-
Artykuły
„Nasze ciało to mapa lęków, której umysł nie potrafi ukryć” – wywiad z Sebastianem Fitzkiem, autorem thrillera „Mimika”
Marcin Waincetel2 -
Artykuły
Kalafiory, czarownice i zbrodnia w rezydencji. Sprawdź, co kryje się w tych książkach Nowości pod patronatem Lubimyczytać.
LubimyCzytać1 -
Artykuły
Z czego żyje pisarz?
Orbitowski24 -
Artykuły
Czytamy w weekend. Książki Roku 2025. 20 marca 2026
LubimyCzytać342
Biblioteczka
2019-12-26
2019
Jakiś czas temu, przez omyłkę, dostałam od wydawnictwa dwa egzemplarze „Viocious. Nikczemni”. Postanowiłam razem z Olą, że z jednego z nich zrobimy użytek i poślemy go w trasę, aby osoby, które nie miały dostępu do powieści Victorii Schwab (bo od wydawnictwa naprawdę ciężko było je dostać), również miały możliwość jej przeczytania, a także wyrażenia swojej opinii. Jednocześnie drugi egzemplarz leżał na zaległym stosie książek do recenzji i każdego dnia kusił mnie swoją rażącą czerwienią. W końcu, po kilku cennych opiniach osób, które brały udział w book tour, stwierdziłam, że czas najwyższy się z nią zmierzyć. I cóż rzecz? Przepadłam!
KRYJ SIĘ, KTO MOŻE, NADCHODZĄ PSYCHOPACI!!
Jakiś czas temu przeczytałam w recenzji jednej z dziewczyn, które biorą udział w naszym blogowym book tour, że książka nie przypadła jej do gustu, bo opowiada po prostu o psychopatach. Byłam wtedy może po kilkudziesięciu stronach tej opowieści. Pomyślałam sobie: co? Nie no, chyba aż tak źle nie jest z tymi postaciami. Ktoś tu normalny musi być. Jak to tak, książka, w której nie ma dobrych i złych ludzi, a sami… źli? To by była fabuła! Dopiero kiedy zamknęłam już książkę, zdałam sobie sprawę z tego, że… rzeczywiście większość z nich to autentyczni psychopaci, wobec czego mogłam zrozumieć negatywną opinię koleżanki z bloga, równocześnie nie zgadzając się z tym, że opowieść o psychopatach jest w moim odczuciu zła. Kto mnie zna, wie, że sama tworząc swoje opowiadania, miłuję sobie zdrowo powalonych na umyśle bohaterów, tym bardziej kiedy zobaczyłam, że jest tu takich od groma, moje zęby szczerzyły się jak u rekina, który szykuje się do prawdziwej, krwawej uczty.
„Viocious. Nikczemni” nie ma rozbudowanej fabuły, jak na przykład inne powieści Victorii Schwab (mam tu na myśli serię „Świat Verity” czy choćby moje ukochane „Odcienie magii”), nie jest to jednak wada tej powieści, raczej zaleta, bo pierwszy raz to nie tło ma tak ogromne znaczenie dla fabuły, a raczej jej postacie, a tym samym psychologia ich umysłów. Ta historia w dużej mierze opiera się na psychologii, co bardzo mi się podobało. Co prawda są tutaj powielane pewne schematy postaci, bo oto mamy przeświadczonego o swojej wielkości wybrańca, który daje sobie prawo do zabijania takich, jak on (brzmi znajomo, prawda?), ale to wciąż nie tak schematyczna i jasna postać, jakby mogło się wydawać. Do tej typowej sztampowości autorka dodała coś jeszcze, co uczyniło każdego z bohaterów oryginalnym na swój własny sposób. Zresztą nie miałam wątpliwości co do tego, że Victoria Schwab również w tej serii przedstawi postacie w naprawdę ciekawym świetle. Każda z nich ma swoje przyzwyczajenia, specyficzne motywy działań i przede wszystkim charakter – a to rzecz, o którą niekiedy trudno w książkach, w których fabuła skupia się na świecie przedstawionym i pędzącej jak stado dzikich koni akcji. Dzięki tym bohaterom książka nie jest powtarzalna, ma swoje własne barwy, które w moich oczach rzeczywiście mienią się różnymi odcieniami czerwieni (krew, krew, krew!), bo jeżeli chodzi już o sam świat przedstawiony, opiera się on na prostym mechanizmie, o wiele mniej skomplikowanym niż same osobowości – mamy dwójkę studentów, którzy pewnego dnia dopuszczają się eksperymentu mającego zmienić życie obu z nich. I rzeczywiście, ich życie diametralnie się zmienia, i to na tyle, że przez całą powieść jeden z bohaterów ma na celu zadźganie tego drugiego (zresztą… z wzajemnością). „Vicious. Nikczemni” ma trochę taki… superbohaterski klimat, ale w tym nikczemnym wydaniu (jak sam tytuł wskazuje), bo oto bohaterowie stają się tutaj złoczyńcami z nadprzyrodzonymi mocami. To, co mi się podobało w motywie byciem PonadPrzeciętnym, to to, że osoba zyskująca jakąś moc, mającą zresztą głęboki związek z ich potencjalną śmiercią (jak w przypadku Sydney) lub z wiodącymi cechami charakteru (na przykład Serena), bezpowrotnie pozbywała się jakiejś cząstki siebie, która świadczyła o tym, że byli ludźmi. Właśnie tutaj kryje się sens bycia tym „psychopatą”. W końcu psychopaci żyjący wśród nas na co dzień, również mają problem z typowo ludzkimi, utrwalonymi w społeczeństwie wzorcami postępowania. Ten motyw naprawdę bardzo, ale to bardzo mi się podobał, dlatego jestem pełna podziwu dla autorki za tą obróconą, superbohaterską fabułę. Victoria Schwab stworzyła prawdziwie komiksowe uniwersum!
CZY IDEALNE MOŻE BYĆ DO KOŃCA IDEALNE?
