Plac Leńskiego Daniel Wyszogrodzki 7,7

ocenił(a) na 72 lata temu Moje lata, moje rewiry, moje środowisko, moje przygody, bo Autor tylko o rok starszy. Czytałem w zachwycie, a zarazem odpominałem sobie własne przeżycia lat 70. na Saskiej Kępie i w okolicach.
„Muka! Była! Nie było! A właśnie że była!” – jeśli nie wiecie, o co chodzi, nie czytajcie dalej, skoro wówczas nie dorastaliście. Ale poważnie: to bardzo plastyczny, wierny i wiarygodny obraz wczesnej młodości w gierkowskiej Polsce. To lektura obowiązkowa dla tych, którzy chcieliby poznać nie tylko jaka wtedy była młodość - według mnie o wiele bardziej niezależna i swobodna niż dziś – ale i jakie wtedy było życie. Także i moje….
Autorowi udało się uchwycić istotę tego męczącego uroku peerelowskiej egzystencji. „Nasza rzeczywistość była szara, smutna, nijaka, beznadziejna (…),a jednak zawierała liczne elementy humorystyczne” – trafnie pisze Wyszogrodzki. Tamten ustrój dawał wiele powodów do śmiechu, bo nie przypadkiem peerel naprawdę był „najweselszym barakiem w obozie socjalistycznym”.
„Nikt z nas nie zastanawiał się nad tym, jakie informacje okażą się przydatne w dalszym życiu, więc ciekawiło nas wszystko” - dokładnie było tak, jak pisze Autor. Myśmy się w zasadzie sami wychowywali – całe dnie spędzane poza domem w gronie rówieśników - latem aż do późnego wieczora. Nikt nie wysiadywał w domu bo i po co, skoro w nim tylko nudne ”wapniaki”.
Ja, tak jak Autor, także w dzieciństwie upadłem na głowę podczas zabawy na wielkim stole, no bo gdzie się bawić?
Wszyscy chcieliśmy być Indianami, a nie żadnymi „białymi twarzami”. A w grze w państwa nikt nie chciał być ”Ruskimi”, bardziej nawet niż Niemcami. Słuchanie radia – wielkiego pudła z nazwami miast na skali częstotliwości, nie wiedzieć czemu, w „obcych językach” pisanych. Wolna Europa już od lat „nastu”.
Tak jak w książce, i mnie moja wspaniała Babcia z Konstancina (której dom był dla mnie tym, czym Wąchock dla Autora) od najmłodszych lat uświadamiała mnie, co to komunizm, Katyń, AK, Piłsudski, Stalin itp.
Także nie lubiłem chodzić do szkoły nr 168 , do której Autor też by chodził, gdyby mieszkał z ojcem (przy pętli 111 na końcu ul. Zwycięzców). Szkoła peerelu była miejscem męczącym, a nauczyciele zwichrowani. Kiedyś któryś mi wpisał do dzienniczka: „Uczeń szczeka na lekcji, nie haftuje” (śmiechu było nie lada, nawet w domu). Inna polonistka p. Siwek „poprawiła” mi w dyktandzie „kłującą różę” na „kującą”. Babcia wtedy poszła jej zrobić awanturę i od komunistek nawyzywać – a była szefową POP PZPR, co perfidnie celowo Babci ujawniłem. Byłem wtedy z niej bardziej dumny niż ze swej znajomości „polaka”…
Szkolne, platoniczne rzecz jasna, zauroczenia: Ula, Iza, Agnieszka... Ich ówczesne białe jednoczęściowe kostiumy na basenie – to były zajęcia w V klasie - faktycznie sporo, jak słusznie pisze Autor, ukazywały nam z tego, co zakryte. Pamiętam, co mi wtedy kazała wpisać do dzienniczka nauczycielka: ”Będąc na basenie, podglądałem dziewczynki, w drodze powrotnej następowałem im na odciski” (każdy odgadnie przyczynę i skutek…).
Moje kino „Sawa”, a w nim słynny wtedy enerdowski film „Helga”, na który poszła cala szkoła w ramach „przygotowania do życia w rodzinie” (m.in. scena porodu w zbliżeniu na miejsce akcji….).
Owszem, tak jak stoi w książce, przeklinało się - gdy byliśmy w swoim gronie. Ale ileż to razy słyszałem, i sam mówiłem; ”Uwaga, dziewczyny są, nie przeklinać”. Jednak w ich obecności byliśmy szarmanccy, lub tak się nam przynajmniej wydawało. Niemniej wtedy dziewczyny nie „rzucały mięsem” (przynajmniej przy nas).
