Reklama

Jedna okładka, jeden przekaz

Zuch
27.02.2013

Globalna wioska to więcej niż idea - to już od dawna nasza rzeczywistość. Prawie cały świat podłączony jest do sieci. Wielkie firmy ze swoimi komunikatami starają się dotrzeć do każdego. Działają globalnie, często mając jeden, uniwersalny przekaz, taki sam (lub prawie taki sam) w każdym zakątku ziemi.

Temu trendowi poddają się też wielkie wydawnictwa. Pompują spore pieniądze w promocje konkretnych tytułów. I jeśli mają zarabiać na sprzedaży książki nie tylko w USA, ale też we Francji czy w Polsce, to przekaz musi być jednolity.

Jak to robią? Projektują jedną okładkę, która musi obowiązywać w każdym kraju. Oczywiście dopuszczalny jest jakiś margines ingerencji lokalnych wydawnictw, chociażby ze względu na tytuł, który zwykle jest tłumaczony (albo zmieniany, a tego zabiegu nie bardzo rozumiem). Niemniej jednak możemy powiedzieć, że okładki są takie same. Oczywiście nie jest to kwestią lenistwa ani tym bardziej ograniczonego budżetu. W największych zachodnich wydawnictwach budżet na projekt okładki jest co najmniej zacny. Za takim posunięciem stoi nie oszczędność, a marketing i siła jednolitego przekazu.

Pierwszy przykład z brzegu – nowa książka J.K. Rowling. Mocna i charakterystyczna (przy okazji nieco kontrowersyjna w formie). Na kilka miesięcy przed światową premierą (i całe lata świetlne przed premierą polską) w sieci pojawiały się zdjęcia okładki. Okładki, która wzbudza skrajne emocje. No ale o to chodzi. Dyskusje i kłótnie toczyły się aż miło. Informacja o tym, jak książka będzie wyglądać, dotarła zapewne do części czytelników w Polsce. Tak więc potencjalny nabywca na miesiąc - dwa przed premierą wiedział czego ma szukać w księgarni. Taka czerwona z żółtym i białym napisem. I wszystko jasne.

Podobnie wygląda sprawa z innymi światowymi hitami czy „hitami”. E L James i jej książki o niejakim Greyu. Nawet na zagranicznych wycieczkach można na pierwszy rzut oka odnaleźć bratnią duszę (opcjonalnie można też zawczasu się ewakuować). Okładki takie same na całym świecie... no, prawie całym. Na rynku niemieckim funkcjonują dwie okładki. Przyznam, że to mnie zaskoczyło.

 

Jednak nawet zachowując mocne podobieństwo, mając konkretny wzór, można okładkę zepsuć. Ostatnio widziałem okładkę (tylko okładkę, bo nie czytałem i nie podejrzewam, żeby miał kiedykolwiek przeczytać) książki Sherry Argov "Why men love bitches". W wersji polskiej „Dlaczego mężczyźni kochają zołzy” (zołzy?!? seriously?).

 

Pomińmy treść, bo ja nie o tym piszę. Okładka nie jest jakoś specjalnie rewelacyjna, ale wersja polska – niby taka sama – jest znacznie uboższa. Zwróćcie uwagę, że w oryginale dopisek zrobiony jest szminką, a w wersji polskiej tego smaczku brakuje, jest za to brzydki cień.

Osobiście uważam, że spójność okładek wydawanych w różnych krajach to bardzo dobre rozwiązanie. Pomijam kwestie marketingowe, gdzie argumenty są zawarte w tabelkach excela i ciężko z nimi dyskutować, zamiast tego oceniam ten zabieg jako czytelnik (choć niekoniecznie tytułów, które w tym tekście wymieniłem). Przy tych okładkach pracują specjaliści, którzy znają się na swoim zawodzie. Oczywiście każdy Polak zna się na projektowaniu, podobnie jak na polityce, ekonomii, piłce nożnej, skokach narciarskich, współczesnej kinematografii itd. Każdy też zrobiłby te okładki lepiej. Prawda jest jednak taka, że to, co nam się wydaje banalne, faktycznie zabiera nawet kilka miesięcy pracy i bywa poparte żmudnymi badaniami focusowymi. Bardzo często wydania oryginalne są osobiście akceptowane przez autora powieści. Dzięki temu te książki wyglądają dokładnie tak, jak mają wyglądać.

Firmy nie zmieniają swoich logotypów w zależności od kraju, na którego rynek wchodzą. My nie zmieniamy nazwiska, gdy udajemy się w podróż za granicę. Chyba logicznym więc jest, że dobrze się dzieje, kiedy książki też zachowają swój zewnętrzny wizerunek. Wizerunek oryginalnego wydania jest międzynarodową twarzą książki. Po co więc to zmieniać? Po zmianie efekt często jest taki, że trzymając w ręce polskie wydanie czuję się, jakbym wyskoczył z Narnii.

