„Plac Leńskiego początkowo był dla mnie całym światem” – mówi Daniel Wyszogrodzki

Adam Jastrzębowski
19.07.2021

Gdzie poleca spacerować w stolicy? Czy ma już po co jeździć na Mokotów? Czy Warszawa z jego młodzieńczych lat to jest to samo miasto, co dzisiaj? I przede wszystkim: czym jest dla niego tytułowy „Plac Leńskiego”? Tego wzystkiego dowiecie się z rozmowy z Danielem Wyszogrodzkim, tłumaczem, dziennikarzem muzycznym i autorem autobiograficznej powieści „Plac Leńskiego”.

„Plac Leńskiego początkowo był dla mnie całym światem” – mówi Daniel Wyszogrodzki Materiały prasowe Wydawnictwa Marginesy

Plac Leńskiego Daniel Wyszogrodzki[OPIS WYDAWCY] Danka – ucznia praskiej podstawówki, bystrego, ciekawego świata półsierotę – kształtują przedwojenne wspomnienia dziadków i bieżące fascynacje wszystkim, co zakazane. Na przemian: partyzanci i hipisi, patriotyzm i onanizm, wczesne lektury i odkrycia muzyczne, ciągły stan zagrożenia ze strony wrogich gitowców i niestrudzone poszukiwanie dorosłości pod sukienkami koleżanek. To wszystko miesza się w barwnej opowieści wypełnionej realistycznym językiem i galerią postaci: kumpli bohatera, koleżanek z wakacji, ojca lekarza, nauczycieli, księdza, a nawet tajemniczego proroka. Wielką nieobecną pozostaje matka.

W tej autobiograficznej powieści inicjacyjnej monumentalna, socrealistyczna przestrzeń warszawskiej Nowej Pragi staje się centrum świata, mapą, którą młody bohater stale poszerza w przestrzeni i w czasie. Ożywa park Praski i zoo, Stare i Nowe Miasto oraz stołeczne mosty, którymi przebiegały trasy szczenięcych wypraw pieszych i rowerowych. Jest bazar Różyckiego, są kultowe kina i saturator.

Reklama

Książka jest szczera do bólu. Roi się w niej od fantazji nie tylko seksualnych, bywa histerycznie śmieszna, bywa wzruszająca. A jednak nie jest to książka o PRL jakich wiele. To opowieść o dorastaniu w czasach PRL – w świecie pełnym absurdów i ograniczeń, który dla dziecka i tak pozostaje fascynujący.

Powieść o dojrzewaniu w PRL napisana w tempie rozpędzonego tramwaju, obrazoburcza, śmieszna jak misie kopulujące w zoo, zaskakująca jak opis orgii w Moskwie, poruszająca jak tęsknota za zmarłą matką i przeszywająca niczym wbita w plecy finka. Oryginalny styl, beatlesowski rytm, pełnokrwiste postaci oraz opisana bez znieczulenia rzeczywistość warszawskiej Pragi (i nie tylko) gwarantują literacką ucztę!

Adam Jastrzębowski: Pana dzieciństwo wydaje się naznaczone kulturą; ciągle pan czyta, chodzi do kina, odkrywa kolejnych muzycznych wykonawców. A jednocześnie, jest „chłopakiem z Pragi”: trochę łobuziakiem, mającym swoje za uszami. Nie kłóciło się jedno z drugim?