Była pora zachwytów, to teraz pora na trochę krytyki, choć może nie takiej znowu mocnej. To, co osobiście przeszkadzało mi w tej powieści, to niekiedy przesadne skakanie pomiędzy historiami przeszłymi i teraźniejszymi. Na początku było to dla mnie bardzo klarowne, ale pod koniec, kiedy doszły do tego opowieści jeszcze innych osób (mam wrażenie, że wątek Mitcha pojawiła się tutaj całkowicie znienacka i mógł się on przejawić w fabule nieco wcześniej), poczułam się już nieco dziwnie. Poza tym Victoria Schwab przez całą książkę budowała taki retrospekcyjny dreszczyk emocji związany z tym, że kompletnie nie wiedzieliśmy, co może wydarzyć się na końcu, a mogło wydarzyć się naprawdę wiele! Wobec tego napięcia, tak naprawdę uważam, że zakończenie nie miało efektu „wow”. Pewnych rozwiązań po prostu mogliśmy się spodziewać, zważając na dołączenie Sydney do zespołu Victora (bo niektóre rzeczy dzieją się… po coś). Także tutaj odrobinkę się zawiodłam, bo spodziewałam się naprawdę mocnej akcji po takiej dawce emocji zawartej w przywoływanych wspomnieniach, co nie zmieni faktu, że i tak końcówka była dla mnie bardzo satysfakcjonująca. Nie mogę sobie wyobrazić tylko jednego: o czym w takim razie może opowiadać drugi tom?!
Ostatni mały element, który mi tutaj przeszkadzał, to szybkość przechodzenia między wątkami. Być może to problem polskiego tłumaczenia, nie mam pojęcia, ale czasami odnosiłam wrażenie, że jak miało się stać coś mocnego, to nagle dostawaliśmy jakby za mało informacji wstępnych. Po prostu rzucano nam tekst na twarz, bez zbędnych opisów. Nieraz musiałam się wracać i zastanawiałam się, dlaczego nie dodano tu może kilku słów więcej albo nawet zdania więcej, wtedy byłoby może bardziej… doniośle. Ale być może taki był zamysł tej opowieści. Bez zbędnego, patetycznego pierniczenia się z treścią. Po prostu biało na czarnym, jakby ktoś najpierw wytarzał nas w sadzy, a potem wylał na nas mleko.
MIND HUNTER – BADAJĄC ZŁOCZYŃCÓW Z BLISKA
Powyżej już pisałam nieco o postaciach, które były naprawdę świetnie wykreowane, ale nie odnosiłam się do nich bezpośrednio, a jest tu naprawdę co opisywać i czym się zachwycać. Osobiście jestem zakochana w Victorze Vale'u. To taki mój typ jasnowłosego złoczyńcy, który żyje zemstą i z niczym się nie pierdzieli. Jednocześnie, pomimo swoich morderczych zapędów i egoistycznych pobudek, miał w sobie odrobinkę dobra – na przykład zdarzało mu się przygarniać bezinteresownie przybłędy. Poza tym podobała mi się jego niezdrowa fascynacja przyjacielem, który jego zdaniem krył w sobie coś mrocznego, a także chęć niebezpiecznego eksperymentowania. Od razu było widać, że jeszcze przed staniem się osobą PP, miał zdrowo nawalone w głowie, ale w taki… chłodny, przystępny sposób, który mogli dostrzec tylko czytelnicy i najbliższe mu w książce osoby. Bardzo podobało mi się też jego nietypowe hobby, polegające na zamazywaniu na czarno pewnych wyrazów zawartych w książkach czy gazetach, dzięki czemu tworzył jakby nową przestrzeń fabularną. Coś, co było pozytywne, on mógł nagle zmienić w negatyw. Nieźle to sobie pani Schwab wymyśliła, ale tak jak wspominałam: nie miałam wątpliwości co do tego, że genialnie kreuje postacie.
Eli Cardale to druga ważna postać tej książki, bo to właśnie na nią poluje Victor. Totalnie gościa nie polubiłam, ale muszę przyznać, że również miał fascynującą, choć może nieco sztampową kreację. Może czegoś mi w nim brakowało, jakiegoś takiego… zaskoku, ale kreacją na pewno dorównywał swojemu przyjacielowi. Jednymi słowy: był dla niego godnym przeciwnikiem. Wręcz nie mogłam się doczekać, kiedy oboje w końcu się ze sobą spotkają!
Pozostali bohaterowie może nie mieli tak głęboko rozwiniętej osobowości, a także historii, ale każdego da się na swój sposób polubić, a nawet wyróżnić spośród tłumu – pamięta się tu nawet o Dominiku, który pojawił się gdzieś pod sam koniec. Niby bohater niepozorny, mało znaczący, a jednak mamy przed oczami to, jak się zachowywał i jaką osobą był. Do czego dążę – wszyscy zostali potraktowani pod względem kreacji sprawiedliwie. Skomplikowane i rozbudowane osobowości sprawiły, że nie musieliśmy mieć tutaj super, genialnej i nieprzewidywalnej fabuły – myślę, że gdyby taka była, pojawiłby się w naszych głowach przesyt, a to też nie jest do końca zdrowe (szczególnie, gdy mowa o psychopatach).
Podsumowując. Myślę, że przeczytałam już tyle książek Victorii Schwab, że spokojnie mogę uznać ją za jedną z moich ulubionych autorek. Z reguły jestem bardzo krytyczną osobą pod względem powieści, a skoro żadna z tych autorstwa pani Schwab nie zyskała u mnie niższej oceny niż sześć na dziesięć, myślę, że twórczość autorki mocno do mnie przemawia, i jedyne, co mogę teraz zrobić, to po prostu czekać z niecierpliwością na kolejne jej opowieści. „Vicious. Nikczemnych” polecam, jeżeli ktoś lubi dobre, nie do końca normalne kreacje postaci i nie przeszkadza mu, że niekiedy historia danych bohaterów może mieć większe znaczenie niż cała fabuła.
http://demoniczne-ksiazki.blogspot.com/2019/10/czy-psychopata-i-superbohater-ida-ze.html
Jakiś czas temu, przez omyłkę, dostałam od wydawnictwa dwa egzemplarze „Viocious. Nikczemni”. Postanowiłam razem z Olą, że z jednego z nich zrobimy użytek i poślemy go w trasę, aby osoby, które nie miały dostępu do powieści Victorii Schwab (bo od wydawnictwa naprawdę ciężko było je dostać), również miały możliwość jej przeczytania, a także wyrażenia swojej opinii....