PS Rzecz jasna od każdej reguły istnieją odstępstwa i nie mam z nimi problemu, o ile są dobrze uzasadnione.

Reklama

komentarze [15]

Sortuj:
Dodaj wypowiedź

Aby napisać wypowiedź musisz być zalogowany.

77
5
27.02.2013 14:23

Zapraszam do dyskusji.


106
8
27.02.2013 14:45

O, przepraszam. Chowając się całkiem niedawno w dziale romansów lotniskowej księgarni w Rzymie przed ścigającymi mnie trzema agentami tajnych służb, byłem zmuszony zmienić nazwisko, zanim bezpiecznie opuściłem Włochy na pokładzie samolotu udającego się do Zurychu, gdzie już czekał na mnie komplet nowych dokumentów ukryty w skrytce numer 311. Więc sprawa ze zmianą nazwisk...

więcej

1720
38
27.02.2013 16:22

A ja przyznaję, że lubię gdy zagraniczne wydania mają różne okładki i mogę je sobie porównać. Inna sprawa, że niekiedy "obce" okładki są dużo ładniejsze i wtedy ubolewam nad naszymi wydaniami, które na półce prezentują się mniej efektownie. Nie można mieć wszystkiego ; ).

W blogosferze poświęconej książkowym recenzjom, często pojawiają się różne "bitwy", w których można...

więcej

286
70
27.02.2013 16:27

Kompletnie nie zwracam uwagi na okładki książek. Okładka to element użytkowy chroniący kartki z treścią. Na okładce wystarczy mi autor i tytuł.


7033
3025
27.02.2013 19:54

Dla mnie okładka jest sprawą drugorzędną - najważniejsza jest treść książki.
Owszem, zdarzają się okładki, które zwracają moją uwagę, ale ich wygląd nie ma nigdy wpływu na moją ocenę książki, bo w ogóle nie biorę jej pod uwagę.


762
95
27.02.2013 19:57

Wystarczy wziąć pod lupę wszystkie wydania "Hobbita", którego w tym momencie mamy zalew. Powstaje pełno koszmarków, typu kieszonkowego. Zdarzają się też wersje z reprintem ilustracji samego Tolkiena czy też Alana Lee.
Czasami zdarza mi się sięgnąć po książkę, która kompletnie nie współgra z okładką, np.  Ars Magica
Z jednej strony się zgodzę,...

więcej

533
3
27.02.2013 21:10

Hubert: Kompletnie nie zwracam uwagi na okładki książek. Okładka to element użytkowy chroniący kartki z treścią. Na okładce wystarczy mi autor i tytuł.

Ależ mnie zawiodłeś - ja tam uwielbiam okładki. Nawet te w wydaniu e-. Podkreślają klimat książki, tak jak idealnie dobrane ilustracje. Zestawiam wyobrażenia kogoś z moimi ;).

A nawiązując do tematu. Jednolity przekaz we wszystkich krajach jest uzasadniony i nie jest zły. Powiem więcej - powinno być wyłącznie jedno wydanie danego tytułu, ważne żeby tłumaczenia były ze 3.

Czyli jedna okładka - 3 tłumaczenia.

Hubert: Kompletnie nie zwracam uwagi na okładki książek. Okładka to element użytkowy chroniący kartki z treścią. Na okładce wystarczy mi autor i tytuł.

Ależ mnie zawiodłeś - ja tam uwielbiam okładki. Nawet te w wydaniu e-. Podkreślają klimat książki, tak jak idealnie dobrane ilustracje. Zestawiam wyobrażenia kogoś z moimi ;).

A nawiązując do tematu. Jednolity przekaz we...

więcej

1532
357
27.02.2013 21:15

Bardziej niż różne wersje okładek, bolą mnie różne wersje tytułów. Wiadomo, że czasami nie da się wszystkiego przetłumaczyć słowo w słowo, ale niekiedy polskie wersje tytułów brzmią bardzo dziwnie i głupio, albo nijak mają się do treści. Nie znam się na tych mechanizmach - nie wiem, kto wymyśla tytuł oryginału [autor? wydawca?], ale wydaje mi się, że kto by to nie był,...

więcej

1101
61
27.02.2013 21:21

Wolę jedną okładkę jednego tytułu, niż 10 różnych wydań tego samego tytułu.


1133
112
27.02.2013 21:26

A ja uważam, ze okładki jak najbardziej powinny być różne, przynajmniej jeśli chodzi o kolejne wydania książek (rozumiem zabieg marketingowy przy pierwszym wydaniu ale potem to już serio przestaje wg mnie mieć znaczenie). Raz, że nowa grupa projektantów/grafików/modeli/itp. może się wykazać a dwa, fajnie mieć po prostu wybór.
Tylko z różnymi wydaniami jest problem - czasem...

więcej

zgłoś błąd