Daniel Wyszogrodzki: Czytałem od najmłodszych lat, ponieważ było to ucieczką od szarości otoczenia, w którym nigdy nic się nie działo, mówiąc wprost, broniłem się przed nudą. W książkach zawsze się coś działo, zwykle coś fascynującego, jak w „Winnetou” czy w „Potopie”. Szybko stałem się też „kinomaniakiem”, wyznaję, że regularnie chodziłem na wagary, żeby obejrzeć film. I zupełnie nie obawiałem się konsekwencji, bo uczniowie z naszej szkoły trafiali do poprawczaka, a „kolegów” z piątej klasy zabierano do wojska, kiedy kończyli w podstawówce siedemnaście lat. A na takim tle wagary były wykroczeniem niewinnym. Miałem w sobie ogromną ciekawość świata, bynajmniej nie akademicką – na wiele filmów chodziliśmy z kumplami tylko po to, żeby zobaczyć kawałek golizny. Zainteresowanie muzyką przyszło nieco później, co być może wynikało z panującej w mieszkaniu dziadków ciszy. Bardzo emocjonalnie reagowałem na muzykę, stąd te jej nieustanne poszukiwania. Trwające zresztą do dzisiaj, głód muzyki nigdy we mnie nie wygasł, nadal zdarza mi się polecieć do Ameryki na jeden koncert. Przeciwwagą dla otaczającego mnie w domu smutku, były nieustające wygłupy poza domem i wierzę, że moja książka jest nade wszystko zabawna. Tak manifestowała się radość życia. Byłem dzieckiem „nad wiek rozwiniętym”, co absolutnie nie wykluczało łobuzowania. Najlepiej dowodzą tego rozliczne opisy wakacji – w Juracie i w Zakopanem, potem w „demoludach”. Wielkim przeżyciem był dla mnie samodzielny wyjazd do Moskwy w VII klasie, gdzie odwiedziłem Mauzoleum Lenina, ale poznałem także „nocne życie”. Tytułowy Plac Leńskiego to zaledwie punkt wyjścia – zapraszam Czytelników nad Morze Czarne i nad Adriatyk, mój bohater wyrywa się do świata, świat go fascynuje. A na Pradze trzeba było łobuzować, żeby przeżyć, podobnie, jak trzeba było umieć grypsować, żeby się dogadać z git ludźmi. Opisuję dokładnie tę „szkołę przetrwania”, Praga to było specyficzne miejsce. Zresztą jedno bynajmniej nie kłóciło się z drugim, sprzeczność na styku kujon/łobuz doprowadziła mnie do refleksji na temat dwoistości ludzkiej natury. Doktor Jekyll i pan Hyde – oto ja. Kiedy teraz opisywałem w książce, co my wprawialiśmy na wakacjach, włos mi się jeżył. To cud, że obyło się bez ofiar.

Czym była dla młodego Daniela Wyszogrodzkiego historia? Dorastał pan nią przesiąknięty: rozmowami o wojnie, powstańcach, partyzantach. A czym jest teraz?

Wyrastałem z historii. W domu moich dziadków, w którym spędziłem pierwsze lata życia, mówiło się niemal wyłącznie o przeszłości, były to zarazem relacje uczestników zdarzeń, co też dodawało im wiarygodności. Byłem dzieckiem „osaczonym historią”, a zatem z czasem uodporniłem się na tę tematykę, to była naturalna reakcja obronna. Znacznie bardziej interesowała mnie teraźniejszość i o tym jest „Plac Leńskiego”, o poznawaniu świata, ale świata zastanego, bo dziecko akceptuje go bezwarunkowo. Dziadkowie teraźniejszość odrzucali – wiązała się to z ich społeczną degradacją, jak również, a raczej przede wszystkim, z rodzinną tragedią, która położyła się na moim dzieciństwie nieporównanie głębszym cieniem niż historia, czyli śmierć mojej mamy. Jednak im bardziej dziadkowie zamykali się przed światem, tym lepiej rozumiałem, że mój świat jest inny, czeka na mnie, zaprasza. A ja odpowiedziałem na to zaproszenie, książka „Plac Leńskiego” jest właściwie kroniką wchodzenia w życie kumpli z Pragi. A wszystkie te rozmowy o powstańcach i partyzantach doprowadziły do tego, że się od tematyki wojennej odciąłem. Moje dalsze zainteresowania historią powszechną były znacznie ograniczone. Miałem fazy: na wyprawy krzyżowe, na odkrywców Nowego Świata. O wiele bardziej interesowała mnie historia kultury: początkowo filozofii starożytnej, następnie historii sztuki, wreszcie muzyki. Dzisiaj ją wykładam.

Czy Praga, na której pan mieszkał, była częścią Warszawy? Przytacza pan słowa Ba, która „jeździła do miasta”, sam też wspominał wyprawy do śródmieścia jako „wydarzenia”.