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Żarty się skończyły. Nadszedł ostatni tom długo wyczekiwanej serii, która wstrząsnęła fundamentami Ziemi, wydając na świat wszystkie sekrety Mrocznych Bibliotekarzy. Nadchodzi apokalipsa. Nikt nas nie uratuje. Nawet Alcatraz z poczciwego rodu Smedrych. A dlaczego? Bo został przywiązany do ołtarza zbudowanego z wielotomowych encyklopedii. Wszystko zmierza ku końcowi, a czy koniec będzie pozytywny? A może powinniśmy uwierzyć Alcatrazowi i zgodnie z jego słowami przygotować się na sromotną klęskę ludzkości?
NIKT NIE SPODZIEWAŁ SIĘ BIBLIOTEKARSKIEJ INKWIZYCJI!
Prawie na temat każdego tomu Alcatraza można powiedzieć to samo: głupio, zabawnie, rozbrajająco, a jednak piąta część zdecydowanie czymś się różniła od poprzednich. Było tu więcej dramatyczności. Może autor niekiedy obracał ją w żart, jednak bywały takie momenty, kiedy nie doczekiwaliśmy się głośnego wybuchu śmiechu, a byliśmy zmuszeni zachować bezwzględną powagę. Genialną odmiennością było dla mnie ukazanie tutaj mrocznej strony głównego bohatera. Wokół jego drugiej natury wciąż krąży jakaś nienazwana, tajemnicza siła, którą chciałabym w końcu zobaczyć w akcji.
Fabuła Alcatraza... przestała być taka beztroska. Dostało się do niej dużo skomplikowanych wątków. Chwilami zastanawiałam się, czy aby na pewno jest to książka dla młodzieży, bo pomimo swojej zabawnej głupkowatości, potrafiła zdrowo namącić w głowie.
Zaczęło się dosyć niepozornie, przez co na chwilę straciłam zainteresowanie lekturą, ale gdy nasi bohaterowie wyruszyli już w podróż i ostatecznie znaleźli się w centrum zinfiltrowanej biblioteki… Wow. Co tam się chwilami działo, to naprawdę przechodzi ludzkie pojęcie, szczególnie gdy pojawił się już ten główny zły, którego nikt się nie spodziewał. Jestem w stanie zaryzykować stwierdzeniem, że to jeden z najlepszych tomów całej serii, stąd też moja wysoka ocena, a także dodanie jej do kategorii „Ulubione” na Lubimy czytać czy Goodreads. Zaufajcie mi, żeby dotrzeć do tego tomu, warto przeczytać poprzednie (reklama dźwignią handlu, co?).
I KIEDY MYŚLISZ, ŻE SANDERSON CIĘ JUŻ NICZYM NIE ZASKOCZY…
Naprawdę nie wiem, skąd biorą się Sandersonowi te głupie pomysły, które mają uprzykrzyć życie czytelnikowi. Chodzi mi choćby o te zwodnicze tytuły rozdziałów. Bo dlaczego by nie nazwać ich normalnymi, ludzkimi imionami? W końcu one też mają uczucia (gdyby były żywe, to pewnie przyfasoliłyby zdrowo niektórym autorom za głupoty, jakie wypisują)! Z reguły nie lubię, gdy ktoś robi sobie ze mnie jaja, ale Sandersonowi na to pozwalam, ponieważ jest niekwestionowanym fantastycznomistrzopisarzem (Alcatraz tworzy neologizmy, to dlaczego ja nie mogę?!). Trzeba umieć robić sobie jaja z ludzi. Wkurzyć ich tak, by nie byli wkurzeni, ironizować tak, by sarkazm nie wyglądał jak sarkazm, rozbawić ich tak, by przeżyli spektakularną falę zbiorowego śmiechu. To mu naprawdę wychodzi. Co prawda większość żartów jest głupia i mamy ochotę niekiedy walić głową o beton, żeby wyrzucić z niej niechciane cytaty, ale jak od dawna wiadomo – głupota najbardziej bawi.
Do tej pory sądziłam, że Sanderson nie jest w stanie mnie zaskoczyć, ale się grubo pomyliłam. Autor zbudował wokół siebie charakterystyczną otoczkę nieufności. Wiedzieliśmy, że skoro Alcatraz coś mówił, to trzeba to raczej traktować z pobłażaniem, bo na pewno będzie inaczej. Tym razem było jednak zupełnie odwrotnie. Alcatraz w pewnych kwestiach nas nie okłamywał, to dlatego zakończenie było tak wielkim uderzeniem w twarz, że nie mogłam przestać myśleć o tym wybitnym planie, którym Sanderson nas nakarmił. Niech go diabli wezmą! Udało mu się mnie po raz pierwszy porządnie wkręcić! Na dodatek nie sądziłam, że w ostatnim tomie będzie się przewijało tak dużo dramatycznych wątków, które niekiedy otrą się ostro o kryminał. Coś takiego w zabawnej, niewymagającej młodzieżówce okraszanej fantastyką? Chyba pierwszy raz byłam szczerze zaskoczona! Nie mogłam się pozbierać!
Jaki z tego wniosek? Przy Sandersonie trzeba być naprawdę czujnym. Nie należy jego pomysłów wpisywać w schematy, bo w pewnym momencie można się na tym przejechać.
JAK Z PROSTYCH LUDZI ZROBIĆ NIEPROSTYCH LUDZI
Do tej pory myślałam, że wszyscy bohaterowie są prości jak budowa cepa. Otóż – myliłam się. Jak już wcześniej wspominałam, Alcatraz pokazał swoją mroczną, niezbadaną i nieznaną nikomu wcześniej naturę. Dodatkowo zaczął się zastanawiać nad tym, do którego ze światów należy – i to całkiem poważnie. Pojawiły się również wspomnienia z jego przeszłości, gdzie został przedstawiony jako niepewny siebie chłopiec rzucany z domu do domu tylko z tego powodu, że posiadał niszczycielski talent, przez który nikt go nie chciał adoptować. Co podoba mi się najbardziej, w końcu trzynastolatek stał się po prostu trzynastolatkiem, a mówię tu konkretnie o samym zakończeniu książki, bo po raz pierwszy okazało się, że Alcatraz wcale nie jest wszechmocny, to po prostu jeszcze dzieciak, dlatego czasem tchórzy i nie w każdej sytuacji jest bohaterem.
