które już z oddali pachną wakacjami? Taki przerywnik przyda się z pewnością każdej zmęczonej ciężkością poszczególnych lektur osobie. Tym razem padło na mnie. I bynajmniej nie żałuję tej krótkiej, ale jakże słodkiej przygody.
SŁODKO-GORZKIE...
Wszyscy lubimy dziwne książki (nawet jeżeli się do tego nie przyznajemy). Często fabuła, czy raczej jej brak, jest tak dziwiący, że w końcu zaczyna nam się to podobać. Dlaczego? Być może dlatego, że na morzu sztampowości wciąż poszukujemy czegoś, co byłoby oryginalne, a dziwność niewątpliwie niesie ze sobą powiew świeżej treści. Kurt Vonnegut jest mistrzem abstrakcji. Jego powieści kpią sobie z otaczającego nas świata. Na pewno nie tworzył książek dla wszystkich ludzi, ponieważ nie są one łatwe w odczycie, a czasem i za bardzo kontrowersyjne.
Ostatnim razem czytałam vonnegutowską Kocią kołyskę i od tamtej pory stałam się jego wielką fanką. Jednak czy utrzymał moją literacką miłość przy życiu, kiedy przeczytałam Śniadanie mistrzów? Cóż, muszę przyznać, że zachwyt nieco zelżał.
Książka niewątpliwie ma w sobie elementy, które mnie zachwyciły, jak i elementy, które nie za bardzo przypadły mi do gustu. Może zacznę od tych gorszych rzeczy, bo z reguły pisanie o nich pozwala na wyzwolenie negatywnych czytelniczych emocji.
Śniadanie mistrzów jest opatrzone rysunkami autora. Chyba najpopularniejszym z nich jest dziura w zadku (pojawia się na stronicach aż dwa razy), składająca się z kilku kresek wędrujących do jednego centralnego punktu. Zapewne znajdzie się grono ludzi, którym ten zabieg przypadnie do gustu, ale mnie chwilami te ilustracje naprawdę irytowały, szczególnie gdy przerywały lekturę, nie wprowadzając niczego nowego do akcji. Zazwyczaj tekst poprzedzający takie obrazki brzmiał: „A tak wyglądał [wstaw słowo]”. Dobrze, rozumiem. Vonnegut standardowo starał się zrobić z ludzi idiotów, jawnie sobie z nich kpiąc, ale jednak wciąż uważam, że te ilustracje były niezwykle irytujące. Jednocześnie, tak ukradkiem, przyznam się, że niektóre obrazki nawet mi się podobały. Było ich kilka, ale jednak ciekawie nawiązywały do treści i miały jakiś symboliczny cel. Jednym z nich podzielę się poniżej:
Jeżeli chodzi o Kocią kołyskę, ta przynajmniej miała jakąś fabułę, w Śniadaniu mistrzów dostajemy tak ogromne pomieszanie z poplątaniem, że ja już sama nie byłam pewna, co tam się dzieje. Rozumiem zamysł autora – sam pisał o tym, że ten chaos jest celowy – jednak chwilami to przeskakiwanie z jednego wątku do drugiego, z jednej osoby do kolejnej (szczególnie jeżeli poszczególne postacie nie miały znaczenia dla historii), sprawiało, że w końcu nie wiedzieliśmy, o czym ta książka jest i do czego prowadzi. Naprawdę trzeba było się skupić, aby wyróżnić tematykę główną lektury.
To, co najlepiej autorowi wychodzi, to jawne obrażanie określonej społeczności. Tym razem byli to Amerykanie. W oczy najbardziej rzucał mi się opisywany rasizm oraz liczne wojny. Wspominane również były niekiedy ważne amerykańskie osobistości. Uważam, że tu autor jak zwykle poradził sobie doskonale. Tak samo doskonale poradził sobie z symbolami określonych przywar. Podobało mi się na przykład nazywanie tego, co szkodzi ludzkiej psychice, chemikaliami. Genialne były również wstawki z wymyślonych przez jednego z bohaterów fragmentów powieści – tu już dostawaliśmy taką abstrakcję, że głowa niemal wybuchała mi od nadmiaru dziwności. Ale to miało swój urok, naprawdę! Tak samo przedstawienie drugiego z bohaterów, który po przeczytaniu takiej opowieści sam kompletnie oszalał. Obłęd w tej historii ma wielkie znaczenie. Już sam narrator, którym mógłby być Vonnegut (ale tego do końca nie jesteśmy pewni), wprawia nas w niepokojące uczucie, które podpowiada nam, że mamy do czynienia z kimś, kogo charakteryzują wymyślne urojenia. Nie powiem, że osoba opowiadająca historię, którą sama stworzyła (przyznaje się do tego na kartach książki) budzi we mnie sympatię, ale sam pomysł na powołanie do życia bohatera wymyślającego na bieżąco, bez większego planu, fragmenty powieści, a nawet wchodzenie w interakcję ze stworzonymi przez siebie postaciami, jest naprawdę ciekawym zagraniem. Jaki z tego wniosek? Śniadanie mistrzów to naprawdę porąbana historia. Chcecie dowodów? Cóż, na pewno opisywanie długości przyrodzenia każdego z bohaterów nie uchodzi za normalne!
Podsumowując. Ta opinia nie mogła być dłuższa, w końcu Vonnegut jest po prostu Vonnegutem. O jego książkach zawsze będziemy wyrażać się podobnie. Jak dla mnie jedna z jego najbardziej kontrowersyjnych książek była nieco zbyt ciężka i zbyt abstrakcyjna, nawet jak na autora, jednak ostatecznie miała w sobie jakiś nieodparty urok, a więc tą przyjemną dziwność utopioną w morzu szaleństwa. Może gdyby nie panował tu tak ogromny chaos, czytałoby się tą powieść przyjemniej i nieco lżej, jednak uważam, że i tak można się przy niej dobrze bawić. Po prostu potrzebujemy więcej skupienia. Czy będę polować na kolejne książki Vonneguta? Oczywiście! I wam też to polecam, jeżeli jesteście fanami fantastycznej abstrakcji.
