Gdziekolwiek, donikąd, byle dalej – o podróżach bez planu i celu

Mateusz Demski Mateusz Demski
01.08.2021

Świat dostępny na kliknięcie myszy. Tanie loty, objazdówki last minute, oferty z gatunku „poznaj w tydzień tajemnice Azji” czy „siedem krajów w 14 dni”. Jak już klikniemy, zacząć można odhaczać punkty z listy: zaliczyć należy każdą atrakcję na Google Maps, przejść ubite szlaki z nosem w telefonie, trzasnąć fotę wszystkiemu, co wejdzie w kadr, przywieźć całe naręcza bibelocików i kolorowej drobnicy. Wszystko fajnie, tylko czy ciągle jeszcze mowa o podróży?

Gdziekolwiek, donikąd, byle dalej – o podróżach bez planu i celu

To Goethe napisał kiedyś, że „człowiek nie podróżuje po to, by dokądś przybyć”. Kilka wieków później Sándor Márai w swoich szkicach zauważył coś podobnego:

Dawny podróżnik obserwował, słuchał, widział i zapamiętywał. My już tylko jeździmy [...] Celem eskapad nie była zmiana miejsca, ale po prostu tęsknota za przeżyciem; i to właśnie ona wyparowała z podróżowania.

Herbert też usiłował to wytłumaczyć:

Jeśli wybierasz się w podróż niech będzie to podróż długa / wędrowanie pozornie bez celu błądzenie po omacku / żebyś nie tylko oczami ale także dotykiem poznał szorstkość ziemi / i abyś całą skórą zmierzył się ze światem.

Jeśli miałbym w jednym zdaniu zawrzeć wniosek, jaki z tych myśli płynie, byłoby to coś w rodzaju: to podróż jest ważna i warta sama w sobie, a nie cel.

Reklama

Z wielu książek wyłania się jednak odtrutka na masowy turyzm; portret ludzi, którzy z mapą w dłoni, książką w plecaku i garścią drobniaków w kieszeni przemierzali całe kontynenty, nie mając żadnego innego celu poza byciem w drodze. Jednym z wzorcowych przykładów tego typu pisania jest kultowy już reportaż Jona Krakauera „Wszystko za życie”. Tak, możliwe, że znacie już tę historię. Chris McCandless, wrażliwiec z zamożnej familii porzucił wszystko i ruszył w świat – bez wyraźnego powodu i planu, pozwalając kierować się przypadkowi. Wolał niebo usiane gwiazdami niż dach nad głową; wolał szlak prowadzący w nieznane niż asfaltowe drogi; wolał chatkę zagubioną w leśnych odstępach niż bezsenne metropolie. Wyprawa ta miała być odyseją, w najpełniejszym tego słowa znaczeniu, podróżą z eposu, która zmienia wszystko. Historia wprawdzie nie mogła skończyć się happy endem, ale stała się nieodłączną strawą aspirujących wagabundów. Stała się studium włóczęgi w najczystszej postaci.

Nie da się ukryć, że włóczęga McCandlessa była w zasadzie formą ucieczki od świata, od wspomnień, od innych ludzi, wreszcie – od rytmu społecznych ról i zadań, od kieratu: praca, produkcja, konsumpcja. Taka kontestacja rzeczywistości, nudnej i dusznej, ujęta w formie podróży z wieloma niewiadomymi, od dawna nie jest niczym nowym, ani w ogóle, ani w odniesieniu do opisywanego przypadku. McCandless dźwigał przecież w plecaku historie innych – nosił ze sobą książki Thoreau, Londona, Tołstoja. Ten ostatni pisał zresztą: „[...] odkryłem w sobie ogromną tęsknotę, żeby wejść na szlak i nie oglądać się za siebie”.

Nie oglądali się również beatnicy, ich życie i twórczość w dużej mierze zasadzały się na euforii podróży. Najważniejsze dzieło tej generacji, „W drodze” Jacka Kerouaca to zapis nieprzerwanej, bezładnej jazdy po Ameryce lat 50. Bohaterowie przemierzają kraj w tę i z powrotem, raz za razem, pieszo, autostopem, pociągami, samochodami wypożyczonymi i kradzionymi. Jest momentami w tym coś przeraźliwego, przypomina to poniekąd gonitwę ku samozagładzie, ale przecież eskapady te nieustannie sprowadzają się do afirmacji życia nieskrępowanego, zanurzenia się w nieprzebranej obfitości świata. „Leżąc na wznak, wpatrywałem się we wspaniały firmament, a zarazem napawałem się chwilą, rozkoszowałem się tym, jak daleko w końcu jestem, i podniecałem się myślą, co mnie czeka dalej – cokolwiek, dosłownie cokolwiek, to będzie”. Nikt tak nie pisał o sensie i bezsensie bycia w drodze, Kerouac uczynił z tego prawdziwą sztukę.