Największe zadowolenie wzbudziło we mnie zarysowanie relacji głównego bohatera z jego rodzicami, którzy wcześniej byli dla niego po prostu egoistami. Jak się okazało – gdzieś głęboko w swoim sercu, każdy z nich starał się go bronić. Największym zaskoczeniem był dla mnie szczególnie jego ojciec, który od początku wydawał się być dla mnie narcyzem. To, co zrobił dla swojego syna, naprawdę mną wstrząsnęło i zmieniło moją opinię o nim o 180 stopni. A co z Shastą, czyli matką Alcatraza? Ona już ostatnio udowodniła, że nie jest taka znowu zła, a jednak teraz też mogliśmy rozczytać jakąś głębszą jej sferę nieudolnej matczyności.
Emocjami wyjątkowo wykazała się również chłodna jak bryła lodu Draulin – matka Bastylii pogrążonej w śpiączce. Swoją drogą było mi bardzo przykro, że przez większą część książki nie było tej niezłomnej pomocnicy Alcatraza, ale gdy się pojawiła, oczywiście wywołała na mojej twarzy ogromny uśmiech. Wtedy zdałam sobie sprawę z tego, że to właśnie Bastylia jest moją ulubioną bohaterką! Strasznie się za nią stęskniłam i miło było przeczytać na zakończenie jej list, który miał duży wpływ na fabułę.
Czego mi jeszcze brakowało w książce, to na pewno tej przyjacielskiej, uroczej i zabawnej relacji pomiędzy Alcatrazem a Bastylią, jednak spokojnie, coś mi się wydaje, że Sanderson może nam to jeszcze wynagrodzić… Tutaj wstawię mały spoiler: dzisiaj przeczytałam artykuł autora z 2016 roku, w którym oznajmił, że zapowiada szóstą część z perspektywy Bastylli, i ta też część będzie już ostatnią. Tytuł to: Bastille vs. Evil Librarians: The Worldspire. Na Goodreads widnieje data wydania, ale czy jest prawdziwa? To się okaże już 31 stycznia 2018 roku!
Podsumowując. Mroczny talent to naprawdę mocny, zaskakujący i obezwładniający śmiechem oraz dramatycznością tom. Oficjalnie uznaję go za najlepszy z całej serii, a największego plusa daję oczywiście za porządne wprowadzenie czytelników w stan osłupienia, a także dopełnienie na nich jawnego oszustwa, które oszustwem ostatecznie się nie okazało. Rozwinięte relacje bohaterów, a także uczynienie ich o wiele bardziej skomplikowanymi, było idealnym zabiegiem, który tylko ubarwił niekiedy mrożącą krew w żyłach fabułę. Co mogę więcej dodać? SANDERSON BOGIEM.
https://demoniczne-ksiazki.blogspot.com/2018/12/nikt-nie-spodziewa-sie-bibliotekarskiej_27.html
Żarty się skończyły. Nadszedł ostatni tom długo wyczekiwanej serii, która wstrząsnęła fundamentami Ziemi, wydając na świat wszystkie sekrety Mrocznych Bibliotekarzy. Nadchodzi apokalipsa. Nikt nas nie uratuje. Nawet Alcatraz z poczciwego rodu Smedrych. A dlaczego? Bo został przywiązany do ołtarza zbudowanego z wielotomowych encyklopedii. Wszystko zmierza ku końcowi, a czy...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Istnieją książki, przez które przebrniemy, nawet nie mrugając okiem, a nasza twarz pozostanie przy tym kamienna, niewzruszona – to są powieści z przedziału: wziąłem, przeczytałem, zapomniałem, a takich, jak my czytelnicy wiemy, jest wiele. Naprawdę ciężko znaleźć książkę, która w naszym własnym odczuciu okaże się być czymś, co równe będzie prawdziwemu dziełu literackiej sztuki. Jeszcze ciężej znaleźć książkę, która zostawi na duszy piętno w postaci tęsknoty za czymś, co było dla nas nie tylko dobre, ale również bardzo nam bliskie. Mówimy tu o tych pojedynczych, magicznych egzemplarzach, które bezpowrotnie oznaczają swoją barwną ścieżkę na naszej drodze życia. Moja ścieżka ma kolor szkarłatu i prowadzi prosto do… Odcieni magii.
Naprawdę bardzo ciężko mnie zachwycić. Większość powieści jest dla mnie albo słaba, albo średnia, albo po prostu dobra, choć bez żadnych zachwytów. Natknęłam się na niewiele dzieł literackich, które sprawiły, że popadłam w czytelniczą depresję, czy jak kto woli: czytelniczego kaca, tęskniąc za powrotem do świata, który zawładnął moim sercem. Ostatni raz oceniłam tak wysoko książkę w styczniu 2017 roku, teraz nadszedł czas na kolejnego faworyta: Wyczarowanie światła. Pierwszy tom był dla mnie naprawdę dobry, drugi tom trochę podupadł w moich oczach, ale trzeci… o trzeci w żaden sposób się nie obawiałam. Byłam spokojna, bo wiedziałam, że Victoria Schwab mnie nie zawiedzie. I nie zawiodła. Ba, przeskoczyła moje najśmielsze oczekiwania i sprawiła, że zamykając ostatnią stronicę powieści, zapłakałam nad tym, że moja trzyletnia przygoda z ciągłym oczekiwaniem na kolejny tom serii, właśnie się skończyła. Niewiele książek czytam dwa razy, ale z tą serią jestem tak głęboko związana, że na pewno jeszcze nieraz do niej wrócę. A co w niej takiego cudownego?