https://demoniczne-ksiazki.blogspot.com/2019/04/o-dziurze-w-zadku-kurt-vonnegut.html
Wszyscy lubimy dziwne książki (nawet jeżeli się do tego nie przyznajemy). Często fabuła, czy raczej jej brak, jest tak dziwiący, że w końcu zaczyna nam się to podobać. Dlaczego? Być może dlatego, że na morzu sztampowości wciąż poszukujemy czegoś, co byłoby oryginalne, a dziwność niewątpliwie niesie ze sobą powiew świeżej treści. Kurt Vonnegut jest mistrzem abstrakcji. Jego...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
W dzisiejszych czasach, kiedy wszystkie tematy zostały już literacko przewałkowane, trudno znaleźć coś, co wychodziłoby daleko poza utarte schematy – choć tyczy się to każdego gatunku, jestem w stanie zaryzykować stwierdzeniem, że prym sztampowości wiodą tutaj młodzieżówki. Od lat jesteśmy zasypywani powieściami dla młodszych czytelników, które są do siebie bliźniaczo podobne. Niby nie jest to nic złego, w końcu nawet schematy mogą zostać ubrane w coś przyjemnego, jednak dobrze wiedzieć, gdzie znajduje się granica, po której przekroczeniu czeka nas już tylko czytelnicze opłakiwanie głęboko pogrzebanych w ziemi nadziei. Czy Dwa światy dostarczyły mi kolejnego powodu do wykupienia całego wagonu chusteczek w Biedronce? Na szczęście nie, jednak po zakończeniu lektury miałam ochotę poddać ją torturom opierającym się na wszystkich żywiołach panujących nad naturą…
KIEDY KOTLET JEST TRUDNY DO STRAWIENIA, ALE KONIECZNY DO ZJEDZENIA...
Czytałam już kiedyś powieść napisaną przez Jennifer L. Armentrout. Był to znany i dosyć popularny w Polsce Obsydian. Książka nie uchodziła za nie wiadomo jak cudowną, ale ostatecznie przez nią przebrnęłam i stwierdziłam, że pomimo schematów nie była taka zła. Po Dwóch światach spodziewałam się czegoś więcej, bo już sam opis zapowiadał bardziej skomplikowaną fabułę, jednak ostatecznie podarowano mi odgrzanego, starego kotleta otoczonego niesmaczną panierką, a ja nauczona sprawiedliwości wobec wszystkich książek, które pochłaniam, postanowiłam przemęczyć się i jakoś do końca go strawić. Udało się, ale niestrawność pozostanie we mnie jeszcze przez kilka dni.
Myślę, że gdybym wciąż była nastolatką, mogłabym ocenić tę powieść nieco wyżej, ale jedno jest pewne: na pewno nie zmieniłoby się moje pragnienie, aby zabić główną bohaterkę własnymi rękami. Co takiego złego było w Alexandrii, że zniszczyła mi skutecznie radość z lektury? Wszystko to, czego nie powinny mieć w sobie jakiekolwiek bohaterki. Dziewczyna myślała wyłącznie o sobie, posiadała mięśnie zamiast mózgu (tak samo jak w tytule recenzji, sama stwierdziła, że nie nauczono jej myśleć, tylko walczyć), nie trzymała się żadnych zakazów, nawet jeżeli poprzez łamanie zasad miała podpisać na siebie wyrok, i nie wiedziała, kiedy powinna się zamknąć. To taki typ cwaniackiej nastolatki, której nikt nie może podskoczyć. Bardzo często wprowadzała w kłopoty nie tylko siebie, ale również inne osoby, i to dobrowolnie. Oczywiście autorka dodała do tej kreacji cały pakiet schematów. Dziewczyna musiała być silna i na dodatek lepsza niż niejeden uczeń w całej szkole, pomimo tego, że miała przerwę od nauki walki w postaci kilku lat. Wystarczyło kilka miesięcy, żeby dotarła do tych najlepszych. Oczywiście musiała być ładna, sławna i wyjątkowa. Ach, zapomniałam o najważniejszym, w końcu czym by była główna bohaterka bez wianuszka chłopaków wokół siebie? Tu autorka już naprawdę przesadziła, ponieważ męskie postacie musiały na każdym kroku podkreślać, jaka to nie jest wyjątkowa i jak to bardzo ją lubią za to, kim jest (lub będzie). Silna centralizacja głównej bohaterki, która na dodatek jest maksymalnie wkurzająca, to dla mnie czysta przesada, tym bardziej, że kiedy robiła coś złego, padało tylko jedno zdanie o treści: „Nie powinnaś tak robić”, a potem i tak wszyscy mieli to gdzieś, w końcu Alexandria była wyjątkowa. Brawo dla autorki za to, że stworzyła boginię, którą otaczali ślepi idioci!
PERCY JACKSON WERSJA NIEPOPRAWNIE I UBOGO SKOPIOWANA
Istnieją książki, które już na samym początku wrzucają czytelnika w wir akcji, otaczając go zgrabnymi opisami. Pani Armentrout to nie wyszło. Weszliśmy w fabułę od tak, bez większego powodu. Dostaliśmy na twarz kilka losowych, szczątkowych tłumaczeń, które dużo nam nie pomogły; jakieś postacie, które nie wiadomo skąd się wzięły i typowy zabieg tępej nastolatki, która ma zamiast mózgu masło. Muszę uciekać, bo nie chcę z nimi nigdzie iść! Biegnę, biegnę, biegnę. O, dopadli mnie. Będę się wyrywać! O, może jednak nie, bo to seksowne ciacho, które nade mną wisi ma takie ponętne usta, że zaczynam sobie wyobrażać, jak mnie całuje. Cóż, książka pełna jest takich pseudo romantycznych zagrań, ale co najbardziej mnie boli, autorka ubrała to w jakąś dziwną, delikatną erotykę, która dla mnie była wręcz obrzydzająca i nawet nie potrafię powiedzieć dlaczego. Najbardziej wykrzywiła mi usta scena, kiedy jeden z bohaterów smarował plecy Alexandrii, a ona się tym nie wiadomo jak podniecała, podkreślając to, że widzi na ścianie obraz nagiej Afrodyty. Wow, erotyzm na wysokim poziomie.
Nie było tu czegoś, czego człowiek by nie przewidział, na dodatek fabuła okazała się okropnie statyczna. Nawet w momentach, kiedy powinna pojawić się mocna akcja, my dostawaliśmy jakieś skrótowe opisy, które zatracały cały klimat. Chwilami miałam wrażenie, że było ich za mało, dlatego wyglądało to jak dziwne przeskoki z jednego zdania do drugiego, gdzie oba nie miały ze sobą wiele wspólnego. Dialogi niezbyt ambitne. Ni to zabawne, ni to wzruszające. Po prostu jałowe i chwilami nawet niepotrzebne.