Z obowiązku należy tutaj przywołać także „Próbę Kwasu w Elektrycznej Oranżadzie”, książkę dziś nieco zapomnianą, a przecież niegdyś uważaną za biblię hipisów. Mówiąc ściślej, rzecz pisana była przez Toma Wolfe’a jako relacja z wojaży Kena Keseya i jego wesołej kompanii. Wyruszyli z domu pisarza jaskrawo pomalowanym autobusem, na pokładzie mieli całą gamę dragów, wszyscy byli zaprawieni speedem, trawką i kwasem. Nie mieli w planie stacji docelowej, mottem podróży była fraza „daalej”, droga miała sama zaprowadzić ich w rejony nieweryfikowalne, które do tej pory mogli sobie jedynie wyobrazić. Ktoś powie, że to po prostu zapis narkotycznego odlotu, któremu patronuje bibułka z LSD oraz najbardziej psychodeliczna kapela świata, Grateful Dead. I słusznie, ale mnie się jednak zdaje, że jest w tym jeszcze jakieś drugie dno – opowieść nade wszystko o wędrówkach przed siebie, bez świadomości celu, które otwierają umysł na nowy wymiar i ukazują inne, głębsze prawdy.

Wolfe’a musiał czytać Hunter Thompson, choć nie ma na to żadnych świadectw, w Thompsonie zaś, ojcu chrzestnym dziennikarstwa typu gonzo, bez wątpienia zaczytywał się Ziemowit Szczerek. W „Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian”, rzeczy utrzymanej w konwencji subiektywnego reportażu, chodzi poniekąd o to samo, co wcześniej – wziąć plecak i wyruszyć w drogę tylko po to, by robić cokolwiek; w drogę, w której o nic szczególnego nie musi przecież chodzić. Z rozbrajającą brawurą i dowcipem znakomitym pisze Szczerek o „polskich plecakowcach” wyjeżdżających na Wschód, o jeżdżeniu marszrutkami, pociągami, zdezelowanymi ładami tam i z powrotem, od jednego końca Ukrainy do drugiego. O tym, że czasem po prostu brało się plecak i jechało się w drogę, której sensu i celu człowiek nie zdążył nawet pojąć. Wszystko jedno gdzie. Gdziekolwiek, donikąd, byle dalej, dalej.

Reklama

Szczerek jednak, jak to Szczerek, kpi, fantazjuje, a już z całą pewnością nie romantyzuje podróży – apologię ruchliwości rodaków zderza przecież z tymi, którzy po prostu jadą na Wschód jak na safari, jak do zoo, szukać orientalizmu i „postsowieckiej egzotyki”, a przede wszystkim, by sycić się tym, że inni mają gorzej. Tymczasem na te części świata, które zawsze były uważane za gorsze, zacofane, zapóźnione spoglądać można inaczej. Andrzeja Stasiuka na przykład gna jakaś beznadziejna, perwersyjna miłość do prowincji, do tego, co zanika i niszczeje. W „Jadąc do Babadag” da się wyczuć, że omija on z pełnym przekonaniem aglomeracje, jak sam pisze, „szuka objazdów, ledwo widocznych nitek na mapie, nakłada drogi, żeby tylko uciec z długiego cienia śródmiejskich wieżowców i peryferyjnych blokowisk”. Z ujmując zaciekawieniem na twarzy Stasiuk spogląda to na wiejską chałupę, to na szopę na siano, stada krów i owiec, drzewo, na bezimienną przestrzeń; daje się zaskoczyć światu jego prostotą, zwyczajnością. Prawdziwe wydają się być już tylko „zapomniane zadupia” – ani trochę nie udawane, o których wie się tak niewiele.