Przede wszystkim bohaterowie. Gdyby ktoś kazał mi się wrócić do czasów szkolnych i wręczyłby mi kartkę, na której miałabym zapisać odpowiednią ilość słów dotyczącą charakterystyki wybranego bohatera z serii Odcieni magii, zapewne nie starczyłoby mi miejsca, a fascynacja, która kwitłaby z każdą minioną sekundą w moich oczach i na ustach, zapewne rozbawiłaby niejednego obserwatora. To są postacie, które żyją. Nie musimy dostawać papierowo zapisanej charakterystyki każdego z bohaterów, wiele możemy wyłowić pomiędzy ich słowami, zachowaniami, gestami. Każdy był na swój własny sposób niepowtarzalny i nie do zapomnienia. Mimo tego, że nie wszystkich kochałam, to jednak wciąż mam do wielu z nich sentyment. W moim sercu na zawsze pozostanie Kell, co chyba nikogo nie zdziwi, ponieważ cała ta historia zaczęła się właśnie od niego, a także Holland. Wszystkie wątki, których byli uczestnikami, sprawiały, że na mojej twarzy pojawiał się rumieniec fascynacji i szeroki uśmiech małego, psychopatycznego czytelnika. Już dawno w dziecięcy sposób nie żałowałam, że te postacie istnieją tylko i wyłącznie na stronicach książki. Gdybym mogła, z chęcią bym ich stamtąd wyrwała. W naszym czytelniczym świecie często mówi się o posiadaniu własnego książkowego kochanka. Chyba Kell i Holland za bardzo mnie w sobie rozkochali!
Oczywiście inne postacie były równie interesujące, jak na przykład nasza znajoma złodziejka, a od niedawna także magini – Lila, czy chociażby Alucard – kapitan-mag, zakochany w księciu Czerwonego Londynu. Mieliśmy również okazję zapoznać się bliżej z królową Emirą i królem Maximem, a dokładniej z ich postępowaniami, wewnętrznymi rozterkami i pragnieniami. Bardzo ciekawie rozbudowana sfera królewskich bohaterów! Że nie wspomnę o ich losach.
To, co mi się jeszcze podobało, to relacje pomiędzy poszczególnymi bohaterami, a także ich osobiste historie. Bardzo się cieszę, że Victoria Schwab zapoznała nas w końcu z historią Hollanda, to naprawdę dużo wprowadziło do naszej czytelniczej przygody. Jeżeli chodzi o relacje, chyba najbardziej podobała mi się ta, która nawiązała się pomiędzy Kellem i Hollandem – nic dziwnego, w końcu łączyła ich magia, a więc w jakiś sposób braterstwo. Rozwinęła się także relacja Kella i Lili, która nabrała trochę pikantniejszego odcienia. Może braterska miłość pomiędzy Rhyem a Kellem była już widoczna w poprzednich tomach, tu zyskała jednak kulminacyjny punkt, który wycisnął z moich oczu ostatnie łzy. Skoro już jesteśmy przy relacjach Kella... Na uwagę zasługuje również jego traktowanie przez króla i królową, którzy byli jego zastępczymi rodzicami.
Tak, moi drodzy, to za postacie kocham tę serię najbardziej i to za nimi najbardziej będę tęskniła po przeczytaniu wszystkich części. Zżyłam się z nimi tak, jak zżywa się z rzeczywistymi ludźmi. Każda z nich pozostawiła we mnie miłe wspomnienia, refleksyjne myśli i… tęsknotę, która będzie za mną chodzić pewnie przez kolejne dni, jak nie miesiące.
Bohaterowie to jednak nie wszystko, ważna była również fabuła, a tu muszę przyznać, że pani Schwab poszalała. Początkowo obawiałam się, że tak potężna objętość książki sprawi, że będę zmęczona treścią, ponieważ zginę gdzieś w licznych i przydługich opisach, których autorka jest zwolenniczką. Jednak nie. Akcja równoważyła się tu z fabularnym, ale pozytywnym zastojem, który dawał nam chwilę na wytchnienie. Nie śmiałabym wyrazić swojej opinii, która zaczynałaby się od słów: „Chętnie zmieniłabym…”, nie! Bo ja bym tu absolutnie niczego nie zmieniała! Może zakończenie nie było tak zaskakujące, jak mogłoby być, ale mnie ono w pełni satysfakcjonuje, bo pozostawiło w sobie zarówno nutkę smutku, jak i radości. Takie właśnie powinny być zakończenia: przepełnione nadzieją na lepszy czas, który wyrasta z tego gorszego.
To, co kocham w twórczości pani Schwab, to jej opisy i niezwykła obrazowość sytuacji. Jej książki mają w sobie coś niesamowicie innego, czego nawet nie potrafię nazwać. Kiedy je czytam, często robię to z zapartym tchem. Czasami odnoszę wręcz wrażenie, że z tak samo zapartym tchem autorka pisze wszystkie te powieści. Nawet kiedy pozornie nic się nie dzieje, emocje potrafią kipieć ze stronic, buchając w nas barwnym ogniem opisów! Na dodatek to harmonijne kreowanie magicznych światów – zawsze czujemy, jakbyśmy właśnie się w nich znajdowali, a przede wszystkim czuli to, co bohaterowie.
Victoria Schwab potrafi grać na emocjach. Nie ma u niej miejsca na nudne dialogi – może nie jest ich tak wiele, jak chwilami mogłoby być, ale tu trzeba jej przyznać – większość z nich ma coś konkretnego do przekazania. Wystarczy spojrzeć na strefę cytatów, która znajduje się u dołu tej recenzji – te wypowiedzi są konkretne i mocne! Wiele z nich zapewne zapiszę w pamięci i zachowam w sercu, aby sięgnąć do nich, gdy zatęsknię za Odcieniami magii.
Pomyślicie sobie: wow, nie ma żadnych wad, ale spokojnie, ja zawsze znajdę coś, co choć trochę będzie godzić w moje oczy. W tym przypadku nie był to jakiś karygodny przypadek, ale jednak początkowo mi przeszkadzał. Mniej więcej do połowy książki miałam wrażenie, że autorka rozplata na krótkie fragmenty zbyt wiele historii. Czasami takie, które wydawałyby się z czytelniczego punktu widzenia… zbędne. Nie było ich na szczęście dużo i potem mieliśmy już dłuższe, znaczące dla fabuły wątki, z którymi autorka się rozkręciła. Zastanawia mnie również jedna kwestia. Jeden z bohaterów miał się dowiedzieć czegoś o swojej przeszłości, a potem ten wątek gdzieś zaginął. Zastanawiam się, czy to przez zapomnienie autorki, czy może ja czegoś nie zrozumiałam, albo to pominęłam.