Jeżeli chodzi o sam zamysł fabularny, a więc stworzenie pełnokrwistych i półkrwistych potomków greckich bogów… Błagam, od razu zajeżdżało Percym Jacksonem. Może autorka starała się ubrać to w coś nowego, ale jej pomysły były bardzo, ale to bardzo płaskie. Te całe daimony, które miały być potworami wysysającymi energię z pełnokrwistych i półkrwistych były tak schematyczne, że od razu przywodziły na myśl wampiry. Na dodatek opisywanie ich „ssania” było tak samo żenujące, jak wątki naelektryzowane pseudo erotyką. Najbardziej śmieszyło mnie to, że i jedna, i druga strona po prostu ze sobą walczyły, bez żadnych konkretnych powodów. Do czego dążę? Fabuła miała być oryginalna i rozbudowana, a okazała się po prostu słaba.
MĘSKI WIANUSZEK WSPANIAŁOŚCI
Przy kreacjach niektórych bohaterów nie było już tak źle, jak w przypadku Alexandrii. Na początku bardzo intrygował mnie Aiden. Godziło mnie w bok tylko to, że wszyscy uznawali go za chłodnego, a w rzeczywistości był po prostu… stonowany. To duża różnica. Poza tym ciągłe powtarzanie, że się nie uśmiecha uchodziło za nieco zabawne, kiedy co drugi dialog wybuchał śmiechem. Jako postać sprawował się dobrze, bo nie latał od razu za spódniczką głównej bohaterki, ja jednak wiedziałam, że autorka koniec końców go zepsuje. I zepsuła. Tylko go pochłonęła miłość i BUM! Cała kreacja pękła, odchodząc w dal schematów. Bo przecież ludzie, którzy się zakochają, od razu zmieniają się o sto osiemdziesiąt stopni, jakby im ktoś mózg laserem przysmażył.
Całkiem ciekawą postacią był Seth. Przynajmniej jego lubiłam tutaj do samego końca. Nieco zabawny, pewny siebie, wyluzowany… Dzięki niemu nawet więź, która powstała pomiędzy nim a Alexandrią uchodziła za całkiem ciekawą, tak samo jak przepowiednia, która ich połączyła.
Caleb może nie miał zbyt dużego wpływu na fabułę, ale jednak był całkiem przyjemny jako postać, szczególnie należy docenić tutaj jego przyjacielski związek z Alexandrią. Ich relacja nie była w żaden sposób wymuszona, choć jednocześnie dziwię się, że chłopak był w stanie tak wiele dla niej poświęcić.
Reszta postaci po prostu nie była godna uwagi. Ot, jacyś tam ludzie, którzy otaczali główną bohaterkę, czyli żadna nowość.
Podsumowując. Dwa światy to schemat na schemacie i to w swojej najbardziej nieudanej wersji. Doceniłam tę książkę tylko za znikomą liczbę postaci, która była nawet w porządku wykreowana, a także za wątek dotyczący więzi pomiędzy apolinem (Sethem) i Alexandrią. Fabuła opierała się na szkoleniu, imprezach i głupim ryzykowaniu bohaterki, która zawsze pchała się tam, gdzie nie powinna. Czy polecam? Nie. I mam nadzieję, że nigdy więcej nie trafię na tak irytującą główną bohaterkę. Moja wiara w młodzieżówki po raz kolejny została zatracona.
https://demoniczne-ksiazki.blogspot.com/2019/04/nauczyli-mnie-walczyc-ale-nie-nauczyli.html
W dzisiejszych czasach, kiedy wszystkie tematy zostały już literacko przewałkowane, trudno znaleźć coś, co wychodziłoby daleko poza utarte schematy – choć tyczy się to każdego gatunku, jestem w stanie zaryzykować stwierdzeniem, że prym sztampowości wiodą tutaj młodzieżówki. Od lat jesteśmy zasypywani powieściami dla młodszych czytelników, które są do siebie bliźniaczo...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Nigdy nie lubiłam kryminałów. Wydawały mi się do bólu nudne i schematyczne, a przez większość z nich przelatywałam z obojętnością godną zawodowego krytyka literackiego. Już dawno poddałam się w poszukiwaniach czegoś, co choć trochę przypadłoby mi do gustu, bo po prostu wiedziałam, że to nie mój przedział tematyczny. Jeżeli myślicie, że napiszę teraz: „W końcu znalazłam kryminał idealny dla mnie!”, to się mylicie, ale już teraz mogę wam się przyznać, że Siedem śmierci Evelyn Hardcastle niezwykle przypadło mi do gustu. Problem tkwi w tym, że gdyby nie fantastyka, na której gruncie zbudowano ten kryminał, zapewne nie byłaby to tak intrygująca powieść. Także można powiedzieć, że ulubioną historię kryminalną jednocześnie znalazłam, jak i nie znalazłam. Ciekawi, dlaczego tytułowa Evelyn Hardcastle umarła aż siedem razy? Zapraszam do recenzji!
KRYMINALNE ZAGADKI BLACKHEAT – CZYLI JAK ODKRYĆ ZABÓJCĘ, BĘDĄC WSZYSTKIMI, TYLKO NIE SOBĄ
Już na samym początku muszę obdarować autora mentalnymi oklaskami, ponieważ zastosował ciekawy zabieg już przy tytule. Początkowo myślimy, że liczba „siedem” jest tutaj małym spoilerem, wobec czego czujemy się trochę oburzeni, ale jak się okazuje, kryje się za tym zupełnie inny, nieco zwodniczy zamysł, który w chwili rozwiązania wywoła u nas niezłe zdziwienie, ale również satysfakcję. Na uznanie zasługuje także sam początek, który wprowadza nas w intrygujący i nietypowy klimat powieści. Może nie dzieje się wiele i informacje są mocno dawkowane, a często nawet sfałszowane, jednak niekiedy same opisy oraz toczące się pomiędzy postaciami dialogi są dla nas wystarczające.
Nie jest to na pewno historia prosta do zrozumienia. Trzeba się przy niej naprawdę mocno skupić. Jeżeli ktoś lubi pomijać niektóre fragmenty powieści, kiedy ta zaczyna go nudzić, w przypadku Siedmiu śmierci… nie jest to dobre rozwiązanie. Dlaczego? Bo jeśli choć przez chwilę będziecie zmęczeni fabułą i przekartkujecie książkę, mogą wam umknąć ważne elementy, dzięki którym rozwiążecie ostatecznie zagadkę (choć może samoczynnie rozwiązanie tajemnicy to za dużo powiedziane – na pewno na którymś etapie zostaniecie zaskoczeni).