Praga była niewątpliwie gorszą częścią Warszawy, a tak naprawdę osobnym bytem. Ba traktowała Pragę jako miejsce „zsyłki”, co zresztą przy jej przedwojennym statusie nie mogło dziwić. Ale to sprawiało, że lewobrzeżna Warszawa stawała się atrakcyjna i przyciągała i mnie i innych chłopaków. Byliśmy wszyscy lokalnymi patriotami, Praga była „nasza”, ale zapuszczaliśmy się „do miasta” w poszukiwaniu przeżyć. Najpierw były to wizyty w Składnicy Harcerskiej, z czasem randki – bo przecież nie zabierało się koleżanek na bazar Różyckiego, tam chodziło się z kumplami. Z dziewczyną można było iść na Stare Miasto, z kumplami odwiedzaliśmy Domy Centrum i warszawskie kina, których w Śródmieściu było po prostu znacznie więcej.

W pana wspomnieniach przewija się motyw spacerowania po Warszawie dla samego spacerowania – po osiedlu, do centrum, specjalnie dłuższą droga na cmentarz, czy po prostu „bujania się” po Pradze. Czym tak wielkie miasto zafascynowało młodego chłopca?

To jest jedna z refleksji, jakie naszły mnie w czasie pisania książki: ile my wtedy chodziliśmy! Przemieszczaliśmy się pieszo, czasami tylko wspierając się miejskimi tramwajami i autobusami, w których zresztą nigdy nie kasowaliśmy biletów (nasze potyczki z „kanarami” zajmują w książce osobne miejsce, podrabialiśmy legitymacje szkolne na wypadek spisania przez kontrolerów). Fascynowało mnie samo chodzenie – rozglądanie się, obserwowanie ludzi, to zaś najlepiej się udaje właśnie z pozycji piechura. Zresztą, o czym my mówimy? Te warszawskie wędrówki zamykały się w godzinie w każdą stronę, a jeśli wtedy mieliśmy czegoś w nadwyżce, to był to właśnie czas. Tamta Warszawa nie była wcale wielka – z mojej perspektywy kończyła się na Mokotowie, gdzie i tak bywałem rzadko, nie było po co tam chodzić. Jeździliśmy rowerami na Żoliborz, ale odcinek z Pragi II do Śródmieścia to był spacerek.

Z „Placem Leńskiego” w ręku można by urządzać spacery po Warszawie. Oczywiście, stolica od czasów opisanych w pana książce „trochę” się zmieniła – rozrosła zarówno wszerz i wzdłuż, jak i do góry, wraz z kolejnymi drapaczami chmur. Czy nieuchwytny „duch miasta”, tego, które pan znał, jeszcze pozostał? Czy to już miejsce dla pana obce?

Warszawa jest miastem mojej młodości, moich lat szczenięcych. Mieszkałem potem między innymi na Brooklynie, w czym była pewna – niezamierzona – konsekwencja, bo na Manhattan spoglądałem z prawego brzegu i ponownie jeździłem „do miasta”. 

Reklama

Moje peregrynacje oddaliły mnie od Warszawy, a po doświadczeniu nowojorskim inne miasta najzwyczajniej rozczarowują (zwłaszcza te amerykańskie). Ale pozostaje sentyment, tak się zresztą stało, że wylądowałem po latach w tym samym miejscu, nawet w tym samym mieszkaniu przy placu Hallera (bo tak się teraz nazywa dawny plac Leńskiego) z widokiem na fontannę i „bieżnię dla wariatów”. A jak tam żyłem? Odnowiłem dawne trasy spacerowe dokoła zoo, do parku Praskiego, na Starówkę. Najbardziej odczuwalną różnicą stało się… parkowanie samochodu – udało mi się zdobyć miejsce na płatnym parkingu, kiedy zaś chodziłem do szkoły podstawowej, samochody na placu można było policzyć na palcach. Polecam historię o kradzieży dużego fiata, jeden z kryminalnych wątków mojej książki, ależ to była sensacja! No i teraz było tam o wiele bezpieczniej, dawni gitowcy, którzy naprawdę byli postrachem szkoły, stali pod sklepem nocnym i zbierali na flaszkę. Mówili do mnie „kierowniku” i udawali, że mnie nie poznają, chociaż dobrze wiedzieli kim jestem, pamiętaliśmy się z młodych lat. A co do zmian, bo stolica zmienia się dramatycznie w ostatnich latach, to mam wrażenie, że im bardziej Warszawa się rozwija, tym staje się brzydsza. Nie ma koncepcji urbanistycznej, wyrastają tylko kolejne okropne „drapacze”, które wcale nie drapią chmur, a jedynie poczucie estetyki i ładu. Rzut oka w kierunku zachodnim od strony Domów Centrum daje obraz chaosu, w jakim pogrąża się Warszawa. Jest bowiem nie tylko miastem „dzikiej reprywatyzacji”, ale także dzikiej „antykoncepcji” urbanistycznej. Staram się nie myśleć, jak wyglądałaby dziś, gdyby nie wojna.