O samej serii mogłabym pisać długie eseje, ale zakończę swoją opinię właśnie w tym momencie. Bardzo mi smutno, że to już koniec, ale możecie mi wierzyć, trzy tomy z jaskrawymi, czerwonymi grzbietami zajmą miejsce na honorowej półce. Na pewno jeszcze nieraz, nie dwa do nich powrócę. Jeżeli ciekawi was fantastyka i chcecie koniecznie zżyć się z bohaterami, nie zastanawiajcie się. Obiecuję wam, że to będzie emocjonująca przygoda, która zarówno podbuduje, jak i złamie wasze serca. A teraz nie zostaje mi nic innego, jak się pożegnać… Anoshe!
http://zniewolone-trescia.blogspot.com/2018/06/recenzja-ksiazki-ve-schwab-wyczarowanie.html
Istnieją książki, przez które przebrniemy, nawet nie mrugając okiem, a nasza twarz pozostanie przy tym kamienna, niewzruszona – to są powieści z przedziału: wziąłem, przeczytałem, zapomniałem, a takich, jak my czytelnicy wiemy, jest wiele. Naprawdę ciężko znaleźć książkę, która w naszym własnym odczuciu okaże się być czymś, co równe będzie prawdziwemu dziełu literackiej...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Wyobraź sobie, że jesteś upierdliwą, sarkastyczną i bardzo krytyczną osobą. Jeżeli jesteś – to dobrze, nie musisz sobie tego wyobrażać. A teraz weź do ręki „Mroczniejszy odcień do magii” i przeczytaj je. Czy czujesz to co ja? Czy czujesz to, że… nie możesz powiedzieć o książce złego słowa, mimo tego, że nie oceniasz jej na szóstkę z plusem? Tak? Witaj w mojej skórze.
Poznajcie Kella – maga krwi. Kell zamieszkuje Czerwony Londyn – miejsce, gdzie magia pachnie kwiatami, a rzeka płynie przez miasto w krwawym odcieniu czerwieni, skropionej czarami. Nasz antari potrafi przemieszczać się pomiędzy Londynami, co czyni z niego wyjątkowego maga. Na dodatek ma super płaszcz, który posiada wiele „twarzy” (czaicie? Płaszcz o wielu twarzach. 50 twarzy płaszcza). Oprócz Czerwonego Londynu, mamy brudny i pozbawiony magii Szary Londyn – tu mieszka złodziejka imieniem Lila, która natyka się potem na Kella. Jest również Biały Londyn – straszny, mroczny i taki, gdzie magię używa się dla własnych korzyści – rządzą nim psychopatyczni i bezwzględni bliźniacy Dane. Ostatni jest Czarny Londyn – zniszczony przez mroczną magię i niedostępny dla innych ludzi. Brzmi skomplikowanie, co? Ale uwierzcie – wszystko z łatwością zapamiętacie. Na czym polega fabuła? Na tym, że Kell popełnia jeden malutki błąd, który wiele go kosztuje i gotów jest poświęcić własne życie, aby to wszystko odkręcić.
Do tej recenzji zabierałam się kupę czasu. Chciałam dokładnie przemyśleć fabułę, rozebrać postacie na części pierwsze (niektóre to tylko z ubrań), zastanowić się nad tym, co było dobre a co złe. Moje notatki podczas lektury były wyjątkowo ubogie. Co więc mogę powiedzieć o „Mroczniejszym…”? To dobra książka, nie jakaś wybitnie oryginalna – bo halo, równoległe światy, magia krwi, tyle już powieści powielało te schematy!
Mam drobne zastrzeżenia co do początku. Uważam, że fabuła trochę za długo się rozkręcała, przez co książka wydawała się być odrobinę nudna, ale ostatecznie powieść się rozkręciła i nie mieliśmy chwili na wytchnienie w fabule – autorka wszystko ładnie nam wynagrodziła. Wiadomości o Londynach, magii i postaciach były dawkowane powoli, dlatego choć wiele było tu tłumaczeń – wszystko bez problemu zapamiętujemy. Punkt dla autorki za znakomite wykreowanie światów. Wydaje mi się, że to było dosyć trudne zadanie, bo Londyny są aż cztery i każdemu trzeba było poświęcić trochę uwagi – autorka opowiadała o zwyczajach, zachowaniach i nawet pokusiła się o stworzenie kilku całkiem nowych języków. Wielki plus. Drugim ogromnym, a może nawet największym plusem tej historii są postacie. Naprawdę dawno nie widziałam tak świetnie wykreowanych bohaterów! Tu nie było kogoś, kogo bym nie polubiła. Moje serce skradł Kell, Lila, drugi antari – Holland (psychopata!), bliźniacy Dane (psychopaci!), Rhy (książę!) i… wiele, wiele innych postaci pobocznych, których było sporo. Każdy miał dopracowane gesty, charakter, wygląd… Dla takich bohaterów się żyje!
Jeżeli chodzi o miłość, uwaga, nie było jej, za co miałam ochotę podziękować autorce na kolanach. A czego było dużo? Śmierci i krwi – wychodziła nosami, uszami i ustami. Lubicie krew? Ja bardzo. Stęskniłam się za taką fantastyką – na dodatek z rąk kobiety – która podeszłaby do tematu bardziej po męsku, bez trójkątów związkowych i męczących dramatów. Przyznaję, chwilami się nudziłam, ale ta nuda odchodziła ode mnie bardzo szybko, na rzecz świetnej akcji i bohaterów. Bardzo podobała mi się relacja pomiędzy Kellem a Lilą – sarkazm to coś, co lubię, jeżeli chodzi o miłość czy przyjaźń.
No i proszę. Żadnego złego słowa (prawie). Mogę jeszcze dodać, że bardzo podobał mi się tytuł i oryginalna okładka – na początku nie widziałam, że jest na niej Kell w czerwonym płaszczu, który przemieszcza się między Czerwonym Londynem a Czarnym – genialnie pokazuje tu całość fabuły. Zostaje mi tylko przekazać, że czekam na kolejną część, bo o ile mi wiadomo, tomów jest aż trzy. Będę tęsknić, Kell!