Jeżeli chodzi o warstwę kryminalną, jest ona wykonana naprawdę dobrze, choć jednocześnie muszę przyznać, że w momencie ostatecznego rozwiązania nie byłam wielce zdziwiona. To nie jest książka, która wali nas w twarz kryminalną oryginalnością – autor korzysta nieco z przetartych szlaków, ale na szczęście ładnie ubiera je w zagadkowość, dzięki czemu nie dostajemy odgrzanego kotleta. Ten odgrzany kotlet na pewno zostałby podany czytelnikom, gdyby zabrakło tutaj fantastyki. Wtedy zapewne sama machnęłabym ręką, uznając Siedem śmierci… za kolejną przeciętną powieść kryminalną, w której nie ma ani grama nowości, bo choć niekiedy autor zgrabnie nas zwodzi, to jednak pięścią w brzuch przez jego zagrywki nie dostajemy.
Jak sam opis wskazuje, główny bohater (smutno mi, że zostało zdradzone jego imię. W tym miejscu od razu budzi się mój wewnętrzny gniew skierowany do wydawców. Nie jest to może super istotny spoiler, ale jednak zabiera nam trochę radości) będzie oglądał śmierć Evelyn Hardcastle z różnych perspektyw i nie spocznie, dopóki nie odkryje, kto tak naprawdę ją zabił. Oczywiście nie będzie siedział w tym całkiem sam, w końcu ktoś musiał mu wyjaśnić zasady działania gry… Chociażbym chciała, nie mogę więcej zdradzić! Bynajmniej musicie mi uwierzyć na słowo, że warstwa fantastyczna jest naprawdę dobrze skonstruowana, choć jednocześnie przyznaję, że nie od razu mnie do siebie w pełni przekonała. Dopiero pod sam koniec, kiedy jeden z bohaterów wyjaśnił, po co w ogóle była ta gra, zakochałam się w tej sferze bez pamięci.
Siedem śmierci… to naprawdę dobrze zaplanowana, rozbudowana i pełnokrwista powieść, jednak mam wrażenie, że chwilami autor trochę za bardzo komplikował fabułę. Czasami musiałam się wracać i kilka razy czytać niektóre wyjaśnienia, żeby dopiero do mnie dotarło to, co się wydarzyło. Aby spamiętać wszystko, co ważne w tej książce od samego początku do końca, trzeba mieć dobrą pamięć albo przynajmniej trzeba ją pochłonąć za jednym zamachem. Ja niestety czytałam ją około tygodnia, więc wiele rzeczy w trakcie zapominałam. Czasami nie rozumiałam poszczególnych punktów fabularnych. Mieszały mi w głowie tak, że sama uznawałam je w końcu za wyuzdane, na szczęście te z reguły pod sam koniec ładnie się wyjaśniały. Jednymi słowy: autor stąpał po cienkiej linii, ale ostatecznie to zwodzenie i potężna dawka niewyjaśnionych spraw wyszły książce na dobre. Mimo wszystko nie obraziłabym się, gdybyśmy nie dostali lawiną komplikacji prosto w twarz! Bo chaos nie zawsze musi sprawiać czytelnikowi przyjemność.
PORADNIK: JAK ZAKOCHAĆ SIĘ W GŁÓWNYM BOHATERZE, KTÓRY NICZEGO NIE PAMIĘTA I WYSTĘPUJE W OŚMIU ODSŁONACH
W Siedmiu śmieciach… wydarzyło się coś, co do tej pory mnie dziwi. Zakochałam się w bohaterze, o którym kompletnie nic nie wiedzieliśmy, ponieważ utracił pamięć, na dodatek zmieniał wcielenia wraz z charakterami jak rękawiczki. Przez chwilę myślałam, że mogłam go darzyć taką sympatią, ponieważ nosił moje ulubione imię (Aiden <3), jednak szybko okazało się, że po prostu miał w sobie niesamowity czar. Nie mam pojęcia, jak to w ogóle możliwe, żeby zakochać się w bohaterze, o którym tak mało wiemy! Podejrzewam, że najpierw zjednał mnie sobie pierwszą postacią, w której skórze się znajdował. Potem byłam zaś pod wrażeniem tego, jak walczył z poszczególnymi charakterami gości, w których się wcielał. Ostatecznie poruszyło mnie, że nie chciał wypełnić zagadki tylko po to, aby wydostać się z tej przedziwnej pętli. Kryła się w nim jakaś dziwna, nie do końca widoczna empatia, upór, a także inteligencja. To dlatego z czystym sumieniem mogę przyznać, że staje się jedną z moich ulubieńszych postaci, choć jednocześnie jest to dosyć osobliwa sytuacja! Niektórzy mogliby mnie wręcz nazwać książkowym dziwakiem.
W powieści na uwagę zasługuje tutaj cały szereg bohaterów, a szczególnie tych, w które wcielał się Aiden. Poznaliśmy nie tylko ich cechy charakteru (nieraz dominowały one nad panem Bishopem), ale również uczucia, myśli, więzy z innymi ludźmi, motywy, obawy, a czasem nawet ich historie życiowe. Na dodatek każdy z nich miał swoje wady, jak i zalety – nic w nich nie było białe czy czarne, a po prostu ludzkie. Myślę, że nie można było lepiej zadbać o kreacje. Naprawdę, już dawno nie widziałam tak dogłębnie przedstawionych postaci.
Jeżeli chodzi o sympatię do poszczególnych bohaterów (pomijając oczywiście samego Aidena), bardzo spodobał mi się doktor Sebastian Bell czy policjant Jim Rashton. Za to z postaci, którym do głów nie można było zajrzeć, dobrze sprawował się Daniel i Doktor Dżuma (szczególnie przy samym końcu, kiedy dowiadujemy się, jakie mają motywy). Czy jest ktoś, za kim nieszczególnie tutaj przepadałam? Owszem. Była to Anna. Nie spodobała mi się również relacja powstała pomiędzy Aidenem a Anną. Dla mnie ich więź początkowo była naprawdę ciekawa, ale gdy w końcu wysunięto na światło dzienne ich prawdziwe tożsamości, miałam mały zjazd. To dlatego zakończenie nie do końca przypadło mi do gustu. Nie akceptowałam ślepego zapatrzenia Aidena w Annę, które do tego zakończenia doprowadziło. Przez ten dosyć irracjonalny związek moja ocena książki nieco spadła. Jednak oczekiwałam tutaj innego rozwiązania. Może bardziej… dramatycznego, a jeśli nie, to przynajmniej prawdziwego.