Wyprawy na trawiaste lotnisko na Gocławiu, za którym już tylko pola i pola. Fotoplastykon w Alejach jako wielka atrakcja. Lody Carpigiani. Pierwsza coca-cola pita w bufecie basenów nad Wisłą, gdzie tłok był taki, że nie szło pływać, (i ja nie ustrzegłem się podglądania dziewczyn w przebieralniach). Przy okazji: Nie sposób nie zgodzić się z opinia autora, że „nawet najbardziej atrakcyjne ciało z tatuażem staje się odpychające”
Tak jak Autor, miałem także szwajcarskie kalendarze ścienne – Mama pracowała w przedsiębiorstwie handlu zagranicznego , stad miałem też zachodnie prospekty samochodowe (duma na podwórku)! Ojciec zaś z pracy w wydawnictwie RSW przynosił drukowane w PRL, bo taniej, szwedzkie i duńskie komiksy, najlepsze były „Klassikery”. Wymieniało się je na „donaldy”. A w komiksach z kpt. MO Żbikiem najbardziej i mnie interesowała por. Ola
Chodzenie na religię - uwaga: niemal całą klasą – do punktu katechetycznego w kościele przy Nobla. Sam też się dziwiłem, co to znaczy ”niepokalana”, przeczuwając z grubsza o co chodzi. I zachodziłem w głowę, czy moja Mama nie jest aby ”pokalana”.
A z gitowcami przelewek naprawdę nie było. Profilaktycznie uczyliśmy się, jak odpowiadać na ich pytania i ich slangu (kto dziś wie, co znaczy: „skitrać piórska za wachlę”, bałach czy P.S.M.?). Nienawidzili „inteligencików”, czyli apropaków, choć jeszcze bardziej – LGBT (jeśli cudem przeżyli do dziś, to są w „czołówce” nienawiści). Na szczęście Saska Kępa była – wybaczcie ekskluzywny język – inteligencką dzielnicą, nie jak dalsza Praga przy pl. Leńskiego, tu ich prawie nie było…
Także i ja lubiłem ciastka ponczowe (robią je jeszcze?). I ja miałem enerdowską elektryczną kolejkę PIKO. Również sklejałem plastikowe samoloty z Małego Modelarza. W czasie choroby też byłem obłożony tymi samymi książkami, na które zawsze był czas, choć na podwórku spędzało się całe dnie (czytało się i z latarką pod kołdrą, bynajmniej nie jakieś bezeceństwa, tylko by rodzice nie widzieli). Ijon Tichy i Pirx byli wtedy moim idolami, o Winnetou i Nemeczku nie mówiąc.
I jako chłopak z bloków miałem taki sam klucz do windy, który był zarazem łyżką do butów i otwieraczem do butelek. A postój taksówek naprawdę był postojem ludzi na nie czekających.
Te same chłopackie wzruszenia podczas Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej w 1974 r. (nie był to wtedy jeszcze żadne „mundial”),a wcześniej Wembley.
Słuchałem tej samej muzyki. W moim domu też były Mister Hit i ZK-140. Stale słuchałem Rozgłośni Harcerskiej, a potem „Trojki” z Muzyczna Poczta UKF i Kaczkowskim, co także nagrywałem. Jak słusznie pisze Autor, wszyscy byliśmy wtedy piratami, do czego zachęcało (!) państwowe radio. I podzielam opinię, że aria „E lucevan le Stelle” jest najpiękniejsza ze wszystkich – mam dreszcze, ilekroć ją słyszę.
Oglądałem te same filmy. I ja przeżywałem „Znikający punkt”. Miałem też ciary na „Planecie małp”. Byłem fanem Belmonda, Alaina Delona i Petera O’Toole. Również kochałem się w Poli Raksie, Annie Dymnej i Halinie Golanko oraz Catherine Deneuve.
I na koniec pytanie: czy każda młodość nie jest taka sama. Odpowiedź: nie, nie każda. Gdy dziś widuję kilkunastolatków, nie mogę się nadziwić, że najwidoczniej swój najpiękniejszy czas najlepiej spędzają - nawet w swym gronie, a może zwłaszcza wtedy - gdy każde nieustannie głaszcze swój ”smarfon”, czasem tylko pokazując go innym….
PS Z jakiegoś powodu Autor bardzo szczegółowo i z detalami opisuje swe pierwsze erotyczne przeżycia…..