SadisticWriter
http://zniewolone-trescia.blogspot.com/2017/01/recenzja-ksiazki-victoria-schwab.html#comment-form
Wyobraź sobie, że jesteś upierdliwą, sarkastyczną i bardzo krytyczną osobą. Jeżeli jesteś – to dobrze, nie musisz sobie tego wyobrażać. A teraz weź do ręki „Mroczniejszy odcień do magii” i przeczytaj je. Czy czujesz to co ja? Czy czujesz to, że… nie możesz powiedzieć o książce złego słowa, mimo tego, że nie oceniasz jej na szóstkę z plusem? Tak? Witaj w mojej...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
KIEDY AKCJĘ WYWALA W KOSMOS, PROSTO NA KSIĘŻYC
Niemiecka baśń o długowłosej Roszpunce (nie mylić z roszponką, bo i takie potworki zdarzało mi się widywać podczas pisania pracy zaliczeniowej na temat księżniczek Disneya) trafiła tym razem również do Sagi Księżycowej, co nie jest niczym dziwnym, kiedy dostaliśmy już futurystyczną wersję opowieści o Kopciuszku czy Czerwonym Kapturku. W naszym czytelniczym świecie często krąży określenie „klątwa drugiego tomu”, w tym przypadku nie miała ona jednak urzeczywistnienia. Podobnie było z Cress. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że nie dość, że to moja ulubiona książka 2019 roku, to jeszcze ulubiona część Sagi Księżycowej. Do tej pory trochę narzekałam, że dwa pierwsze tomy bywały niekiedy bardzo oszczędne, jeżeli chodzi o akcję – zazwyczaj jej nagromadzenie dostawaliśmy pod koniec opowieści, tym razem tak jednak nie było. Przez cały czas miałam wrażenie, że dzieje się tutaj naprawdę wiele. Może zaletą tego jest już całkiem pokaźny zestaw bohaterów, któremu pani Meyer starała się poświęcać odpowiednio dużo miejsca w fabule, a może to, że akcja powoli nabiera pewnej kulminacyjności, bo oto zbliżamy się do finału całej serii. Bardzo mnie cieszy, że pomimo dodania do tej kosmicznej mieszanki kolejnej postaci, wcale nie odczuwamy, że któryś z bohaterów potraktowany jest po macoszemu. Każdy ma tu swoje miejsce.
ROSZPUNKO, ROZPUŚĆ SWOJE WŁOSY! A, NIE. DOBRA. WOLĘ JE ŚCIĄĆ, BO PRZESZKADZAJĄ...
Tym razem w Cress prym wiedzie tytułowa Crescentia i Kapitan Thorne, którzy pojawili się już w poprzedniej części. Obocznie mamy również sceny z podróży załogi Cinder, sceny z udziałem Kaia, a także Scarlet, która rozmawia z tytułową bohaterką kolejnej, ostatniej już części Sagi Księżycowej. Ja osobiście bardzo umiłowałam sobie Cress i Thorne’a – chyba zostaną już moim ulubionym paringiem całej serii, bo nie sądzę, żeby ktokolwiek miał ich jeszcze przebić, choć blisko nich są na pewno Cinder i Kai. Może w ich przypadku fabuła nie była tak emocjonująca i rozbudowana, ale naprawdę satysfakcjonująca i rozczulająca. Podobało mi się to, że bardzo się od siebie różnili – Cress to, podobnie jak Roszpunka, osoba żyjąca długi czas poza miejscami, gdzie mieszkają inni ludzie. Zamknięta w swojej wieży, czy może raczej satelicie, spotyka od czasu do czasu tylko taumaturgiczkę Sybil, która dostarcza jej żywność i wodę w zamian za informacje. Cress jest księżycową skorupką. Przeżyła tylko dlatego, że w pewnym wieku zaczęła wykazywać się bardzo przydatnymi zdolnościami hakerskimi. Choć bywała posłuszna królowej Levanie, ukradkiem starała się pomagać prawdziwej, zaginionej dziedziczce tronu Księżyca. Właśnie dzięki kontaktowaniu się z załogą Cinder, po raz pierwszy mogła wyjść do prawdziwego świata i poznać prawdziwych, żywych ludzi. Kapitan Thorne to zapatrzony w siebie podrywacz, który szybko stał się idolem Cress, starającej się w nim dopatrzeć czegoś więcej niż tylko płytkości. Ten motyw bardzo mnie rozczulił, bo dziewczyna cały czas starała się wierzyć w to, że Thorne jest dobrym człowiekiem, który potrafi pewne rzeczy wykonywać bezinteresownie. Oboje byli niesamowicie skrajnymi charakterami, a jednak tak do siebie pasowali, że po skończeniu całej powieści czułam niedosyt! Chciałam więcej scen z ich udziałem, chociaż tych oczywiście w trzecim tomie nie brakowało.
Cress to taka niewinna, przerażona, ale równocześnie zafascynowana światem zewnętrznym dziewczyna, która w momentach, kiedy ogarnia ją panika, ucieka do świata wyobraźni. Ma również piękny głos. Takiej postaci po prostu nie da się nie lubić, dlatego też stała się jedną z moich ulubionych bohaterek tej serii. Jej charakter dobrze oddaje to, jak przedstawiana dotąd była Roszpunka w różnych adaptacjach. Thorne może trochę odchodzi od kreacji typowego księcia z bajki, bo bycie kobieciarzem spisuje go na niepowodzenie w tej kwestii, ale bardzo mi się podobało to, że przyjęto dla niego taką wersję zdarzeń, jak utrata wzroku, co jest motywem z baśni (i czymś, czego zabrakło mi w disnejowskiej adaptacji, ale to już kwestia na inny post).
W kwestii nowych bohaterów, warto tutaj wspomnieć również o Winter i Jacinie, którzy będą zapewne naczelnym paringiem czwartego tomu. Uważam, że był nam potrzebny ktoś taki, jak Winter – czyli osoba wzbudzająca w nas dziwne uczucia, takie jak niepokój, niepewność, a także zdziwienie. Jacin też zapowiada się świetnie – jako taki nachmurzony, ironiczny i niezbyt miły chłopak, któremu zależy wyłącznie na tym, aby jego ukochana przyjaciółka miała się dobrze. Dzięki tym nowym bohaterom nie mogę się wręcz doczekać kolejnej części! Obawiam się tylko tego, że w natłoku tak wielu kulminacyjnych zdarzeń, mogą zostać potraktowani nieco zbyt skrótowo, w końcu to kolejne dwie postacie do opisywania, a więc jeszcze trudniejsze wyzwanie dla pani Meyer, i to w obliczu zakończenia całego cyklu.