Podsumowując. Siedem śmierci Evelyn Hardcastle to dobry kryminał i bardzo dobra fantastyka, która została od początku do końca genialnie zaplanowana. Nie wywołuje w nas co prawda skrajnych emocji i nie mamy ochoty krzyczeć z zachwytu czy przerażenia, jednak mimo to wielokrotnie jesteśmy zaskakiwani fabularnymi zwrotami, które wielokrotnie pchają nas przez stronice, obiecując niesamowitą przygodę. Bohaterowie są ludzcy, pełnokrwiści i wykreowani z należytym szacunkiem do książkowych tożsamości. Fabuła uchodzi czasem za nieco zbyt zagmatwaną i skomplikowaną, jednak na sam koniec jesteśmy uraczeni całkiem zgrabnymi wyjaśnieniami. Zakończenie nie było jak dla mnie satysfakcjonujące, ale to już zależy od gustu. Osobiście polecam książkę wszystkim tym, którzy lubią kryminały, ale jeszcze bardziej polecam ją osobom, które tych kryminałów nie lubią, za to obracają się w fantastyce. Skoro mnie się spodobało, zaryzykuję stwierdzeniem, że wam również się spodoba!
https://demoniczne-ksiazki.blogspot.com/2019/04/dzien-swistaka-level-hard-stuart-turton.html
Nigdy nie lubiłam kryminałów. Wydawały mi się do bólu nudne i schematyczne, a przez większość z nich przelatywałam z obojętnością godną zawodowego krytyka literackiego. Już dawno poddałam się w poszukiwaniach czegoś, co choć trochę przypadłoby mi do gustu, bo po prostu wiedziałam, że to nie mój przedział tematyczny. Jeżeli myślicie, że napiszę teraz: „W końcu znalazłam...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Zapewne wielu z was doświadczyło klątwy drugiego tomu. Pierwsza część zawsze kusi nas światem przedstawionym, pełnokrwistymi bohaterami i oryginalną fabułą, przy okazji dając nam nadzieję na to, że historia, którą zostaliśmy nakarmieni w przyszłych tomach da plony w postaci jeszcze bardziej emocjonującej i poruszającej akcji. Jak to powiadają poczciwi ludzie: nie zawsze możemy dostać to, czego chcemy. Czy Iskra wpisuje się w ten schemat? Sprawa nie jest prosta, tak jak wam się wydaje…
KLĄTWA CZY MAŁE POTKNIĘCIE?
Nie będę nikogo dłużej trzymać w niepewności. Książka nie była zła, po prostu zdecydowanie mniej interesująca niż pierwsza część cyklu. Tym razem nasza główna bohaterka trafiła do miejsca, gdzie żyją nienaznaczeni, czyli ludzie, którzy od zawsze budzili w niej strach. Burmistrz Longsight postawił na swoim, stosując odpowiednie środki ku temu, aby Leora zrobiła to, czego od niej oczekiwał. W tym momencie możemy współczuć tak młodej dziewczynie, na której barki przerzucono ogromną odpowiedzialność, a najgorsze jest to, że została pozostawiona sama sobie. Tym bardziej można ją podziwiać za to, że się nie załamała, a postawiono przed nią nie lada wyzwanie.
Historia zaczynała się naprawdę intrygująco. Od początku byłam zaciekawiona, jak rozwinie się dalsza fabuła, a także jak autorka przedstawi drugą frakcję. Naznaczeni z pierwszego tomu byli ciekawi ze względu na swoje zwyczaje, a więc silną wiarę w baśnie, tatuowanie swoich historii i rytuały, które polegały na skórowaniu człowieka po śmierci, aby zawrzeć jego życie w księdze. Już sam zamysł wprawił mnie w zachwyt, to dlatego miałam wielkie nadzieje, co do nienaznaczonych. Jak się okazało, świat z ich perspektywy nie był już tak interesujący. Rozumiem, że to trochę inna sytuacja, w końcu żyli w biedzie – co moim zdaniem zostało akurat dobrze przedstawione – jednak ich tradycje nie były już tak ciekawe. Za to bardzo podobało mi się porównanie dwóch perspektyw, uwzględniona szczególnie w baśniach, które miały zupełnie inny wydźwięk niż te, które stworzyli naznaczeni. Razem z Olą, która również robiła recenzję Iskry (zapraszam tutaj), zgodnie stwierdziłyśmy, że spokojnie można by wydać dodatek do książki, w którym znajdowałyby się same baśnie, bo są naprawdę interesujące i moim zdaniem bez nich ta historia nie byłaby intrygująca. Tak samo trzymano się koncepcji snów, które rodziły się w głowie Leory. Szkoda tylko, że było ich tak mało.
Fabuła książki nie była porywająca. W większości przedstawiała życie nienaznaczonych, a także to, jak główna bohaterka radzi sobie w nowych warunkach. Spodziewałam się tutaj większego tupnięcia, tak jak w poprzedniej części, ale jakoś szczególnie zaskoczona nie byłam, a większość zdarzeń łatwo sobie dopowiedziałam. Autorka niezbyt postarała się, jeżeli chodzi o pomysłowość. Tym razem ocierała się o schematyczne zdarzenia, które łatwo było przewidzieć. Nie było również zbyt emocjonująco. Owszem, powieść czytało się dobrze, ale bez żadnych ekscesów.
Mam ochotę nazwać ten tom przejściowym. Dla mnie był dopiero wstępem do prawdziwej historii, która ma się niebawem wydarzyć i to na właśnie na tą trzecią część najbardziej czekam, bo mam nadzieję, że autorka tym razem zapewni nam ogrom emocji, jak przy pierwszym zetknięciu z serią.
Na sam koniec mojego rozwodzenia się na temat fabuły muszę powielić jedną z uwag, która uczepiła się mnie już przy Tuszu. Niektóre wydarzenia działy się znienacka, bez głębszych opisów, co niekiedy mi przeszkadzało. Pod koniec miałam wrażenie, jakby coś zostało celowo przycięte. W jednym momencie mamy spotkanie starszyzny, w kolejnej baśń, którą opowiada przyjaciółka Leory, a na sam koniec nagle główna bohaterka wpada jakimś dziwnym trafem na trop (po prostu znikąd) i okazuje się, że ktoś ją bardzo okłamał. To nie było płynne przejście. Chyba muszę się przyzwyczaić, że taki jest styl Alice Broadway. Albo że to wydawcy tak lubią ucinać fragmenty.
BOHATERSKA NASTOLATKA CZY ZWYKŁA DZIEWCZYNA?