U Stasiuka nie ma zatem spojrzenia turysty, nieautentyczności i sztuczności, nie ma też killera każdej wyprawy, czyli celu. Nikt nie stawia tu przestrzeni wymagań, niczego od niej nie oczekuje. Ciągnąca w daleki świat podróż w definicji Stasiukowej to zaprzeczenie konkretu – wymyka się geografii, zaczyna biec w swoją stronę. Podróż to znaczy zboczyć, zgubić się na trasie, zawrócić. To znaczy, przemierzać kolejne kilometry, tak jak przemierza się nieznany ląd. „Zapuszczam się w plątaninę szos, polnych dróg, skrótów na przełaj przez łąki albo zagajniki. [...] Czasem po drodze zapominam, dokąd się wybrałem. Wystarczy, że skręcę z głównej drogi…”. A zatem czytelniku, wędrowcze, obieżyświecie, w drogę!

Reklama

komentarze [9]

Sortuj:
Niezalogowany
Aby napisać wiadomość zaloguj się
Katalina 07.08.2021 19:49
Czytelniczka

Dawno temu wpadła mi w ręce książeczka "Blondynka śpiewa w Ukajali" i przepadłam. Musiałam odszczekać swoją niechęć do książek podróżniczych:). Druga pozycja, która jest dla mnie pochwałą przemieszczania się i bycia w ruchu (co jest dla mnie kwintesencją podróżowania) to "Bieguni" Olgi Tokarczuk. 
Blondynka śpiewa w Ukajali. Nowe przygody w Ameryce Południowej

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post więcej
 Blondynka śpiewa w Ukajali. Nowe przygody w Ameryce Południowej  Bieguni
asymon 04.08.2021 20:37
Bibliotekarz

Polecam mocno Bruce'a Chatwina np.  Pieśni stworzenia W Patagonii.  Ewentualnie zbiór tekstów z różnych stron świata  Co ja tu robię?

Aha. Czekam też na "Czas drogi" Patricka Leigh Fermora

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post więcej
 Pieśni stworzenia  W Patagonii  Co ja tu robię?
Krzysiek Żuchowicz 04.08.2021 10:31
Autor

Wszystko za życie jak bumerang. Od filmu "Dzika droga" (polecam książkę i jej ekranizację) co jakiś czas wraca. 

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post
 Wszystko za życie
asymon 04.08.2021 20:22
Bibliotekarz

Dorzucę ścieżkę dźwiękową, płytę zawsze mam w samochodzie. Eddie Vedder, tym razem bez ekipy.

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post
Niezalogowany
Aby napisać wiadomość zaloguj się
Allie 02.08.2021 20:18
Czytelniczka

Mistrzem opowieści o byciu w drodze w sensie tak szerokim, że bardziej już chyba się nie da, jest Krzysztof Środa  Podróże do Armenii i innych krajów z uwzględnieniem najbardziej interesujących obserwacji przyrodniczych  Projekt handlu...

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post więcej
 Podróże do Armenii i innych krajów z uwzględnieniem najbardziej interesujących obserwacji przyrodniczych  Projekt handlu kabardyńskimi końmi
PanLiterka 02.08.2021 18:49
Czytelnik

PS Nie wiem, jak w kontekście tego tekstu traktować Heinza Stucke, ale również rekomendowałbym biografię właśnie niemieckiego obieżyświata...

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post
PanLiterka 02.08.2021 18:38
Czytelnik

Świetny temat.

Myślę, że dobrze wpisuje się w ten tekst film dokumentalny, którego bohaterem jest Piotr Strzeżysz, Nie dojechać nigdy. Serdecznie polecam.

Czytałem kiedyś, też zabrałem się w podróż do Babadag, i ceniłem sobie ów tytuł.

Bardzo wysoko oceniłem również lekturę książki Ostatni pustelnik. 27 lat samotności z wyboru (Michael Finkel). Wypożyczyłem z biblioteki...

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post więcej
Telemasz 01.08.2021 10:58
Czytelnik

Najlepszym opisem podróży donikąd (no, może niezupełnie donikąd...) uraczył mnie "nasz Lovecraft", czyli Stefan Grabiński, w opowiadaniu "Ślepy tor". Krótkie, łatwo dostępne, zdecydowanie polecam! :)

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post
LubimyCzytać 01.08.2021 10:01
Administrator

Zapraszamy do dyskusji.

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post
zgłoś błąd