Jak pan ocenia postępujące zmiany na Pradze: niedawny remont bazaru Różyckiego, pojawienie się w 2011 Stadionu Narodowego w miejscu tego X-Lecia, kolejne powstające osiedla-inwestycje deweloperskie? Czy nie obawia się pan, że tych miejsc, które pan zna z dzieciństwa, już nie będzie? Że Praga straci swój klimat?

Praga traci dawny klimat i jest to nieuchronne. Plac Hallera stał się wielką sypialnią, która wyludnia się w weekendy. Ale nie są to wcale zmiany na gorsze. Odwiedziłem niedawno bazar Różyckiego i byłem zdumiony, że jeszcze w ogóle odbywa się tam handel. Niemal się wzruszyłem na widok białych sukni ślubnych, które zawsze witały klientów wchodzących od ulicy Targowej (na wiosnę dołączały do nich sukienki do pierwszej komunii). Obok bazaru wyrosło nowoczesne Muzeum Warszawskiej Pragi, bardzo mnie to cieszy. Wspaniale rozkwita Saska Kępa, a to przecież także Praga, chociaż jej mieszkańcy nie lubią, kiedy im się o tym przypomina. Dokładnie opisuję moje „podboje” Saskiej Kępy, gdzie mieszkał mój ojciec, spędzałem tam niedziele. Natomiast Stadion… Opisałem w książce wyprawę na bazar, kiedy kupiłem pierwszą w życiu płytę, właściwie pocztówkę dźwiękową. Były na niej dwie piosenki Beatlesów, „Girl” i „Michelle”. Gdyby mi ktoś wtedy powiedział, że na naszej Pradze wystąpi Paul McCartney, uznałbym to za „zgrywę”. Tymczasem minęło pół wieku i na Stadionie Narodowym wystąpił wielki Beatles, a widziałem tam także Rolling Stonesów.

Reklama

Plac Leńskiego, dzisiejszy Hallera. „Oglądałem Plac z okna i zakochiwałem się w nim. Od nowa. [...]”. Zakochiwał się Pan w miejscu? W ludziach? W atmosferze?

Zakochiwałem się w świecie, a Plac Leńskiego początkowo był dla mnie całym światem, potem trampoliną, z której wybijałem się coraz dalej i dalej, aby wreszcie stać się metaforą świata – miejscem, które rozciągałem w czasie i przestrzeni, a które pozostawało punktem wyjścia. Spełniał tę rolę także dlatego, że stanowił precyzyjną formę przestrzenną, przebiegał niemal dokładnie ze wschodu na zachód, a linie ulic, jakie przyciągał z każdej strony, były albo równoległe, albo prostopadłe. Dla dzieciaka ten rodzaj ładu był ważny, ponieważ pomagał mi w porządkowaniu świata. A to moje zakochiwanie pozostało nie odwzajemnione, ponieważ nigdy się nie zdobyłam, aby tę moją miłość wyznać. Nie wiedziałem, jak to zrobić. I chyba teraz też bym nie wiedział.