Z jednej strony rozumiem Leorę. Współczułam jej tego, że karmiono ją zewsząd różnymi historiami i w końcu sama nie mogła się zdecydować, która wersja zdarzeń jest prawdziwa. Na dodatek napierano na nią z obydwu stron – i naznaczeni czegoś od niej oczekiwali, i nienaznaczeni. To wahanie autorka przedstawiła naprawdę dobrze, tak więc niepewność głównej bohaterki nie była dla nas wymuszona czy wkurzająca. Mam jednak mały problem z Leorą. Wszyscy czynią z niej wyjątkową, bo ma związek z obydwoma frakcjami; mówią, że to ona musi zakończyć ten konflikt, ale nie dość, że sama w to nie wierzy, to jeszcze my w to nie wierzymy. Nie wykazała się dotąd nie wiadomo jak wielkimi osiągnięciami, aby mogła cokolwiek zmienić. Owszem, wielokrotnie próbowała, jednocześnie będąc bezradną wobec niektórych zdarzeń, ale jak dla mnie to nie jest bohaterka, która może wyzwolić cały świat. Jakby ktoś mi teraz powiedział, że w kolejnym tomie Leora stanie przed obiema frakcjami i wygłosi mowę na miarę Katniss z Igrzysk Śmierci, chyba bym go wyśmiała, bo kompletnie jej jako tej orędowniczki nie widzę. Mam nadzieję, że autorka bynajmniej poradzi sobie z tym w trzecim tomie, bo chciałabym zobaczyć bohaterkę jako bardziej wiarygodną osobę, a nie zwyczajną nastolatkę, która została w to wszystko wplątana przypadkiem.
W drugim tomie pojawiły się nowe postacie, co jest oczywiste, skoro Leora trafia do nowego miejsca. Nie były to jednak niesamowicie świeże kreacje i w większości nie poruszyły mojego serca. Mam wrażenie, że większość z nich była taka sama. Może co jedynie wyróżniali się tu Gull i jej brat Fenn – przy nim to akurat liczyłam na jakiś mały romans z Leorą, ale nie wyszło. Oni akurat stanowili tutaj całkiem udaną odmianę, ale reszta, szczególnie ta starsza warstwa postaci, jakoś nie wzbudziła we mnie zachwytu.
Podsumowując. Iskrę czytało się przyjemnie, choć pozostawiła po sobie pewien niedosyt. Nie ma w sobie nie wiadomo jak wielkich wad, bo to wciąż dobra historia, po prostu czegoś jej do pełni szczęścia brakuje. Niewątpliwie pierwszy tom jest lepszy, ale ja wciąż mam nadzieję na to, że trzecia część go jeszcze przewyższy, bo szykuje się naprawdę porządna akcja. Autorko, nie zepsuj tego, bo wciąż w ciebie wierzę.
https://demoniczne-ksiazki.blogspot.com/2019/03/niewiele-trzeba-by-rozpalic-ogien-alice.html
Zapewne wielu z was doświadczyło klątwy drugiego tomu. Pierwsza część zawsze kusi nas światem przedstawionym, pełnokrwistymi bohaterami i oryginalną fabułą, przy okazji dając nam nadzieję na to, że historia, którą zostaliśmy nakarmieni w przyszłych tomach da plony w postaci jeszcze bardziej emocjonującej i poruszającej akcji. Jak to powiadają poczciwi ludzie: nie zawsze...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Wielokrotnie dawałam szansę polskim autorom (czy raczej autorkom, bo z panami mam akurat miłe wspomnienia), w nadziei na to, że znajdzie się książka, która okaże się być przynajmniej średnia. Niektórzy mogą sobie pomyśleć: pff, kolejna osoba gardząca polskimi dziełami, a przecież one wcale nie są gorsze i trzymają poziom! Cóż, początkowo myślałam, że muszę mieć niezwykłego pecha, ale coś mi tutaj nie pasowało. Czemu przez te wszystkie lata, kompletnie ŻADNA polska powieść z pogranicza młodzieżowej fantastyki czy obyczajówek łamanych przez romanse nie przypadła mi do gustu? Jeżeli chodzi zaś o zagraniczne dzieła trafiałam raz na dobre, raz na złe, raz na średnie, więc tutaj akurat równowaga została zachowana. Pojawiło się to niewygodne pytanie: czemu polskie lektury wiecznie były złe i dostarczały mi więcej nerwów niż przyjemności? Może jednak rzeczywiście jest coś na rzeczy? A może to ja mam zbyt wygórowane oczekiwania? Istnieje jeszcze jedno rozwiązanie: te książki naprawdę są kiepskie. I niestety, Więź daleko od tego schematu nie odchodzi…
Tym samym ostrzegam, że nie zamierzam powstrzymywać się po pierwsze od sarkazmu, po drugie od małych spoilerów.
KSIĄŻKA ORKIESTRA, CZYLI JAK WYNAJĄĆ SŁABEGO DYRYGENTA, KTÓRY ZAPEWNI NAM MUZYCZNĄ TRAUMĘ
Zdaję sobie sprawę, że ta recenzja może być przepełniona goryczą, jednak nie będę kryła, że powieść naprawdę mi się nie podobała. Wprost nie mogę uwierzyć, że mimo wszystko wciąż istnieją osoby, którym ta historia się przypadła do gustu, bo ja naprawdę nie mogę sobie wyobrazić czytelnika, do którego Więź dotarła. Rok 2019 trwa dopiero 3 miesiące, a ja już zdążyłam znaleźć jedną z najgorszych książek, jakie przeczytałam w swoim życiu. I uwierzcie mi, przez nią straciłam chęć, żeby w najbliższym czasie mierzyć się z jakąkolwiek polską literaturą (oprócz tej, którą jestem zmuszona czytać przy tworzeniu pracy magisterskiej).
Kiedy przeczytałam opis Więzi, pomyślałam sobie: no dobra, brzmi jak typowa polska powieść napisana przez kolejną nieznaną autorkę, ale dlaczego miałabym nie spróbować? W końcu nie ocenia się książki po okładce (ta akurat jest naprawdę ładna). Kiedy dostałam ją już do recenzji i z ciekawości zajrzałam do opisu autorki, zaczęłam mieć jeszcze większe wątpliwości. Autorka mówi o sobie kobieta orkiestra (błędny zapis z dywizem i na dodatek ze spacjami po obu stronach). Jakoś nieszczególnie mnie do siebie zachęciła, a wręcz przeciwnie – raczej zniechęciła. To, że pani Lewicka hoduje ziarna kefirowe i uprawia miętę balkonową nie było informacją, którą chciałabym zapamiętać. Poza tym wobec tej krótkiej noty biograficznej każda z nas mogłaby być taką kobietą orkiestrą. Ja na przykład jestem technikiem żywienia, bibliotekarzem studiującym edytorstwo, pisarzem, mam psa, kota i faceta, oglądam Netfliksa i projektuję wianki (nie, nie Netflixa jak zostało to upamiętnione w książce), jestem feministką, wegetarianką, no i prawie bym zapomniała – hoduję bazylię na parapecie. Tadam!