Jeżeli chodzi o inne postacie… trochę zabrakło mi tutaj Scarlet, ale rozumiem, że to kwestia okoliczności, w jakich się znalazła. Za to reszta bohaterów sprawuje się naprawdę dobrze. Szczególnie umiłowałam sobie progres Cinder. Okazuje się, że jej moc nie wzięła się z niczego, a jest po prostu następstwem ciężkiej pracy z Wilkiem. Podobało mi się też jej zastanawianie się, czy choć chciała uniknąć bycia taką, jak królowa Księżyca, sama nie stała się taka, jak ona. Nie mogłam się również doczekać jej ponownego spotkania z Kaiem, i proszę, moje życzenie zostało spełnione. Przy tym tomie to ja naprawdę krzyczałam jak typowa fangirl…
...A Z KSIĘŻYCA WRACAMY NA ZIEMIĘ
Tak jak wspominałam, akcja, która miała tutaj miejsce na różnych płaszczyznach, bardzo mi się podobała. Przy żadnym wątku się nie nudziłam. Uważam, że wszystko zostało tutaj wykreowane w tak przystępny i ciekawy sposób, że nawet nie mam na co narzekać. Moje jedyne narzekania mogą odnosić się do typowo bajkowych rozwiązań, czyli tego, że przeznaczenie chyba bardzo lubi się z bohaterami Sagi Księżycowej. Mają oni tak duże pokłady przypadkowego szczęścia, że wręcz nie mogę w to uwierzyć. Mimo wszystko to łatwe splatanie wątków i naginanie fabuły tak, żeby wszystko było spójne i jakby celowo zaplanowane, wcale mi nie przeszkadza. Ma to jakiś swój baśniowy wymiar. W baśniach również wiele rzeczy dzieje się na zasadzie „celowego przypadku”, jak ja to ironicznie lubię nazywać. Gdyby to była inna książka, czyli może bardziej obyczajowa niż fantastyczna, mogłabym się tego uczepić, ale tutaj macham ręką, bo wiem, że to poniekąd konieczne, poza tym takie rozwiązanie bardzo pasuje do tej powieści, a oczekiwać zbyt wiele od autorki też nie możemy, bo co by to było, gdyby książka była idealna? Nie miałabym na co narzekać!
Saga Księżycowa nie jest zaskakująca, ale za to satysfakcjonująca. Troszeczkę rozbawia mnie jednak fakt, że autorka przy każdym paringu zostawia otwartą furtkę. Dotąd żadna z trzech par nie złączyła się na zasadzie miłosnej akceptacji swojego związku. Oni wszyscy wiedzą, że darzą siebie jakimiś uczuciami, ale żadne z nich nie chce o tym rozmawiać. Rozumiem, gdyby to był jeden paring, ale że wszystkie działają na takiej samej zasadzie? Domyślam się, jaki pani Meyer ma w tym zamysł – znów bardzo baśniowy, a mianowicie taki, że dopiero w ostatnim tomie dostaniemy kulminację spełnionych związków, ale nie wiem, czy to do końca dobre, a już na pewno, czy takie interesujące. Można było pod tym względem wprowadzić jakieś zróżnicowanie.
Przeszkadzał mi odrobinę jeden wątek tej powieści, a mianowicie doktor Erland. Jego decyzja nie była dla mnie ani smutna, ani rozczulająca, ani wystarczająco rozwinięta, tak samo jak jego powiązanie z główną bohaterką. Nic mnie tutaj nie zaskoczyło. Miałam wrażenie, że ten wątek trochę tutaj upchnięto na zasadzie „wpadłam nagle na pomysł w trakcie pisania, to go wykorzystam, będzie fajnie”, a co za tym idzie… nie miało to jakiegoś większego polotu, przynajmniej nie dla mnie. Mogę to jednak pani Meyer wybaczyć, gdyż nie była to bardzo znacząca część fabuły, no i raczej kwestia moich własnych upodobań niż błąd.
Chciałabym napisać coś więcej o całej historii, ale poza tym, że była emocjonująca, a ja piszczałam nad niektórymi postaciami jak prawdziwa psychofanka, nie mogę zbyt wiele powiedzieć. To po prostu trzeba samemu przeżyć!
Podsumowując. Dla mnie Cress to najlepszy tom Sagi Księżycowej, pewnie dlatego, że zakochałam się w głównej parze, tytułowej bohaterce i fabule, która w końcu ruszyła z kopyta. Mimo tego, że skończyłam ją czytać jeszcze w święta, nie mogę pozbyć się dziwnej tęsknoty, która mnie opanowała zaraz po zamknięciu książki. Można powiedzieć, że przez Cress mam małego kaca czytelniczego, poza tym z miłą chęcią poczytałabym jakąś przyjemną space operę. Cóż, takie powieści też są potrzebne. Zobaczę, czy uda mi się przetrwać do premiery Winter (która nawet nie ma jeszcze daty), bo jeżeli nie… nie powstrzymam się od kupna Winter w wersji anglojęzycznej! Osobiście polecam wam zapoznać się z całą Sagą Księżycową. Ja osobiście mam niezwykły sentyment do tej serii i należy ona do jednej z moich ulubionych. Chyba zdziwiłabym się, gdyby ktoś mi kiedyś powiedział: „Ten cykl jest okropny” (i pewnie ukradkiem bym się go pozbyła, żeby nie szerzył herezji).
https://demoniczne-ksiazki.blogspot.com/2020/01/roszpunko-rozpusc-swoje-wosy-marissa_5.html
KIEDY AKCJĘ WYWALA W KOSMOS, PROSTO NA KSIĘŻYC
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toNiemiecka baśń o długowłosej Roszpunce (nie mylić z roszponką, bo i takie potworki zdarzało mi się widywać podczas pisania pracy zaliczeniowej na temat księżniczek Disneya) trafiła tym razem również do Sagi Księżycowej, co nie jest niczym dziwnym, kiedy dostaliśmy już futurystyczną wersję opowieści o Kopciuszku czy Czerwonym...