Dziadek pokazał panu „Małą pętlę bieszczadzką” i „dużą pętlę bieszczadzką”, następnie pan sam, albo z kolegami spacerował nimi. Jakie trasy dla dzisiejszego równolatka ówczesnego Daniela Wyszogrodzkiego pan by zaproponował?

Mogę powiedzieć z pełną odpowiedzialnością, że wszystkie „dankowe” trasy z mojej książki są dziś do powtórzenia i na pewno nie rozczarują współczesnego wędrowca, bez względu na wiek. W obu „pętlach bieszczadzkich” nic się nie zmieniło. Polecam spacer dookoła zoo z pięknymi widokami na Stare i Nowe Miasto. Polecam wizytę w parku Praskim, który był dżunglą w moich czasach szkolnych i dżunglą pozostał – jest za to bezpieczniejszy niż wtedy. Plac Hallera jest idealnym punktem wyjściowym, można się tam posilić w restauracji o nazwie „Plac Hallera”, można odpocząć przy fontannie lub pooddychać w tężni. Hitem okolicznych wędrówek pozostaje „duża pętla bieszczadzka”, czyli przejście przez oba mosty, polecam marszrutę w stronę przeciwną do wskazówek zegara, czyli najpierw przez Most Gdański, potem przez Starówkę i z powrotem przez Most Śląsko-Dąbrowski. Od tamtej strony Praga wita przybysza najpiękniej – nie ma już miśków (i całe szczęście), za to park otwiera zieloną bramę, jakby zapraszał do innego świata. A po drodze możemy sobie zanucić: „Na prawo most, na lewo most, a dołem Wisła płynie…”.

Daniel Wyszogrodzki

Mieszka pan dotąd na warszawskiej Pradze?

Nie mieszkam już na Pradze, ale spędziłem tam kilka kolejnych lat po powrocie z zagranicy. Mieszkanie po Ba poszerzyłem o sąsiednie i wtedy miałem już trzy okna wychodzące na plac, jeszcze bardziej zbliżyłem się do fontanny. Mieszkam obecnie pod Warszawą, pracuję w domu, raz w tygodniu dojeżdżałem na zajęcia w Akademii Teatralnej przy ulicy Miodowej, a zatem na moim dawnym staromiejskim szlaku, lecz przerwała to pandemia, zmuszając nas do odbywania zajęć online. To oczywiste, że sentyment pozostał. Nadal bywam na Placu Hallera i w okolicy, przyjaciel opisany w książce jako Baju nadal tam mieszka. Warszawa zachowała w mojej świadomości ramy miasta z tamtych lat. Rozwinęła się we wszystkie strony, ale wystarcza mi w zupełności Praga II, Żoliborz i Śródmieście. Nadal nie jeżdżę na Mokotów, bo nie mam po co. I nigdy nie zapomnę, że kiedy drałowałem spod kościoła świętej Anny przez most Śląsko-Dąbrowski w stronę miśków, czułem, że wracam do domu.

Wywiad powstał we współpracy z wydawnictwem Marginesy

Książka „Plac Leńskiego” jest już dostępna w sprzedaży.

Reklama

komentarze [4]

Sortuj:
Aby napisać wiadomość zaloguj się
jousna 21.07.2021 12:05
Czytelniczka

Mnie urzekły opisy dawnej Warszawy w książce Marii Paszyńskiej "Warszawski niebotyk".
Dzisiaj zaczynam czytać "Plac Leńskiego" i mam nadzieję na równie udaną podróż po Warszawie 😊

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post
Agnieszka 21.07.2021 08:53
Czytelniczka

Na pewno książka będzie ciekawa dla mieszkańców stolicy, bo znają jej zakątki. Dla mnie mistrzem pisania o Warszawie (ale przedwojennej) jest Stefan Wiechecki, bo robił to z charakterystycznym dla siebie humorem i język jakim pisał jest nie do podrobienia.

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post
betsy 19.07.2021 19:38
Czytelniczka

Kupię na pewno. To także moje lata młodości i też spacerowałam  po Warszawie kilometrami. 

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post
Adam Jastrzębowski 19.07.2021 16:01
Bibliotekarz

Zapraszam do dyskusji.

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post
zgłoś błąd