Więź zaczynała się dosyć ciekawie, choć już od samego początku zauważyłam dwie rzeczy: opisy strasznie się wleką. Dostajemy multum niepotrzebnych wiadomości, które do niczego nie są nam potrzebne, a im dalej, tym ich więcej. Rozumiem, że autorka chciała być staranna, ale chyba w tej kwestii przesadziła. Druga rzecz, na którą zwróciłam uwagę, to głupota głównej bohaterki. Już kiedy wpadła do jeziora wydawała mi się trochę nie halo, ale później tylko potwierdziła, że uchodzi za infantylną i niezbyt inteligentną.
Powiem szczerze, że Więź była dla mnie całkiem na poziomie, dopóki pobyt Alicji w domu Wiktora nie zaczął się dziwnie dłużyć. Nie chciałam przeczytać tej książki po to, aby przez ¾ treści mieć przed sobą życie codzienne dwójki osób, które ledwo się znają, a już pogrążyły się w nie wiadomo jak silnej miłości, która rozpoczęła się od seksu. Seks to też dla mnie nieco zabawna historia w tej powieści. Bo w sumie dlaczego by nie przyjść do wielkiego i przystojnego drwala nago, a potem zakopać się pod jego kołdrą, stwierdzając luźno: hmm, w sumie to mam regularny cykl, a teraz nie wypadają mi dni płodne, co mi tam. A potem ten wielki pan, który wydawał się przez moment choć trochę rozsądny, pyta: „Jest bezpiecznie?” (wierzcie mi lub nie, dokładnie tak to brzmiało, a pytał nie jeden raz). Wobec ich „bezpiecznego” seksu zakończenie sprawiło, że wybuchłam po prostu śmiechem, ale niestety ten śmiech szybko przeszedł w zażenowanie… To wyglądało tak, jakby autorka chciała zaskoczyć czytelnika, ale nie miała na to pomysłu, więc chwyciła się najbardziej absurdalnego rozwiązania. Cóż, przynajmniej mogłam obniżyć swoją ocenę bez wyrzutów sumienia.
NO, KOCHAM CIĘ, TAK W SUMIE – CZYLI JAK ŁATWO ZAŻENOWAĆ CZYTELNIKA DIALOGAMI
Miłość bohaterów nie jest wiarygodna. Znali się kilka dni – okej, spali ze sobą – okej, on się wkurzył, powstał raban i cóż, bohaterka musiała uciekać – okej, cierpieli niemal na pograniczu depresji – okej?, spotkali się, a Wiktor rzucił wyznaniem roku, brzmiącym: „No, kocham cię, to chciałaś usłyszeć?” – brawo dla tego pana za wyznanie roku! Aplauz! Okrzyki! Machanie transparentami! Wiktor to się chyba nie urwał z Bieszczad, tylko z Tindera. I pomyśleć, że nie miał nawet komputera, a z telefonu korzystał sporadycznie. Hmm, ciekawe skąd czerpał inspirację.
Wiecie, co mogło uratować tę książkę? Fantastyka. Ale niestety została potraktowana jako pomieszany dodatek do nieudanego romansu. Pierwszy wątek z jeziorem, gdzie ginęli ludzie, nawet przypadł mi do gustu (choć może nie był zabójczo oryginalny), więc oczekiwałam, że zostanie on we właściwy sposób rozwinięty. Gdzie tam. Co jedynie kwestia tytułowej więzi odrobinkę rozbudziła we mnie ciekawość. Pomysł na samo istnienie wiedźm i bestii był w porządku, ale niestety został tak przedstawiony, że z przykrością westchnęłam. Szkoda. Kowen wiedźm mnie zainteresował i po raz pierwszy poczułam płynącą z tego słowiańskość, ale co z tego, jak reszta była zła? Gdyby autorka potrafiła łączyć te dwa gatunki, byłoby dobrze. Ale nie jest.
O przydługich i nudnych opisach już wspominałam, ale jeszcze nie wyżyłam się na dialogach. Muszę to napisać, przepraszam, ale rozmowy pomiędzy bohaterami były niekiedy tak żałosne, że musiałam zamykać książkę i brać głęboki wdech. Przykład? Już podaję!
„O nie, jesteś najpiękniejszym i najsłodszym stworzeniem, jakie widziałem!” – Może Wiktor jednak nie urwał się z Tindera, a z gimnazjum? A teraz odbijamy pałeczkę do Alicji: „Wiesz, z tym jest podobnie, jak w scenie z Matrixa [i znów: według zasad polskiej pisowni, powinno być Matriksa]. Najpierw wydaje ci się, że to jakieś nieczytelne znaczki, a potem nie widzisz już kodu, tylko blondynki, brunetki, rude”. Jeżeli to miało być zabawne porównanie, to nie wiem jak was, ale mnie kompletnie nie bawi. Reszta dialogów jest po prostu jałowa, jednak zdecydowanie najbardziej wkurzały mnie te infantylne określenia ludzi: Alutka, Igaś, Wiktorek i to cudowne stwierdzenie potężnego drwala, którego używał wobec swojej ukochanej (którą pomylił początkowo z dzieckiem): „mała”.
Poziom żartu w tej książce jest tak samo żenujący jak dialogi. Poczynając od niesmacznego: „Powtórzmy to jutro”, „Seks?” – o, jakie poważne śmieszki – a nie kończąc na: „Zwijam się jak naleśnik, cha cha! Widzisz, jaki suchar?!” – Cóż, suchar to mało powiedziane…
Podsumowując. Jestem świadoma tego, że ta recenzja ma w sobie mnóstwo gniewu, a także ironii, co z reguły nie jest tak widocznie w moich opiniach, ale kiedy cienka linia czytelniczego smaku została przekroczona, ja również swoją linię bez wyrzutów sumienia przekroczyłam. Jeżeli ktoś lubi kiepskie romanse z wymuszonymi wątkami fantastycznymi, żenujące dialogi, określenia i żarty, przepełnione mało ważnymi informacjami opisy i kiepską fabułę, która ciągnie się jak zaschły klej, nie będę nikomu bronić. Ja tej serii mówię NIE.
https://demoniczne-ksiazki.blogspot.com/2019/03/zwijam-sie-jak-nalesnik-anna-lewicka.html
Wielokrotnie dawałam szansę polskim autorom (czy raczej autorkom, bo z panami mam akurat miłe wspomnienia), w nadziei na to, że znajdzie się książka, która okaże się być przynajmniej średnia. Niektórzy mogą sobie pomyśleć: pff, kolejna osoba gardząca polskimi dziełami, a przecież one wcale nie są gorsze i trzymają poziom! Cóż, początkowo myślałam, że muszę mieć niezwykłego...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
To już trzeci tom z serii BOMBOnierek, opowiadającej o siostrach Tanberry. Tym razem mogliśmy zapoznać się z historią jednej z bliźniaczek – Summer. Co można o niej powiedzieć tak w skrócie? Na pewno to, że jest perfekcjonistką, która… najzwyczajniej w świecie utraciła kontrolę nad swoim życiem. I to tym bardziej przerażające, bo… dziewczyna ma zaledwie trzynaście lat. Ta część chyba idealnie pokazuje, jak łatwo z pasji wpaść w obsesję. Tak, tym razem Cathy Cassidy nie przebierała w słowach. Ani w fabule.
SŁODKO RAZ, GORZKO DWA…
Myślałam, że nic więcej nie da się powiedzieć o tej serii. Że każda moja recenzja w zasadzie będzie wyglądała tak samo. W końcu czego możemy się spodziewać po takiej książeczce z niewinnym tytułem i słodką okładką? Myślę, że ta urocza otoczka to jednoczesna wada, jak i zaleta tej historii. Wada, bo tak naprawdę, jeżeli ktoś spojrzy na okładkę, może od razu stwierdzić: to nie dla mnie, bo za słodko, poza tym... pff, młodzieżówka dla dzieciaków. Zaleta, bo spodziewamy się właśnie bolącej zęby słodyczy, a tymczasem dostajemy kawał dobrej, choć wciąż prostej powieści, która z pewnością jest potrzebna dzisiejszej, młodej warstwie społeczeństwa.
W zasadzie cechą wspólną każdego tomu jest to, że bardzo młode osoby, które dopiero powoli wchodzą w dorosłość, próbują poradzić sobie samemu ze swoimi problemami, zamykając się przed innymi. Za każdym razem łamie mi to serce. To przykre, że młode osoby tak wiele muszą przechodzić same, a to przecież nie do końca fikcja. Takie rzeczy dzieją się na co dzień w realnym świecie. Dlatego uważam, że to wartościowa literatura dla nastolatek, które czują się dokładnie tak samo, jak bohaterki BOMBonierek.
Wydaje mi się, że tym razem Cathy Cassidy poszła o krok dalej. Pierwszy tom rozpoczynał się jeszcze łagodnie – poprzez opowieść Cherry powoli byliśmy wprowadzani w fabułę. Przy Skye ruszyliśmy do przodu – pojawił się jakiś dramat. A tutaj? Wow. Nie spodziewałam się, że autorka dotknie takiego tematu jak zaburzenie odżywiania. Co prawda mam pewne zastrzeżenia do sposobu poprowadzenia tego wątku, ponieważ to wszystko zostało trochę… płasko przedstawione, ale jednak te książki mają to do siebie, że nie rozwodzą się zbytnio w opisach. Mają mieć prosty i dosadny przekaz.
CO SŁYCHAĆ U SIÓSTR TANBERRY?
Co słychać? W zasadzie to dużo. Tym razem skupiamy się bardziej na historii Summer. Naprawdę było mi jej szkoda. Została zupełnie sama, na dodatek wszyscy ludzie dookoła wywoływali w niej presję, powtarzając, że jest osobą skazaną na sukces. Summer kochała balet, aż w końcu jej pasja zamieniła się w obsesję, a obsesja doprowadziła do tego, że pojawiły się u niej zaburzenia odżywiania. Muszę przyznać, że przez moje współczucie przebijała się czasem irytacja, bo wyciągała naprawdę głupie wnioski z zachowań swoich bliskich. Kiedy inni starali się wokół niej skakać, ona powtarzała, że są przeciwko niej. I wszystko byłoby w porządku, w końcu dziewczyna miała ze sobą duży problem, gdyby takie sytuacje nie powtarzały się na każdym kroku i to nawet przy błahej sprawie. Ale to w zasadzie jedyne, co mogę zarzucić Summer. Podobał mi się u niej wątek ze strachem przed dorosłością. To, jak przeraziła się tym, że z małej dziewczynki przemienia się w kobietę. Dużo nastolatków ma przecież takie obawy. Na to często wpływa presja środowiska. Niektórzy dorastają szybciej, niektórzy wolniej.
Trochę w tej książce cierpiał niewidzialny Alfie. Czego on nie robił, żeby Summer go zauważyła! A ta w naprawdę wredny sposób go odrzucała. Całe szczęście – wątek jakoś się rozwinął (co było do przewidzenia). Nie wszystko tutaj było jednak do przewidzenia! Na pewno nie miła Honey – najstarsza z sióstr. Do tej pory strasznie mnie irytowała. W tym tomie również robiła wokół siebie dramy, ale była jakaś bardziej znośna i… miała większą rolę. Przede wszystkim pierwszy raz pokazała, że martwi się o siostrę.
I to w sumie na tyle. Reszta sióstra jakoś się trzyma, ale stanowiły tylko tło dla historii.
POWRÓT DO GORZKIEJ FABUŁY…
W zasadzie to tym razem nie mamy tu niczego słodkiego. Przez większość czasu jest gorzkość. I tym mnie już autorka zaskoczyła (pomijając ten wątek o zaburzeniu odżywiania, który również mnie zdziwił). Zaskoczyło mnie też to, że choć można było się domyślić rozwiązania niektórych wątków, to jednak… były momenty, kiedy się wahałam, jak to się może skończyć. Zastanawiało mnie, w którą stronę Cathy Cassidy pójdzie – czy w słodziutkie zakończenie, czy może w coś większego. I tu się nie zawiodłam.
Podsumowując. Moim zdaniem każdy tom BOMBOnierek trzyma poziom, ale wobec tego tomu zaczynam się zastanawiać, czy… autorka jeszcze bardziej nie popłynie w gorzkość! Im dalej, tym wyżej stawia sobie poprzeczkę. Oby nie było tak, że nagle słodka okładka kompletnie zacznie kolidować z fabułą, wtedy czytelnik będzie mógł się poczuć już odrobinkę oszukany.
Cóż, zostaje mi czekać na kolejny tom! A wam polecam przeczytać tę letnią powieść na odmóżdżenie. Mnie dobrze wywiodła z czytelniczego marazmu.
http://demoniczne-ksiazki.blogspot.com/2020/07/co-za-duzo-to-niezdrowo-cathy-cassidy.html
To już trzeci tom z serii BOMBOnierek, opowiadającej o siostrach Tanberry. Tym razem mogliśmy zapoznać się z historią jednej z bliźniaczek – Summer. Co można o niej powiedzieć tak w skrócie? Na pewno to, że jest perfekcjonistką, która… najzwyczajniej w świecie utraciła kontrolę nad swoim życiem. I to tym bardziej przerażające, bo… dziewczyna ma zaledwie trzynaście lat. Ta...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to